Strony

wtorek, 31 maja 2011

Dobry wieczór :)

Znowu udało mi się skończyć szybciej niż zwykle. Regularne pisanie naprawdę przynosi efekty, bo wbrew moim obawom weny mi nie brakuje, a rozdziały ukazują się na czas - jak widać :). W sobotę prawdopodobnie opublikuję Edmunda, a w kolejnym tygodniu - szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Zastanawiam się nad Drag Queen, You Found Me i Little Piece of Heaven, ale to się jeszcze zobaczy :).

Enjoy.

19. Coś czego się nie zapomina

Uporczywy dźwięk budzika uświadomił mi, że oto po raz kolejny nastał tak znienawidzony przeze mnie poniedziałek. Westchnąłem smętnie, przewracając się na drugi bok i odnajdując dłonią mój telefon, po czym wyłączyłem alarm i przymknąłem powieki jeszcze na krótką chwilę. Muszę iść do szkoły. To okropna myśl, wiecie? Chyba Jenna ma rację, ostatnimi czasy zupełnie odzwyczaiłem się od tamtego miejsca. Pozostanie na wszystkich lekcjach wydawało się dla mnie niemalże heroicznym wyczynem. Nudziłem się jak diabli i cały czas tęskniłem za Amadeuszem. Ale chyba miała rację. Nie mogłem sobie pozwalać na tak częste nieobecności. I tak cały czas wynajdywałem sobie jakieś durne wymówki, musiałem się w końcu zebrać w sobie i zacząć żyć normalnie.
Normalnie. Z demonem na karku. Dobre sobie.
Rozejrzałem się po pokoju, przecierając nieco zaspane oczy. Ku mojemu zdumieniu, Amadeusza nie było w pomieszczeniu. Właściwie mogłem się tego spodziewać. O ile nie wskoczył na mnie od razu, co robił często, ledwie zorientował się, że wstałem, pewnie miał lepsze zajęcia.
-Amadeusz!- krzyknąłem, zastanawiając się, gdzie u diabła podziewa się tym razem i co już zdążył popsuć. W końcu, nie słysząc jego odpowiedzi, wymamrotałem pod nosem jakieś przekleństwo i zwlokłem się z łóżka, po czym przeszedłem do kuchni.
Ale w kuchni też go nie było. Zresztą tak samo jak w łazience.
Sapnąłem z poirytowaniem. No świetnie. Ledwie wczoraj prosiłem go o to, żeby nie ruszał się ode mnie na krok, a już pierwszego dnia mnie zawiódł. Cudownie. Po prostu nie mogło być lepiej.
Wróciłem do sypialni i zacząłem się ubierać, mając szczerą nadzieję, że za chwilę się pojawi. W końcu podejrzewałem, że zapewne coś robi, gdy ja śpię albo nie ma mnie w domu. Raczej nie siedział całymi dniami przed telewizorem. Szczególnie teraz, gdy nie miał już takiej możliwości. Pewnie gdzieś podróżował, obserwował kogoś innego, zajmował się czymś innym... I prawdopodobnie zupełnie zapomniał o tym, że ja, jak każdy zwykły śmiertelnik w moim wieku, muszę raz na jakiś czas wybrać się do szkoły.
Cały Amadeusz.
Chociaż trudno wymagać od kilkusetletniej istoty, żeby pamiętała o tak prozaicznych sprawach, prawda...?
-Amadeusz!- krzyknąłem raz jeszcze, po czym zdałem sobie sprawę z tego, że to zupełnie idiotyczne. Wołałem kogoś, kto równie dobrze mógłby byś w tym momencie na drugim końcu świata. Gratulacje, Josh, ostatnimi czasy bijesz rekordy głupoty.
Podszedłem powoli do okna i wyjrzałem przez nie na zewnątrz.
Ktoś spacerował ulicą, ktoś wychodził ze sklepu, wyglądał przez okno z bloku naprzeciwko...
Nic ciekawego.
Żadnego sterczącego pod moją klatką, dziwacznie ubranego osobnika.
Może nie miałem po co niepokoić Amadeusza...?
I może teraz powinienem iść po prostu do szkoły, wcale na niego nie czekając...?
Nie ukrywam, że wcale nie podobał mi się ten pomysł. I tym razem wcale nie szukałem wymówki, by zostać w domu. Sami rozumiecie, w końcu: „nie pójdę do szkoły, bo jakiś maniak, którego nikt prócz mnie nie widzi, łaził za mną cały wczorajszy dzień i tak sobie myślę... może zamierza mnie zabić?” brzmi raczej mało przekonująco.
No dobrze. Właściwie to nie wiem, czy to rzeczywiście maniak. I nie wiem, czy to za mną wczoraj łaził. Wszystko wskazywało na to, że tak. Ale przecież to mógł być równie dobrze zbieg okoliczności... Mogłem przynajmniej go jakoś zagadać, sprawdzić, o co mu chodzi... Ale dziwicie mi się, że byłem przerażony?
Nadal jestem. Tak, cholera, boję się. Zupełnie irracjonalnie. Jakiegoś faceta, który wygląda jak zmora wszystkich projektantów mody i właściwie prócz tego faktu zupełnie nic mi nie zrobił. Chyba naprawdę powinienem iść do szkoły. Jeżeli go spotkam, to zacznę się martwić. I wtedy wrócę.
… O ile nie będzie już za późno na ucieczkę.
Cholera! Dlaczego od razu sobie wyobrażam, że jedynym marzeniem tego mężczyzny jest zadźganie mnie nożem za pobliskim rogiem i upieczenie na ruszcie moich świeżo ostygłych zwłok...?
Nie, dosyć tego.
Wymówka, czy nie...
Chyba wolę zaczekać ma Amadeusza.

No więc, czekam na Amadeusza.
Czekam na niego raczej dosyć długo, bo jest już parę minut po czternastej, a za niecałe pół godziny moja klasa kończy lekcje, ale co tam... W końcu nie należy wymagać od demona poczucia czasu, prawda?
Boże, zupełnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Amadeusz nie siedział przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę, to prawda, ale raczej większość czasu poświęcał właśnie mi. Czasem tylko znikał na dłużej, gdy obrażał się po naszych kłótniach i wtedy rzeczywiście nie było go dość długo, ale teraz po prostu przechodził samego siebie. Ciekawe, co tak bardzo przykuło jego uwagę...
A zresztą, nad czym ja się zastanawiam? Gdybym miał do wyboru spędzenie całego dnia z kimś równie nudnym jak ja, a oglądanie wszystkich cudów przyrody, wielkich wydarzeń, kataklizmów z bliska, wybrałbym to drugie. Sęk w tym, że Amadeusz nie mógł być daleko stąd. W końcu nie powinien się ode mnie oddalać i sam twierdził, że nigdy tego nie robi. Więc gdzie on jest, u diabła...? Znowu się coś stało...? Jennie? Katy? Może Jackowi...?
Odruchowo zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Nic. Żadnych informacji, prócz kilku upierdliwych sms-ów od Jenny, która ze wszystkimi szczegółami opisała mi to, co nawygadywała na mnie Worner. Gdyby rzeczywiście coś się stało, na pewno ktoś by mnie powiadomił. Poza tym, Amadeusz też by mi powiedział. Przekazanie mi jakiejkolwiek informacji zajęłoby mu ledwie sekundę, na pewno znalazłby tę chwilę, żeby powiedzieć mu coś ważnego.
Zresztą, czym ja się martwiłem? Może rzeczywiście stracił poczucie czasu. W końcu nasz dzień był pewnie dla niego jak minuta jego istnienia albo nawet mniej. Coś mogło przykuć jego uwagę. Może jakiś wypadek... Sam nie wiem. Pewnie wróci i mi opowie.
-Amadeusz, ty idioto...- westchnąłem jedynie smętnie pod nosem, szukając sobie jakiejś książki do poczytania i w tym momencie usłyszałem głośny trzask.
Odwróciłem się, mocno zdezorientowany. Zobaczyłem kawałki szkła, które zalegały całą podłogę. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to pozostałości po moim kubku. Ale zanim zdążyłem sobie jakoś racjonalnie wyjaśnić ten fakt, stół stojący pośrodku pokoju zaczął poruszać się chaotycznie w tę i z powrotem, strząsając z siebie prawie wszystko, co się na nim znajdowało.
Cofnąłem się pod ścianę, zupełnie osłupiały. Serce zaczęło mi bić szybciej ze strachu. Nie miałem pojęcia, co się tak właściwie dzieje.
Stolik zatrzymał się nagle. Nie minęła nawet sekunda, aż moja szafa otworzyła się na oścież i wszystkie zgromadzone w niej ubrania wylądowały na podłodze. Światło zamigotało na chwilę i zaraz zgasło, zasłonka zaczęła poruszać się gwałtownie, prawie zrywając się z karnisza, a nieco uszkodzone radio zawyło nagle na cały regulator jakąś smętną piosenkę.
To wszystko wyglądało jak scena wyjęta z jakiegoś horroru. Mój pokój dosłownie oszalał. A ja stałem jedynie wciśnięty w kąt, pobladły ze strachu, nie mając pojęcia, co właściwie zrobić i jak się zachować. I pewnie przyglądałbym się temu jeszcze długo, ale w tym momencie przyszło mi do głowy coś zupełnie absurdalnego i rzuciłem pełne niepewności:
-Amadeusz...?
Wszystko w jednej chwili ustało.
Wciąż nie ruszyłem się ze swojego miejsca. Nadal nie mogłem uwierzyć w to, czego świadkiem byłem ledwie chwilę temu. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe, ale teraz strach zaczynał ustępować zupełnie innemu uczuciu – niepokojowi i brakowi zrozumienia. Czy to możliwe, że to mógł być...?
-Amadeusz...?- szepnąłem raz jeszcze, wciąż jednak mając poczucie, że ten pomysł jest kompletnie oderwany od rzeczywistości. Przecież to nie mógł być on. Amadeusz nie robił takich rzeczy. A nawet, jeśli... To Amadeusza przecież widziałem, prawda?
-Amadeusz, to ty?- zapytałem raz jeszcze, jakbym rzeczywiście oczekiwał, że nagle usłyszę odpowiedź- Jeżeli to ty, daj mi jakiś znak- poprosiłem cicho.
Przez dłuższą chwilę zupełnie nic się nie działo. I gdy już zamierzałem powiedzieć coś po raz kolejny, moja szkolna torba poderwała się gwałtownie w powietrze i wysypała całą swoją zawartość na posadzkę. Wcale nie byłem pewien, czy rzeczywiście mogłem to odczytywać jako znak, którego oczekiwałem. Na tym się jednak nie skończyło. Jeden z moich zeszytów poszybował ku górze, a w ślad za nim ruszył długopis i już po chwili, oba te przedmioty wylądowały na stole. Długopis zaczął poruszać się powoli po papierze, jakby ktoś coś pisał.
Ja jednak wciąż byłem tak zaszokowany, że jeszcze przez kilka sekund nie mogłem się ruszyć. W końcu jednak udało mi się przełamać i podszedłem niepewnie do stolika, wciąż przepełniony lękiem. Na papierze zaczęły pojawiać się jakieś krzywe litery. Ktokolwiek to był, wyraźnie z trudem posługiwał się długopisem. Jego pismo było nieładne i niedbałe, podobne do pisma małego dziecka.
W końcu jednak długopis opadł na papier, a ja z dużym trudem odczytałem napisane na nim słowo.
JOSH
Tylko tyle. A jednak w tamtej chwili pozbyłem się zupełnie wszystkich wątpliwości, jakie miałem. Byłem prawie przekonany, że to Amadeusz. Wpatrywałem się w kartkę z niedowierzaniem, bo właściwie dopiero w tym momencie zaczynało do mnie docierać to, czego byłem świadkiem. To był Amadeusz. To musiał być Amadeusz. Chciał mi dać jakiś znak, pokazać mi, że tu jest... Bo ja go nie widziałem. Nie widziałem go!
-Co się dzieje?- zapytałem, nie będąc w stanie ukryć paniki- Dlaczego cię nie widzę?!
Byłem przerażony. Nie wiedziałem, co mam myśleć. Amadeusz nigdy nie mówił, że może nadejść czas, w którym przestanę go widzieć. Nigdy nie brałem niczego takiego pod uwagę. Więc co się wydarzyło?! Skończył się mój czas?! Miałem jakiś wyznaczony limit?! Zachowałem się nie tak jak było trzeba?! Serce biło mi jak oszalałe. Niemożliwe... Po prostu niemożliwe...
Na papierze zaczęły pojawiać się kolejne, chwiejne litery. Z napięciem czekałem, aż niewidzialna dłoń skończy wreszcie pisać i po kilku minutach odczytałem kolejne zdanie:
ZROBIŁEM COŚ GŁUPIEGO
-Coś głupiego...?- powtórzyłem bez krztyny zrozumienia- O co chodzi...?- zapytałem niepewnie- Co takiego zrobiłeś...? Da się to w ogóle jakoś odwrócić?!- to była chyba kwestia, która interesowała mnie w tamtej chwili najbardziej. Nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, że mógłbym funkcjonować bez Amadeusza. Już wystarczająco uciążliwym był fakt, że normalni ludzie go nie widzieli. Jeżeli ja zacznę się teraz zaliczać do tych „normalnych” ludzi, to nasze relacje zupełnie się posypią. Co ja mówię. Wszystko się posypie.
Na kartce pojawiły się kolejne słowa.
PAMIĘTASZ TĄ NOC GDY WYSZEDŁEŚ NA BAL?
-Amadeusz, to nie jest odpowiedni czas na tego rodzaju wypominki!- skarciłem go z poirytowaniem. Cholera, w ogóle mnie to w tym momencie nie obchodziło! Chciałem tylko wiedzieć dlaczego go nie widzę i czy mogę coś zrobić, żeby to zmienić! To wszystko!
TEJ NOCY ODSZEDŁEM
-Odszedłeś...?- zapytałem bez zrozumienia.
ODSZEDŁEM ZA DALEKO
Znieruchomiałem. Zupełnie nie wiedziałem, co to ma do rzeczy. Wiedziałem, że był wtedy na mnie wściekły, groził mi, że zajmie się kimś innym, ale jaki to, u licha, miało wpływ na to, czy go widziałem?
INNY DEMON
W tym momencie kompletnie osłupiałem.
-Inny?!- wykrzyknąłem z niedowierzaniem- J-Jak to... Jak to „inny”?! Przecież mówiłeś, że nie tolerujecie swojej obecności! Że odpychacie się wzajemnie! Jak to możliwe, że jest tu inny demon?!
Długopis leżał nieruchomo na swoim miejscu. W pomieszczeniu panowała zupełna cisza.
-Amadeusz!- krzyknąłem wściekle, nie mając pojęcia, gdzie on tak właściwie jest- Amadeusz, odpowiedz!
Zero reakcji.
Odwróciłem się gwałtownie i w tym momencie... Zatrzymałem się, jak sparaliżowany. Tuż przede mną stał ten sam mężczyzna, którego widziałem wczoraj w parku. W swoim długim płaszczu, turkusowych butach i ciemnym kapeluszu, który zdjął na chwilę z głowy, by skłonić mi się krótko ze spokojnym:
-Witaj, Joshu Carter.
Osłupiałem. Nie miałem pojęcia, co zrobić.
-Kim jesteś?- wydusiłem z trudem, przez zaciśnięte ze strachu gardło.
-Myślę, że nasz wspólny znajomy aż za dobrze wyjaśnił ci tą sytuację...- nim się zorientowałem, mężczyzna pojawił się tuż przy stoliku, z pełnym politowania uśmiechem oglądając kartkę z napisanymi przez Amadeusza wiadomościami.
-Gdzie jest Amadeusz?- rzuciłem, starając się brzmieć stanowczo, ale mi nie wyszło. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Amadeusz w ogóle mnie nie uprzedził, nie przygotował na podobną możliwość. Nie miałem pojęcia, czego ten demon może ode mnie chcieć.
-Daleko stąd.
-Zrobiłeś mu krzywdę?- zapytałem ostro, ale on po raz kolejny wykrzywił jedynie wargi w czymś na kształt uśmiechu i pokręcił głową.
-Demonowi nie można zrobić krzywdy. A przynajmniej w waszym, ludzkim rozumieniu tego słowa...- wyjaśnił, rozglądając się z uwagą po pomieszczeniu, po czym dodał- Musiałem się go na chwilę pozbyć. Nie chciałbyś, żeby ktoś przeszkadzał nam w rozmowie, prawda...?
Więc Amadeusza tu nie było... Przełknąłem głośno ślinę. Czułbym się o wiele pewniej wiedząc, że jednak jest w pobliżu, nawet, jeżeli go nie widzę... Miałbym przynajmniej pewność, że nie da mi zrobić krzywdy. Teraz nie wiedziałem nic.
-Dlaczego go nie widzę...?- zapytałem, chcąc jakoś kontynuować rozmowę. Miałem jakąś idiotyczną nadzieję, że może jeżeli zajmę tego demona wystarczająco długo, Amadeusz jednak zdąży się tutaj pojawić.
-Och, to tylko kwestia pewnych zabiegów... To tymczasowe- wyjaśnił ze spokojem- I nie potrwa długo. Zapewniam cię, Joshu Carter, że doprowadzenie do takiego stanu zajęło mi zbyt wiele czasu, bym chciał się w to bawić częściej...
-No tak...- parsknąłem jedynie- Mogę sobie wyobrazić, że żyjącemu kilka stuleci demonowi brakuje czasu...
Mężczyzna uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Widzę, że poczucie humoru cię nie opuściło, Joshu Carter.
… Nie nazwałbym tego w ten sposób.
-A przy okazji, żyję kilkaset tysiącleci, a nie kilka stuleci... Ale nie martw się, w naszym przypadku, pomyłki wiekowe są jak najbardziej uzasadnione...- zachichotał, ale jego śmiech brzmiał zupełnie nienaturalnie, jakoś szorstko i chłodno. Zupełnie inaczej niż śmiech Amadeusza.
-Czego ode mnie chcesz...?- zapytałem niepewnie.
-Porozmawiać- odparł bez ogródek, przyglądając mi się badawczo.
-I jeżeli porozmawiamy... Odejdziesz..?- nie potrafiłem nawet ukryć zdenerwowania. Ręce lekko mi drżały. Ten mężczyzna... Ten demon właściwie... Budził we mnie okropne odczucia mimo tego, że w ogóle go nie znałem.
-Masz na to moje słowo- odparł gładko, skinąwszy lekko głową.
Poruszyłem się odrobinę niespokojnie. Zagryzłem wargę w nerwowym geście i spuściłem wzrok, starając się jakoś zebrać myśli. To wszystko wydawało mi się takie irracjonalne, takie niemożliwe... Przecież to w ogóle nie zgadzało się z tym, o czym opowiadał mi Amadeusz. Skąd w ogóle wziął się tu ten mężczyzna? Dlaczego wyglądał w taki sposób? Czego ode mnie chciał...? I przede wszystkim, czy mogłem mu uwierzyć na słowo.
Chociaż może raczej powinienem zapytać... Czy miałem jakikolwiek wybór?
-Mogę sobie nalać czegoś do picia...?- zapytałem jedynie odrobinę słabo, a on uśmiechnął się lekko i skinął przyzwalająco głową. Wyszedłem do kuchni, z trudem trzymając się na nogach. Drżącymi dłońmi nalałem sobie do szklanki wody i wróciłem wraz z nią do pomieszczenia.
Zauważyłem, że ten demon był zupełnie inny niż Amadeusz. Nie chodziło nawet o sam wygląd i charakter, ale o sposób bycia. On nie rozrzucał wszystkiego, nie miotał się chaotycznie, nie wiercił niecierpliwie. Gdy wróciłem, siedział spokojnie na krześle, przy stole, śledząc moje poczynania uważnym spojrzeniem. Dopiero w momencie, gdy odstawiłem szklankę na blat, jego oczy przeniosły się na nią, a dłonie drgnęły gwałtownie, jakby w pierwszym odruchu zamierzał coś zrobić, ale w końcu ułożył ręce z powrotem na kolanach i z dużym trudem oderwał od nich wzrok, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie.
-Wyglądasz inaczej niż Amadeusz...- stwierdziłem po dłuższej chwili wahania, a on po raz wtóry zaśmiał się bez krzty autentycznego rozbawienia i odparł bez najmniejszych emocji:
-Nie jestem takim demonem jak on. Twoja osoba nie ma wpływu na to, jak wyglądam.
… Całe szczęście, bo naprawdę zacząłbym się o siebie poważnie martwić.
Teraz już w ogóle miałem mętlik w głowie. Co to znaczy, że nie był takim demonem jak Amadeusz? To istniały jakieś inne...? Kompletnie tego wszystkiego nie pojmowałem.
Upiłem łyk wody i zacząłem obracać nerwowo szklankę w dłoniach.
-Znasz swoją wartość, Joshu Carter...- odezwał się w końcu demon, przerywając panującą pomiędzy nami ciszę- Wiele demonów oddałoby dużo, by znaleźć człowieka takiego jak ty...- podniosłem na niego pełne niepewności spojrzenie. Miałem szczerą nadzieję, że on nie znajdował się w tym gronie. Chciałem się go po prostu jak najszybciej pozbyć i zobaczyć Amadeusza. Natychmiast- Ale oni nie są w stanie widzieć tego, co widzę ja... Więc nie martw się, nieprędko cię znajdą. A ja nie szukam towarzystwa- dodał ponad wszelką wątpliwość, widząc zapewne moją obawę- Powiedzmy, że jestem tu służbowo.
-Służbowo...?- powtórzyłem bez zrozumienia.
-Tak.
-Nie rozumiem...- stwierdziłem cicho.
Parsknął szorstkim śmiechem.
Miałem wręcz wrażenie, że wszystkie jego odruchy i reakcje są w rzeczywistości zaplanowane i wyćwiczone. Tak jakby chciał stać się w moich oczach jak najbardziej ludzki.
-To dość oczywiste...- odparł z politowaniem- Z natury nie pojmujecie zbyt wiele... Ludzie tacy jak ty, zdarzają się niezwykle rzadko. Zazwyczaj widzą nas tylko ci, którzy są już na łożu śmierci albo ci, którzy są jeszcze na tyle mali, że nie zostali skażeni złem... Dla tych pierwszych stanowimy niekiedy ostatni wyraz sumienia, dla tych drugich ledwie niewinną marę... To jest nasza rola w waszym świecie- skwitował dobitnie- Nic więcej nas z wami nie łączy. Nie wtrącamy się w wasze ludzie sprawy... No... Prawie...- uśmiechnął się nieco złośliwie- Większość z nas traktuje was neutralnie. Jesteście szarymi widmami, które pomiędzy nami przemykają... Nie obchodzicie nas zbytnio. Możemy was obserwować, czasem nieco uprzykrzyć wam życie... Ale niestety istnieją tacy ludzie jak ty, którzy widzą więcej... I gdy dwa światy zaczynają się ze sobą splatać, któraś ze stron musi zainterweniować. Robimy to my, jako strona bardziej świadoma. Ja jestem posłańcem.
-Czyli co...?- parsknąłem cicho- Wy, demony, też macie jakąś hierarchię...?
-Ależ oczywiście- odparł tak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Więc czego ode mnie chcesz?- zapytałem szorstko. Dlatego Amadeusz nie wyczuł jego obecności i dlatego byli tu we dwóch... To nie był jakiś zwykły demon. Nie miałem pojęcia, czym tak naprawdę różni się od pozostałych i coś mi mówiło, że wcale nie chcę wiedzieć.
-Ujmę to w ten sposób... Zainteresowanie demonów ludźmi, zawsze sprawia nam pewne problemy... Ale zainteresowanie ludzi demonami, zawsze doprowadza do ich zagłady, autodestrukcji.
Wpatrywałem się w niego bez zrozumienia.
-Co masz na myśli?- zapytałem jedynie.
-Ludzie tacy jak ty, od wieków kończą tak samo...- odparł, nie odrywając ode mnie przenikliwego spojrzenia- Na stosie, szubienicy, w szpitalach... Umierają albo izolują się od świata, co jest dla nich jeszcze gorsze. Dlatego przyszedłem.
-Żeby mnie uprzedzić...?
Szczerze mówiąc jakoś wątpiłem w jego dobrą wolę.
-Żeby cię od tego uchronić- odpowiedział, a ja prychnąłem cicho.
-Czasy stosów i szubienic dawno się skończyły... A poza tym skąd ta troska...?- zapytałem z ironią.
-Troska...?- powtórzył, krzywiąc się nieznacznie- Twój los mnie nie obchodzi, Joshu Carter... Po prostu robię to, co do mnie należy.
-Czyli...?
-Uprzedzam.
-Dzięki za uprzedzenie- odparłem więc- Coś jeszcze...?
Demon wykrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu. On najwyraźniej wcale nie skończył.
-Otrzymałeś niezwykły dar, Joshu Carter...- odezwał się po dłuższej chwili, mierząc mnie badawczym spojrzeniem- Możesz to nawet nazwać podarunkiem od losu... Zrezygnuj z niego.
Osłupiałem.
-Słucham...?- bąknąłem z niedowierzaniem. Miałem wrażenie, że się przesłyszałem.
-Zrezygnuj z niego- powtórzył uporczywie demon- To dobrowolny akt, nie mogę cię do tego zmusić ani uczynić niczego, by zmienić tą sytuację. Mogę cię jedynie przekonywać, że to będzie dla ciebie najlepsze.
-Podarunków się nie oddaje- uciąłem.
-Powinieneś zrobić wyjątek.
-Chcesz... Chcesz, żebym zrezygnował z Amadeusza...?- wolałem się upewnić, że naprawdę o to chodzi. Skinął głową. On chyba oszalał- Nigdy- stwierdziłem z pełną stanowczością- Miałbym żyć ze świadomością, że dokonałem takiego wyboru...?
-Ależ skąd. Zabierzemy twoje wspomnienia. Nie będziesz czuł cierpienia ani tęsknoty. Zwrócimy ci zwyczajność.
Zwyczajność. Dawno już nie odnosiłem do siebie tego słowa. Byłem „zwyczajny” przez zdecydowaną większość swojego życia. Nieciekawy, przeciętny, szary... Aż wreszcie okazało się, że jednak jest coś, co czyni mnie wyjątkowym. I wcale nie zamierzałem z tego rezygnować. Amadeusz stał się kimś bardzo ważnym. Dużo ważniejszym niż mogłem kiedykolwiek przypuszczać.
-A co z Amadeuszem...?- zapytałem, chociaż właściwie wcale się nie wahałem ani nie zastanawiałem. Moja odpowiedź była jasna. Nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego.
-Z nim?- demon zdumiał się moim pytaniem- Nic- odparł po dłuższej chwili- Będzie istniał, dokładnie tak, jak do tej pory.
-Też o mnie zapomni?
-My nie zapominamy. To słabość znana jedynie ludziom.
Parsknąłem gorzko.
-Nie zrobię niczego, by Amadeusz cierpiał.
-Już cierpi- odparł szorstko mężczyzna- Twoja decyzja niczego nie zmieni.
-To byłby egoizm, gdybym zgodził się na coś podobnego.
-KAŻDE ludzkie działanie jest egoizmem- stwierdził z całą stanowczością demon, krzywiąc się nieznacznie- To, że chcesz z nim pozostać, także. Dobrze wiesz, że lepiej dla niego byłoby to skończyć... Bliskość ludzi jest dla demonów zgubna. I z każdym dniem stają się coraz bardziej ludzcy, przez co cierpią, bo bycie człowiekiem jest dla nich nieosiągalne... Pełne uczłowieczenie to zbyt duża cena dla demona...
Zbyt duża cena...?
-Więc to jednak możliwe...?- zapytałem z niedowierzaniem. Do tej pory w ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę. A nawet jeżeli, to wydawało mi się to zupełnie nierealne.
Uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, po czym podniósł się z miejsca.
-Na dziś skończyliśmy naszą rozmowę- poinformował mnie krótko.
-Więc Amadeusz wróci...?
-Nie. Jeszcze nie.
-Co?!- krzyknąłem ze złością, zrywając się z miejsca- Ale obiecałeś, że...
-Obiecałem, że odejdę po zakończeniu naszej rozmowy- odpowiedział spokojnie- I to uczynię. A teraz obiecuję, że dam ci czas na przemyślenie mojej oferty. Myślę, że bez obecności tego demona, będzie ci dużo łatwiej podjąć odpowiednią decyzje...
-Chcę zobaczyć Amadeusza!
-Po twojej ostatecznej odpowiedzi.
-To jest moja ostateczna odpowiedź!- wykrzyknąłem z pełną stanowczością- Innej już nie będzie!
Demon zdjął z głowy kapelusz i ukłonił mi się krótko.
-Do widzenia, Joshu Carter...- rzucił z lekkim uśmiechem i już go nie było.
Osunąłem się z powrotem na krzesło, czując się zupełnie bezsilny.
… I tak samotny, jak jeszcze nigdy wcześniej.

