Strony

niedziela, 22 maja 2011

` 1 ` [AFY]

Podskoczyłem gwałtownie, gdy furgonetka natrafiła na kolejny wybój.
Przełknąłem cicho ślinę, rozglądając się po jej tyle, gdzie się znajdowałem. Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie teraz byliśmy, ani dokąd zmierzaliśmy. Serce biło mi jak oszalałe. Bałem się.
Zerknąłem na chłopaka siedzącego naprzeciwko mnie. Widziałem aż nazbyt dobrze zasinienia na jego twarzy i szyi. Nie trząsł się tak jak ja, nie drżał za każdym razem, gdy auto chociażby odrobinę zwalniało, nie miał problemów z oddychaniem. Patrzył tępo w jakiś punkt przed sobą, nie odzywając się przez całą drogę ani słowem. Chyba było mu już wszystko jedno.
Ja nie byłem w stanie zdobyć się na tego rodzaju obojętność. Byłem osłupiały, sparaliżowany ze strachu. Pewnie płakałbym, gdyby nie fakt, że zwyczajnie nie miałem na to siły. Czułem się kompletnie wycieńczony. Każdy metr, który pokonywała furgonetka, każdy odcinek trasy, zbliżającej nas coraz bardziej do nieznanego mi celu, sprawiał, że czułem się coraz bardziej przerażony, spłoszony, wpędzony w kąt niczym zwierzę, które nie potrafi znaleźć drogi ucieczki. Bałem się. Bałem się momentu, w którym furgonetka się zatrzyma, a drzwi się otworzą. Bałem się tego, co zobaczę, tego, co nas spotka.
Ta chwila nastąpiła szybciej, niż mogłem się spodziewać. Samochód zaczął stopniowo zwalniać, aż w końcu stanął w miejscu. Zamarłem w bezruchu, nasłuchując nerwowo odgłosów dobiegających od strony kierowcy. Dobiegł mnie trzask drzwiczek, a następnie ledwie strzępki rozmowy, czyjś nieznany mi dotąd głos:
-… nie ma mowy, nie przejedziecie… Nie chodzi o to, do wieczora daleko… Nikt nie może… Zaparkuj pod lasem albo zostaw grata tutaj i weź ich, nie mamy całego dnia…
Drzwi furgonetki rozsunęły się gwałtownie.
-Wyłazić!- rzucił szorstko łysy mężczyzna, którego już wcześniej widziałem. Przyjechał po nas z samego rana, razem z tym drugim, niskim i ciemnowłosym, który stał teraz kawałek dalej, wyciągając broń.
-Schowaj to, kretynie- usłyszałem pełne poirytowania syknięcie i dopiero po chwili dostrzegłem człowieka, którego słyszałem ledwie chwilę temu. Był wysoki i ciemnoskóry, bardzo charakterystyczny. Jego wcześniej nie widziałem- To nie twój śmietnikowy rewir, nie paraduj tutaj ze swoją pukawką. Wszystko jest bezpieczne.
Brunet skrzywił się okropnie, ale w końcu niechętnie schował pistolet.
To nie było w stanie mnie uspokoić.
Zamierzali nas zabić…?
Cofnąłem się niemal odruchowo, z trudem łapiąc oddech, tak jakbym rzeczywiście miał jakąkolwiek możliwość ucieczki.
-Wyłazić!- warknął ponownie łysy mężczyzna, chwytając mnie mocno za ramię i wyszarpując z wnętrza furgonetki, a następnie pchnął mnie w kierunku swojego towarzysza. Już po chwili wyprowadził także tamtego pobitego chłopaka, równie agresywnie, chociaż ten nie stawiał najmniejszego oporu. Właściwie zachowywał się jak kukła, bezwolnie poddając się mężczyźnie.
Ciemnowłosy od razu zacisnął boleśnie dłoń na moim ramieniu, tak, jakby spodziewał się, że mógłbym uciec. Nie mogłem. Strach za bardzo mnie paraliżował, z trudem trzymałem się na nogach.
-G… Gdzie jesteśmy?- zapytałem drżącym głosem, rozglądając się chaotycznie wokół. Z pewnością znajdowaliśmy się w lesie, wszędzie było pełno drzew. Tuż przed furgonetką znajdowała się spora metalowa brama, łącząca się z równie pokaźnym ogrodzeniem, oddzielającym nas od stojącego niedaleko budynku. „Ośrodek rekreacyjny >>Heban<<” – głosił szyld przy wejściu nieopodal.
Nie miałem pojęcia, co tutaj robimy.
-Zamknij się- warknął ostro brunet, a ciemnoskóry mężczyzna zmierzył go odrobinę niechętnym i zniecierpliwionym spojrzeniem. Dostrzegłem, że jedno ze skrzydeł bramy jest ledwie uchylone, zatem furgonetka z pewnością nie mogła dostać się do środka.
-Chyba nie ma powodów do tego rodzaju nieuprzejmości, prawda?- zapytał chłodno mężczyzna, unosząc brew w pełnym politowania geście- Teraz są z nami i my się o nich odpowiednio zatroszczymy… Zresztą… Wątpię, by zaryzykowali ucieczkę… To byłoby kompletnie nieodpowiedzialne… Prawda?- zwrócił się bezpośrednio do mnie, przenosząc na mnie uważne spojrzenie.
-Tak- potwierdziłem prędko, trzęsąc się ze strachu. Ciągle nie wiedziałem, co tutaj robimy, gdzie dokładnie się znajdujemy i jak daleko jest stąd do domu. A może to ostatnie wcale nie powinno zaprzątać mi głowy…? Może już nie było domu…?
-Otóż to. Jak masz na imię?
-J-Joe- wyjąkałem z pewnym trudem, zerkając jednocześnie na stojącego przy mnie mężczyznę. On sam wydawał się być zagubiony i niepewny, jakby to wszystko, co się teraz działo, nie stanowiło ich planu. Jakby stracił kontrolę. Jeszcze kilka godzin wcześniej, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, sprawiał wrażenie bardziej stanowczego.
-A ty?- teraz z kolei ciemnoskóry zwrócił się do tamtego chłopaka, ale ten jedynie milczał, wpatrując się w ziemię.
-O… On chyba nie mówi!- pospieszył z odpowiedzią stojący przy nim facet- Chcieliśmy go nawet zmusić, ale nic z tego! A… Ale to niczego nie zmienia…?
-Czy ja wiem…- mruknął mężczyzna, mierząc chłopaka uważnym spojrzeniem- W sumie nie moja sprawa. Mam tylko nadzieję, że nie uszkodziliście go jakoś poważnie… Nie potrzebujemy tutaj niedoszłych trupów, nieużytków ani nikogo, kto wygląda jak ofiara przemocy domowej. Radziłbym nie sprawiać nam niemiłych niespodzianek, bo nie lubimy ludzi, którzy sprowadzają nam na głowę kłopoty.
-Trochę go skopaliśmy, bez przesady!- rzucił prędko łysy mężczyzna, parskając jednocześnie nerwowym śmiechem- Tego drugiego nawet nie tknęliśmy! Nie jesteśmy przecież jakimiś zbokami, nie interesują nas faceci!
