Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 1 . ~ [Drag Queen]

-Alexander Carlton proszony do gabinetu dyrektora. Alexander Carlton proszony do gabinetu dyrektora…
Nienawidzę tej pracy.
Wiecie, to raczej całkiem logiczne.
Bo komu normalnemu uśmiechała by się praca w banku?
Tak, taaak… Powołanie i tym podobne pierdoły.
Spotkaliście kiedyś dziecko, które na pytanie: „Co chciałbyś robić w przyszłości?”, zamiast zacząć opowiadać o karierze lekarza, piosenkarki czy astronauty, odpowiedziałoby wam: „Chciałbym pracować w banku”?
… Błagam was.
Jeśli ktoś ląduje na tak nudnym i przewidywalnym stanowisku to naprawdę nie miał już co ze sobą zrobić.
A jeśli ktoś dodatkowo ląduje na skrzyżowaniu Wilsona i Lock Street, w oddziale Banku Narodowego, na trzynastym piętrze to…
… To naprawdę musi mieć zdrowo na bani.
O tak, ja tam właśnie wylądowałem.
Kredyty dla firm.
Jakkolwiek by tego nie nazwać, jakkolwiek by tego nie skonstruować i jakkolwiek by o tym nie opowiadać… I tak wychodzi strasznie nudno i sztywniacko.
To takie miejsce z którego biedni wychodzą jeszcze biedniejsi, a bogaci jeszcze bogatsi.
To takie miejsce, w którym chodzi tylko o to, żeby wcisnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem i uzyskać jak największe zyski.
I to takie miejsce, w którym można zanudzić się na śmierć, po raz dwieście pięćdziesiąty ósmy przedstawiając tę samą ofertę, tym samym ludziom, z tymi samymi pytaniami, które są tak oczywiste, że to aż ściska w żołądku.
Nie, jak widać ta praca moim powołaniem nie jest zupełnie.
A co jest moim powołaniem?
Spanie do późna.
Nocne kluby.
Światła reflektorów.
Oklaski.
Kwiaty w garderobie.
A później powrót do domu prywatnym samochodem…
… I głębokie pocałunki…
… A później seks w satynowej pościeli…
… I…
-Carlton.
Sapnąłem z poirytowaniem i podniosłem wzrok na burzyciela moich marzeń.
Stałego burzyciela moich marzeń, trzeba dodać, w postaci mojego szefa.
Nathan Mason.
O! Nathan Mason jest idealnym przykładem osoby, która teoretycznie rzecz biorąc mogłaby mieć powołanie do pracy w biurze!
Idealny Nathan.
Nieskazitelny Nathan.
Wiecznie poirytowany Nathan.
Nathan nudny jak flaki z olejem.
-Wołałem cię do siebie- wycedził przez zęby- Znowu nie słyszałeś?
-Popsuła się- mruknąłem, dyskretnie wyjmując wtyczkę z gniazdka i wskazując niedbale w kierunku automatycznej sekretarki, która dzięki niebywałemu geniuszowi naszego kochanego (khe, khe) szefa, od dłuższego czasu służy również jako doskonałe narzędzie do przekazywanie informacji całemu biuru, przez co on nie musi ruszać się z miejsca.
-Dziwne…- odparł, stuknąwszy w aparat palcem, jakby mogło to cokolwiek pomóc- W każdym bądź razie… Na czym to ja… Ach tak. Wołałem cię do siebie, ale skoro nie raczyłeś się pojawić, pofatygowałem się osobiście.
Uśmiechnąłem się lekko drwiąco pod nosem.
Mahomet nie przyjdzie do góry, więc góra przyjdzie do Mahometa. Ha!
Powinieneś podziękować, cholero. Dzięki mnie przynajmniej ruszysz się raz na jakiś czas pośród tych nieszczęsnych ośmiu godzin pracy. Kto wie? Może właśnie dlatego jeszcze wyglądasz jako tako znośnie?
… No dobrze, on nie wygląda znośnie.
On jest… Jest… No…
… No nie da się ukryć, że jak na leniwego urzędasa jest całkiem… atrakcyjny…
Oczywiście nie dla mnie!
Mówię OGÓLNIE atrakcyjny.
Jest wysoki, szczupły, ma ciemne, idealnie uczesane włosy i całkiem przyciągające, zielone oczy.
No i te… oczy, powiedzmy, przyciągają. Żeńską część naszego oddziału.