sobota, 28 maja 2011

Cześć :D

No więc udało mi się wreszcie sklecić Theodore'a. Co prawda nie jest dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam, ale myślę, że nie wyszło najgorzej. Niżej i tu znajdziecie rozdział. Chciałabym, żeby kolejny post pojawił się zgodnie z planem i myślę, że będzie to Sunrise :).

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie ;*.

Enjoy.

# 9 # [Theodore]

Theodore spacerował niespiesznie parkową aleją. Czuł się jakoś... dziwnie. Aż sam nie był w stanie tego opisać. Nie miał pojęcia, co się z nim stało. Nie miał pojęcia, kiedy zaszła ta nagła zmiana, której efekty widział właśnie teraz. Bo coś przecież musiało się stać. Coś przecież musiało się zmienić. Nigdy wcześniej nie czuł w sercu podobnej lekkości, jak w tej chwili. Jakby w jednej sekundzie odeszły od niego wszystkie troski i zmartwienia. Nie było w nim złości ani irytacji, nie było wyrzutów sumienia... Czuł po prostu... pustkę?
Nie, to nie była pustka.
Pustka towarzyszyła mu na co dzień. Poznał ją zbyt dobrze, by móc pomylić ją z tym, co czuł w teraz. Ale jak miał nazwać, jak scharakteryzować to uczucie, skoro dawno już nie czuł nic podobnego...?
Był jak więzień, który przez wiele lat nie wychodzi spoza czterech ścian i nagle zostaje wypuszczony na wolność, może wreszcie oddychać świeżym powietrzem i cieszyć się pięknem natury. Wszystko nagle go interesowało, wszystko ciekawiło, skłaniało do rozważań, przykuwało wzrok... To było dziwne, strasznie dziwne. Nigdy nie był miłośnikiem natury. Nigdy nie interesowała go przyroda. Podziw dla niej uznawał za domenę głupców, którzy nie mieli w swoim życiu nic lepszego do roboty prócz przyglądania się płatkom róż. A czy teraz nie stał się jednym z nich? Skoro nagle, zupełnie niespodziewanie, wszystko zaczęło przyciągać jego uwagę? I dmący głośno, lodowaty wiatr, przeszywający raz po raz jego ciało. I nieskazitelnie biały śnieg, który pokrywał wszystko dookoła niego. I bezlistne drzewa, nieruchome i puste, pozbawione życia... Dziwne, bardzo dziwne. Wiosną zdawały się być symbolem niewinności, delikatności i rodzącego się do życia piękna, rozkwitały cudownie niczym pierwsze miłości, a teraz... Były martwe. Zabite chłodem.
Zima zawsze kojarzyła się Theodore'owi ze śmiercią. Z przemijalnością, dramatem natury, swoistą tragedią ginącego pod przytłaczającą bielą świata... Ale cóż z tego? Przecież za chwilę nadejdzie wiosna. Czas odrodzenia i zmartwychwstania. Wszystko ponownie obudzi się do życia, powstanie raz jeszcze, niczym teatralny aktor, który ginąc w ostatnim akcie, podnosi się ze sceny, wyciąga nóż z piersi i kłania się w kierunku wzruszonej publiczności. To wszystko też zdawało się być niczym innym, jak tylko spektaklem natury.
Theodore dziwił się własnym rozmyślaniom. Dziwił się też temu, jak wielki odczuwał w sobie spokój. Nic nie mąciło mu w głowie. Nic nie wywoływało wyrzutów sumienia. Nie sprawiało, że czuł się rozżalony i wściekły na cały świat.
A może...?
Może po prostu dla niego też nadeszła już pora przebudzenia...?
Może on też potrzebował swojej wiosny, która zakończy okres długiego snu i przywróci go do prawdziwego życia...?
-O czym myślisz, Theo?- głos rudzielca wyrwał go z zamyślenia.
-O niczym- odparł odruchowo mężczyzna, nieco mało przytomnym głosem, po czym przeniósł na niego spojrzenie. Felix ślizgał się raz po raz, na każdym dłuższym odcinku lodu, jaki znalazł na swojej drodze, z taką miną, jakby sprawiało mu to wprost wyjątkową radość- Przestań.
-Dlaczego?
-Zrobisz sobie krzywdę- Theodore westchnął cicho, opatulając się szczelniej szalem. Było cholernie zimno.
-Martwisz się o mnie?- Felix uśmiechnął się niemal figlarnie, nie zatrzymując się ani na chwilę.
-Nie- odparł Theodore, również uśmiechając się lekko pod nosem- Po prostu, gdyby dziedzic tak ogromnej fortuny zginął w mojej obecności... To mogłoby być nieco podejrzane. A później zaraz zaczęłyby się poszukiwania kolejnego, w trzeciej linii, czwartej linii... Zbyt skomplikowane.
Rudowłosy zaśmiał się lekko i w tym właśnie momencie zachwiał się wyraźnie na nogach, w ostatniej chwili chwytając się dłoni mężczyzny, by utrzymać równowagę. W pierwszej chwili Theodore pomyślał jedynie coś na kształt: „a nie mówiłem?”, ale fakt, że Felix wciąż trzymał go za dłoń i najwyraźniej nie zamierzał wcale jej puścić sprawił, że przestał wierzyć w przypadkowość tego zdarzenia.
-Ej, Theo...
-Hm?
-Jak się czujesz?- rudzielec wpatrywał się w niego z mieszaniną ciekawości i autentycznego zatroskania.
-Normalnie- parsknął w odpowiedzi Theodore- A jak mam się czuć?
-No... Nie wiem...- Felix wzruszył ramionami, po czym zastanowił się chwilę- Możesz być smutny... Albo... Sam nie wiem... Rozczarowany...
-Nie czuję się rozczarowany- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna- Wprost przeciwnie.
Wracali właśnie z sierocińca. Theodore był już pewien, że jego rodzice naprawdę nie żyją. Zginęli wkrótce po jego narodzinach, w jakimś wypadku samochodowym, a nie miał żadnych krewnych, którzy mogliby się nim zająć.
I tyle.
Nic wielkiego.
Aż chciało mu się śmiać z samego siebie i swoich wcześniejszych domysłów. Jakby fakt ich życia rzeczywiście mógł cokolwiek zmieniać. Jakby to rzeczywiście było aż tak kolosalnie istotne, że było się czego obawiać. Jakby ich istnienie miało nagle zmienić całe jego życie... Nie mogło. Wystarczająco dużo zmieniła już ich śmierć. I nic więcej nie trzeba było w tym kierunku robić. Mógł to równie dobrze zostawić i żyć jak gdyby nigdy nic, jedynie z tą odrobiną wątpliwości, ale skoro już wiedział...
Tak, czuł ulgę.
Ulgę, że wszystko, w co wierzył, okazało się jednak prawdą. Że nie przeżył tak wielkiego rozczarowania jak Felix. A kto wie? Kto wie, co tak naprawdę by zrobił, gdyby usłyszał dziś, że jego rodzice żyją? Chyba nic. Miał nadzieję, że nic, chociaż jednocześnie wciąż miał w sobie tę iskrę obawy, że jednak mogłoby mu przyjść do głowy niedorzecznego. Już same wątpliwości do ich śmierci sprawiły, że zaczął się nad tym bardziej zastanawiać, rozważać rożne możliwości, a co dopiero zdziałałby pewność, że jednak żyją...
Ale nie żyli.
I tyle.
Nie należało z tego robić żadnej wielkiej sprawy.
Felix spoglądał na niego tak, jakby chciał mu złożyć kondolencje, co bawiło Theodore'a jeszcze bardziej. On naprawdę nie czuł ani krztyny smutku czy rozczarowania. Rozczarowania przeżywali jedynie ci, którzy karmili się złudną nadzieją. On nosił w sobie jedynie pewnego rodzaju obawę, której dziś się pozbył i przez to momentami nie mógł aż opanować pełnego ulgi uśmiechu, który sam cisnął się na jego wargi.
-Wracamy do domu- oświadczył w końcu Theodore, wyplątując dłoń z uścisku chłopaka i chowając obie ręce do kieszeni. Zrobił to chyba celowo, jakby chciał jedynie zobaczyć jego reakcję na ten gest.
-Och, Theo- jęknął chłopak i zupełnie niespodziewanie rzucił się mężczyźnie na szyję, obejmując go ciasno ramionami.
-Felix...- mruknął nieco niechętnie Theodore, próbując się wyswobodzić z jego objęć- Daj już spokój...
-Dlaczego?
-Bo obściskiwanie się z nieletnimi w miejscach publicznych nie jest powszechnie akceptowane- odpowiedział mężczyzna, odsuwając się nieco, ale rudowłosy nie dawał za wygraną i ciągle trzymał go mocno w swoich ramionach, wpatrując się w niego z jakąś dziwaczną determinacją i rumieńcem, który nie był chyba spowodowany zimnem.
-A gdy będę już pełnoletni...?- zapytał nagle, jakby ta sprawa rzeczywiście była aż tak istotna.
-Cóż... Wtedy to ty nie będziesz chciał się obściskiwać ze mną- odparł Theodore, po dłuższej chwili zastanowienia, nie mając pojęcia, czemu w ogóle wdaje się w tak niedorzeczną dyskusję.
-Dlaczego?- zdumiał się rudzielec, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Bo się zestarzeję.
-Przez dwa lata?- parsknął z rozbawieniem chłopak.
-Dwa lata to kawał czasu... Felix, na litość boską...- wymamrotał raz jeszcze i dopiero po dłuższej szamotaninie, udało mu się wreszcie oswobodzić- Od nowego roku pójdziesz do szkoły, zaczniesz się interesować rówieśnikami... Dziewczętami...- dodał, spoglądając na niego znacząco- Nie będę już dla ciebie odpowiednim towarzystwem.
-Nie będę! Nie będę się interesował nikim innym, Theo!- wykrzyknął chłopak, kręcąc gwałtownie głową, jakby czuł się wręcz oburzony faktem, że Theodore'owi mogło przyjść coś takiego do głowy- Bo ja... Bo ja...- Felix zawahał się wyraźnie, zagryzając nerwowo wargę, po czym spuścił wzrok i kontynuował- Bo ja bardzo lubię Mirthę... I całą resztę też lubię... Ale ciebie... Ciebie to tak lubię, Theo... Że aż... No... Aż... Po prostu... No...- rudowłosy najwyraźniej nie do końca potrafił wyrazić słowami tego, co zamierzał powiedzieć, bo w końcu jedynie westchnął smętnie i wzruszył ramionami.
Theodore poczuł się jakoś dziwnie.
Bardzo dziwnie.
Po raz kolejny tego dnia.
Początkowo to było miłe uczucie, które pojawiło się gdzieś w okolicach jego podbrzusza i rozlało się po całym jego ciele, pozostawiając przyjemne uczucie ciepła. Ale już po chwili dopadło go zupełnie co innego. Niepokój.
A przecież chłopak nie powiedział nic szczególnego. Nie padło żadne „kocham”. Żadne zobowiązanie. Żadna większa deklaracja. Nic. Nic, prócz zwyczajowego „lubię”, które przecież Theodore słyszał już od niego tak wiele razy. Ale miał dziwne wrażenie, że „lubię” w ustach Felixa było czymś dużo bardziej wartościowym niż „kocham”. Felix był jeszcze dzieciakiem. Niewinnym, naiwnym i przy tym całkowicie prawdomównym dzieciakiem. On jeszcze nie znał miłości. Nie potrafił jej rozpoznać, nazwać po imieniu. Nie dla niego były patetyczne słowa, których połowa ludzkości nawet nie rozumie.
Theodore zaczynał martwic się konsekwencjami.
Rozkochał w sobie chłopaka. Nie mógł tego tak po prostu zostawić i udawać, że nie ma o czym mówić, że niczego nie widzi.
Rozkochał?
Też coś.
A kto wie, czy to nie zwykłe zauroczenie?
A może nawet nie?
A może po prostu mu się podobał?
Nie było w tym przecież nic specjalnie złego, ale i nic specjalnie godnego uwagi.
A może chodziło jeszcze o coś innego?
O typ relacji, jakie ich łączyły?
Uwiódł go.
No dobrze, nie do końca, ale faktem było, że to on był pierwszym, który przekroczył bezpieczną granicę w ich znajomości.
Sprawił, że Felix zaczął na niego patrzeć inaczej. Nie jak na pracownika, ale jak na kochanka. To jego własne działanie doprowadziło do takiego stanu rzeczy, owszem, ale to przecież nie oznaczało, że chłopak darzył go jakimiś większymi uczuciami. To mógł być jedynie sentyment, ot co. Nie od dziś wiadomo, że pierwszych kochanków wspomina się często z pewnego rodzaju rozczuleniem i pamięta się o nich przez całe życie. I on stał się pierwszym kochankiem Felixa, ale to przecież nie musiało niczego oznaczać, stanowić żadnego zobowiązania. Chłopak był jeszcze młody, nieświadomy. Theodore nawet nie był przekonany, co do jego rzeczywistej orientacji. Nie od dziś wiadomo, że w tym wieku ludzie są najbardziej skorzy do różnego rodzaju eksperymentów i czują się zdezorientowani. Równie dobrze mógł niedługo poznać jakąś dziewczynę i się w niej zauroczyć, zupełnie zapominając o całym świecie.
Nie było się czym martwić.
… A co, jeżeli się mylił?
A co, jeżeli to, co widział w oczach Felixa, za każdym razem, gdy się do niego zbliżał, było czymś zupełnie innym niż pożądanie czy nawet fascynacja...? Co, jeżeli szukanie przez niego bliskości Theodore'a było czymś wynikającym z jego uczuć, a nie zwykłej chęci fizycznych doznań...? Co, jeżeli któregoś dnia „lubię” Felixa zamieni się na zawsze w równie zarumienione i pełne onieśmielenia „kocham”?
Co wtedy zrobi, do diabła?
Bo coś będzie musiał zrobić, prawda?
Zacznie z niego drwić? Będzie próbował udawać, że nic się nie stało, zrzucać wszystko na karb tego, że Felix jest jeszcze dzieciakiem, że nie rozumie...? A przecież rozumiał. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, bo sam niejednokrotnie w swoim życiu spotkał ludzi, którzy nadużywali owego słowa i przez to stawało się one puste i bez wyrazu. Bez najmniejszego znaczenia. A Felix przecież zawsze był szczery. Zawsze mówił całą prawdę.
Theodore nie miał pojęcia, jak się zachowa, gdy rzeczywiście nadejdzie taka chwila.
A co, jeżeli odpowie tym samym...?
Wzdrygnął się na samą myśl, jakby przyszło mu do głowy coś niestosownego.
A przecież w tym momencie równie istotną kwestią, jak uczucia Felixa do niego, było to, co on sam czuł w rzeczywistości do chłopaka.
Przecież nie mógł powiedzieć, że go nie obchodzi, że jest mu obojętny. Nigdy nie był. Gdy pojawił się w tym domu, Theodore tak bardzo starał się go nienawidzić, tak bardzo starał się w nim widzieć przyczynę wszystkiego, co się wydarzyło... Ale nie mógł. Nie potrafił. Ten dzieciak był zbyt rozbrajający. Wzbudzał w Theodorze takie uczucia, jakich ten nie znał nigdy wcześniej. Miał w sobie taką szczerość, taką radość życia, że mężczyzna momentami kompletnie tracił głowę. Podświadomie współczuł mu i jednocześnie pragnął jego bliskości, bo przy nim nic już nie było takie samo.
I nawet gorycz była inna.
Smakowała dokładnie tak, jak jego naznaczone łzami usta.