-Dyrektor będzie zachwycony, że przedstawiacie to w ten sposób…- zaironizował ciemnoskóry, wyraźnie zniesmaczony, a tamten spłoszył się natychmiast- Zabiorę ich do środka, a wy czekajcie aż wrócę.
-Zaraz, zaraz! A co, jeżeli nie będziemy zadowoleni z ceny?!- wykrzyknął brunet, prychając z niezadowoleniem i jednocześnie odpychając mnie lekko- Nie oddamy ich za darmochę, nie?!
-Jeżeli spodziewaliście się, że możecie tutaj przyjechać i negocjować, to się myliliście- stwierdził szorstko mężczyzna- I jeżeli sądzicie, że będziecie mogli ich stąd wyprowadzić, jeżeli nie spodobają wam się ustalone przez nas warunki, to również jesteście w błędzie. Od chwili wprowadzenia ich tutaj, są z nami. Nie macie głowy do interesów, panowie. Spadajcie stąd.
-Co?! Ale jak to?! Umowa była inna!- wrzasnął panicznie łysy, wpatrując się w mężczyznę z osłupieniem.
-Umowy są po to, żeby je łamać. Nie widzę najmniejszej potrzeby zastanawiania się nad opłatą za panów darowiznę. Do widzenia.
-Darowiznę?! Ty skurwysynu!- cofnąłem się gwałtownie ze strachu, gdy brunet ponownie chwycił za broń, wymierzając nią w mężczyznę.
Ten jednak uśmiechnął się jedynie, jakby nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia.
-Strzelaj. I licz na szczęście, bo wątpię, by udało się wam stąd wyjechać po oddaniu chociażby jednego strzału.
-Nate! Daj spokój- rzucił cicho współtowarzysz ciemnowłosego- I tak nic nie wyciśniemy z tego ścierwa… Jedziemy.
Brunet syknął coś z poirytowaniem, ale ostatecznie wycofał się do furgonetki, chowając broń dopiero wówczas, gdy on i jego wspólnik wsiedli do środka.
-Radziłbym nie zapominać, że nie lubimy ludzi, którzy sprowadzają nam na głowę kłopoty- mruknął jeszcze ciemnoskóry, czego tamci już nie mogli usłyszeć, po czym nie oglądając się już nawet w tamtą stronę, pchnął nas lekko w kierunku bramy. Przeszliśmy przez nią posłusznie, ale ja wciąż nie mogłem się uspokoić. Oddychałem płytko i cały się trząsłem.
-Gdzie jesteśmy?- zapytałem raz jeszcze, a mężczyzna jedynie uśmiechnął się lekko i pokręcił głową, jakby rozbawiony.
-Zaraz wszystkiego się dowiesz.
Rozglądałem się dookoła, jakby cokolwiek, co tu zobaczyłem, mogło mi w tym momencie pomóc rozpoznać to miejsce albo chociażby poznać powód, dla którego tutaj wylądowałem. Zerknąłem na chłopaka idącego obok mnie. Wciąż nie wydawał się tym wszystkim ani trochę poruszony.
Wspięliśmy się po niewielkich schodkach na górę i weszliśmy do wnętrza budynku, zatrzymując się w końcu w korytarzu.
-To Thomas- przedstawił krótko ciemnoskóry mężczyznę, który najwyraźniej czekał tam właśnie na nas, po czym zwrócił się bezpośrednio do niego- Zajmij się chłopakiem. Chyba coś mu podali, strasznie się trzęsie.
-A on…?
-Niemowa. Nie wiem, co z nim zrobić. Zapytam, a później się nim zajmę, nie wygląda najlepiej.
Thomas skinął głową na znak zrozumienia.
-Odjechali już…?
-Amatorzy- ciemnoskóry wykrzywił pogardliwie wargi.
-Nikt z naszych?
-Skąd! Zwykłe, nieobyte gnojki. Nic ciekawego. Nie będą robić problemów. Wracaj do pracy.
-Chodź- rzucił krótko Thomas w moim kierunku, a ja ruszyłem niepewnie wraz z nim, wzdłuż korytarza, oglądając się jednocześnie chaotycznie za siebie, za oddalającym się mężczyzną i tamtym chłopakiem.
-Co mu się stanie?- nie czułem się ani o krztynę pewniej ani bezpieczniej, mimo tego, że uwolniłem się od tamtych facetów. Ci wydawali się jacyś spokojni, opanowani, może wręcz uprzejmi. Ale coś nie było tak, coś nie było w porządku.
-Nic. Krótkie oględziny, nic specjalnego.
-O… Oględziny?
-Ty ich nie potrzebujesz- mężczyzna uśmiechnął się lekko w moim kierunku- Coś ci podali?
-Nie- odparłem pospiesznie.
-Jesteś pewien?
-Niczego nie brałem.
-W piciu, w jedzeniu…?
Pokręciłem gwałtownie głową.
-Boję się- wyznałem cicho, nie mogąc opanować drżącego głosu. Przecież to nie miało nic wspólnego z żadnymi narkotykami.
Thomas parsknął z rozbawieniem.
-Nie ma czego- stwierdził, kręcąc głową- Nic ci tu przecież nie grozi.
Wcale nie byłem tego pewny.
-C… Co mam tu właściwie robić…?
-Och?- mężczyzna uniósł brew, spoglądając na mnie ze zdumieniem- Nie byłeś jeszcze w takim miejscu…?
Pokręciłem głową.
-Cóż… Nie moja działka- stwierdził w końcu jedynie, wzruszając ramionami i poprowadził mnie kolejnymi schodami na górę. Przeszliśmy przez następny korytarz, aż w końcu zatrzymał się przy jakichś drzwiach i wprowadził mnie do środka. To był niewielki pokój, naprawdę bardzo mały, wyposażony ledwie w łóżko, które zajmowało znaczną część przestrzeni, i niewielką komodę.
Wciąż nie rozumiałem.
-Pewnie nie masz ze sobą żadnych rzeczy, co?- mruknął mężczyzna, opierając się o framugę.
-Nie…- odpowiedziałem cicho, rozglądając się po wnętrzu.
-Postaram się coś skombinować, ale nie nastawiaj się zbytnio… Minęło już trochę czasu od ostatniej dostawy…
… Dostawy?
-Po prawej masz łazienkę- poinformował mnie jeszcze, wskazując na drzwi tuż obok- Nie musisz zaglądać, jest jeszcze mniejsza.
-Mam… Mam tu mieszkać?- zapytałem bez zrozumienia.
Thomas zachichotał cicho.
-Odsypiać- poinformował mnie jedynie, jakby rozbawiony całą moją niewiedzą i nieświadomością- Zapamiętaj numer pokoju, będzie ci się łatwiej odnaleźć.
Sto trzy.
Zapamiętałem.
Nie pytałem już o nic więcej, po prostu wyszedłem za nim i zszedłem z powrotem na dół, ciągle otępiały, zaszokowany i niezorientowany w tym, co się wokół mnie dzieje. Skręciliśmy w kolejny korytarz, aż w końcu wprowadził mnie do jakiejś sali. Była bardzo duża, ściany i podłoga miały bordowy odcień, a całość skąpana była w półmroku. Gdzieniegdzie znajdowały się kanapy i fotele, również w czerwonawym kolorze, przy których najczęściej stały stoliki, w którymś miejscu mignął mi stół do bilardu, a w centralnej części, na lekkim podwyższeniu, umiejscowiony był bar, przy którym stał rząd krzeseł. Przy jednym z nich już ktoś siedział. W pomieszczeniu znajdowało się też kilka innych osób, ale nie zwróciłem na nie większej uwagi. Co to było…? Dyskoteka? Klub?