… Rzekłbym wręcz, że zdecydowaną część, bo prócz zastępcy dyrektora w postaci starego Bookchera, jestem tutaj jedynym przedstawicielem płci męskiej.
… Chociaż tylko do wieczora.
Ale nie ważne, to nie jest coś o czym mój całkiem niepotrzebnie i rozpraszająco interesujący szef powinien wiedzieć.
-O co chodzi?- zapytałem w końcu, unosząc pytająco brew.
-Guma.
-Hę?!- rzuciłem, wpatrując się w niego z udawanym oburzeniem- Cóż za perwersja…
Skrzywił się nieznacznie.
-Regulamin… Pracowni…
-Regulamin pracowni…?- powtórzyłem iście zmysłowo, przechylając się lekko przez biurko i wpatrując w niego z bezczelnym uśmiechem.
-… Tego zakazuje- dokończył, wciąż z dziwacznym grymasem zniecierpliwienia goszczącym na twarzy.
-No to zróbmy to gdzie indziej- mruknąłem, wzruszywszy ramionami.
-Cóż za bezbłędne poczucie humoru…- rzucił z drwiną- Oby dopisywało ci cały dzień. I wypluj wreszcie tą gumę.
Mlasnąłem z niezadowoleniem, ale ostatecznie wyplułem gumę do chusteczki, którą w następstwie rzuciłem w kierunku kosza. Odbiła się od brzegu i wylądowała na podłodze obok swoich poprzedniczek, wywołując u Nathana ciężkie westchnienie.
-Jak można żyć w takim bałaganie?
-Ja tu nie żyję. Ja tu tylko pracuję- wymamrotałem grobowo, wracając na miejsce- Mogę wreszcie poznać powód twojej wizyty? Bo chyba przyciągnęło cię tutaj coś innego niż tylko zwykły zmysł estetyki i zainteresowanie zawartością moich ust.
Odkaszlnął cicho.
-Przyszedłem sprawdzić czemu się nie pojawiłeś.
-Martwiłeś się?- rzuciłem słodko, podpierając głowę na dłoni, a on sapnął z poirytowaniem.
-Kiedy cię wołam, masz się błyskawicznie pojawić. Zrozumiałeś?
-Zrozumiałem- odparłem gładko, wzruszając ramionami.
-I zrób tu porządek.
-Aha- mruknąłem, przewracając oczyma.
Spojrzał na zegarek, przenosząc na mnie wzrok jeszcze na zaledwie chwilę.
-Dzisiaj zebranie. Mam z wami do pogadania.
Wymamrotałem coś niezrozumiale pod nosem. O tak. Nasze oddziałowe zebrania zawsze są wyjątkowo urocze i polegają głównie na strofowaniu pracowników, a w owym gronie strofowanych zawsze znajduje się ja.
A nie, przepraszam. Kiedyś Nathan wziął sobie miesięczny urlop i wtedy na ogólnym zebraniu prowadzonym przez Bookchera zostałem jedynie kulturalnie zignorowany.
-Alex…
-Hm…?- mruknąłem, przenosząc spojrzenie na mojego szefa… Którego nie było- Nathan?
Coś musnęło moje kolano, a ja podskoczyłem z cichym piskiem, odsuwając się błyskawicznie od biurka.
Nathan spojrzał na mnie z politowaniem spod jego blatu.
-Co tam robisz, co?- burknąłem, czując lekki rumieniec wpełzający na moje policzki.
-Naprawiam ci aparat- rzucił kwaśno, włączając ponownie wtyczkę, po czym wycofał się spod biurka i wyprostował, wygładzając poły garnituru- Na następne zwołanie masz się stawić, zrozumiałeś?
-Aha.
-To dobrze. Do zobaczenia za jakieś pół godziny.
-Kwadrans dla swojego ulubieńca skończony?- uśmiechnąłem się uroczo, odchylając na krześle i obserwując jak niespiesznie rusza w kierunku drzwi, przy których zatrzymuje się na dłuższą chwilę.
Tak, tak. Odkąd zacząłem pracować z Nathanem, nie było nawet jednego dnia w ciągu którego byśmy się nie widzieli. No, może prócz ewentualnych urlopów i dni wolnych, ale nie było ani jednego dnia pracy w ciągu którego oszczędziłby sobie rozmowy ze mną nawet z wyjątkowo błahego powodu.