Słodko-gorzka.
Theodore mógł okłamywać samego siebie, że to, co robi z rudowłosym, to nic innego jak seks, nic innego, jak zwykłe dążenie do przyjemności. Mógł okłamywać samego siebie, że los tego dzieciaka wcale go nie obchodzi i że po prostu czeka na moment, aż ten zostawi go w spokoju i zajmie się czymś pożytecznym.
Mógł.
Ale po co...?
To nie przynosiło żadnego rezultatu.
Czasami wydawało mu się, że gdyby Felix wreszcie zajął się swoimi rówieśnikami, jemu byłoby lepiej. Że mógłby zostać sam. Sam ze swoimi wyrzutami sumienia, sam ze swoim gniewem, sam ze swoją wszechogarniającą, destrukcyjną wściekłością... I kto wie...? Może wtedy byłby w stanie zacząć go nienawidzić...?
Ale czy to naprawdę byłoby dla niego lepsze?
Nie mógł nic poradzić na to, że rudowłosy był jego zbawieniem. Zbawieniem od smutku, zbawieniem od żalu i cierpienia, zbawieniem od bólu, jaki niosła za sobą przeszłość.
Przecież dostawał szału, gdy tylko widział go w obecności tego przeklętego majordomusa, a doskonale wiedział, że w ich relacji nie ma niczego niestosownego, niczego, wykraczającego chociażby odrobinę poza natrętną serdeczność staruszka i zainteresowanie dzieciaka. Ale nie chciał go przy nim widzieć, nie tylko zważywszy na to, jaki miał stosunek do tego mężczyzny i jak wiele ten wiedział. Nie chciał go widzieć przy nikim. Tylko przy sobie.
Miłość...?
Aż parsknął z politowaniem w duchu.
Tak ma wyglądać miłość...?
Toż to raczej jakieś dziecinne zauroczenie!
Pasujące do Felixa, ale z pewnością nie do niego.
Nie.
Nie mógł go kochać.
Przecież serce oddaje się tylko raz, prawda...?
On już swojego nie miał.
Do domu dotarli jakieś pół godziny później. Theodore musiał przyznać, że jest dziś w wyjątkowo dobrym nastroju. Nawet zwyczajowo irytujący sposób bycia Felixa, nie wytrącał go z równowagi, a wprost przeciwnie. Wzbudzał w nim coś na kształt rozbawienia.
-Wyjdziesz ze mną też jutro, Theo?- zapytał Felix, ledwie przekroczyli próg.
-Zobaczymy- odparł wymijająco Theodore, zamykając za nimi drzwi. Zdawał sobie sprawę z tego, że rudowłosemu najzwyczajniej w świecie się tutaj nudzi. Nie było tu wiele zajęć dla kogoś takiego jak on. Ale mimo wszystko, mężczyzna wolał wstrzymać się z obietnicami. Dzisiaj czuł się świetnie, ale nigdy nie potrafił przewidzieć tego, jaki nastrój dopadnie go jutro.
-Och, Theo...- rudowłosy jęknął błagalnie, wpatrując się w niego tak, jakby chciał na nim koniecznie wymusić jakąś deklarację- Przecież masz dużo czasu! Moglibyśmy pójść znowu do parku... A-Albo na jakieś zakupy... Sam nie wiem... Ale chodźmy gdzieś razem, dobrze?
Theodore wykrzywił lekko wargi w czymś na kształt uśmiechu i jedynie pokręcił głową, po czym zorientował się, że ktoś na nich patrzy. Odwrócił wzrok i dostrzegł Mirthę, która stała ledwie kilkanaście kroków dalej, tuż przy ścianie. Zagryzała nerwowo wargę. Wyglądała na mocno zdenerwowaną. Mężczyzna w pierwszej chwili sądził, że pewnie Carmen znowu zorganizowała jej jakąś karkołomną awanturę, ale...
Ale w tym momencie jego spojrzenie padło na ścianę, przy której stała dziewczyna.
Pobladł. W jednej sekundzie opuściły go wszystkie myśli i emocje, by zaraz powrócić z podwojoną siłą, na dłuższą chwilę kompletnie go paraliżując. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi...
-Co to jest...?- zapytał nieco nieprzytomnym głosem, wpatrując się wprost w ciemnobrązowe oczy Olivera, który spoglądał na niego prosto z obrazu, uśmiechając się lekko. Z tego przeklętego obrazu, przedstawiającego jego, Grekcha i panią Victorię. Obrazu szczęśliwej rodziny za którym nie kryło się nic więcej, jak tylko fałsz i obłuda. Nic więcej, jak tylko śmierć.
Coś drgnęło w nim boleśnie, wybudzając go z chwilowego otępienia wywołanego tą sytuacją.
Coś, co zabrało ze sobą dotychczasowy spokój i zastąpiło go czymś zupełnie innym.
Gniewem.
-Przepraszam- pisnęła cienko Mirtha, jakby doskonale wiedziała, co się zaraz wydarzy.
-Co to jest, do diabła?!- warknął wściekle, drżąc niemalże z targających nim emocji. Kto śmiał...? Kto w ogóle się na to odważył...? Kto?! Przecież nikt nie miał prawa ruszać tego obrazu! Przewiesili go stąd po śmierci Grekcha, ale po kolejnych tragediach, nikt już nie odważył się przynieść go z powrotem na miejsce. A ten obraz stał się niemalże symbolem. Symbolem czegoś wyjątkowego, charakterystycznego dla tego domu. Symbolem, który należało za wszelką cenę chronić przed intruzem z zewnątrz, który zburzył spokój tego miejsca. Przed Felixem. Przed całym światem- Kto pozwolił ci to zrobić?!- krzyknął, chociaż aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że z pewnością nie była to decyzja dziewczyny- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz! To nie jest twój dom!
-P-Przepraszam, ja...
-Theo, ale mi to nie przeszkadza!- zapewnił błyskawicznie rudowłosy, wyraźnie przerażony- Niech tu będzie, naprawdę, ja...
-Idź do siebie- syknął cicho Theodore, z trudem utrzymując nerwy na wodzy.
-Ale...
-Idź do siebie, Felix!- wycedził przez zęby, czując, że zaraz wybuchnie i powie coś, czego będzie żałował. Chłopak chyba zrozumiał, bo posłał mu jedynie płochliwe spojrzenie i ruszył powoli po schodach, raz po raz oglądając się na niego nerwowo. Dopiero gdy zniknął na ich szczycie, Theodore zapytał raz jeszcze, drżącym głosem- Co to ma znaczyć?
-To nie ja!- odparła pospiesznie Mirtha, wyraźnie nie mniej wystraszona niż Felix- Pani Carmen poprosiła Carola, żeby to tu przewiesił... I powiedziała, żebym tu została... Żebym...
Theodore nawet nie czekał na jej dalsze słowa. Wyminął ją pospiesznym krokiem, dygocąc z wściekłości. Oczywiście! Tego mógł się spodziewać od początku! Przecież było jasne, że Mirtha nie zainicjowałaby czegoś podobnego, nie miała w tym zresztą żadnego celu.
Mężczyzna wpadł do kuchni, zatrzymując się w progu. Wewnątrz nie było nikogo prócz Carmen, która siedziała przy stole, wpatrując się mglistym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą. Wszystko wyglądało tak, jakby była przygotowana, jakby na niego czekała. Bo przecież musiała wszystko słyszeć. Musiała wiedzieć, że tutaj przyjdzie.
-Co to wszystko ma znaczyć, do diabła?- warknął Theodore, wpatrując się w nią badawczo. Nie miał pojęcia, co się tak naprawdę dzieje. Po co właściwie zrobiła to wszystko. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele złych emocji drzemie w mężczyźnie, jak łatwo go rozbroić, zniszczyć, jednym słowem, wspomnieniem, ledwie powtórzeniem imienia Olivera... Przecież to ona niemalże zabroniła wymawiać jego imienia. Przecież to ona usunęła wszystkie pamiątki, schowała wszystkie rzeczy, które do niego należały. Ona przewiesiła ten przeklęty obraz twierdząc, że w tym domu nie będzie już miejsca dla nikogo z nich.
-Co takiego...?- zapytała spokojnie, nawet nie przenosząc na niego spojrzenia.
-Nie udawaj, że nie wiesz!- Theodore aż zatrząsł się ze złości. Kobieta podniosła się niespiesznie z miejsca i chwyciła za pozostawione na stole talerze i sztućce, jak gdyby nigdy nic, odkładając je do zlewu i wciąż wcale na niego nie patrząc- Doskonale zdawałaś sobie sprawę z tego, co robisz, prawda...? Wysłałaś tam Mirthę! Aż tak bardzo bałaś się spojrzeć mi  w oczy...?
-Chodzi ci o ten obraz...?
-Tak, chodzi o ten przeklęty obraz!- krzyknął ze złością mężczyzna, z chwili na chwilę coraz bardziej zdenerwowany. Nienawidził tego. Nienawidził Carmen i jej udawanej niewiedzy, obojętności. Nienawidził tego, że wcale na niego nie patrzyła, jakby w ogóle nie obchodziło jej to, co mówi, jakby osiągnęła swój cel. Nienawidził tego, że była tak okrutnie spokojna i opanowana, podczas gdy on zupełnie nie był w stanie powstrzymać lawiny emocji, żalu, goryczy i wspomnień, które raz po raz zatruwały go od środka- Nie zachowuj się tak, jakbyś nie rozumiała o czym mówię!
-Nie wiem o co ci chodzi, Theodore...- odparła powoli, wyraźnie niewzruszona. Wróciła na swoje miejsce. Jej wzrok ciągle błądził gdzieś po ścianach, po suficie... Przez chwilę sprawiała wręcz wrażenie obłąkanej, tak usilnie starała się uniknąć jego spojrzenia.
-Po co go przewiesiłaś?!- wykrzyknął z niezrozumieniem.
-To jest jego miejsce- odpowiedziała cicho.
-Nieprawda! Jego miejsce jest w...
-To jest jego miejsce, to jest miejsce Olivera i to jest jego dom!- krzyknęła niespodziewanie kobieta, a Theodore wbił w nią pełne zaskoczenia spojrzenie. Carmen zacisnęła wargi w wąską linijkę, milcząc przez dłuższą chwilę, po czym dodała lodowato i znacznie spokojniej- Żaden przybłęda tego nie zmieni. Niezależnie od tego, jak bardzo byś sobie tego życzył.
-Zwariowałaś...- parsknął mężczyzna, odwracając wzrok. Teraz to on nie mógł znieść jej spojrzenia. Spojrzenia, które przeszywało go na wskroś i na nowo wzbudzało w nim świeżo uśpione wyrzuty sumienia, które w tym momencie, jakby w reakcji na jej słowa, powróciły do niego ze zdwojoną siłą.
-Ja zwariowałam...?- rzuciła drwiąco w odpowiedzi, wykrzywiając wargi w gorzkim uśmiechu- Popatrz na siebie, Theodore... Popatrz, jak niewiele trzeba, żeby wytrącić cię z równowagi... Ja tylko zdecydowałam się przewiesić obraz... Zobacz, jak zareagowałeś na sam jego widok... Aż tak bardzo cię to męczy...? Aż tak bardzo, że nie możesz na niego patrzeć...? Co to takiego, Theodore...? Świadomość, że nie wywiązałeś się ze swojej obietnicy...? Że jednak go zostawiłeś...? Że wybrałeś tego przeklętego bachora...?
-Bredzisz!- warknął w odpowiedzi, ale każde jej kolejne słowo, niczym cierń wbijało się boleśnie w jego świadomość- Nie powinnaś była tego robić! Nie masz prawa, to nie twój dom! Nie możesz decydować o takich sprawach!
-Oczywiście...- na wargi Carmen wpełznął blady uśmiech- Nie zostało ci już nic prócz wymówek... Jeżeli tak bardzo przeszkadza ci ten obraz, zabierz go.
-To właśnie zrobię- odparł chłodno, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Zatrzymał się ponownie przy płótnie. Tym razem nie było już przy nim nikogo innego. Spojrzał w górę. Na półpiętrze stała Mirtha, kilka innych pracownic i Richard. Wszyscy spoglądali na niego jakoś dziwnie, z mieszaniną obawy i niepokoju. Jak na szaleńca. Jak na wariata, który za chwilę może zrobić coś nieobliczalnego. Nie obchodziło go to. Zdjął obraz ze ściany i skręcił wraz z nim w północny korytarz.
Chcą patrzeć? Niech patrzą!
Niech widzą w nim obłąkanego!
Niech widzą, co tak naprawdę uczynili! To ich wina! Wina ich wszystkich! Wina przeklętej Carmen, wina starucha Richarda, wina głupiej Mirthy, wina Felixa, wina tego domu... Wina tego wszystkiego, co go otaczało!
Płótno ciążyło mu niewyobrażalnie.
… Prawie tak samo, jak wyrzuty sumienia.
A mimo to, nie zatrzymał się ani na chwilę, dopóki nie dotarł do krańca korytarza. Uniósł obraz i z trudem odwiesił go na jego poprzednie miejsce. I dopiero w tym właśnie momencie, dopiero w momencie, gdy wpatrywał się w swoje dzieło, w milczeniu, niemalże ze swoistym poczuciem satysfakcji, zwycięstwa... Dopiero w tym momencie dotarło do niego to wszystko, co się wydarzyło.
Odetchnął płytko i zachwiał się na nogach, ledwie utrzymując równowagę, po czym całym ciężarem ciała oparł się plecami o ścianę. Nagle zrobiło się przeraźliwie zimno. Pusto. Cicho. Samotnie.
Jak bardzo samotnie...
Oczy Olivera spoglądały na niego z martwym rozżaleniem, a wcześniej rozbawiony uśmiech, teraz zdawał się mieć w sobie więcej fałszu i goryczy.
Co się z nim działo, do diabła...? Co się z nim właściwie działo...? Dlaczego tak zareagował na ten obraz...? Czy Carmen nie miała racji...? Czy to nie było miejsce Olviera, czy to nie był jego dom...? Czy nie miał prawa chociażby do odrobiny pamięci, zamiast tkwić tutaj, otoczony ciszą pustych ścian...? Tam przynajmniej każdy by go widział. Każdy musiałby się zatrzymać. Pomyśleć chociaż przez chwilę. Przypomnieć sobie to wszystko.
Ale czy Theodore naprawdę chciał tej pamięci...?
Przecież o nią walczył. Przecież walczył o to, by nikt tutaj nie zapomniał o Oliverze.
Ale w jaki sposób...?
Nikt nawet o nim nie mówił, w obawie na jego reakcję. Nikt nie powtarzał jego imienia. A to nie miało nic wspólnego z pamięcią.
Ale też nie oceniali. Nie wysuwali wniosków. Nie starali się zrozumieć całej tej sytuacji, nie analizowali jej, nie zastanawiali się nad przyczynami... O to mu chodziło. Nie o pamięć. O jej brak. O bierne przyjęcie pewnej wiadomości, o oczywiste zrzucenie wszystkiego na rodzinną tragedię... Dlatego tak strasznie nienawidził Richarda. Bo on mówił za dużo. Wiedział za dużo. O wiele więcej niż ci, którzy zaślepieni rozpaczą, dali sobie wmówić coś, co było przecież zupełnie absurdalne...
Nie... To wszystko zupełnie nie tak... Zupełnie nie tak...