Thomas stanął na chwilę za barem, wskazując mi krzesło tuż przed sobą. Usiadłem na nim, zerkając niepewnie w kierunku chłopaka obok mnie. Był wysoki i szczupły, ubrany w ciemnoszarą koszulkę i czarne dżinsy. Miał bardzo jasną skórę, duże, błękitne, podmalowane oczy oraz ciemnobrązowe włosy, z długą grzywką, opadającą na jego twarz z lewej strony.
-Masz coś dla mnie?- zapytał, spoglądając na Thomasa z lekkim uśmiechem, ale ten jedynie prychnął odrobinę poirytowany.
-Dawałem ci już w tym tygodniu, więcej nie dostaniesz- stwierdził chłodno, a chłopak mlasnął z niezadowolenia, obracając w dłoniach jakiś drink. Już po chwili Thomas przysunął szklankę również do mnie, informując krótko:
-Woda. Żadnych dodatków.
-Dziękuję- odpowiedziałem i dopiero wówczas siedzący obok chłopak spojrzał na mnie, tak jakby wcześniej w ogóle nie zorientował się, że przyszedłem.
-Nowy?- zapytał, unosząc brew w geście politowania.
-Świeży- sprostował Thomas, parskając z rozbawieniem i wychodząc zza baru- Wyjaśnij mu wszystko, ja mam inne sprawy na głowie.
-Za darmo…?
-W zamian za moją cierpliwość do twojej osoby, Fenicio- odparł szorstko Thomas, ruszając do wyjścia.
Fenicio zaśmiał się cicho, zwilżając wargi językiem i wpatrując się we mnie uważnie przez dłuższą chwilę, nie mówiąc ani słowa, po czym odłożył szklankę na blat i oparł lekko dłoń na moim udzie, nachylając się w moim kierunku. Wstrzymałem oddech, nie odsuwając się i czując, jak muska delikatnie nosem moją szyję.
W końcu wrócił na miejsce.
-Cuchniesz- stwierdził w końcu, uśmiechając się złośliwie.
-Nie mogłem wyjść przez kilka dni- odpowiedziałem, odrobinę spłoszony.
Machnął obojętnie dłonią.
-Mniejsza o to. Zasady są proste, po prostu zaczynasz o…- umilkł w połowie zdania, wpatrując się w jakiś punkt za mną. Odruchowo odwróciłem się w tamtą stronę, dostrzegając ciemnowłosego mężczyznę, który również zajął miejsce obok mnie. Potarł lekko brodę, na której widoczny był kilkudniowy zarost, i westchnął ciężko.
-Bello- Fenicio uśmiechnął się pogodnie w jego kierunku, po czym podsunął mu swojego drinka- Chcesz…?
Bello skrzywił się lekko i pokręcił głową.
-Zabieraj to gówno. Gdzie Thomas…?
-Och… Ktoś wstał lewą nogą- zachichotał Fenicio, ponownie kładąc dłoń w okolicach mojego uda- Zauważyłeś już naszą świeżynkę…?
Bello przeniósł na mnie zdumione spojrzenie, po czym parsknął cicho.
-Oczywiście musiał wpaść w twoje łapy.
-Oczywiście- Fenicio oblizał wargi, po czym zawędrował dłonią wyżej, napierając nią na moją męskość. Jęknąłem z zaskoczenia, spoglądając na niego z osłupieniem- Ach! Cudowny!- wykrzyknął z zadowoleniem- Taki żywy i uroczy!- wolną dłoń przesunął wzdłuż mojego policzka, by zaraz złożyć na moich wargach krótki pocałunek. Nie odsuwałem się. Nie protestowałem. Po prostu spoglądałem na niego bez zrozumienia, zaskoczony i zupełnie stłamszony- Strasznie młody. Ile masz lat…?
-Dziewiętnaście- odpowiedziałem cicho.
-Och, rany- Fenicio skrzywił się lekko i pokręcił głową- Doprawdy, Bello… Nie masz wrażenia, że wysyłają nam coraz młodszych…? Myślisz, że chcą mi zrobić konkurencję?
-Nikt nie może konkurować z tobą w twoim kurestwie- mruknął ze znudzeniem mężczyzna, a Fenicio zachichotał, jakby właśnie usłyszał doskonały komplement.
-Święta racja.
-Ja…- zacząłem, wpatrując się w niego z osłupieniem- Ja… Ja jestem tutaj… Żeby…
-Wiesz, po co tutaj jesteś- stwierdził stanowczo Fenicio, parsknąwszy cicho- Jak masz w ogóle na imię?
-Joe…- odpowiedziałem niepewnie, czując się dużo bardziej osaczony i przerażony niż wtedy, w furgonetce, gdy nie byłem nawet pewien, czy przeżyję. Teraz do tego strachu dochodziło jeszcze coś innego. Lęk o to, z jakiego powodu się tutaj znalazłem. Z jakiego powodu znajdowali się tutaj ci wszyscy chłopacy i mężczyźni. Rozejrzałem się wokoło. W sali gromadziło się ich coraz więcej, zajmowali kanapy i siadali przy stolikach.
Chyba zaczynałem zdawać sobie sprawę z tego, co się tutaj dzieje.
-Joe?- powtórzył Bello, marszcząc brwi- To twoje prawdziwe imię?
… Prawdziwe?
-Tak- potwierdziłem, nie mając pojęcia, o co chodzi.
-Rany…-  Fenicio przewrócił oczyma, wyraźnie rozbawiony- Ty naprawdę nie miałeś do czynienia z takimi miejscami, co? W każdym razie nie powinieneś go więcej używać. Przynajmniej tutaj.
-Dlaczego?
-Tak będzie łatwiej- wtrącił się Bello- To pozwala się trochę odciąć. Z czasem imię stanie się czymś… Bardziej intymnym. A gdy intymność pod każdym innym względem zostaje naruszona, masz już tylko to. To zwyczajna zmiana, przewartościowanie pewnych kwestii i skrycie własnej tożsamości. Ale ułatwia wiele spraw.
-Aha- potwierdził Fenicio- W każdym razie musisz mieć jakieś inne imię. To podstawa. Każdy tutaj je ma. Hm… Cissy?
-Słucham?- zapytałem niepewnie.
-Cissy. To ładne imię.
-Kobiece.
-Wyglądasz jak kobieta- rzucił, uśmiechając się złośliwie- Będzie pasować. Co myślisz, Bello?
Mężczyzna wzruszył jedynie ramionami.
-Świetnie- stwierdził Fenicio- W każdym razie wszystko tutaj jest uporządkowane, aż zdziwisz się, jak bardzo. Około dwudziestej zaczynają się zbierać ludzie, ale i tak wszystko nabiera tempa koło dwudziestej drugiej. Nie musisz się martwić, klienta znajdziesz szybko, zazwyczaj jest ich tutaj pod dostatkiem.