Widzicie? Syndrom wiecznie czepiającego się o wszystko szefa.
-Jak widać- odparł krótko, z lekkim uśmiechem, aż w końcu wyszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Westchnąłem cicho pod nosem, czując mimowolnie wpełzający na moje wargi uśmieszek zadowolenia, po czym sięgnąłem do torby, by wygrzebać z niej paczkę moich gum miętowych i zaraz…
Zaraz usłyszałem głos samego Nathana dobiegający z aparatu:
-Alex… Guma…
Ochhhhh!
Pierdol się!

Punkt trzynasta pojawiliśmy się całą wesołą (jak stypa) gromadką w gabinecie dyrektora. I cóż, całe spotkanie przebiegło dość normalnie. Nathan przez jakiś kwadrans sprawdzał czy wszyscy są obecni, ustawiał, przestawiał, a ja jak zwykle z samego początku długiej i przy tym całkowicie babskiej kolejki spadłem na sam koniec.
A cała reszta?
No cóż. Zostali ustawieni ze względu na jakość pracy i ilość wydanych kredytów na korzystnych warunkach.
Ale cała kolejka wyglądała dość uroczo i ja zamiast ułożeniem na podstawie jakości pracy, nazwałbym ją ułożeniem na podstawie wielkości biustu.
Szef przeszedł się kolejno chwaląc od chichoczącej Sandry o biuście, który zapewne rozwinął już własne pole grawitacyjne, przez silikonową Mary, po „pannę miseczka F” Kelly, a następnie Mirthę, Lorę, Samanthę i tak dalej, i tak dalej, a im dalej szedł, tym jego komentarze mniej miały z pochwał, a więcej z nagany. I tym sposobem doszedł do mnie.
-Carlton… Carlton…- powtórzył tak oficjalnie jak to tylko możliwie- I co?
Widzicie, bo sytuacja między nami jest dosyć… Niejasna. Nathan chyba nie może się zdecydować czy zwracać się do mnie oficjalnie, czy po imieniu. Toteż przy innych zwraca się do mnie po nazwisku, ale prywatnie raczej nie krępuje się w używaniu mojego imienia.
Zresztą wcale się nie dziwię, że nie robi tego tak otwarcie, wiecie… W końcu dla całej reszty pracowników jest „panem Masonem”.
Hahahaha!
Mnie tam jeszcze nie pogięło, żeby być z kimś o ledwie cztery lata starszym na „pan”.
I cóż, do tego Nathan już chyba zdążył przywyknąć.
-Powiedz mi jak to się dzieje, że za każdym razem wypominam ci te same błędy, a ty za każdym razem stwierdzasz, że to rozumiesz, a później wracasz do biura i robisz dokładnie to samo?
Och, nienawidzę tego.
Rządku spojrzeń tych wcześniej skomentowanych, od współczujących, po lekko zadowolone w stylu: „och Boże! Jednak jest ktoś gorszy ode mnie”, na zwyczajnie triumfalnych kończąc. Jedynie Bookcher jest zwyczajowo już zbyt gorliwie wpatrzony w te bardziej odsłonięte dekolty i kiwa niemrawo głową, jakby Nathan rzeczywiście potrzebował jego potwierdzenia.
-Nie wiem- odpowiadam w końcu po dłuższej chwili i wzruszam ramionami- Poprawię się.
-Powtarzałeś to już tyle razy, że nawet nie starasz się o to, żeby to brzmiało wiarygodnie- westchnął ciężko, przecierając skronie- I co ja mam z tobą zrobić, co?
Oczywiście słysząc coś podobnego większość pracowników dostałaby już palpitacji serca z przestrachu, padła by na kolana i zaczęła błagać o to, żeby nie zostać zwolniona i zapewniać o swojej poprawie, ale…
Ale ja nie zostanę zwolniony.
Wiecie, to sprawa dosyć oczywista.
Pomijając nawet fakt, że szef darzy mnie swoistym sentymentem z bliżej mi nieznanych powodów, do którego oczywiście się nie przyzna, pozostają jeszcze inne kwestie, które w pewien sposób zapewniają mi brak ewentualnego zwolnienia.