Przymknął powieki, wciąż oddychając płytko, czując się zupełnie osłabiony, pozbawiony sił... Przecież nigdy w życiu nie zapomni o Oliverze. Przecież nie chciał wypchnąć go ze swojej pamięci. Wprost przeciwnie. Myślał o nim każdego dnia. Ale czy tak mocno, tak często jak kiedyś...? Nie. Bo teraz był Felix. Felix, któremu trzeba było poświęcić dużo uwagi. Felix ze swoim naiwnym uśmiechem, niewinnym dotykiem, Felix ze swoją radością i pogodą ducha. Felix, który zmienił wszystko. Nie było już dnia, w którym Theodore nie budził się z myślą o nim, i nie było nocy, przed którą nie zastanawiałby się nad ich sytuacją. Zupełnie nie potrafił go wyrzucić ze swojej głowy. Nagle stał sobie sprawę z tego, że ten dzieciak był właściwie wszędzie. Że stał się nieodłączną częścią jego życia. Nie potrafił go nienawidzić, nie potrafił go nawet ignorować, skupiał na nim prawie całą swoją uwagę, czuł się przy nim zupełnie inaczej, lżej, spokojniej, bez swoich pełnych gniewu rozmyślań i palącej świadomości winy... Wszystko się zmieniało. Z dnia na dzień był do niego coraz bardziej przywiązany. Nie potrafił już powstrzymać cisnącego się na wargi uśmiechu, gdy widział jego radość. Nie potrafił powstrzymać ulgi, gdy widział śpiącego obok siebie dzieciaka, takiego pięknego, takiego spokojnego...
Jak w ogóle mógł...?
Jak mógł pozwolić sobie, by tak bardzo się do niego zbliżyć...?
Jak mógł porównywać to w ogóle z uczuciem, jakim darzył Olivera...?
A przecież jeszcze dzisiaj zastanawiał się nad swoimi uczuciami do tego dzieciaka... Zastanawiał się nad miłością... Jak w ogóle mogło mu przyjść do głowy coś tak niedorzecznego? Miałby go kochać...? Też coś! To bękart, nic nie warty bękart, który pojawił się tutaj i zniszczył wszystko, co miał w sobie ten dom! Zniszczył pamięć o Oliverze. Bo kto chciałby jeszcze pamiętać o dawnym paniczu, skoro pojawił się nowy, zupełnie inny, którym również trzeba było się zająć i którego nagle zaczęły śledzić wszystkie ciekawskie oczy... A teraz ten dzieciak chciał doprowadzić do tego, by i Theodore zapomniał. To właśnie chciał zrobić. Ale mu się nie uda.
To Felix był winien wszystkiemu, co się tu wydarzyło. Był winien śmierci Olivera.
… Nie... Wcale nie...
Tak! Gdyby nie on, nic by się nie stało! Gdyby nie on, Oliver nadal by żył! Gdyby go nie znaleźli, gdyby nigdy nie dowiedzieli się o jego istnieniu, gdyby pozostał w tym swoim przeklętym sierocińcu na zawsze, nic takiego by się nie wydarzyło! To jego wina! Jego i starego Grekcha, który swoim cholernym testamentem zrujnował wszystko!
Ale Grekch już nie żył. Nie nadał się na obiekt nienawiści i zemsty.
Więc kogo innego Theodore mógłby obarczyć winą za śmierć Olivera, jeżeli nie Felixa...?
Kogo innego prócz samego siebie...?
Odszedł stamtąd. Niespiesznym krokiem wrócił do holu, czując się wciąż wyjątkowo otępiały. Dom był zupełnie cichy. Niemalże jak zawsze, od śmierci Olivera. Nie było nikogo, jakby wszyscy schowali się nagle w swoich pokojach, byleby tylko zostawić go w spokoju. Byleby tylko zwrócić mu jego samotność. A może to było tylko jego wrażenie...?
Jak cicho. Jak strasznie cicho.
Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skierował swoje kroki do łazienki. Zamknął za sobą drzwi i przez kilkanaście minut, stał jedynie w bezruchu, opierając się o nie, jakby nie rozumiał jeszcze, po co tu właściwie przyszedł. Rozejrzał się dookoła zamglonym wzrokiem, po czym nachylił się powoli nad wanną i odkręcił kurek z wodą. Nie wiedział, jak dużo czasu upłynęło, nim zorientował się, że wanna prawie się zapełniła.
Rozebrał się powoli i wszedł do wody. Było jej tak dużo, że część wylała się za brzegi wanny, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Ułożył się wygodnie, przymykając powieki. Potrzebował tego. Czuł się brudny, brudny od środka, wyniszczony, zupełnie rozbity... Nie było w nim gniewu ani nienawiści. Był po prostu zdezorientowany. Nie miał pojęcia, co dalej robić. Wszystkie myśli krążyły mu w głowie w zastraszającym tempie, jedna zaraz zastępowała drugą, kompletnie sprzeczną i wydawała mu się równie realna i możliwa.
Może Carmen miała rację...? Może on już zupełnie zwariował...?
Odchylił głowę do tyłu i odetchnął głęboko. Stopniowo zaczynał się uspokajać, wyciszać... Natrętne myśli nachodziły go coraz rzadziej, by w końcu zniknąć w ogóle. Wsłuchiwał się w swój miarowy oddech i odpływał powoli, zapominając o całym świecie.
Jak błogo.
Nie myśleć.
Nie myśleć wcale.
O niczym.
Gdyby był pewien, że śmierć jest niczym innym, jak tym właśnie stanem – zabiłby się już dawno. Ale był zbytnim tchórzem, by to sprawdzić. Zresztą, on wcale nie chciał umierać. Chciał tylko przestać czuć. To wszystko. To przecież nic wielkiego... Pozbyć się wyrzutów sumienia i zmyć z siebie winę. Czy naprawdę potrzeba śmierci żeby uzyskać spokój...?
Słyszał jakiś dziwny szum. Poruszył się odrobinę niespokojnie, po czym z trudem zmusił się do uchylenia ociężałych powiek i rozejrzał się zamglonym wzrokiem dookoła siebie. Podskoczył gwałtownie, przerażony, gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, co widzi.
Krew.
Cała wanna wypełniona po brzegi krwią.
Zadrżał spazmatycznie, unosząc swoje ręce. Jego przedramiona pokrywały podłużne cięcia, głębokie rany, do krwi, do kości...
Chciał krzyknąć, ale nie był w stanie. Nie potrafił w ogóle złapać oddechu, czuł, że zaczyna się dusić. Znieruchomiał zupełnie, kompletnie nie będąc w stanie się poruszyć i w tym momencie...
Ktoś szarpnął go mocno za ramiona.
Theodore wynurzył się spod wody, kaszląc głośno i z trudem łapiąc oddech.
-Theo!- usłyszał pełen niepokoju krzyk Felixa, ale w pierwszej chwili nawet nie zwrócił na to uwagi. Rozejrzał się dookoła uważnie. Woda była jasna, przejrzysta. Obejrzał swoje dłonie. Ani śladu. Urojenie... Przeklęte urojenie...- Theo!- dopiero w tym momencie odwrócił się w stronę chłopaka. Rudowłosy wpatrywał się w niego z obawą, wciąż trzymając go mocno za ramiona, jakby bał się, że ten z powrotem obsunie się do wody- Co się stało...? Zasnąłeś...?
Theodore zamierzał coś odpowiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Znowu kłębiło się w nim tak wiele myśli, tak wiele emocji, że zupełnie nie potrafił sobie z tym poradzić... Chciał przytulić Felixa. Chciał przytulić go do siebie mocno, chciał opowiedzieć mu wszystko, wierzyć, że ten zrozumie, dokładnie tak jak zawsze... I jednocześnie chciał go odepchnąć. Chciał na niego krzyknąć, kazać mu się wynosić, wywrzeszczeć mu prosto w twarz, jak bardzo jest winien temu wszystkiemu, co się tu wydarzyło...
W końcu jednak nie zrobił nic.
Uwolnił się jedynie z uścisku rudzielca i wyszedł z wanny, wciąż drżąc. Było mu zimno... Cholernie zimno.
-Theo...?- Felix wpatrywał się w niego z wyraźnym wahaniem- Co się stało...?
Nie odpowiedział. Chwycił za ręcznik i owinął się nim szczelnie wokół pasa, po czym wyszedł. Nie zwrócił uwagi na swoje ubrania, które wciąż zalegały na posadzce, ani na to, że jest cały mokry. Po prostu ruszył do swojego pokoju, marząc jedynie o tym, by zostać sam. By zasnąć, zapomnieć, nie myśleć, nie funkcjonować...
-Theo!- rudowłosy wybiegł za nim i chwycił go mocno za rękę, zatrzymując go na chwilę przy sobie- Theo, co się stało...?
-Zostaw mnie- odwarknął mężczyzna, wyrywając się z jego uścisku.
-Coś cię boli...?- dopytywał wciąż Felix, tym swoim przeklętym, uciążliwym, pełnym naiwności i troski głosem- Jesteś chory...? Strasznie dziwnie wyglądasz... Powinienem iść, po panią Carmen...?
-Daj mi spokój...- syknął mężczyzna, czując, że głowa pulsuje mi z bólu.
Wszystko wracało... Wszystko wracało...
-A-Ale Theo...- rudowłosy wciąż nie odstępował mu kroku.
-Powiedziałem ci już, Felix, na litość boską, zostaw mnie!- krzyknął z irytacją, dochodząc wreszcie do swojego pokoju i przekraczając jego próg. Chłopak chciał najwyraźniej wejść do niego razem z nim, ale mężczyzna zatrzasnął drzwi tuż przed jego nosem, nie mając najmniejszej ochoty na jego towarzystwo. Chciał zostać sam. Po prostu sam.
-Theo! Theo, otwórz drzwi!- Felix szarpnął za klamkę, ale Theodore w porę chwycił za nią i uniemożliwił mu wejście do pokoju.
-Felix, idź sobie!
-Porozmawiaj ze mną!- jego głos pobrzmiewał niemalże rozpaczliwie- Co się stało...? Theo!
-Wynoś się!- wycedził z trudem przez zęby, zaciskając powieki. Nie mógł tego wytrzymać. Czuł się tak, jakby głowa miała mu eksplodować z bólu. I jeszcze ten cholerny chłód...
-Theo! Theo, wyjdź, proszę! Theo! Theo!
Nie miał pojęcia, jak długo ten dzieciak stał przed drzwiami i wrzeszczał jego imię. Nie miał pojęcia, jak długo szarpał za klamkę i prosił go prawie płacząc o to, by ten wpuścił go do środka. Nie miał pojęcia, jak długo sam tam stał i modlił się jedynie o to, by Felix już odszedł i po prostu dał mu święty spokój.
Nie miał pojęcia.
Nie zwracał w ogóle uwagi na mijający czas, był kompletnie otępiały...
W pewnym momencie rudzielec się poddał. Już nie krzyczał. Nie wołał go po imieniu. Zza drzwi dobiegała jedynie cisza.
… Cisza.
Theodore uśmiechnął się do siebie niemalże z rozbawieniem.
Cóż to za szaleństwo go dzisiaj dopadło...?
Odszedł od drzwi dopiero w momencie, gdy usłyszał kroki chłopaka.
Poszedł sobie.
I już.
I znowu mógł być sam na sam, ze samym sobą, ze swoimi wyrzutami sumienia...
Jak dobrze, jak dobrze, jak lekko, jak cicho, jak pięknie...
… Jak strasznie.
Opadł na łóżko i zakrył się szczelnie kołdrą, zwijając się pod nią w kłębek. Cały się trząsł.
Ból zdawał się niemalże rozsadzać mu czaszkę od środka, ale nie miał nawet siły, by pójść po tabletki. Nie miał siły na nic. Był znużony, senny, zniechęcony do wszystkiego, co go otaczało... Sen zmorzył go na krótką chwilę, ale zaraz znowu się obudził. Nie minął kwadrans, a zasnął ponownie, tym razem również nie na długo. Kręciło mu się w głowie.
Usłyszał dziwny trzask, jakby ktoś otworzył drzwi.
Felix...?
Uchylił powieki i uniósł się nieco, półprzytomnie spoglądając w kierunku wejścia.
Nie...
Drzwi były zamknięte.
W tym momencie dopadło go paraliżujące uczucie. Świadomość tego, że ktoś jest w pokoju. Że ktoś stoi nieopodal, patrzy na niego... Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, kto to taki. Niemalże czuł na sobie jego przeszywające, lodowate spojrzenie, które wywoływało dreszcze strachu na jego skórze.
Nie odwrócił się. Brakowało mu odwagi. Skrył się z powrotem pod kołdrą, zagryzając wargi prawie do krwi, by powstrzymać się od płaczu.
To tylko urojenie, nic więcej, jak tylko wyobraźnia...
Theo...
Załkał niepohamowanie, zaciskając powieki.
Ten głos... Wszystkie wspomnienia powróciły do niego w jednej chwili.
Theo...
Zadrżał spazmatycznie ze strachu.
Nie zostawiaj mnie samego, Theo.
Felix! Gdzie jest Felix?! Niech tutaj przyjdzie, niech mu pomoże, niech go stąd zabierze!
Nie zostawiaj mnie samego, Theo. Nigdy.
Głos Olivera był szorstki i cichy. Dokładnie taki, jak go zapamiętał. Nie było w nim żadnych emocji. Ani rozżalenia, ani smutku, ani cierpienia... Nic. Zimno. Jak przeraźliwie zimno...
Nie zostawiaj mnie...
Theo...
Bał się otworzyć oczu. Czuł jak łzy spływają po jego policzkach. Nie był w stanie się poruszyć. Niech go zostawi... Niech sobie pójdzie... Niech da mu spokój...
Nigdy...
Theo...
Nie zostawiaj...
Nigdy...
Czuł czyjś oddech na swojej twarzy. Ktoś był bardzo blisko.
Nigdy...
Theo...
Nie zostawiaj...
Nigdy...
Mnie...
Theo...
Samego...
Nigdy mnie...
Samego...
Theo...
Te słowa raz po raz wbijały się do jego świadomości, chaotycznie, bez żadnego składu, wielogłosem...
Nie zostawiaj mnie...
Theo...
Nigdy...
Nigdy mnie nie zostawiaj...
Nie tutaj...
Nigdy...
Samego...
Theo...
Theo...
-Theo!- ten krzyk go otrzeźwił. Uchylił powieki i spojrzał na Felixa, który siedział tuż obok niego, obejmując go kurczowo ramionami. Mężczyzna załkał niepohamowanie, przywierając ciasno do jego ciała i rozglądając się z przerażeniem dookoła. Nie było nikogo- Theo...? Co się stało...? Słyszałem jak krzyczysz...- rudowłosy gładził go delikatnie po plecach, ale on nie był w stanie odpowiedzieć. Wtulił się w niego mocno, nie pozwalając mu się odsunąć ani na chwilę. Bał się. Tak strasznie się bał...- Masz gorączkę...- szepnął z lękiem rudowłosy- Jesteś rozpalony... Pójdę po panią Carmen, dobrze...?
-Zostań ze mną- wychrypiał z trudem mężczyzna, siłą zatrzymując go przy sobie.
-Tylko na chwilę... Wezmę coś na zbicie temperatury... Zaziębiłeś się chyba w tym parku, Theo...
-Nie zostawiaj mnie tutaj samego- zaprotestował gwałtownie, wciąż rozglądając się chaotycznie wokół siebie. Słowa Olivera wciąż pobrzmiewały w jego głowie, niemalże tak wyraźnie, jakby ten był teraz obok... Wszystko wirowało.
-Nie zostawię cię przecież...- głos Felixa zdawał się dobiegać z oddali. Poczuł, że chłopak kładzie go z powrotem na łóżku. Gdy poczuł przy sobie ciepło jego ciała, przestał się opierać i poddał mu się całkowicie. Wciąż nie mógł powstrzymać płaczu- Theo...?- ciepła, delikatna dłoń rudzielca, głaskała miarowo jego policzek- Co się właściwie stało...?
Theodore przymknął powieki, oddychając płytko.
Nie wiedział... Nie miał pojęcia...
Nie potrafił nawet odróżnić jawy od snu, prawdy od zwykłego urojenia...
… A może nic nie było prawdziwe?
-Pomóż mi...- szepnął w końcu ledwie słyszalnie- Pomóż mi, Felix...
-Próbuję... Pójdę po leki i od razu zrobi ci się lepiej, zobaczysz...- przekonywał go łagodnie chłopak.
Nie rozumiał... Niczego nie rozumiał...
-Ratuj mnie...- rzucił w końcu, drżąc spazmatycznie i z trudem uchylił powieki.
Gdy spojrzał na twarz Felixa, w jego oczach widział dokładnie to, co sam czuł.
Lęk.

