Strony

niedziela, 22 maja 2011

1. Johnny przyjmuje wyzwanie

Cotygodniowe imprezy u Benny’ego wyglądały właściwie tak samo. W niedzielę wieczór gromadzili się u niego uczniowie z ich klasy oraz kilku innych cudownych wybrańców z Sant Preston, którzy dostąpili tego zaszczytu.
Zaszczytu bycia zauważonym przez najlepszą i najbardziej popularną grupę w szkole.
Oczywiście Johnny, jako członek owej grupy, z brakiem sławy problemu bynajmniej nie miał. Chociaż nieskromnie myślał zawsze, że swój status utrzymałby i bez trójki przyjaciół. Johnny był w końcu chodzącym ideałem. Potwierdzały to między innymi dziewczęta, usiłujące desperacko zwrócić na siebie jego uwagę, ale w sumie… Miał przecież lustro. Doskonale wiedział, że jest wspaniały. Gdyby był chociaż odrobinę mniej idealny, niż w tamtym momencie, prawdopodobnie nie wyszedłby w ogóle z domu.
Miał ciemnobrązowe, odrobinę przydługie włosy, teraz jednak ułożone za pomocą żelu tak doskonale, że najmniejsze chociażby pasemko nie mogło owego ładu burzyć. Jego niebieskie oczy okolone były wianuszkiem długich rzęs, których mogła pozazdrościć mu niejedna dziewczyna, a ładnie wykrojone usta zawsze układały się w iście czarujący uśmiech. Mimo tego, że jego ubrania dodawały mu nonszalancji i zdawały się być wybierane ot tak, w rzeczywistości spędzał w sklepach i swojej garderobie chyba więcej czasu niż w jakimkolwiek innym miejscu.
Cóż więc tu dużo mówić?
Johnny był idealny. Zapewne, gdyby ktoś o to zapytał, mógłby z miejsca wymienić kilkadziesiąt swoich zalet, bez zająknięcia. Oczywiście nie chodziło tylko o fizyczność.
Przecież są ważniejsze sprawy, prawda?
Jak na przykład wnętrze.
Ha, ha…
Dobre sobie.
Ale na pewno miał jakieś zalety poza fizycznością. Tylko… Jak na razie nie potrzebował ich ujawniać. Ani zdawać sobie z nich sprawy.
-Przegrałeś- Benny spojrzał z wyższością na Carla- Wiesz, jakie są zasady. Nie wypełniłeś zadania!
Benny był pogodnym, zawsze otwarcie nastawionym do świata chłopakiem, o iście dziecinnej i niewinnej urodzie. Miał jasne, lekko falowane blond włosy i urocze niebieskie oczy. Jego wygląd nie miał jednak nic wspólnego z jego zachowaniem i Benny szybko dał się poznać wszystkim nauczycielom jako uczeń najbardziej niezdyscyplinowany.
-Ta- burknął cicho Carl- Sam spróbuj wsypać Worner środki przeczyszczające do kawy… Przecież gdyby się dowiedziała, to wywaliliby mnie ze szkoły!
Carl z kolei był nieco krępym brunetem, nie będącym raczej w grupie typem dominującym. Różnił się od nich bardzo, ale Johnny i tak go cenił. Impreza bez niego była stracona, a to, co wyczyniał po alkoholu, stanowiło zresztą źródło ich ulubionych grupowych anegdot.
-Trzeba było się nie zakładać- stwierdził chłodno Eric, wysoki i szczupły blondyn, zawodnik szkolnej drużyny lekkoatletycznej. Johnny go lubił, ale momentami sytuacja pomiędzy nimi była wyjątkowo napięta. Czasem miał wręcz wrażenie, że Eric za wszelką cenę próbuje mu zrobić na złość i prowokuje go do kłótni. Ha! Nic z tego. Wierzcie, nic nie byłoby w stanie sprowokować Johnny’ego do porządnego sporu!
… No chyba, że zniszczona fryzura.
Wtedy mógłby się wkurzyć.
Naprawdę.
-W każdym razie…- Benny wyjął swój notatniczek i przewrócił kilka stron- Odejmujemy punkty. Jak wartościowe było to zadanie?
-Było strasznie trudne- stwierdził Carl, a Eric prychnął cicho.
-Ranga trzy, nie sądzę, żeby dało się je podnieść wyżej.
-Cztery- stwierdził pojednawczo Johnny- Odejmij mu dwa punkty i z głowy.