-To… To dom publiczny?- zapytałem niepewnie, a Fenicio i Bello wymienili ze sobą pełne pobłażliwości i rozbawienia spojrzenia.
-Nie. To burdel- sprostował Fenicio- Domy publiczne wyglądają trochę inaczej, ale nie masz się czym martwić. To tylko wydaje się takie przerażające.
-N… Nie rozumiem…- zacząłem, zagryzając nerwowo wargę- Co miałbym tu robić…?
-A to już twoja brocha- Fenicio zaśmiał się krótko- Możesz zostać z klientem tutaj albo zabrać go do kibla. Bardziej wstydliwych zaprowadź do swojego pokoju. Pamiętaj tylko, żeby wziąć od nich kasę i nie zapominaj o tym…- chłopak sięgnął do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej prezerwatywę- To jedyne, w co tutaj należycie inwestują- zachichotał cicho- Około szóstej wszystko się kończy. Wtedy składasz kasę u chłopaków. Zresztą, zorientujesz się. Jakaś część działki zawsze przypadnie tobie, ale nie przetrzymuj kasy, to idiotyczne. I tak stąd nie wychodzimy. W zamian za to dostajemy ubrania i jedzenie, a jak nazbierasz więcej, to może trafi ci się jakiś bonus- parsknął Fenicio, mrugnąwszy do mnie porozumiewawczo- Nie bądź taki przerażony, to nic trudnego. Kwestia przyzwyczajenia. W każdym razie musisz to robić, bo nie będziesz tutaj zbyt miło traktowany… Na początek nie dostaniesz jedzenia, a głód zazwyczaj jest najlepszym czynnikiem zmuszającym do pracy… Ewentualnie, jeżeli i to nie pomoże, po prostu się ciebie pozbędą… To normalne.
-Nie chcę tego robić- powiedziałem cicho, kręcąc gwałtownie głową- To zupełnie nie dla mnie.
-Och, Cissy…- Fenicio chyba celowo użył owego imienia, uśmiechając się przy tym pobłażliwie- To zupełnie nie dla nikogo. Z początku. Ale jakimś cudem każdy z nas tutaj trafia. Lepiej tu niż na ulicy, wierz mi. A skoro cię stamtąd ściągnęli…
-Nikt mnie nie ściągnął, ja…
-Nieważne- przerwał mi Fenicio- Nieważne, o co chodziło i czemu tutaj jesteś. Kasa, brak wolności, chęć spróbowania czegoś innego… Każdy tak zaczyna. Tutaj nie ma miejsca dla sierotek, więc daruj sobie streszczanie swojej tragicznej, życiowej historii… Nikt się nad tobą nie zlituje z tego powodu. Albo na siebie zarobisz, albo nie będziesz miał tutaj racji bytu. Nie spotyka to wielu, ale jeżeli chcesz dołączyć do wąskiego kręgu samobójców i ofiar, to się nie krępuj i zacznij od teraz.
-Fenicio- skarcił go Bello, spoglądając na niego surowo, po czym przeniósł spojrzenie na mnie- Nie słuchaj go. Na początku jest trudno, ale z czasem się unormuje.
-To nie dla mnie- stwierdziłem chaotycznie, czując się kompletnie spanikowany- Zupełnie nie dla mnie. Nie nadaję się do tego.
-Do czego?- Fenicio zachichotał, wpatrując się we mnie z politowaniem- Nie byłeś nigdy z facetem?
-Byłem, ale…
-Więc nadajesz się doskonale, lepiej niż część z tych, która wylądowała tutaj z innych pobudek i jest zainteresowana płcią odmienną- Fenicio uśmiechnął się lekko, zwilżając wargi językiem- Zresztą, tutaj każdemu się zmieniają gusta, zobaczysz z czasem. Nikt cię do niczego nie zmusi, ale nie możesz czuć się tutaj gościem. Obsłuż tylu, ilu będziesz potrafił, a później po prostu się zmyj. Nic prostszego. A teraz radziłbym ci wrócić do pokoju i trochę się ogarnąć, zanim się zacznie…
-Idź- poparł go łagodnie Bello, a ja podniosłem się powoli z miejsca, wciąż mocno chwiejnie i niepewnie. Ruszyłem do wyjścia, starając się nawet nie oglądać i nie przypatrywać mijanym mężczyznom.
-Twoje zdrowie, Cissy!- usłyszałem jeszcze pełny rozbawienia krzyk Fenicia- Witaj w królestwie rozpusty!

Dlaczego nie potrafiłem sobie przypomnieć…?
Przypomnieć tego, co dokładnie się zdarzyło, nim tutaj dotarłem. Te kilka dni, przez które znajdowałem się poza domem, pamiętałem ledwie fragmentami. Powracały do mnie jakieś urywki, niełączące się w żadną konkretną całość. Ostatni dzień, który potrafiłem przywołać w całości, nie dawał mi właściwie odpowiedzi na dręczące mnie pytania… Pamiętałem mojego brata, który wychodził z samego rana, pamiętałem oczekiwanie… A później kolejne wspomnienia dotyczyły już jakiegoś pokoju, w którym byłem przetrzymywany, najpierw sam, a później z tamtym chłopakiem… Do tej pory nie wiedziałem, co się z nim stało.
Wyszedłem z pod prysznica.
Miałem trochę czasu, żeby się uspokoić i wszystko przemyśleć, ale wciąż czułem się jak w klatce. Przerażony miejscem, w którym się znalazłem. Nie czułem się jednak już tak zdezorientowany i niepewny jak wcześniej.
Nie chciałem tu być.
Byłem pewien, że to nie jest dla mnie.
Doskonale zdawałem sobie sprawę ze swojej orientacji, ale… To wszystko nie było w porządku. Nie chciałem zarabiać w taki sposób. Nie chciałem być zmuszany do takich rzeczy… Czy to naprawdę mogło się komukolwiek podobać? Można było się z tym w ogóle pogodzić?
Owinąłem się ręcznikiem i rozejrzałem po wnętrzu niewielkiej łazienki. Obok prysznica znajdowała się umywalka, a nad nią lustro, za którym skrywała się mała szafka. Otworzyłem ją i zajrzałem do środka. Na kilku półkach ustawione były jakieś kosmetyki, saszetki z nawilżaczem, prezerwatywy, żel pod prysznic, szampon i żyletki do golenia. Lekko drżącymi dłońmi chwyciłem gumki i przeszedłem do sypialni.
Ze zdumieniem dostrzegłem leżące na pościeli ubrania. Nawet nie słyszałem, żeby ktoś wchodził do środka. Przejrzałem je powoli. Większość z nich zdecydowanie na mnie nie pasowała, były za duże lub zbyt małe. W końcu jednak znalazłem kilka rzeczy w mniej więcej moim rozmiarze i wybrałem te, które zamierzałem ubrać, a pozostałe wsadziłem do komody. Resztę ubrań zostawiłem w tym miejscu. Nie miałem pojęcia, co innego mógłbym z nimi zrobić, ani komu je zwrócić.
Przebrałem się szybko i wróciłem jeszcze na chwilę do łazienki, by przejrzeć się w lustrze. Przeczesałem nerwowo swoje czarne, półdługie włosy i odsunąłem się odrobinę. Tak powinienem wyglądać…? O to chodziło?