Kwestie przeszłości chociażby. O tak, tak, bo chociażby ów pamiętny dzień zmienienia się szefostwa po mojej półrocznej pracy w firmie jest wybitnie… Ekhem… Krępujący, ale też w pewien sposób spajający, nie da się ukryć. Wtedy właśnie świętowaliśmy. Ja oczywiście spóźniłem się znacznie, zresztą całkiem celowo, żeby przegapić część oficjalną, na której przedstawić by nam mieli kolejnego starego pryka, który przejmie nasz oddział, a wpaść jedynie na przyjęcie, najeść się za darmo, upchać torbę do granic możliwości i wyjść – uwierzcie mi, nie ma nic lepszego.
No dobrze. Jest.
Chociażby darmowy alkohol, który jest jeszcze bardziej pociągający niż darmowe jedzenie, a co za tym idzie, tamtego wieczoru mocno sobie użyłem… Zresztą nie tylko ja, pewien rodzynek siedzący obok mnie też chyba się zagalopował, nakręcany wciąż przez kumpli. Tamci padli, a my zostaliśmy…
… I uwierzcie mi, nie wiem jak z tego „zostaliśmy” wyszło „pieprzyliśmy się przez pół nocy”.
Ale tak się właśnie stało. A później obudziliśmy się rano na mega kacu, on oczywiście niczego nie pamiętał, ja pamiętałem doskonale, ale za mój punkt godności uznałem stwierdzić dokładnie to samo, pozbieraliśmy ciuchy, pożegnaliśmy się w pośpiechu i wszyscy zgodnie opuściliśmy hotel, zapewne oboje mając nadzieje, że więcej się nie spotkamy.
Wiecie, skoro tam był, to oczywiste, że pracował tam gdzie ja.
Ale po cichu liczyłem, że może on ma inne zajęcia, że jest tym z drugiego, piątego, albo siódmego piętra i będziemy się jedynie okazyjnie mijać na korytarzach, nie mając ze sobą zbyt wiele wspólnego no i…
Jak wiadomo los bywa strasznie złośliwy.
I jak pewnie możecie się domyślać mój jednonocny kochanek okazał się pracować dokładnie w tym samym oddziale i dokładnie na tym samym piętrze.
Ba.
Mój jednonocny kochanek okazał się… Moim szefem.
Tak, tak. Owym uroczym rodzynkiem, który wydawał się wtedy taki nieśmiały, niepozorny i spokojny był właśnie Nathan Mason.
Ale nie potrzebował wiele, żeby się rozkręcić.
Po tygodniu zdominował cały oddział, wbrew głosom tym, którzy mówili, że nie poradzi sobie, bo jest za młody.
A co do mnie? Kiedy mnie zobaczył zbladł chyba równie mocno jak ja.
I wtedy byłem już pewien – żegnaj moja kariero biurowego smutasa!
Ale o dziwo nie zostałem zwolniony. Ba. Nie powiedział ani słowa, które świadczyłoby o tym, że naprawdę pamięta to, co się między nami zdarzyło.
… Och, ale pamięta.
Trudno by było zapomnieć, wierzcie mi na słowo!
Więc skoro nie zwolnił mnie z takiego powodu… To jak widać naprawdę, naprawdę trzeba nieźle zaleźć mu za skórę, żeby rzeczywiście kogoś wyrzucił.
Właściwie odkąd pojawił się pracy nie wyrzucił nikogo. Toteż jestem o siebie jako tako spokojny.
… Chociaż…
Chociaż właściwie była jedna taka sytuacja.
Sytuacja w której podsłuchałem na korytarzu, jak stary Bookcher, próbuje go przekonać do zatrudnienia swojej (zapewne wyjątkowo cycastej) znajomej, a Mason protestował ze względu na brak stanowisk pracy. No i wtedy właśnie Bookcher stwierdził, że skoro ja tak beznadziejnie pracuję to przecież obejdą się beze mnie, a i będzie to doskonały pretekst do wywalenia mnie.
… I wierzcie mi, byłem wtedy stuprocentowo pewien, że zostanę wywalony.
No bo proszę was. Kto chciałby utrzymywać w pracy kogoś takiego jak ja, mając dla kontrastu mocno doświadczoną (nie tylko w zawodzie), seksowną i przystępną dziewczynę?
No właśnie?!
… Otóż Nathan by chciał.
O dziwo.
Bo kiedy się o tym dowiedziałem nawet się spakowałem. O tak! Taki byłem sprytny!