wtorek, 24 maja 2011

Dobry wieczór :)

No więc z racji tego, że zazwyczaj z rozdziałami się spóźniam, dzisiaj postanowiłam zrobić wyjątek i pierwszy raz od dawna dodałam coś przed terminem. Dlatego niżej i tutaj czeka na was nowy rozdział "Wyzwania" o które ktoś ostatnio prosił, a które ja pisałam od stu lat i oto wreszcie się udało :P. Kolejny rozdział, powinien zgodnie z planem ukazać się w sobotę. Nie wiem jeszcze co to będzie. Męczę "Theodore'a", ale głowy nie dam, że uda mi się go skończyć na czas :).

Pozdrawiam kochane robaczki.

Enjoy.

5. Johnny zaczyna rozumieć

Johnny ziewnął przeciągle i ostatni raz przejrzał się w lustrze, by upewnić się, że wszystko jest z nim w porządku albo jeszcze lepiej, a następnie ruszył powoli po schodach, nieco chwiejnym krokiem. Wczoraj znowu zasnął wyjątkowo późno. Najpierw po raz kolejny starał się zmusić do obejrzenia jakiegoś meczu, ale ostatecznie wymiękł i darował sobie po pierwszej połowie. Przełączył na jakiś thriller i chociaż ten skończył się niedługo po północy, Johnny miał jakieś dziwne problemy z zaśnięciem.
W życiu by się do tego nie przyznał, ale pewien rodzaj filmów nie działał na niego szczególnie dobrze…
… Chociażby zważywszy na fakt, że nim się położył, musiał kilkakrotnie sprawdzić czy zamknął wszystkie drzwi i okna, a nawet przeszukać szafę i zajrzeć pod łóżko. A później jego serce przyspieszało wprost do niewiarygodnej prędkości, gdy nagle usłyszał jakieś głośniejsze stuknięcie czy trzask.
A efektem tego wszystkiego było zmęczenie Johnny’ego, które po raz kolejny zaowocowało szerokim ziewnięciem. Chłopak potknął się o ostatni ze schodków i z trudem utrzymał równowagę, chwytając się w ostatniej chwili za poręcz.
-No jeszcze się zabij- poradziła mu Rose, jak zwykle wyjątkowo uroczo, spoglądając na niego z dezaprobatą, po czym wróciła do kuchni, a Johnny powlókł się za nią- Mam nadzieję, że nie jesteś pijany…?
-Zmęczony Rose…- wymamrotał chłopak, wchodząc do pomieszczenia- Tylko zmęczony.
-Twoje szczęście… Jak spotkanie z tamtym chłopcem?
-Hę…?- Johnny jak zwykle o tej porze nie wykazywał się szczególną przytomnością umysłu. Zresztą, zawsze rano zachowywał się tak, jakby ktoś wyłączył mu mózg. Otworzył lodówkę i wyjął z niej jogurt, wypijając od razu połowę.
-No z tym Keithem- wyjaśniła Rose z lekkim zniecierpliwieniem.
-Bardzo dobrze- odpowiedział szatyn, uśmiechając się lekko jakby na wspomnienie wczorajszego dnia. Naprawdę tak uważał. Znowu świetnie rozmawiało mu się z Keithem, mimo tego, że teoretycznie nie mieli zbyt wielu wspólnych tematów ani wystarczająco dużo czasu, by bliżej się poznać. A poza tym, skupili się na matematyce. No dobrze, Keith się skupił, bo Johnny nie miał do tego głowy.
-Nie wiedziałam, że interesuje cię coś tak prozaicznego jak korepetycje…- rzuciła z ironią kobieta, posyłając mu jednocześnie badawcze spojrzenie, jakby nadal średnio wierzyła w jego nagły zapał do nauki- Sądziłam, że masz w głowie tylko głupie zabawy, jak to chłopcy w twoim wieku.
-No cóż…- odkaszlnął cicho Johnny, odrobinę zażenowany. Bo jakby tu łagodnie wyjaśnić, że to, co robił z Keithem było pewną formą zabawy…?- Zbliżają się egzaminy i tak dalej… A ja mam problemy z matmą… Chcę dobrze wypaść, po prostu.
-Brawo, Johnny, jestem z ciebie dumna!- rzuciła Rose z autentycznym zadowoleniem, a chłopak zmieszał się odrobinę. Zawsze było mu głupio, gdy musiał ją okłamywać, nawet w tak pozornie banalnych sprawach jak jakiś tam zakład. Po prostu był pewien, że by się jej to nie spodobało.
-Tak, ja też…- wymamrotał tylko pod nosem, zarzucając torbę na ramię- Ja będę już spadał, Rose.
-Bez śniadania?!- oburzyła się kobieta- Ani się waż! Siadaj, Johnny, dzisiaj nie zdążyłam niczego przygotować wcześniej, ale zaraz zrobię ci jakieś tosty albo jajecznicę…
-Nie mam czasu, Rose- szatyn uśmiechnął się przepraszająco- I tak jeszcze obiecałem Benny’emu, że po niego podjadę, a jestem już trochę spóźniony.
-Benny’emu…?- kobieta zmarszczyła brwi- A on nie ma przypadkiem własnego samochodu?
-Popsuł się. Muszę lecieć, Rose- powtórzył raz jeszcze, po czym uściskał ją serdecznie na pożegnanie- Do zobaczenia.
-Drugie śniadanie!- upomniała go jeszcze kobieta, nim zdążył wyjść i wcisnęła mu w dłonie dwie reklamówki.
… Dwie reklamówki?
Johnny zmarszczył brwi.
Okej, nie zjadł śniadania, ale raczej znając „umiarkowane” porcje, jakimi zazwyczaj raczyła go Rose, nie miał szans na umieranie z głodu.
-Po co…?
-Dla tego chłopca- odpowiedziała kobieta, nim zdążył dokończyć pytanie- Keitha. Wygląda tak drobnie i chudo… Pewnie nie karmią go właściwie w domu.
-Rose, karmią go w domu…- Johnny aż nie mógł powstrzymać się od śmiechu- Możesz być tego pewna. Po prostu ma szybką przemianę materii albo coś w tym stylu. Przecież wygląda dobrze.
-Nie wygaduj głupot, Johnny, wygląda jak chuchro. Która dziewczyna zechce taką drobinę?- Rose aż załamała ręce i westchnęła głęboko- Biedny chłopak, a sprawa takie dobre wrażenie… W każdym razie, daj mu to. Jest taki szczupły, że dodatkowa porcja kanapek z pewnością mu nie zaszkodzi.
Kto wie.
Co poniektóre porcje Rose zdecydowanie były w stanie zabić swoją ilością.
-Przekażę- obiecał Johnny, wciąż uśmiechając się pod nosem z rozbawieniem, po czym wrzucił obie reklamówki do torby i raz jeszcze uściskał kobietę, a następnie wybiegł prędko z mieszkania, usiłując jednocześnie znaleźć kluczyki od samochodu.
… I mając szczerą nadzieję, że dzisiaj Benny będzie miał znacznie lepszy humor niż wczoraj.

Nie, Benny zdecydowanie nie miał dobrego humoru. Niestety. I chociaż Johnny przez całą drogę dwoił się i troił, by ten stan zmienić, nie udało mu się. Dziś było jeszcze gorzej niż przez ostatnie kilka dni, bo jego przyjaciel nie narzekał już nawet i nie streszczał z wielkimi emocjami wszystkiego, co się wydarzyło, jak to zwykle miał w zwyczaju. Milczał po prostu z wyjątkowo markotną miną, a na wszelkie pytania Johnny’ego, który usiłował się dowiedzieć, o co tym razem pokłócił się z Maicy, reagował tylko ponurym: „nie chcę o tym gadać”. To nie był dobry sygnał. Kiedy Benny tak reagował, naprawdę było z nim źle.
Johnny nie naciskał więc więcej w tej kwestii, chociaż po raz kolejny dopadło go wrażenie, że gdyby Maicy zostawiła Benny’ego, ten strasznie by to przeżył i chłopak obawiał się w duchu, czy tak się właśnie nie stanie. Naprawdę nie do końca rozumiał ostatnie zachowania dziewczyny i chociaż Benny miał skłonności do przesady, nie były to sygnały, jakie można było po prostu zignorować. Johnny nawet zastanawiał się nad tym, czy nie powinien porozmawiać na ten temat z Maicy, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że właściwie nie wiedziałby, co powiedzieć. A poza tym, wcale nie był pewien, czy Benny cieszyłby się z tego rodzaju pomocy. Bądź co bądź, Johnny nie odznaczał się jakąś wyjątkową subtelnością.
… Ale co tam.
Jedna wada przy tylu jego zaletach, nie ma najmniejszego znaczenia.
W końcu dotarli pod szkołę, a Johnny zaparkował w zwyczajowym miejscu, a następnie obaj weszli do budynku. Carl już na nich czekał, tuż przy szafce Benny’ego, zresztą tam właśnie spotykali się najczęściej, więc podeszli do niego natychmiast.
-Hej- rzucił chłopak, uśmiechając się w ich stronę pogodnie, ale jego uśmiech zrzedł nieco, gdy tylko dostrzegł minę Benny’ego. Brak subtelności Johnny’ego przy braku subtelności i jakiejkolwiek empatii ze strony Carla, był naprawdę nieporównywalny, więc skoro nawet on dostrzegł, że z Benny’m coś nie gra, musiało być źle.
-Cześć- przywitał się z nim Johnny, a jego przyjaciel jedynie mruknął coś niewyraźnie pod nosem.
W tym właśnie momencie przeszła obok nich grupka dziewcząt, z Maicy na czele. Agatha machnęła Carlowi dłonią na powitanie, zbyt zajęta plotkowaniem z brunetką, a Linda posłała Johnny’emu naprawdę oszałamiający uśmiech. Maicy natomiast zignorowała teatralnie całą trójkę, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem i wówczas Johnny był już pewien, że jej ostatnia kłótnia z Benny’m z pewnością nie należała do zwyczajnych. Najczęściej mimo wszystko godzili się ze sobą w szkole albo przynajmniej udawali, że jest pomiędzy nimi w porządku, bo Maicy strasznie nie lubiła, gdy ktoś plotkował o ich związku za jej plecami i spekulował na jego temat. Skoro teraz nawet to jej nie obchodziło, sytuacja musiała być wyjątkowo napięta.
Benny zerknął na dziewczynę przelotnie, ale ostatecznie w równie teatralnym geście, odwrócił dumnie wzrok w inną stronę, jakby zamierzał zakomunikować jej bezgłośnie, że wcale nie obchodzi go to, że tak go zignorowała. Trochę mu nie wyszło, bo aż poczerwieniał na twarzy ze złości, ale tego Maicy prawdopodobnie już nie widziała.
-Ekhem…- Johnny odkaszlnął nerwowo, a Carl spojrzał na niego odrobinę spanikowanym wzrokiem, jakby nie wiedział do końca, co ma zrobić. Napięcie dosłownie wisiało w powietrzu- Oglądaliście ten wczorajszy mecz…?- zagadnął w końcu ostrożnie. Ten moment był wprost doskonały by wykorzystać jeden z ich tematów uniwersalnych. Chciał po prostu skierować uwagę przyjaciela na coś innego, ale chyba przyniosło to rezultat odwrotny do oczekiwanego.
-Nie, byłem z Agathą.
-Nie, byłem z Maicy.
No świetnie.
Johnny poczuł się niemal samotnie.
Benny zagryzł nerwowo wargę. Udawanie, że cała sytuacja nic go nie obchodzi, wychodziło mu stosunkowo kiepsko, zdecydowanie gorzej niż Maicy.
-Ej, chłopaki…- zaczął w końcu Carl- Nie chcielibyście wyskoczyć gdzieś dzisiaj wieczorem…? Nie chcę mi się czekać do weekendu, a dziś Agatha wychodzi na kolację z rodzicami, więc i tak nie mam co robić. Co wy na to? Macie czas?
-Ja zawsze mam czas- odparł zgodnie z prawdą Johnny, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się przegapić jakiejkolwiek z ich wspólnych imprez czy spotkań. Zresztą, trudno się dziwić. Nie miał w końcu takich problemów jak jego kumple. Benny i Carl mieli swoje kłopoty związkowe, a Eric… Cóż, właściwie Johnny nie był pewien, co tak ostatnio pochłania Erica, ale jakoś wcale mu go nie brakowało.
-A ty, Benny?
-Ja też jestem dziś wolny… Jak widać- dodał pochmurnie, zerkając raz jeszcze w kierunku Maicy i jej koleżanek, które zatrzymały się niedaleko od nich. Dziewczyna Benny’ego śmiała się z czegoś akuratnie i sprawiała wrażenie – niestety bardzo wiarygodne – że w ogóle niczym się nie przejmuje. Benny uśmiechnął się wymuszenie- Zróbmy sobie jakiś typowo męski wieczór, co? Bez gadania o babach, żalenia się i tym podobnych pierdół… Pogadamy o sporcie i tak dalej. Co wy na to?
-Okej. U kogo tym razem?
-U mnie nie…- stwierdził niepewnie Carl, uśmiechając się przepraszająco- Moje rodzeństwo i tak dalej… Naskarżą starym.
-U mnie też nie- dodał Benny- Mam wolną chatę tylko w weekendy.
Carl przeniósł na Johnny’ego niemal błagalne spojrzenie.
-Nie ma sprawy, możecie przyjść do mnie- odpowiedział natychmiast szatyn, nie widząc w tym żadnego problemu. U niego wieczorem nigdy nikogo nie było i dlatego większość ich spotkań odbywała się właśnie tam. Nigdy nie robił żadnych większych imprez ani nie spraszał więcej osób, bo widział już jak kończyły się szkolne, cotygodniowe zabawy u Benny’ego i trochę bał się bałaganu i ewentualnych zniszczeń. Ale dla ich paczki zawsze znalazło się u niego miejsce. Zresztą, właściwie naprawdę nie było więcej możliwości. U Carla był już kilka razy, ale ten rzeczywiście miał spore zamieszanie z liczną rodziną, więc raczej trudno było u niego o chwilę spokoju. U Benny’ego natomiast bywał prawie tak często, jak Benny u niego i znał doskonale jego rodziców, którzy byli naprawdę fajnymi ludźmi, ale jakoś szczerze powątpiewał, żeby spodobało im się picie przez nich alkoholu. Natomiast o dom Erica nawet nikt nie pytał, bo ten zaprosił ich do siebie ledwie raz i Johnny raczej niezbyt miło wspominał tamtą wizytę.
-To super.
-Nie, nie super- zaprotestował Benny, kręcąc głową- Nie będziemy ciągle siedzieć ci na głowie.
-Ale naprawdę, nie ma problemu…- zaczął Johnny, ale jego przyjaciel przerwał mu ponownie:
-Daj spokój, przesiadujemy u ciebie cały czas. Nie ma takiej opcji, żebyśmy znowu się tam ładowali- stwierdził stanowczo i dopiero wówczas szatyn doszedł do wniosku, że nie powinien się spierać, bo Benny’emu zapewne wcale nie chodziło o obronę jego zacisza domowego czy jakiejś niesprawiedliwości- Moim zdaniem, powinniśmy dzisiaj wyjść na miasto, dawno tego nie robiliśmy. Cały czas tylko siedzimy u kogoś w domu i marudzimy. Eric ma rację, to naprawdę robi się nudne. Całe wieki nie byliśmy na jakiejś porządnej imprezie, a one latają na nie cały czas…- dodał pochmurnie.
-W sumie racja…- zgodził się niepewnie Carl- Ale gdzie właściwie mielibyśmy iść?
-Do Silvera- odparł Benny, wzruszywszy ramionami- Przecież wcześniej zawsze tam chodziliśmy. Napijemy się czegoś porządnego i pogadamy, jak za dawnych czasów… Będzie naprawdę spoko.
-Dla mnie bomba- stwierdził Johnny, uśmiechając się lekko- Eric idzie z nami?
-Trzeba będzie z nim pogadać…- mruknął niechętnie Benny- Chociaż ostatnio totalnie nas olewa… Ale może będzie na tyle łaskawy i przyjdzie… Carl, pogadasz z nim?
-Jasne.
-No i super- skwitował Benny, próbując się uśmiechnąć. Wyszło mu raczej marnie, szczególnie, że w tle pobrzmiewał donośny śmiech Maicy- Serio, chłopaki, będzie naprawdę świetnie. Poprawimy sobie humor, oderwiemy się od tego wszystkiego i zapomnimy na chwilę o problemach.
W skrócie?
Wypijemy.
Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem.
Ten rodzaj zapominania lubił właśnie najbardziej.