Na litość boską, czy nikogo nie interesowało to, że nie chcę tutaj być? Nie chcę tego robić, zarabiać w ten sposób, skończyć w takim miejscu? Czy to nie miało żadnego znaczenia? Bałem się tamtych mężczyzn, z którymi byłem na początku, i w porównaniu z tym, tutaj wszystko jawiło się zupełnie inaczej. Teoretycznie nikt mnie do niczego nie zmuszał. Teoretycznie nikt mnie nigdzie nie przetrzymywał. Teoretycznie nikt mnie nie bił, nie prześladował, niczego nie zabraniał… Ale w rzeczywistości to wszystko chyba niewiele się różniło. Nie mogłem się stąd wydostać. Wiedziałem, co może mnie czekać w razie protestu.
Przymknąłem powieki, oddychając płytko, starając się jednocześnie opanować. Dopiero po chwili spojrzałem na zegarek, wskazujący już kilkanaście minut po dwudziestej pierwszej. Wyszedłem z pokoju i zszedłem na dół, powoli, niepewnie, wciąż jakoś wewnętrznie skołowany i zdezorientowany. Od razu dostrzegłem Fenicia i Bello. Wciąż siedzieli przy barze, tym razem tuż obok siebie, rozmawiając o czymś. W całej sali było dużo więcej osób. Mężczyzn. Samych mężczyzn.
Niejednokrotnie słyszałem o takich miejscach, ale zawsze chodziło w nich o kobiety. Zdawałem sobie sprawę z tego, że prostytucja dotyczy się dwóch stron, ale nie wyobrażałem sobie, że na taką skalę. Podszedłem prędko do baru i zająłem miejsce obok Fenicia.
-Cześć- rzuciłem krótko.
-Och, Cissy…- przeniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się krótko- Nareszcie wyglądasz jak człowiek… Przemyślałeś sobie wszystko?
-Chyba…- odpowiedziałem niepewnie. Wszyscy tutaj zachowywali się aż nazbyt naturalnie i swobodnie. Słyszałem rozmowy, zaczepki, śmiechy… Nawet Fenicio i Bello wydawali się być zupełnie niezrażeni tym, że za chwilę ktoś tutaj przyjdzie. Że za chwilę stanie się coś… Coś nienormalnego. Innego. Zastanawiałem się nad tym. Zastanawiałem się nad tym, czy sobie poradzę. Nie wiedziałem. Gdy byłem ze swoim partnerem, było mi przecież dobrze… Ale… To wszystko…
-To dobrze- stwierdził Fenicio, śmiejąc się cicho- Jak trochę zarobisz, to Thomas załatwi ci coś ekstra. Łatwiej będzie ci się zrelaksować…
Skinąłem tylko niemrawo głową, oglądając się przez ramię. Do sali wchodziło coraz więcej osób. Nie wiedziałem nawet, czy wszyscy to… Mieszkańcy tego miejsca… Czy niektórzy z nich to już może klienci. Moją uwagę przykuł ktoś, kto zdecydowanie wyróżniał się na tle reszty. Tuż przy samych drzwiach, przy jednym ze stolików, siedział jakiś mężczyzna, ubrany zupełnie inaczej niż wszyscy, w coś w rodzaju purpurowo-złotej szaty. Siedział zbyt daleko, więc nie byłem w stanie dostrzec dokładnie jego twarzy. Widziałem jedynie gęste, kręcone rude włosy, opadające luźno na jego ramiona.
-Kto to jest?- zapytałem, zerkając na Bella.
-Kto?- zapytał, również odwracając się w tamtym kierunku, i to samo zrobił Fenicio.
-Ten… Ten mężczyzna… Z rudymi włosami… Dziwnie ubrany.
-Ach… Nasz mały Cissy zainteresował się kimś z wyższej półki- zachichotał Fenicio, wyraźnie rozbawiony- To Red. Dziwka szefa. Nie dla ciebie.
-Nie zainteresowałem się nim- odparłem, odrobinę spłoszony- Byłem po prostu ciekawy.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła… Och, czekaj! Już w nim jesteś- Fenicio uśmiechał się z zadowoleniem. Za barem ponownie pojawił się Thomas, ale nie zwrócił na mnie większej uwagi, najwyraźniej czymś zajęty- Niżej już nie zejdziesz…
-Przestań męczyć chłopaka- rzucił jedynie Bello.
W tym momencie podszedł do nas ktoś jeszcze. Ktoś, kto wyglądał dużo dziwniej niż tamten mężczyzna, i od razu rzucał się w oczy. Miał koło czterdziestki, może nawet pięćdziesiątki, a ubrany był zupełnie jak kobieta. Aż uniosłem brwi w geście zupełnego zdumienia, dostrzegając sięgającą do kolan sukienkę, pończochy, splątane w warkocz włosy i ostry makijaż na jego twarzy. Tworzyło to doprawdy groteskową kreację.
-Bello… Znajdziesz dla mnie trochę czasu…?- jego… jej…? głos był bardzo wysoki.
-Przyszedłeś- Bello uśmiechnął się łagodnie, podnosząc się z miejsca i obejmując lekko mężczyznę w pasie- Liczyłem na to…
-Stęskniłeś się…?
-Oczywiście- odparł gładko- Nie mogłem się już doczekać. Chodźmy stąd.
-Do ciebie…?
-Do mnie.
Ruszyli oboje do wyjścia, a Bello odwrócił się w naszą stronę ledwie na chwilę, przewracając oczyma.
Fenicio zachichotał.
-Tak… wyglądają klienci?- zapytałem niepewnie.
-Klienci wyglądają różnie.
-Są w stanie się w ogóle odróżnić… od… od nas?
-Od dziwek?- Fenicio najwyraźniej nie miał problemów z wymówieniem tego słowa. Zresztą w ogóle sprawiał wrażenie człowieka, który ma problem ze stosunkowo niewieloma kwestiami- Zazwyczaj… Większość z nich jest tutaj często, więc nas zna… A pozostali… Mówiłem już, nikt tu nikogo nie zmusza.
-Więc… Jeżeli ktoś nie przypadnie mi do gustu…
-Każ mu spieprzać. A jak będzie zbyt nachalny, wezwij ochroniarzy. Zawsze się gdzieś tutaj kręcą- Fenicio machnął dłonią w kierunku sali- Z czasem zaczniesz ich rozpoznawać. Thomas też ci pomoże. Mniej schludni i budzący mniejsze zainteresowanie panowie płacą jednak więcej, więc… Nie jestem zbyt wybredny.
-A oni…?
-Oni? To strasznie zabawne, ale im dłużej tutaj będziesz, tym więcej przewrotności w ich zachowaniu będziesz w stanie dostrzec…- zachichotał Fenicio, wyraźnie rozbawiony- Teoretycznie, skoro są w takim miejscu jak to, szukają urozmaicenia i rozrywki. Ale prawda jest taka, że większość z nich szuka po prostu kogoś, kto będzie im odpowiadał w łóżku. Nie ma tu wcale wielu chętnych do eksperymentów. Szukają, a jeżeli natrafią wreszcie na faceta, który ich właściwie zaspokoi i da im to, czego oczekują, trzymają go się kurczowo i są w stanie wyłożyć sporo kasy, żeby znowu się z nim spotkać. Ot, cała tajemnica uczuciowości i doboru partnerów… Jakże proste byłyby związki, gdyby każdy każdemu potrafił porządnie obciągnąć…- uśmiechnął się figlarnie.