Żeby sobie nie myślał, że to on mnie wywala! Żeby w momencie kiedy rzuci: „zostajesz zwolniony” krzyknąć: „Nie! To ja odchodzę!” i wyjść dumnie z gabinetu w otoczeniu nastrojowej, triumfalnej muzyki jak bohaterowie telenowel!
I kiedy zawołał mnie do siebie, byłem już gotowy na to wszystko!
I kiedy już słyszałem jak mówi: „Bardzo mi przykro, że muszę to powiedzieć…”
I kiedy już byłem gotowy, by wykrzyczeć swoją kwestię, on…
… On…
On powiedział…
Że sprawdzam się najgorzej ze wszystkich pracowników. I że musimy nad tym popracować.
I tyle.
A później patrzył się nieco osłupiały jak w moich oczach zbierają się istne łzy wzruszenia i pewnie pomyślał sobie: „On jest pierdolnięty”.
Wiecie… Może zastanawiać czemu tak bardzo martwi mnie utrata pracy, która mnie absolutnie nie kręci i nie pociąga no ale…
… No ale jest bądź co bądź moim jedynym źródłem utrzymania i bez niej byłoby krucho.
Bardzo krucho.
Kruchutko.
-Czasem się zastanawiam czy ty mnie w ogóle słuchasz- dotarło do mnie wreszcie syknięcie Nathana i spojrzałem na niego nieco niemrawo- Zrozumiałeś co powiedziałem, Carlton?
-Aha- potwierdzam, uśmiechając się lekko, chociaż w rzeczywistości nie zrozumiałem nic. To pewnie było coś w rodzaju jego wiecznego ględzenia o poprawie wydajności.
-Świetnie- uciął, odwracając się w kierunku pozostałych pracowników- Bo o wydajność właśnie nam chodzi- ha! A nie mówiłem?!- Bez tego ani rusz, a w ostatnich miesiącach… Nie jest najlepiej. Nie chcę pokazywać palcem…- rzucił, jakby jego znaczące spojrzenie skierowane w moją stronę nie świadczyło o czymś zupełnie przeciwnym- Ale nadal są wśród nas osoby, które nie do końca rozumieją na czym polega ich praca- i znowu wszystkie spojrzenia na mnie- Nie powinniśmy sobie zatem pozwalać na stratę kolejnych klientów. Dlatego proszę was wszystkich żebyście się dobrze zgrali i zapoznali z nowymi ofertami. Dziękuję za waszą obecność.
Z gabinetu zaczęli powoli wysypywać się pracownicy, a ja tymczasem przemknąłem do biurka Nathana i oparłem się o nie, wpatrując się w niego wyczekująco.
-Coś się stało?- zapytał w końcu, przenosząc na mnie wzrok i siadając na krześle.
-Mógłbym dzisiaj wyjść o godzinę wcześniej z pracy?- spróbowałem szczęścia.
Uniósł brew, a jego wzrok przesuwał się stopniowo wzdłuż mojej sylwetki.
Parsknąłem z poirytowaniem, podążając za jego spojrzeniem.
-No co?!- zapytałem w końcu, spoglądając na niego pytająco.
-Sweterek w serek… Przedziałek przez środek… Okulary na pół twarzy…- wyrecytował z pełnym politowania uśmiechem- Niezmiennie od czterech i pół roku…
… Niezmiennie od szesnastu lat, co stanowi zdecydowanie większą część mojego dwudziesto cztero letniego życia, ale co to ma do rzeczy?!
-No i?- burknąłem, unosząc brwi.
-To się kiedyś zmieni?
-A co?- mruknąłem z lekkim niepokojem, przygładzając nerwowo jasno brązowe włosy- Coś nie tak?
Westchnął cicho i pokręcił głową.
-Spodziewałem się po prostu… Że wykażesz większą inwencję… Do zmian.
Hę? Inwencję do zmian? Hej! Mówisz do faceta, który od pięciu lat pracuje w tym samym, nudnym zwodzie i marzy o odejściu, ale z przyczyn jedynie finansowych i braku lepszych propozycji tego nie zrobi! O jakie zmiany prosisz?!
-Bo?
-Ponieważ… Troszeczkę odstajesz… Od reszty pracowników. Nie kojarzysz się dobrze klientom.
-Oczywiście, że odstaję!- syknąłem z poirytowaniem- Nie mam w końcu kilometrowego biustu!
Nathan uniósł brew w geście politowania, po czym przeniósł wzrok na własną klatkę piersiową.