-Benny, nie przejmuj się tak bardzo- rzucił pocieszająco Johnny, po czym zrzucił z siebie bluzę i natychmiast nałożył białą koszulkę. Tak właśnie zazwyczaj przebierał się na wf, wyjątkowo szybko i bez chwili wahania. Nawet latem, gdy przebierali się na dworze, nie starał się, jak pozostali, paradować półnagi przed dziewczynami, a chował się gdzieś w kącie. Oczywiście należało w tym momencie wspomnieć raz jeszcze, że Johnny siebie uwielbiał. Naprawdę. Całego siebie.
… Tylko miał całkiem widoczne znamię na plecach, które niekoniecznie mu się podobało.
Nie żeby miał jakieś kompleksy.
Bynajmniej.
Po prostu… Po prostu tę część swojego ciała akuratnie niezbyt lubił i nie chciał, by komuś rzuciła się w oczy.
-Łatwo ci mówić…- mruknął grobowo Benny, opadając na ławkę. Przez dłuższą chwilę milczał z iście zdołowaną miną, ale nagle wybuchnął- Rany boskie, nie wiem o co jej chodzi! Obraża się! Ignoruje mnie! Sama zawsze wciskała mi, że trzeba rozmawiać i tak dalej, a teraz ma to zupełnie gdzieś! Zachowuje się tak, jakbym Bóg wie, co jej zrobił i jeszcze obgaduje mnie przed tymi swoimi koleżaneczkami… Pewnie przedstawia mnie jak najgorszego. Nawet Linda i Agatha patrzą na mnie tak dziwnie!
-Po prostu chce ci zrobić na złość…
-Świetnie! Więc mogła wybrać mniej wkurzający sposób, bo naprawdę nie zamierzam znosić dłużej jej fochów!- warknął z poirytowaniem, po czym widząc zapewne cokolwiek wątpiącą minę Johnny’ego, dodał- Serio. Mam tego dość.
-Więc… Co zamierzasz…?- zapytał ostrożnie. Jakoś nie wydawało mu się, żeby Benny był zdolny do podjęcia jakichkolwiek poważnych kroków, nie mówiąc już o ewentualnym zerwaniu, ale jego przyjaciel bywał czasami impulsywny i podejmował decyzje, których później żałował pod wpływem chwili. Johnny stwierdził, że lepiej byłoby wiedzieć, co ten konkretnie chce zrobić, żeby w razie potrzeby zasugerować mu zmianę zdania.
Benny chyba tak naprawdę nie wiedział, co zamierza, bo wciąż z wyjątkowo buntowniczą i niezadowoloną miną, zaczął się przebierać. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział:
-Będę ją ignorował. O, tak właśnie! Po prostu!- aż uśmiechnął się triumfalnie tak, jakby ten pomysł naprawdę był aż tak dobry- I wtedy zobaczymy, czy będzie jej tak miło! Zobaczymy!
Johnny już miał łagodnie zasugerować, że to chyba nie jest najmilszy pomysł, bo nic nigdy Maicy nie irytowało tak bardzo, jak brak uwagi, ale w tym momencie do szatni wszedł Keith i chłopak skoncentrował się na nim. Szczególnie, że ciemnowłosy nie usiadł jak zwykle na ławce w oczekiwaniu na dzwonek, a zaczął się przebierać. Wyjątkowo powoli i mozolnie, z tak cierpiętniczą i nieszczęśliwą miną, jakby za chwilę miała się odbyć jego egzekucja. Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem i w tym momencie Keith zerknął ukradkiem w jego stronę, a mina, jaka zagościła na jego twarzy rozbawiła szatyna jeszcze bardziej.
Odwrócił więc wzrok, przenosząc spojrzenie z powrotem na Benny’ego, który wpatrywał się w niego z mocnym zaniepokojeniem i poirytowaniem jednocześnie.
-Co?- rzucił szatyn, nieco zdezorientowany. Nie sądził, że Benny to zauważy.
-Dobrze wiesz- odparł chłopak, po czym westchnął głęboko, kręcąc z niedowierzaniem głową- Boże, ty naprawdę zrobiłbyś wszystko dla wyzwania… Aż zaczynam żałować, że Eric nie wpadł na coś jeszcze głupszego, to mogłoby być zabawne…
Johnny jedynie uśmiechnął się niepewnie i wzruszył ramionami.
Benny był jego najbardziej zaufanym kolegą i zazwyczaj wiedział o wszystkim, co dzieje się w jego życiu, ale tym razem szatyn nie miał odwagi, żeby opowiedzieć mu o wrażeniach związanych z Keithem. Chyba trochę obawiał się jego reakcji, chociaż z drugiej strony miał niemal pewność, że jego przyjaciel zrozumie. Jakoś nie miał specjalnych oporów przed nawiązywaniem nowych znajomości i może z jego pomocą udałoby się nawet włączyć Keitha do ich paczki.
… Chyba na siłę.
Ale z drugiej strony, Johnny zdawał sobie sprawę z tego, że to zapewne oznaczałoby koniec wyzwania. I jednocześnie to, że Johnny by to wyzwanie przegrał.
A na to zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić.
W końcu całą klasą wyszli na salę gimnastyczną i ustawili się w szeregu. Wf-ista zaczął sprawdzać obecność, zatrzymując się przy nazwiskach co poniektórych i komentując ich poczynania. A zdecydowanie nie dało się ukryć, że chyba głównym obiektem jego dość subtelnych drwin padł Keith.
-Proszę, proszę… Aż odruchowo wstawiłem ci nieprzygotowanie… Mamy dzisiaj jakieś święto…?- rzucił, unosząc pytająco brew, a ciemnowłosy jedynie sapnął cicho, co zapewne nie stanowiło rzeczywistej odpowiedzi, a jakąś oznakę poirytowania. W końcu sprawdzanie listy obecności dobiegło końca i mężczyzna zamknął dziennik, po czym wstał- No dobrze… Co mieliśmy na ostatniej lekcji?
-Koszykówkę- poinformował go Benny.
-Świetnie. Dzisiaj będzie to samo- stwierdził wf-ista, rozglądając się po zebranych. Zazwyczaj nie był szczególnie kreatywny, jeżeli chodziło o wymyślanie im zajęć. Zresztą nawet o rozgrzewce zazwyczaj zapominał, z nielicznymi wyjątkami, ale i wtedy prosił, żeby poprowadził ją któryś z chłopaków- Kto ostatnio wybierał?
-Ja i Eric.
-A kto wygrał?
Benny odetchnął głęboko i wyjątkowo niechętnie wskazał głową w kierunku Erica.
Benny, zupełnie tak jak Johnny, też nie lubił przegrywać.
-Więc w nagrodę Eric wybiera raz jeszcze, a prócz niego może… Johnny…?- zwrócił się do szatyna, a chłopak skinął lekko głową, uśmiechając się szeroko. Możliwość do skopania tyłka Ericowi? Doskonale!- Świetnie. W takim razie zaczynaj.
Johnny niemal w swym pierwszym odruchu chciał wybrać Benny’ego i już otwierał usta, gdy jego spojrzenie ponownie padło w kierunku Keitha, stojącego gdzieś samotnie na końcu szeregu. Ciemnowłosy owo spojrzenie odwzajemnił i przez chwilę po prostu się na siebie patrzyli. Johnny – z autentycznym entuzjazmem, Keith – raczej mocno zdezorientowany. Chyba dopiero po chwili zrozumiał, co chodziło szatynowi po głowie. I wówczas na jego twarz wstąpił wyraz autentycznego przerażenia, a jego usta ułożyły się w bezgłośne: „nawet nie próbuj”, ale było już za późno.
-Keith!- padł pierwszy wybór Johnny’ego i zdawać by się mogło, że nagle w sali wszyscy znieruchomieli. Zapadła zupełna cisza i każdy spoglądał to w kierunku Keitha, to w kierunku Johnny’ego, jakby oczekiwali, że to jakiś żart albo że się przesłyszeli. Nawet wf-ista zmarszczył brwi, jakby coś mu w tym wyborze wybitnie nie pasowało, ale ostatecznie jedynie uśmiechnął się lekko i rzucił:
-No dalej, Keith… Przejdź do drużyny Johnny’ego…
Ciemnowłosy odetchnął głęboko, znowu chyba modląc się o cierpliwość i wyjątkowo powolnym krokiem podszedł do Johnny’ego, stając tuż obok niego.
I jeżeli wychodząc w szatni miał minę przyszłej ofiary egzekucji, to teraz zdecydowanie bardziej przypominał samego egzekutora, mierząc szatyna autentycznie morderczym spojrzeniem. Johnny poczuł się odrobinę zdezorientowany, zresztą nie po raz pierwszy. Liczył raczej na to, że skoro Keith wreszcie zostanie wybrany na samym początku, a nie na końcu, jak to zwykle bywało, będzie się cieszył.
-Co ty wyrabiasz, u diabła…?- syknął ciemnowłosy, ale nie mieli już czasu na rozmowy, bo w tym momencie Eric rzucił:
-Benny.
Johnny aż fuknął z oburzenia, a jego przyjaciel podszedł do Erica, nie spoglądając nawet na szatyna, wyraźnie urażony jego wyborem. Eric tymczasem posłał w kierunku Johnny’ego wyjątkowo złośliwy uśmiech i chłopak już był pewien, że ten zrobił to absolutnie celowo. Przecież Benny wcale nie był jakoś bardzo dobry w kosza, radził sobie dość przeciętnie i w klasie z pewnością byli lepsi od niego. Johnny był pewien, że gdyby Eric wybierał w innych okolicznościach, jego wybór z pewnością padłby na kogoś innego, a teraz chciał mu po prostu zrobić na złość.
-Johnny, wybieraj dalej- popędził go nauczyciel.
Szatyn wciąż wyjątkowo zdenerwowany, wybrał w końcu cały skład swojej drużyny. Trafił do niej Carl i kilku innych chłopaków z klasy, mniej lub bardziej zdolnych. Chociaż tych pierwszych było chyba zdecydowanie więcej. Johnny naprawdę nie znał się na koszykówce i rzadko skupiał uwagę na swoich kolegach z klasy (ba, on był przecież bardziej interesujący!) więc większość jego wyborów opierała się wyłącznie na sympatiach, jak to zwykle bywało. Oczywiście zupełnie odwrotnie niż wybory Erica, który byłby chyba gotów wziąć do drużyny najgorszego wroga, byleby tylko zwyciężyć. Johnny po krótkiej chwili bezpodstawnego entuzjazmu, przestał się cieszyć i łudzić, że naprawdę mogliby z nim wygrać. Keith wciąż wpatrywał się w niego morderczo, ale z racji tego, że stali w otoczeniu całej drużyny, nie odzywał się ani słowem. Krótko mówiąc? Johnny poczuł się po prostu kompletnie zdezorientowany. Nie dość, że jego wybór nie uszczęśliwił Keitha, a wprost przeciwnie, to pewnie jeszcze za chwilę zupełnie wygłupi się w jego oczach. Standardowo.
Oczywiście intuicja Johnny'ego nie rozczarowała i niecałe pół godziny później, cała jego drużyna wróciła do szatni z mało radosnymi minami. W pierwszej połowie meczu udało im się zdobyć ledwie dwa punkty. W drugiej było trochę lepiej – zdobyli sześć. Nie zmieniało to jednak faktu, że polegli z kretesem.
Johnny westchnął cichutko i zaczął się przebierać z wyjątkowo smętną miną. Keith nawet na niego nie patrzył, wciąż wyraźnie rozjuszony. Eric raz po raz uśmiechał się triumfalnie pod nosem. Benny w ogóle się do niego nie odzywał, a gdy skończył się przebierać, wyszedł ostentacyjnie z szatni, pierwszy raz wcale nie czekając na Johnny'ego. Tym ostatnim Johnny martwił się najmniej, bo Benny często miewał różne humory, ale szybko mu przechodziło. Postawa Ericka go irytowała, ale i tak najbardziej zajmowała go sprawa Keitha, tym bardziej, że wciąż nie rozumiał, co takiego zrobił źle. Przecież miał czyste intencje! Chciał dobrze! Przynajmniej tym razem. Johnny sądził, że uda mu się w ten sposób udowodnić, że traktuje Keitha jak przyjaciela, ale najwyraźniej bardzo się pomylił, chociaż nadal nie miał pojęcia dlaczego.
W końcu szatnia opustoszała. Został w niej jedynie Keith i czekający na chwilę rozmowy Johnny. Naprawdę mu na tym zależało.
Ciemnowłosy jednak skończył się pakować, a następnie gwałtownym ruchem zarzucił torbę na ramię i podszedł do Johnny'ego szybkim krokiem, po czym stanął tuż przed nim i warknął gniewnie:
-Co to miało być?!
-C... Co takiego...?- wyjąkał chłopak, jeszcze bardziej zaskoczony.
-Dlaczego w ogóle mnie wybrałeś?!- głos Keitha nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek wdzięcznością czy szczęściem. Wprost przeciwnie. Johnny pierwszy raz widział go równie zdenerwowanego.
-Sądziłem, że się ucieszysz- bąknął w odpowiedzi, kompletnie zdezorientowany.
-Ucieszę?!- brunet aż parsknął z niedowierzaniem- Niby z czego?!
-No bo... No bo...- Johnny z tego wszystkiego aż zapomniał przez chwilę, co chciał powiedzieć i w końcu rzucił nieco niepewnie- No bo ty zawsze stoisz sam, na szarym końcu no i pomyślałem, że...
-To źle pomyślałeś- przerwał mu szorstko Keith, wciąż mocno poirytowany. Nim szatyn zdążył powiedzieć chociażby słowo, dodał prędko- Nie cierpię wf-u.  Szlag mnie trafia, gdy mam biegać w kółko jak idiota albo grać w jakieś idiotyczne gry, o których nie mam bladego pojęcia. I gdy wszyscy się na mnie drą, a ja w ogóle nie wiem o c chodzi. Nie chcę być wybierany jako pierwszy. Nie zabiegam o to. Wolę być ostatni. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, a gdy składy są niepełne, mogę po prostu siedzieć na ławce. Nie czuję się z tego powodu pomijany, więc z łaski swojej daruj sobie, co?
Johnny zagryzł niepewnie wargę. Zrobiło mu się głupio. W ogóle nie wziął pod uwagę takiej możliwości. Zachował się egoistycznie i chociaż miał jak najlepsze intencje, czuł, że znowu się wydurnił. Poczułby się równie źle, gdyby Keith przyczynił się do tego, że miałby pójść do tablicy na matmie. A wf był chyba dla Keitha jak dla Johnny'ego matematyka.
-Przepraszam, Keith- jęknął w końcu nieco żałośnie- Nie pomyślałem o tym, serio. Wydawało mi się, że po prostu nikt nie chce cię wybrać i że może to ci w jakiś sposób pomoże... Sam nie wiem... Przepraszam.
-Dobra...- ciemnowłosy westchnął ciężko, z większym spokojem i jedynie machnął obojętnie dłonią, po czym rzucił krótkie- Zapomnij o tym, co?- a następnie ruszył do wyjścia.
W tym jednak momencie, Johnny chwycił go mocno za torbę, zatrzymując przy sobie z krótkim:
-Poczekaj chwilę.
Keith odwrócił się w jego stronę, odrobinę zdziwiony, a szatyn zaczął grzebać w swoim plecaku i w końcu udało mu się z niego wyłowić torbę z kanapkami, po czym podał ją brunetowi z lekkim uśmiechem.
-Co to...?- zapytał niepewnie chłopak.
-Śniadanie.
-Nie, dzięki- parsknął z politowaniem- Mam swoje.
-To od Rose- wyjaśnił Johnny, widząc, jak na twarz chłopaka wpełza rumieniec, będący chyba wyrazem jakiegoś zakłopotania czy zawstydzenia- Zrobiła porcję też tobie i kazała mi przysiąc, że ci ją dam, więc... Weź. Wiesz przecież jaka jest- parsknął cicho, przewracając oczyma. Już wiedział, że Keith zmiękł.
-Dzięki...- odparł cicho ciemnowłosy, biorąc od niego reklamówkę- To bardzo miło z jej strony...- Keith chyba na chwilę zupełnie zapomniał, co ma zrobić, po po prostu stał w miejscu, z kanapkami w dłoni i dopiero w momencie, gdy zadzwonił dzwonek, mruknął- Chyba powinniśmy już iść.
-Keith...
-Hm...?
-Masz dla mnie dzisiaj czas...?- zapytał ostrożnie Johnny.
Odpowiedź była krótka.
-Czekaj na mnie pod szkołą.
I tak kanapki Rose znowu uratowały sytuację.