Wpatrywałem się w niego bez zrozumienia.
-Och, Cissy, nie patrz tak na mnie. Z czasem zrozumiesz, że wszystko kręci się wokół jednego. W takim miejscu, jak to, szczególnie, ale w życiu też- Fenicio przesunął delikatnie opuszkami palców wzdłuż mojego policzka- Spójrz na Red. Ma się za lepszego od nas, bo rżnie go sam szef, ale co mu z tego? Wydaje mu się, że może się wywyższać i ignorować resztę, obchodzić z nami jak z gównem, bo kto inny rozjeżdża mu dupę. Ale tak naprawdę nie różni się od nas niczym. Nieważne, czy na ulicy, czy tutaj, czy w jakimś bardziej eleganckim miejscu. Dziwka jest dziwką. Choćby pieprzyła się z samym prezydentem, nic tego nie zmieni. Zmieniają się jedynie okoliczności, miejsce, czas… Ale nie wartość człowieka, który się na coś takiego decyduje. A morał z tego taki, Cissy… Trzymaj się ze mną, a nie zginiesz.
-To naprawdę z tego wynika?- uśmiechnąłem się blado, a Fenicio parsknął śmiechem, kręcąc z rozbawieniem głową.
-Wszystko wynika ze wszystkiego. Takie popieprzone, zamknięte koło- stwierdził, wpatrując się we mnie uważnie- Ciągle się boisz…?
-Nie wiem, co mam robić- przyznałem cicho- Byłem tylko z jednym mężczyzną, a poza tym…
-Byłeś z jednym, więc możesz być z wieloma, żadna różnica…- dla mnie różnica jawiła się aż nazbyt wyraźnie- Przywykniesz, serio. I nie martw się, gdy będziesz zbyt wyczerpany albo nie będzie ci stawał… Oni i tak mają to w dupie… To znaczy my mamy w dupie ich, przynajmniej w większości- zachichotał z rozbawieniem- No, może nie licząc Bella, ale to już jego zmartwienie. Nie chce się przyznać, ale pewnie błękitne tabletki łyka co chwilę.
-A Bello… Nie jest… Jak my…?
-Bello ma pałę jak stąd do Chicago- zaśmiał się, a ja zaczerwieniłem się lekko z zawstydzenia- Zbyt obcesowo? Wybacz. W każdym razie wpędzał w kompleksy sporą część klientów, ale w końcu rozwiązanie samo się znalazło i okazało się, że jest masa ludzi, którzy chcieli się przed nim wypiąć. Więc Bello prowadzi odrobinę inny tryb życia i zazwyczaj dominuje, ale nie martw się. Generalnie i tak ma zawsze bardziej przesrane niż my, chociaż z pozoru może to wyglądać inaczej.
-Fenicio, ja… Ja nie jestem pewny…- zacząłem ponownie- Nie jestem pewny czy będę w stanie… To zupełnie nie dla mnie… Ja zazwyczaj…- zagryzłem nerwowo wargę, odetchnąwszy płytko- Po prostu prowadziłem inne życie. Nie chciałem tego wszystkiego… Nie wiem, jak mam się zachowywać, co robić… Dla mnie liczy się coś więcej, wierność, uczucia, sam nie wiem…
-Wierność? Uczucia?- powtórzył po mnie, chichocąc cicho- Cissy, jesteś jeszcze młody. Nie znasz życia. Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale uwierz mi, że nie ma czegoś takiego, jak uczucia czy wierność. Na pewno nie tutaj. I nie gdzieś w świecie, nie łudź się. Uczucia ładnie wyglądają na kartkach książek i w filmach, ale to wszystko kwestie urojone. Tak naprawdę jesteśmy słabi i sądzimy, że jeżeli znajdziemy kogoś i się na nim oprzemy, wszystko nam się uda. Pieprzenie- machnął obojętnie dłonią, wykrzywiając pogardliwie wargi- A poza tym, nie martw się… Na początku ja mogę cię wesprzeć…- stwierdził miękko, przysuwając się do mnie odrobinę i muskając wargami mój policzek, a następnie usta- Niektórzy lubią trójkąty…- odsunął się ponownie, chichocąc wesoło.
Milczałem.
W pomieszczeniu zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi, cała masa. Instynktownie chyba się nie odwracałem. Nie chciałem patrzeć na to, co dzieje się na sali. Rozmowy i śmiechy przerywane były co jakiś czas jękami, krzykami, zrobił się zupełny harmider, hałas. Nie rozumiałem, jak w tym wszystkim ktokolwiek był w stanie pilnować siebie czy też własnych interesów.
-Zajęty?- usłyszałem krótkie pytanie i przez chwilę aż zamarłem, spoglądając w górę, ale mężczyzna, który się przy nas pojawił, wcale nie zwracał się do mnie.
Fenicio zerwał się natychmiast z miejsca, jakby tylko na to czekał, zwilżając lubieżnie wargi. Tego też nie rozumiałem. Nie rozumiałem, dlaczego chciał iść z tym facetem. Nie sprawiał dobrego wrażenia, nie wyglądał nawet na majętnego. Był gruby i łysiał na czubku głowy, a pozostałe, rzadkie, ciemne włosy, zebrał do tyłu w krótkim kucyku. Fenicio jednak zachowywał się tak, jakby nie sprawiało mu to różnicy. Niemal od razu wpił się w jego wargi, po czym szepnął mu coś do ucha, a mężczyzna zaśmiał się rubasznie, dając mu się poprowadzić. Fenicio nie zniknął w za drzwiami jak Bello, a wprost przeciwnie. Bez najmniejszego skrępowania zajął ze swoim wybrankiem jedną z kanap, kładąc się na niej i ciągnąc go na siebie. Tamten facet od razu zabrał się za zrzucanie z niego ubrań. Nie chciałem na to patrzeć. Błądziłem wzrokiem po pomieszczeniu. Wszystko przypominało jedną wielką orgię, aż nie mogłem się nadziwić temu, jakie formy przybiera. Gdzieniegdzie, co poniektórzy, siedzieli ze sobą i zwyczajnie rozmawiali albo się obściskiwali, jakby nie zwracali uwagi na to, co dzieje się wokół. Byłem zupełnie osłupiały i… Obrzydzony. Tak, to chyba dobre słowo. To nie miało nic wspólnego z jakąkolwiek przyjemnością, pięknem, ani nawet normalnością, o której wspomniał Fenicio. To było po prostu koszmarne.
-W porządku?- usłyszałem szorstki, zdecydowanie mało troskliwy głos Thomasa, i jedynie skinąłem niemrawo głową.
-Tak, okej.