-Ja chyba też nie- pozwolił sobie zauważyć.
Taak…
Ty za to przychodzisz w tym swoim ekstremalnie nudnym i ekstremalnie drogim garniturze.
Oczywiście JA też bym mógł.
… Tylko nieco mniej ekstremalnie drogim…
Wierzcie mi! Gdybym chciał to mógłbym naprawdę wyglądać…. No wiecie… Jakoś.
Może nie absolutnie i powalająco, ale jakoś bym wyglądał.
A fakt, że tak nie jest?
Och! Myślicie, że co?
Te okulary, te swetry, to wszystko, to po prostu mój bunt przeciwko tym wszystkim zasranym stereotypom! A jakże!
… Może po części wynika to także z braku lepszych, męskich ciuchów, braku funduszu na takowe ubrania, wrodzonego lenistwa i  zaawansowanej krótkowzroczności, ale co tam!
Postawa buntownika bardziej mi się podoba!
-Jak ci się nie podoba to twoja sprawa- rzuciłem lekko zbolałym tonem, odwracając wzrok i krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Tego nie powiedziałem.
Ha! Bronisz się!
-Wracając do sprawy…- mruknąłem, wciąż nieco zeźlony- Mogę?
-Po co?
-Sprawa prywatna.
-Jaka?- nie zamierzał najwyraźniej odpuszczać, nie odrywając ode mnie badawczego wzroku.
-Lekarz- wymyśliłem szybko, wzruszywszy ramionami.
-Chorujesz?- zapytał niemalże z troską w głosie.
-Być może.
-Na co?
-Ehm… No nie wiem jeszcze- mruknąłem logicznie.
-To ja ci powiem- syknął, podnosząc się z miejsca- Na chroniczne lenistwo i brak aspiracji chociażby!
Ja?!
Na brak aspiracji?!
Nie wiesz co mówisz!
Miałem ogromne aspiracje. Ogromniaste.
W wieku powiedzmy… Piętnastu lat, marzyła mi się Szkoła Filmowa. Ale… Aleeee…
Ale moja kochana mamusia, najwyraźniej uznała, że jej ósme z kolei dziecię powinno robić coś normalnego i wysłała mnie do ekonomika. A z ekonomika skierowała prosto tutaj, bo to podobno dobrze płatna, nietrudna praca i to w dodatku taka w której można szybko awansować.
Gorzej, że przez całe pięć lat jakie tu przepracowałem nie ma nawet najmniejszej szansy na to, żebym awansował chociażby o stopień.
No taaak, brak aspiracji! Bo pan Mason wspinał się po drabinie kariery zawodowej tak szybko, że pogubił wszystkie inne sprawy, ale przez to został, niechby go szlag, najmłodszym dyrektorem oddziału w historii.
-Czyli nie?- wycedziłem przez zęby.
-Nie- potwierdził sucho.
Prychnąłem cicho, ruszając w kierunku wyjścia.
-I… Carlton…
-Alex- poprawiłem go, zerkając na niego przez ramię.
-Alex… Naprawdę nic osobiście nie mam do tego jak się ubierasz- zapewnił mnie bezsensownie, a ja odwróciłem się na krótką chwilę mocno zaskoczony.
… Och na Boga.
Nie wiem co tam wciągasz pod biurkiem, ale naprawdę powinieneś już odstawić te prochy…

Jest jedno takie miejsce, gdzie w jednej chwili o wszystkim zapominam.
Jest jednako takie miejsce, gdzie nie liczy się nic i nic nie jest w stanie popsuć mi nastroju!
Ani bank, ani stary Bookcher, ani nawet cholernie idealny Nathan!
Jest takie miejsce w którym wszystko przestaje się liczyć
I w którym nareszcie mogę być sobą. Absurdalnie.
Przed oczyma mignął mi neon klubu „Scylla” i mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem.
Och! Nie drżyjcie i nie trwóżcie się więcej! Nadchodzi wasza gwiazda!

2 komentarze:

  1. Anonimowy12:52 AM

    Czytajac ten rozdzial caly czas usmiechalam sie pod nosem. Przypadl mi do gustu glowny bohater. Czuje sie ogromnie zachecona do czytania kolejnych. =)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:28 PM

    He he śmieszkowałam dużo XD po prostu to jest takie cudne i takie O BOZE że nie mogę *0*

    OdpowiedzUsuń