-Sam odrabiasz swoje prace domowe...?- Keith już od kilkunastu minut przeglądał jego zeszyt od matematyki, co jakiś czas marszcząc brwi albo krzywiąc się lekko. Siedzieli tutaj prawie od godziny, a Johnny rozwiązywał przygotowane przez chłopaka zadania i musiał przyznać, że widział znaczącą poprawę. Może nie poprawę w jego relacjach z Keithem, a temu przecież miały służyć te wszystkie spotkania, ale przynajmniej zaczynał powoli dostrzegać swoje błędy i kolejne przykłady robił już poprawnie. Naprawdę szło mu znacznie lepiej niż dotąd. Sam nie wiedział, czy naprawdę Keith był takim dobrym korepetytorem, czy on sam tak bardzo starał się przed nim nie zbłaźnić, że bardziej się pilnował i wykazywał się wprost niebywałą, jak na siebie, inteligencją. A może po prostu się zrelaksował? Nie miał pojęcia. Najlepsze jednak było to, że Keith również wyglądał na umiarkowanie zadowolonego, co niemal dodawało Johnny'emu skrzydeł, za każdym razem, gdy na niego spoglądał. A za każdym razem, gdy brunet rzucał krótkie, ale jakże istotne: „dobrze”, szatyn czuł przypływ dumny i zadowolenia z samego siebie, jakby właśnie oklaskiwało go co najmniej pół szkoły po zwyciężonym meczu z Erickiem, a nie jakby wykonał poprawnie jakieś średnio skomplikowane działanie. Co prawda, zadowolenie z samego siebie, było stanem, który towarzyszył Johnny'emu prawie przez cały czas, ale po tak kiepskim dniu, naprawdę cieszyły go tak pozornie błahe sprawy jak dobrze zrobione zadanie. Chyba chciał wypaść w oczach Keitha jak najlepiej.
-Hm...?- szatyn spojrzał na niego z lekkim zdumieniem- Och, tak, sam- przyznał i to bynajmniej bez krztyny kłamstwa, chociaż jeszcze nie wiedział, czy powinien się tym chwalić, czy zaraz zostanie zganiony. W gruncie rzeczy nie miał czasu na odpisywanie zadań domowych w szkole. Miał lepsze rzeczy d roboty, a poza tym naprawdę łudził się, że jeżeli będzie się starał robić zadania samodzielnie, to może wreszcie uda mu się czegoś nauczyć. No i niby się udawało. Ba. Czasem nawet rozumiał to, co robił i wychodziły mu dobre wyniki, ale gdy tylko wchodził na lekcję, to i tak przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Osoba pani Stevenson stresowała nieszczęśnika tak bardzo, że ten zupełnie nie mógł się przy niej skoncentrować na tym, co robił- Dlaczego pytasz?
-Przejrzałem dzisiaj twoje oceny- odparł w zamyśleniu Keith- Za zadania masz tróje, a nawet czwórki... Sądziłem, że po prostu od kogoś odpisujesz, ale gdy ujrzałem tak charakterystyczne błędy doszedłem do wniosku, że raczej nie był to klasowy geniusz i postanowiłem się dopytać...- szatyn parsknął z rozbawieniem, a chłopak pokręcił z niedowierzaniem głową- Nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że za sprawdziany i odpowiedzi masz same jedynki i dwóje... Wiem, że to zadanie domowe, i tak dalej, ale przecież nawet po to, by je zrobić, mając przy sobie wszystkie wzory i odpowiedzi, trzeba trochę pomyśleć i umieć liczyć. A wybacz, twoje występy przy tablicy najczęściej sprawiają, że wątpię nawet w twoje umiejętności dodawania...
-Wiem...- jęknął głucho Johnny, nieco zażenowany- Po prostu... W domu mam na wszystko więcej czasu- wyjaśnił, wzruszywszy ramionami- Czasem mi się nudzi i nie mam nic ciekawego do roboty, więc odrabiam matmę... Wtedy nawet jakoś to rozumiem. Uczę się na pamięć wszystkich wzorów, powtarzam krok po kroku każde zadanie, żeby widzieć, jak powinienem je rozwiązać, ale i tak...- westchnął bezradnie- W szkole jest zawsze inaczej. Gdy stoję przy tablicy, jestem kompletnie zestresowany... Plącze mi się język, a w głowie mam pustkę. Nie pamiętam niczego, chociaż wystarczy, żebym usiadł na miejsce i czasem sam zdaję sobie sprawę z tego, jakie to banalne... Nie potrafię tego wyjaśnić. Wiem, że gadam przy tablicy same głupoty. Gdy Benny mi to powtarza, czasem aż nie mogę uwierzyć, że mogłem powiedzieć coś podobnego.
-Cóż... To wyjaśnia złe oceny z odpowiedzi- stwierdził Keith- Ale co ze sprawdzianami...?
-Jest dokładnie tak samo. Staram się skupić na tym, co czytam, ale kompletnie mi nie wychodzi. W dodatku Stevens zawsze krąży wokół mojej ławki i patrzy na mnie tak dziwnie, że boję się chociażby podnieść wzrok, bo mam wrażenie, że zaraz rzuci jakąś uwagę na temat głupot, które wypisuję... Więc najczęściej nie piszę nic. Za bardzo się wstydzę.
Johnny czekał na jakiś komentarz. Głupio było mu opowiadać o swoich odczuciach związanych z matmą. Czuł się jak kompletny kretyn i miał wrażenie, że Keith myśli o nim dokładnie to samo. Wydawało mu się, że zaraz zmierzy go pełnym politowania spojrzeniem i nazwie go idiotą albo rzuci inną, mało przyjemną, ironiczną uwagę.
Ale brunet milczał.
Johnny wpatrywał się w niego z napięciem jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym odetchnął z ulgą w duchu, dochodząc do wniosku, że Keith chyba nie pomyślał sobie o nim nic szczególnie złego. Dopiero w tym momencie ciemnowłosy mruknął drwiące:
-Kto by się spodziewał, że tak łatwo cię zawstydzić...
Tym jednak szatyn w ogóle się nie przejął. Aż za dobrze wiedział, że nie było to nic uszczypliwego ani szczególnie złośliwego.
-Sprawdzisz...?- zapytał, podsuwając brunetowi kartkę z rozwiązaniami zadań i w tym właśnie momencie, zadzwoniła jego komórka. Wydobył ją z trudem z kieszeni spodni i zerknął na wyświetlacz, chcąc w pierwszym momencie odrzucić połączenie. Benny.- Przepraszam- rzucił jeszcze do Keitha, po czym odebrał- Cześć, Benny.
Ciemnowłosy wbił w niego uważne spojrzenie.
-Cześć- usłyszał głos swojego przyjaciela i z niemałą ulgą odnotował, że brzmiał on dużo pogodniej niż dzisiejszego ranka- To co? Mam nadzieję, że spotkanie aktualne...?
-Jasne- odparł wesoło Johnny. Już dawno nie byli razem w porządnym klubie. Aż nie mógł się doczekać wieczora.
-Super!- ucieszył się Benny- Gadałem z chłopakami i wszystko jest już dograne... Czekaj na nas tak koło osiemnastej, co...?
-Nie ma sprawy.
-Aha, i nie musisz się dziś ograniczać...- zachichotał jego przyjaciel- Dziś dzień trzeźwości Ericka. On weźmie samochód. Nie był specjalnie zadowolony, ale przypomniałem mu, że dziś wypada jego kolej. Zresztą, ma jeszcze trochę zaległości do odrobienia...
-Och... Więc jednak idzie z nami...?- Johnny nie był w stanie ukryć rozczarowania. Zazwyczaj towarzystwo Ericka niespecjalnie go cieszyło, ale dziś, po jego sromotnej porażce, naprawdę wolałby go nie oglądać. Już sobie wyobrażał te złośliwe uwagi i pełne wyższości uśmiechy...
-Tak, Carl z nim pogadał i zobowiązał się, że będzie... Będę już kończył. Ach, Johnny, jeszcze jedno... Pamiętaj. Żadnego gadania o dziewczynach, okej?
-Nie ma sprawy- odparł z rozbawieniem szatyn, rozłączając się. Akurat jemu nie trzeba było o tym przypominać. Schował telefon do kieszeni i spojrzał na Keitha, który wciąż przyglądał mu się badawczo- Przepraszam- rzucił raz jeszcze, uśmiechając się lekko- Benny dzwonił.
-Słyszałem- odparł cicho Keith, po czym dodał znacząco- Twój przyjaciel.
Johnny zamrugał, odrobinę zdumiony.
-N... No tak...- potwierdził, nieco zagubiony.
-No właśnie. Ty masz już przyjaciela... Więc po co ci kolejny...?- dopiero w tym momencie szatyn zrozumiał, że Keith najprawdopodobniej nawiązuje do ich poprzedniej rozmowy.
Zaśmiał się lekko w odpowiedzi, sądząc w pierwszej chwili, że to żart albo zwykła złośliwość, ale mina ciemnowłosego przekonała go o tym, że jest jednak inaczej. Odkaszlnął więc nieco niepewnie, po czym odparł:
-Przecież można mieć wielu przyjaciół.
-Można, ale po co, skoro ma się jednego i on jest w porządku...?- zapytał sucho Keith, wciąż wpatrując się w niego z uwagą. Och, Boże. On chyba naprawdę lubił zachęcać go do wzmożonego myślenia.
-N... No tak...- bąknął Johnny, nieco zdezorientowany. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć- Ale im więcej tym raźniej, nie?
-Liczy się chyba jakość, a nie ilość- brunet po raz kolejny sprowadził go na ziemię.
Johnny milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad jakąś logiczną i w miarę inteligentną odpowiedzią, aż w końcu zaczął ostrożnie:
-Na pewno... Ale przecież... Hm... Nie szuka się przyjaciół na siłę, nie? To znaczy..- no świetnie. A jak wyglądało to, co on sam proponował ostatnio Keithowi...?- Chodzi mi o to, że...- och, możecie wierzyć na słowo! Johnny Bradley już od dawna nie wysilał tak bardzo swoich szarych komórek!- Przyjaciele jakoś sami się znajdują. Albo się kogoś lubi, albo nie. I już. Przyjaciel to nie dziewczyna, można mieć ich kilku i to nie jest żaden problem.
… Co prawda posiadanie kilku dziewczyn też nie bywało dla Johnny'ego szczególnym problemem, ale ten fakt można pominąć.
-Tak, ale po co?- drążył dalej Keith, najwyraźniej nie zamierzając dać temu spokoju.
Szatyn poczuł się trochę zakłopotany. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym aż tak dogłębnie. Chyba nie dało się ukryć, że nie należał do wąskiego grona szkolnych filozofów, prawda?
-S-Sam nie wiem...- wydusił z siebie w końcu- To nie jest łatwe do określenia... Ludzie to nie rzeczy. Nie są jak... No nie wiem... Jak pralka. Mam jedną, więc druga mi niepotrzebna. Ewentualnie mogę ją wymienić na lepszy model. Nie. Przyjaciele są... Są zupełnie niepowtarzalni. Każdego z moich kumpli lubię za coś zupełnie innego.
-Tak?- Keith spojrzał na niego z nieskrywanym zainteresowaniem- Za co?
-Czy ja wiem...- parsknął cicho szatyn, wzruszywszy ramionami- Po prostu za coś innego.
Ta odpowiedź chyba nie spodobało się ciemnowłosemu.
-Dobra- skapitulował z ciężkim westchnieniem, kręcąc głową i powrócił wzrokiem do zadania- Nieważne, zapomnij.
-Benny'ego lubię za to, że jest ze mną odkąd tylko pamiętam- wyrzucił z siebie natychmiast Johnny, niemal automatycznie. Keith spojrzał na niego po raz kolejny, z równą uwagą- On jest moim najlepszym przyjacielem i zawsze tak będzie. Inni też są fajni, ale on zawsze będzie pierwszy... Nie wiem, jak to wyjaśnić- westchnął odrobinę bezradnie- Benny zawsze umie poprawić mi nastój... I chociaż jest skończonym marudą, z nikim innym nie dogaduję się tak dobrze... No i wiem, że zrobiłby dla mnie naprawdę dużo- stwierdził z pełnym przekonaniem. Aż sam nie mógł uwierzyć w to, że opisywanie w ten sposób ludzi, których znał od stu lat, sprawia mu tak ogromny problem. Czy naprawdę nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, dlaczego wybrał sobie taką paczkę znajomych, a nie inną?- Carl też jest fajny. Czasem palnie coś głupiego, ale zazwyczaj jest z nim bardzo śmiesznie. Można z nim pogadać i w ogóle... A Eric... Hm...- o ile wyrażenie zalet poprzedników zajęło mu trochę czasu, w przypadku Erica nie miał już żadnego pomysłu. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym skończył nieco posępnie- Erica właściwie nie lubię.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia Keith.
-Kiedyś go lubiłem- stwierdził cicho- Sam rozumiesz... Bywał trochę złośliwy, ale nawet mi się to podobało. Zawsze dawał sobie ze wszystkimi radę, nawet trochę imponował... Ale wtedy był zupełnie inny. A ostatnimi czasy, coś zaczęło mu odbijać. Za mną chyba nigdy zbytnio nie przepadał, ale dobrze dogadywał się z innymi. Do czasu. Teraz nas olewa. Naśmiewa się z Carla, drwi z Benny'ego... Zachowuje się tak, jakby w ogóle nic go nie obchodziło. Jakbyśmy już w ogóle nie byli w jednej paczce.
Ciemnowłosy zmarszczył brwi.
-Dziwne. To do niego nie pasuje.
-Znasz Erica?- zdumiał się Johnny.
-Niezbyt- odparł brunet, wzruszając ramionami- Wiem tyle, że jest jednym z najlepszych uczniów... No i razem zawsze bierzemy udziały w tych śmiesznych apelach- o tak, teraz Johnny sobie przypominał. Nudne, szkolne imprezy, na którym przemawiał dyrektor i niektórzy nauczyciele, a prowadzili je najczęściej prymusi albo gwiazdy sportu. Rzeczywiście, Eric i Keith występowali ramię w ramię całkiem często- W każdym razie, wydawało mi się, że jest raczej w porządku.
-Nie jest- stwierdził kategorycznie Johnny, po czym westchnął głęboko. Nie potrafił udawać, że cała ta sprawa z Erickiem go nie drażni. Chłopak denerwował go jak cholera. Nie chodziło już nawet o jego nastawienie do niego i o jego wieczne próby poniżenia go w oczach wszystkich wokół. Bardziej irytowało go zachowanie Erica względem Benny'ego i Carla. Mógł zrozumieć cięty język i temperament, ale niektóre odzywki chłopaka były zupełnie niepotrzebne. I wcale nie wyglądało na to, żeby mu się one wymsknęły. Wprost przeciwnie. On celowo wszystkich prowokował i ze wszystkich drwił.
-Skoro tak mówisz- odparł brunet, wciąż nie odrywając od niego uważnego spojrzenia, po czym zapytał nagle- A mnie za co byś właściwie lubił, co?
Johnny zaczerwienił się gwałtownie. Tego pytania zdecydowanie się nie spodziewał.
Okej, Bradley, myśl na litość boską! To idealny moment, by uruchomić swój czar i urok osobisty!
-Eee... Ehm... Nie wiem...- no tak. Tą elokwentną wypowiedzią z pewnością go „zaczarował”. A raczej zaćmił. Swoją głupotą- Nie znam cię jeszcze na tyle dobrze...
-Więc skąd wiesz, że mógłbym być twoim dobrym przyjacielem?
-Nie wiem, ale mógłbyś... Tak czuję po prostu- wzruszył bezradnie ramionami- Jesteś taki... No... Miły... Czasem... No i inteligentny... Pomocny... I w ogóle... Ach, sam już nie wiem!- jęknął w końcu z zażenowaniem, po czym przyznał- Wstydzę się rozmawiać o takich rzeczach...
-No proszę, proszę...- rzucił ciemnowłosy, zupełnie tak, jak uprzednio- Kto by się spodziewał, że tak łatwo cię zawstydzić...
Johnny uśmiechnął się lekko.
-Jak widać nie znasz mnie aż tak dobrze.
-Nie- odparł w zamyśleniu Keith- Jak widać nie.