Nie było okej. Nie tak to sobie wyobrażałem. Zdecydowanie nie tak. Na filmach to wygląda inaczej, lepiej, estetyczniej… Teraz stanowiło zupełny chaos, było dziwaczne, obleśne. Mężczyźni obłapiający się gdzieś przy ścianie, kolejni, lądujący na podłodze, wędrówki do łazienki, cała masa ludzi…
To nie dla mnie, zdecydowanie nie dla mnie…
-Witaj- przysiadł się do mnie jakiś mężczyzna. Doskonale wiedziałem, w jakim celu. Przełknąłem głośno ślinę, starając się uśmiechnąć. Pamiętałem, gdy pierwszy raz poszedłem do klubu, klubu dla osób o mojej orientacji. Pamiętałem, gdy ktoś się dosiadał, pamiętałem wyczekiwanie, niecierpliwość… Wtedy było inaczej, w każdej chwili mogłem odejść, wyjść, liczyć na pomoc albo po prostu nawiązać zwykłą znajomość. Tutaj, mimo zapewnień Fenicia, nie byłem pewien, czy będę miał taką możliwość.
-Dobry wieczór- odpowiedziałem cicho, zupełnie spłoszony. Ten facet na szczęście nie przypominał tego, z którym odszedł Fenicio, ale nie była to duża ulga. Był starszy, siwowłosy, elegancko ubrany. Sprawiał generalnie dobre wrażenie.
-Jesteś sam?- zapytał łagodnie, tak jakbym mógł rzeczywiście przyjść tutaj w czyimś towarzystwie. Chociaż może było to jedynie sposobem na sprawdzenie, pytaniem o to, czy jestem zainteresowany. Nie byłem.
-Tak- odpowiedziałem jednak, uśmiechając się z trudem.
-Czemu nie jesteś z pozostałymi…?- zapytał, mając chyba na myśli to wszystko, co się tam wyprawiało- Jesteś tutaj od niedawna…?
-Od dziś- odparłem cicho, zerkając jednocześnie ukradkiem w stronę Thomasa. On na mnie nie patrzył, zajęty czyszczeniem szklanek. Podejrzewałem, że chodzi po prostu o to, by nie odbierać mi jeszcze bardziej pewności siebie. Albo zwyczajnie nauczył się nie widzieć.
-Musisz być zdenerwowany- ocenił, uśmiechając się niemal przyjaźnie- Ja też byłem, gdy znalazłem się tutaj po raz pierwszy… Przyjechałem z grupą kolegów, z pracy. Dostali chyba złe informacje, bo zdecydowanie nie chodziło im o ten rodzaj rozrywki i z pewnością nie z mężczyznami… Ale dla mnie było jak znalazł. Dlatego wróciłem. Bardzo lubię to miejsce…- opowiadał o tym chyba jedynie po to, żeby jakoś mnie do siebie przekonać, może uspokoić. Nadać temu jakieś ludzkie, naturalne formy. Spuściłem wzrok, nie do końca wiedząc, co powiedzieć- Tobie na pewno też się spodoba…
Pokiwałem jedynie głową.
Byłem zdenerwowany.
Nie wiedziałem, co mam mówić.
-Może… Może chciałbyś ze mną wyjść na chwilę…?- zapytał w końcu mężczyzna, pochylając się lekko w moim kierunku.
Dopiero w tym momencie Thomas spojrzał na mnie, niemal znacząco, jakby jednocześnie chciał dodać mi otuchy i przekonać do tego, żebym się zgodził.
-Jasne- rzuciłem tylko, chociaż w rzeczywistości nic takie jasne nie było. Podniosłem się z miejsca nazbyt gwałtownie, o mały włos nie wywracając krzesła. Mężczyzna uśmiechnął się lekko w moim kierunku, chwytając mnie pod ramię, ale mimo tego oparcia poczułem się zupełnie rozkojarzony i spłoszony. Jakby zaledwie tym niewielkim, niewinnym gestem, naruszał moją intymność, przekraczał pewną barierę. Chociaż może moje odczucia wynikały jedynie ze świadomości tego, co się zaraz wydarzy. Nie wiedziałem, gdzie mnie prowadzi – do wyjścia, na górę, w stronę pokojów, czy może woli zostać tutaj, zająć którąś z kanap. Czułem się źle. Przeszedł obok nas jakiś mężczyzna, zapewne będący tutaj w takim charakterze jak ja, który mrugnął do mnie porozumiewawczo, uśmiechając się lekko.
… Nie zrobię tego.
Szarpnąłem się gwałtownie z uścisku mężczyzny, tak jakby ten prowadził mnie na siłę. Spojrzał na mnie ze zdumieniem, ale nim zdążył o cokolwiek zapytać, odsunąłem się prędko. Dostrzegłem gdzieś w oddali drzwi do toalety i ruszyłem biegiem w tamtym kierunku, starając się nie widzieć tego, co się wokół mnie dzieje. Wbiegłem do środka i natychmiast zamknąłem się w jednej z kabin. Słyszałem śmiechy i jęki dochodzące z pozostałych. Przymknąłem powieki, opierając się o ścianę i oddychając płytko. Zagryzłem wargę, starając się powstrzymać łzy cisnące się do moich oczu. To wszystko wydawało się okropne, pozbawione jakiegokolwiek sensu i wrażliwości. Nie chciałem tego. Nie chciałem robić niczego w taki właśnie sposób. Nie rozumiałem Fenicia, dla którego wszystko było tak strasznie proste i oczywiste. Który uważał, że to normalne… Naturalne. Nie rozumiałem nawet Bella, który wyszedł z mężczyzną, który pewnie nawet mu się nie podobał, a wręcz go irytował.
Ja nie chciałem…
Nie mogłem.
To nie było proste.
To nie był… Tylko seks.
Nie widziałem w tym żadnej przyjemności ani piękna. To jawiło się niemal jako zupełne zezwierzęcenie, brak jakichkolwiek uczuć i wzajemnego zrozumienia. Zwykła fizyczność. Brak prawdziwej bliskości. Nie jestem taki. Nigdy nie byłem.
Nie chciałem słyszeć tego, co dzieje się za cienką ścianką kabiny. Zatkałem uszy, starając się uspokoić płytki i urywany oddech, szaleńcze bicie serca.
Nie dam rady.
Nie zrobię tego.
Nawet z kimś takim jak tamten mężczyzna.
Nawet z kimś, kto właściwie mógł być nawet atrakcyjny, kto mógłby nawet rozumieć, mógłby nawet wykazać się łagodnością i spokojem.
Nie zrobię.
Nie mogę.
Drzwi od kabiny otworzyły się gwałtownie. Drgnąłem, przenosząc wzrok na człowieka, który pojawił się tuż przede mną. To był ten rudowłosy, dziwacznie ubrany mężczyzna, który zwrócił moją uwagę na samym początku. Zatrzymał się na chwilę, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. Ja również wpatrywałem się w niego, nie wiedząc właściwie, czego się spodziewać. Teraz widziałem dokładnie jego twarz. Ciemnobrązowe oczy, okolone długimi rzęsami, podmalowane na kolor podobny do jego szaty, prosty nos, wąskie usta, również podkreślone pomadką. Wydawał się bardzo kobiecy i jednocześnie piękny, intrygujący. Może rzeczywiście miał prawo do uznawania się za kogoś lepszego.
Oczekiwałem jakiejś reakcji. Śmiechu, jakichś słów, nawet pogardliwego spojrzenia. Jego twarz pozostała jednak zupełnie niewzruszona.
To trwało zaledwie ułamki sekund. Zamknął drzwi, a ja osunąłem się na posadzkę, skrywając twarz w dłoniach. Czułem się kompletnie zażenowany. Tym, jak strasznie jestem bezsilny, jak strasznie słaby.