-... więc ja jej na to: „jeżeli tak bardzo ci to nie pasuje, to może po prostu ze mną zerwiesz?!”, a ona: „Może to zrobię!”- i tak właśnie w wykonaniu Benny'ego wyglądało hasło: „żadnego gadania o dziewczynach”. Nie było w tym jednak nic dziwnego. Chłopak zdążył się już trochę wstawić, a każdy z ich paczki zdawał sobie sprawę z tego, jak działa na niego alkohol. Im więcej wypił, tym więcej mówił i tym bardziej sprawiał wrażenie rozżalonego. Zupełnie tak jak teraz.
Johnny i Carl słuchali go w milczeniu, kiwając głową z udawanym zrozumieniem. Bo właściwie Johnny nie rozumiał. Było mu strasznie szkoda Benny'ego i sytuacji w jakiej się znalazł, ale on nigdy wcześniej nie miał podobnego problemu i właściwie nie wiedział co zrobić ani jak się zachować. Podobnie zresztą jak Carl, który momentami zdawał się być wręcz zdezorientowany, jakby nie do końca nadążał za tym, o czym chłopak mówi. Erica nie było. Obiecał, co prawda, że po nich przyjedzie, ale zadzwonił do Benny'ego i uprzedził, że trochę się spóźni. Dla Johnny'ego nie był to żaden problem. Co prawda musiał dojść do miasta na piechotę, ale jakoś za nim nie tęsknił. Szczególnie w tak niefortunnym dniu.
-Sądzicie, że naprawdę chce ze mną zerwać...?- zapytał Benny, chyba po raz setny tego wieczoru, a oni po raz kolejny pokręcili gwałtownie głowami i zaprotestowali:
-Nie, no co ty...
-Jasne, że nie, nie ma nawet takiej opcji...
-Nie martw się, tak po prostu gada...
-Dziewczyny takie są...
Chyba jednak żaden z nich już w to nie wierzył. Johnny'emu było coraz bardziej przykro. Rzadko kiedy widział swojego najlepszego przyjaciela w takim stanie. Naprawdę nie miał pojęcia, jak to się stało, że ostatnio w ich związku tak strasznie się pogorszyło. No dobra, rozumiałby, gdyby Benny zrobił coś złego. Gdyby ją zdradził albo Bóg wie co jeszcze... Ale oni tak naprawdę nie mieli żadnego powodu do kłótni! A poza tym Maicy naprawdę nigdy nie jawiła mu się jako osoba szukająca wiecznie dziury w całym. A tak to ostatnimi czasy wyglądało.
-Sam już nie wiem...- westchnął Benny z rozgoryczeniem- Cały czas zastanawiam się nad tym, co takiego robię źle... Może ona już po prostu nie chce ze mną być...? No wiecie... Jest ładna, mądra i w ogóle... Mogła sobie znaleźć kogoś dużo lepszego... Co jej po takim skończonym zerze jak ja...
-Przecież to nieprawda- odparł stanowczo Johnny, chociaż sam zastanawiał się nad tym coraz bardziej.
Nie, nie nad tym, czy Benny jest skończonym zerem.
Raczej nad tym, czy Maicy mogła znaleźć sobie kogoś innego. To było możliwe, ale czy zwodziłaby tak Benny'ego? Kolejna rzecz, która zupełnie do niej nie pasowała.
Johnny westchnął głęboko. On chyba nigdy nie zrozumie kobiet.
-Agatha nic nie mówiła...?- Benny zmierzył Carla nieco podejrzliwym spojrzeniem, jakby ten rzeczywiście sprawiał wrażenie kogoś, kto zna wszystkie sekrety swojej dziewczyny.
Chłopak posłał mu nieco zdezorientowane spojrzenie, po czym wzruszył bezradnie ramionami:
-Coś tam mówiła... Przecież już ci opowiadałem... Maicy jest na ciebie trochę zła i w ogóle...
-Ale nie mówiła, że chce ze mną zerwać...?
-Nie... Raczej nie...- uściślił po chwili wahania, a Benny nieco pobladł- Sam już nie wiem, no... Nie gadamy przecież o takich rzeczach...
-Naprawdę nie możesz jej zapytać...?
-Mogę, ale wiesz przecież, że i tak nie powie mi prawdy- stwierdził z pełnym przekonaniem Carl- Solidarność jajników, czy jak tam się to nazywa... Czasem jej się coś wymsknie na temat dziewczyn, ale nie opowiada mi za dużo, bo się boi, że mógłbym wam powtórzyć albo coś w tym guście... W sumie ma rację...
-Ta...- burknął niechętnie Benny- Szkoda, że ty paplasz jej o wszystkim...
-Nieprawda!- zaperzył się Carl, czerwieniąc się lekko.
-Nie, wcale... A pamiętasz, jak nagadałeś jej o mojej rozmowie na temat Maicy...? Wtedy, kiedy pokłóciliśmy się ostatnio...?
-Raz mi się wymsknęło! A poza tym to było strasznie dawno!
-Dawno...? A jak sprzedawałeś jej informację na temat Johnny'ego dla Lindy...? Nic dziwnego, że pojawiała się wszędzie tam gdzie my, skoro dawałeś ciągle cynk Agathcie...
-Prosiła mnie o to! A poza tym, Johnny wcale się o to nie gniewa! Prawda, Johnny?- Carl spojrzał na niego z nieskrywaną nadzieją, a szatyn uśmiechnął się nieco niepewne i rzucił pojednawcze:
-Chłopaki, dajcie spokój...
-W sumie masz rację...- zgodził się z nim Benny z głębokim westchnieniem, dopijając kolejne piwo, po czym niespodziewanie łupnął dłonią w stół. Carl i Johnny spojrzeli na niego z zaskoczeniem- Dosyć tego!- stwierdził stanowczo chłopak- Przyszliśmy tutaj po to, żeby się rozerwać, a i tak cały czas marudzimy i się kłócimy! A one pewnie dobrze się bawią! Obgadują nas i wymyślają od najgorszych, jak zwykle, malując przy tym paznokietki albo oglądając jakiś badziewny serial... A my gdziekolwiek nie pójdziemy, i tak wiecznie robimy to samo. Kiedyś przecież obchodziliśmy się bez dziewczyn i było sto razy lepiej! A teraz wszystko się nagle zmieniło! Spędzamy mniej czasu razem, Eric pewnie przez to nas olewa i...
-Gdzie właściwie jest Eric?- przerwał mu Johnny, raczej nie tyle z zainteresowania, co z chęci przerwania jego monologu. Trochę się obawiał, że w takim stanie Benny mógłby dojść do wniosków, których by później żałował.
-Eric...?- przyjaciel spojrzał na niego nieco nieprzytomnie, po czym zamyślił się chwilę- W sumie już powinien być.
-Napisał o której przyjedzie...?
-Nie, ale siedzimy tu już trochę długo, nie?- mruknął Benny, wydobywając z kieszeni spodni telefon komórkowy- Pewnie się gdzieś zasiedział albo jak zwykle... No świetnie!- warknął z poirytowaniem, wpatrując się w wyświetlacz- Mogłem się tego spodziewać?
-Co jest?- zapytał ze zdziwieniem Johnny.
-Nie przyjdzie!- odparł chłopak, wyraźnie zdenerwowany- Jak zwykle on!
-Ale czemu?
-Bo ja wiem?! Nawet nie wysilił się, żeby cokolwiek wymyślić! Napisał tylko: „nie będzie mnie”. Nie będzie mnie! I tyle! Rozumiecie?!- Benny wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo, wyraźnie oburzony- Świetnie! Znowu będę wracał na piechotę! W takim stanie! Jak matka mnie gdzieś przyuważy i się zorientuje, to będę miał przesrane...
-O rany...- westchnął ciężko Carl, wyraźnie rozczarowany- Trochę głupio wyszło...
-Głupio wyszło?!- warknął ze złością Benny- Też coś! To nie jest przypadek! Pewnie od początku wcale nie chciało mu się przyjeżdżać! Gdyby wypadło mu coś ważnego, mógłby o tym napisać, nawet wymyślić durną wymówkę! Ale nie! „Nie będzie mnie”! Tylko tyle ma nam do powiedzenia! Nie pierwszy raz wykręca taki numer! Słowo daję, powinniśmy z nim wreszcie poważnie pogadać, bo nie zamierzam już dłużej tego tolerować!
Johnny nie odpowiedział. Nie po raz pierwszy Benny mówił podobne rzeczy, ale właściwie nigdy nic z tego nie wychodziło. Eric niespecjalnie się tym wszystkim przejmował. Zachowywał się tak, jakby zupełnie nic go nie obchodziło. Szatyn nie rozumiał, dlaczego w ogóle jeszcze się z nimi zadawał, bo sprawiał wrażenie, jakby wcale mu się to nie podobało. Nie dało się ukryć, że Johnny nie pałał do niego wielką sympatią, szczególnie ostatnimi czasy, ale byłby w stanie tolerować Erica i jego zaczepki, gdyby wszystko wróciło do normy. Ale póki co, nic tego nie zapowiadało.
-Zaczyna się chmurzyć...- odezwał się wreszcie Carl, chcąc chyba przerwać panującą pomiędzy nimi ciszę.
-Ta...- burknął ponuro Benny- Ciekawe co on teraz robi... Pewnie siedzi z tą swoją dziewczyną, której nikt nigdy nie widział i...
Wszyscy troje spojrzeli po sobie znacząco.
-Dosyć!- stwierdził stanowczo chłopak- Dosyć gadania o dziewczynach! Tym razem naprawdę! Johnny, zamów jeszcze jedno, co...?

-Cholera...- mruknął Benny, gdy wyszli już z klubu na zewnątrz. Na dworze ściemniło się wyraźnie i dało się słyszeć charakterystyczne odgłosy zbliżającej się burzy. Zaczęło kropić- Wiedziałem, że tak będzie- wymamrotał grobowo- Akurat gdy Eric nas olał! Oczywiście!
Johnny nie przejął się tym wcale. Nie spodziewał się, co prawda, że Eric ich wystawi, ale wychodząc z domu, przezornie wziął ze sobą parasol. Zawsze tak robił. W końcu wiosenna ulewa mogła go złapać w każdej chwili, a on nie mógł sobie pozwolić na zniszczenie swojej cudownej fryzury. Nie mówiąc już o tym, co by było, gdyby ktoś go przypadkiem zobaczył...
-Ja lecę- stwierdził Carl, zerkając na telefon i uśmiechnął się do nich lekko- Agatha już wróciła i chciałbym się z nią jeszcze spotkać... To do jutra!
-Cześć, Carl- odparli jednocześnie Benny i Johnny, obserwując w milczeniu odchodzącego chłopaka.
-Słuchaj...- odezwał się w końcu Benny, odkaszlnąwszy odrobinę niepewnie. Szatyn posłał mu pytające spojrzenie- Maicy dzwoniła.
-Naprawdę?- zdumiał się chłopak, po czym uśmiechnął się pogodnie- To świetnie!
-Nie jestem pewien...- jego przyjaciel sprawiał wrażenie mocno niepewnego i zdenerwowanego- Bo... Nie odebrałem- przyznał w końcu.
-Dlaczego?!
-Nie wiem, głupio mi!- jęknął głucho chłopak. Najwyraźniej alkoholowe otępienie ustąpiło na chwilę, a on zaczął zastanawiać się nad tym, co zrobił- Zadzwoniła pierwszy raz, a potem drugi... Stwierdziłem, że to bez sensu, jeżeli odbiorę... No wiesz...- przewrócił oczyma- Zero gadania o dziewczynach i te sprawy... Nie chciałem wyjść na pantoflarza! A poza tym uznałem, że jeżeli nie odbiorę, to pokażę jej, że nie może ze mną robić wszystkiego, co tylko chce i że mam swoje życie... No i ona dzwoniła i dzwoniła... Chyba z piętnaście razy! W końcu zrobiło mi się głupio i stwierdziłem, że może powinienem oddzwonić... Ale teraz ona nie odbiera- Benny westchnął ciężko, przecierając skronie- Czuję, że znowu to spieprzyłem.
-Na pewno nie...- odparł ostrożnie Johnny, ale w jego głosie trudno było doszukiwać się pewności- Po prostu... Pewnie jest zajęta... Albo coś... Powinieneś do niej pojechać.
-W takim stanie?- jęknął głucho chłopak.
-Lepiej w takim niż wcale.
-W sumie racja...- Benny westchnął głęboko, po czym uśmiechnął się odrobinę niepewnie i wzruszył ramionami- Mniejsza z tym. Nie będę się nad tym wszystkim zastanawiał, bo nic dobrego z tego nie wychodzi. Masz rację, po prostu do niej pójdę- stwierdził, zasłaniając głowę kurtką- Cześć, Johnny!- rzucił jeszcze, ruszając biegiem wzdłuż ulicy.
-Do zobaczenia jutro!- odkrzyknął chłopak, rozkładając parasolkę i wychodząc spod dachu budynku.
Szedł niespiesznym krokiem przed siebie, zastanawiając się właściwie nad wszystkim. Nad sytuacją Benny'ego, nad tym, co będzie robił w domu, jak się jutro ubierze i czy jego fryzura jest na pewno bezpieczna i równie absolutnie doskonała co zawsze... Ale przede wszystkim rozmyślał nad swoją rozmową z Keithem. W ogóle myślał o Keithcie. Bardzo często, z czego zdał sobie właśnie sprawę. Nie wiedział, czy to normalne... Wykonywał wyzwania i już. Nie zastanawiał się nad tym, nie miał po co. Rzadko kiedy coś sprawiało mu większe problemy i skłaniało do nadmiernego myślenia. Zazwyczaj wystarczyło tylko działać, uaktywnić jakieś zwyczajowe metody, zrobić to, co zawsze w takich sytuacjach... Ale do Keitha nic nie pasowało. Nie miał żadnego określonego planu działania, żadnego schematu, do którego mógłby się dopasować, niczego... A chłopak nawet w najmniejszym stopniu nie wyrażał zainteresowania jego osobą. Johnny z jednej strony coraz bardziej wątpił w to, by udało mu się zrealizować swoje plany co do Keitha, z drugiej strony – strasznie go do niego ciągnęło.
Można by powiedzieć, że pierwszy raz od bardzo dawna, stanął przed prawdziwym wyzwaniem. Chociaż wcale nie był pewien, czy tym razem okaże się zwycięzcą, czy wielkim przegranym... Niezależnie od tego, co zrobi.
W końcu wszedł na teren osiedla. W międzyczasie zdążyło już rozpadać się na dobre. Zwolnił jeszcze kroku, wyciągając telefon i odczytując wiadomość od Benny'ego.
Cześć. Zaraz u niej będę... Naprawdę sądzisz, że to dobry pomysł? Może powinienem z nią pogadać jutro w szkole?”
Nim jednak zdążył cokolwiek odpisać, poczuł, jak wpada na kogoś z impetem.
-Przepraszam- rzucił prędko, widząc przed sobą drobnego chłopaka, który aż zachwiał się pod siłą tego uderzania. I pewnie gdyby nie jego krótkie, nieco posępne: „nie ma za co”, w życiu nie poznałby, kto to tak naprawdę był- Keith!- wykrzyknął, zupełnie zaskoczony, wpatrując się w niego z uwagą. Nic dziwnego, że go nie poznał. Ciemnowłosy miał na sobie jakąś czarną bluzę z kapturem zarzuconym na głowę, całkowicie przemoczoną. Strasznie trudno było od razu zobaczyć jego twarz, w mętnym świetle ulicznych latarni.
-O, to ty...- mruknął cicho chłopak, nie sprawiając jednak wrażenia równie zdziwionego, po czym najwyraźniej chciał go wyminąć, ale Johnny zatrzymał go przy sobie, skrywając jednocześnie pod parasolem.
-Cześć- rzucił, uśmiechając się pogodnie- Co ty właściwie robisz na takim deszczu?
-Wracam z zakupów... Jak widać...- dodał nieco kąśliwie, unosząc jedną z trzymanych przez niego reklamówek, których Johnny nawet wcześniej nie zauważył.
-O... No tak- chłopak nie stracił fasonu i uśmiechnął się raz jeszcze, po czym zagadnął go ponownie- Ty chyba naprawdę mieszkasz w pobliżu... Sądziłem, że ściemniasz, żeby się ode mnie uwolnić...- zaśmiał się lekko, po czym dodał- Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem...
-Raczej nie jesteś częstym gościem w okolicznych supermarketach.
-Nie... Raczej nie- przyznał chłopak, a ciemnowłosy parsknął cicho i stwierdził:
-No więc wszystko jasne...
Stali przy sobie przez chwilę, w zupełnej ciszy. Pogoda zdecydowanie nie sprzyjała tego rodzaju spotkaniom.
-Może do mnie wejdziesz...?- zaproponował wreszcie Johnny, chcąc wykorzystać okazję- Jesteś przemoczony, mógłbyś się wysuszyć, przebrać albo coś...
-Trochę się spieszę- odparł jedynie Keith, a szatyn uśmiechnął się w odpowiedzi, nie chcąc okazać po sobie swoistej porażki i rzucił pogodnie:
-Masz- wciskając jednocześnie brunetowi parasolkę w dłoń.
-C... Co?- wydukał Keith, wyraźnie osłupiały- Co ty wyrabiasz?!
-Weź- odpowiedział Johnny, schylając się nieco, by również zmieścić się pod parasolem, trzymanym teraz przez wyraźnie niższego chłopaka- Mi nie jest już potrzebny, a ty cały przemokłeś i...
-Mieszkam niedaleko za rogiem!
-A ja dwa kroki stąd- odparł z rozbawieniem chłopak, wskazując głową na budynek obok.
Keith zawahał się wyraźnie.
-Nie- stwierdził w końcu stanowczo- Nie ma mowy. Zabieraj to, Johnny...
Szatyn spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Rany...
-Co?- mruknął ciemnowłosy, nieco zdezorientowany.
-Użyłeś mojego imienia!- zachichotał Johnny. Nawet nie spodziewał się, że zwróci na to aż tak dużą uwagę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że Keith nigdy się tak do niego nie zwracał- Pierwszy raz!
-Za to ty mojego stanowczo nadużywasz- odciął się chłopak.
-Wybacz, Keith...
-Znowu to robisz...
Johnny zaśmiał się serdecznie. Po chwili na twarzy Keitha również wykwitł nieco rozbawiony uśmiech. Obaj milczeli jeszcze przez chwilę, jakby trochę tym wszystkim skrępowany, po czym wreszcie szatyn odezwał się:
-Weź parasol. Oddasz mi jutro- uśmiechnął się przekonująco- Inaczej cię stąd nie puszczę.
-Daj spokój...- parsknął jedynie ciemnowłosy, przewracając oczyma w wyrazie politowania, ale już nie oponował.
Johnny przez ten czas zupełnie zapomniał o tym, jak strasznie zrobiło się zimno. Zapomniał o deszczu i zapomniał o coraz wyraźniejszych odgłosach nadchodzącej burzy. Najchętniej postałby tam z Keithem jeszcze przez kilkanaście minut, chociaż obaj milczeli, jakby żaden z nich nie wiedział, co ma powiedzieć. Ale ta cisza wcale nie była specjalnie uciążliwa.
Dźwięk komórki Keitha sprawił, że obaj podskoczyli, jakby żadne z nich zupełnie się tego nie spodziewało. Ciemnowłosy nawet nie odebrał, a jedynie rzucił ciche, zwyczajowe:
-Muszę już iść.
-Okej- odparł Johnny, wzruszywszy ramionami i uśmiechnął się raz jeszcze- Do zobaczenia jutro, Keith.
-Do zobaczenia- ciemnowłosy uniósł kąciki ust w czymś, co rzeczywiście mogło przypominać uśmiech, po czym odwrócił się i ruszył przed siebie, z parasolką Johnny'ego w dłoni. Ledwie kilka kroków dalej, odwrócił się jeszcze, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale tego szatyn już nie dostrzegł.
Johnny niemalże natychmiast rzucił się biegiem do klatki schodowej i wszedł do środka, skrywając się  przed deszczem. Odetchnął głęboko, opierając się o ścianę.
Co za dzień, rany, co za dzień...
W tym momencie usłyszał sygnał nadchodzącego sms-a i wyjął telefon, po czym z lekkim zdumieniem otworzył wiadomość od Keitha.
Dziękuję”.
Johnny poczuł, jak w jego podbrzuszu rozlewa się jakieś dziwne ciepło.
Uśmiechnął się do siebie mimowolnie.
Pierwszy raz poczuł, że zrobił to, co zrobić należało.