Zamknąłem się od środka.
Nie wychodziłem stamtąd przez długi czas. Zwyczajnie się bałem. Tego, co zobaczę, tego, kogo mogę spotkać, z kim będę musiał rozmawiać, przed kim uciekać… Nie dla mnie, to nie dla mnie, nie dla mnie… Powtarzałem to raz po raz w myślach, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie mam stąd realnej drogi ucieczki. Możliwości odejścia. Złożenia rezygnacji. Niczego w tym stylu. Musiałem tutaj być. Odgłosy dobiegające z sali i z toalety w końcu były coraz słabsze, aż ucichły zupełnie. Dopiero wówczas zdobyłem się na to, żeby wyjść, cały obolały, ze ścierpniętymi nogami. W toalecie nie było nikogo prócz jakiegoś chłopaka, który przeglądał się w lustrze. Zerknąłem ukradkiem w jego kierunku, szybko odwracając jednak wzrok, tak, jakbym czuł się zawstydzony i zażenowany. Jakbym zrobił coś złego. Przeszedłem do sali. Chyba… Chyba wszystko się skończyło. Nie było już… klientów. Teraz w całym pomieszczeniu zebrali się chyba mężczyźni, którzy również byli tutaj w takiej roli… jak ja. Gdzieś mignął mi nawet Fenicio, ale nie podszedłem do niego. Zostałem na swoim miejscu. Słyszałem jakieś kłótnie i spory, przepychanki o miejsce. Ktoś kogoś uspokajał, jacyś faceci, w tym Thomas, przechadzali się, ustawiały się do nich kolejki, ktoś coś krzyczał… Chaos, zupełny chaos. Po raz kolejny.
To był chyba właśnie moment przekazywania pieniędzy.
Ja nie miałem niczego.
Thomas chyba mnie dostrzegł, bo posłał mi przeciągłe spojrzenie, a następnie przesunął się w kierunku jednego z mężczyzn i rzucił coś do niego. Nie mogłem tego słyszeć. Nie mogłem nawet mieć pewności, że chodzi o mnie, ale domyślałem się, że moje podejrzenia są aż nazbyt trafne.
Co mi teraz zrobią…?
Przypomniałem sobie słowa Fenicia i Bella. Najpierw głodówka. A później…
… A później pozbycie się niepotrzebnych.
Może naprawdę tylko to mogło mnie czekać.
Ruszyłem w ślad za kilkunastoma osobami, które chyba zostały już zapisane i trafiłem za nimi na górę, do swojego pokoju. Wszedłem do środka. Ubrania z łóżka zniknęły. Chyba ktoś tutaj naprawdę zaglądał w czasie, gdy ja… my… Byliśmy tam. Byłem zbyt roztrzęsiony, by myśleć o czymkolwiek innym, nie wszedłem nawet pod prysznic. Zrzuciłem z siebie ubrania i w samej bieliźnie wszedłem pod kołdrę, zaciskając powieki i wtulając się w poduszkę. Chciałem zasnąć, najlepiej teraz, od razu. Chciałem, żeby to wszystko okazało się tylko koszmarem, ale wiedziałem, że to nieprawda. Wystarczała mi zatem chociażby i owa niewielka ucieczka. Ucieczka od rozmyślań, żałowania, snucia absurdalnych planów i domysłów.
To nie moje miejsce.
Nie moje.
Nie dla mnie.
Leżałem tak przez kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut. Z twarzą wciśniętą w poduszkę, starając się nie myśleć o tym, co się zdarzyło. Starając się nie myśleć w ogóle, skupić się na śnie, który jednak nie chciał nadejść. Usłyszałem ciche skrzypnięcie i początkowo nawet nie zwróciłem na nie uwagi.
Dopiero w momencie, gdy poczułem, jak łóżko ugina bardziej pod czyimś ciężarem, serce zaczęło bić mi jak oszalałe ze strachu. Odwróciłem się gwałtownie, ale tym razem nie miałem możliwości ucieczki. Poczułem, jak ktoś wyciska na moich wargach przeciągły pocałunek, a jego włosy łaskoczą mnie lekko po twarzy. Odepchnąłem go gwałtownie, pisnąwszy z przerażenia. To był on. Ów rudowłosy mężczyzna, ten, o którym opowiadał mi Fenicio. Red. Ponownie nachylił się w moim kierunku, tym razem przywierając do moich warg na dłuższą chwilę. Szarpnąłem się gwałtownie, chcąc go ponownie od siebie odsunąć, chcąc uciec, zaprotestować… Poczułem, jak jego dłonie zaciskają się mocno na moich nadgarstkach, zupełnie unieruchamiając moje ręce, nie dając mi najmniejszej możliwości obrony.
Byłem przerażony, osłupiały ze strachu. Chciałem krzyczeć, ale nie byłem w stanie. Bałem się tego, co może się za chwilę zdarzyć. Ale mijały kolejne sekundy, a mężczyzna nie robił nic więcej prócz całowania mnie. Nie dotykał, nie obłapiał, nie próbował rozbierać, dobierać się do mnie… Nic poza tym. Nie wiem, w którym momencie się temu poddałem. Nie wiem, w którym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że od dłuższej chwili wcale mnie nie trzyma, a ja i tak nie protestuję, nie próbuję go od siebie odepchnąć. Oddałem pocałunek niemal łapczywie, zatapiając się w jego wargach. Potrzebowałem tego. Nie wiedziałem, z jakiego powodu. Tej odrobiny bliskości, czułości, czegoś innego niż to, co widziałem tam, na dole… Nawet, jeżeli nie miało to z tymi uczuciami w rzeczywistości nic wspólnego, nawet… Nawet, jeżeli to sobie uroiłem. Nawet, jeżeli to miała być jedynie krótka chwila zapomnienia.
Red przerwał w końcu pocałunek, prawie natychmiast obejmując mnie kurczowo i wtulając się w moją szyję. Bez słowa, bez żadnego innego gestu, czegokolwiek.
A ja…
Ja poczułem się zupełnie rozbrojony, bezradny, bezsilny, słaby… Cała ta kłębowina emocji, która zbierała się we mnie od kilku dni, teraz wybuchła ze zdwojoną siłą. Łkałem cicho, nie będąc w stanie powstrzymać łez, wczepiając się kurczowo w ramiona mężczyzny. Łkałem, tak jakby mogło mi to dać jakąś wolność, spokój, jakbym mógł się w ten sposób wyładować. Łkałem niepohamowanie, nie czując wstydu czy zażenowania z powodu obecności mężczyzny. Wprost przeciwnie. Nie chciałem, żeby się odsuwał, nie chciałem, żeby odchodził. Nie wiedziałem, kim jest, co tu robi, w jakim celu przyszedł, ale potrzebowałem go. Potrzebowałem kogokolwiek, kto byłby obok.
Kto dałby mi chociażby owo złudne, urojone uczucie…
… Bliskości.  

2 komentarze:

  1. Ja na jego miejscu zapewne bym ześwirowała wiedząc jaka będzie moja przyszłość. Scena z Red...boska.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:46 AM

    i łzy na końcu w moich oczach się pojawiły.

    ed

    OdpowiedzUsuń