Sięgnął po butelkę piwa, upijając porządny łyk. Już od dawna prowadzili ze sobą tego rodzaju grę. Polegała na wyznaczaniu sobie wzajemnie wyznań. Mieli własną punktację, zadania miały swoją rangę, zależną od stopnia trudności, od jeden do pięć. Za odrzucenie wyzwania, odejmowano dziesięć punktów. Za niezrealizowanie najtrudniejszego, z rangą pięć, odejmowany był jeden punkt. Za zadania z rangą cztery - dwa i tak dalej, i tak dalej… Chodziło o zabawę i nic więcej. Czasem cudzym kosztem, to prawda, ale…
… Ale był to też pewnego rodzaju sposób na udowodnienie sobie wzajemnie, kto jest się w stanie posunąć dalej i kto jest osobą, która dominuje w grupie. Johnny mógł pochwalić się tym, że dotąd udało mu się zrealizować wszystkie wyzwania, żadnego nie odrzucając.
Lubił podobne rzeczy.
Lubił świadomość, że jest najlepszy i dużo może, szczególnie, że większość wyznań była raczej strasznie prosta. Poderwanie jakieś dziewczyny, zrobienie czegoś głupiego przed całą szkołą, zrobienie komuś jakiegoś żartu… Johnny nie miał przed tym specjalnych oporów. Jego wrodzony urok osobisty zawsze sprawiał, że z takich sytuacji wychodził bez szwanku i z nienaganną reputacją.
Nienaganną reputacją szkolnej łajzy.
Ale przystojnej i dużo mogącej łajzy.
-Cześć- mruknęła Maicy, podchodząc do stołu przy którym się zgromadzili, i natychmiast ładując się Benny’emu na kolana. Była szczupłą brunetką o piwnych oczach i półdługich, lekko kręconych włosach. A oprócz tego, była dawnym wyzwaniem Benny’ego. Tak się jednak stało, że najwyraźniej jedynym, które przysporzyło mu tyle frajdy, bo od tamtej pory byli ze sobą- Co tak tu siedzicie, co? Chodźcie, zatańczymy czy coś… Wszyscy szaleją, a dziewczyny czekają.
-Zaraz, mrówko- wymruczał Benny, muskając wargami jej szyję- Musimy jeszcze coś obgadać.
-Rany- Maicy westchnęła zniecierpliwiona- Jesteście straszni. Pewnie obmawiacie tutaj wszystkie zgromadzone laski albo coś. No po prostu tylko ze sobą gadacie! To denerwujące!
-Odezwała się przewodnicząca szkolnego koła plotkarskiego…- mruknął Eric, przewracając oczyma, a Maicy posłała mu srogie spojrzenie. O ile grupa Johnny’ego stanowiła istny raj i wspaniałą wizytówkę dla każdego faceta, o tyle towarzystwo Maicy i jej dwóch koleżanek, Agathy, będącej obecnie dziewczyną Carla, i Lindy, która póki co wydawała się być bardzo mocno zainteresowana towarzystwem Johnny’ego, była wymarzonym towarzystwem dla każdej dziewczyny w szkole.
-Zostaw nas samych, kiciu- poprosił raz jeszcze Benny- Zaraz przyjdę i zatańczymy, obiecuję- raz jeszcze cmoknął ją lekko w kark, a ona podniosła się, wyraźnie niechętnie i ledwie miała iść, a zatrzymała się naprzeciw nich.
-Słyszeliście?
-Jak odchodzisz? Niestety nie- westchnął Eric, również sięgając po piwo.
Maicy postanowiła go wspaniałomyślnie zignorować.
-Lindzie nie udało się poderwać tego całego Keitha- zaczęła, spoglądając na nich uważnie- No po prostu zupełna masakra, olał ją! Biegała za nim na te wszystkie korepetycje, a on zupełnie nic. No facet kamień po prostu.
-Naprawdę?- zdumiał się Johnny, zerkając ukradkiem w kierunku chłopaka, znacznie odróżniającego się od reszty. Nie chodziło już nawet o to, że nie chciał pić i uchodził za osobę zupełnie nietowarzyską. Ale sam jego wygląd! Johnny aż nie mógł czasem nie krzywić się z niesmaku. Keith był znany jako uczeń numer jeden, ten, który zawsze wszystko potrafi i ma wszystko gotowe na czas, toteż mógłby się stawać dla nich idealnym przyjacielem na czas wszelkich egzaminów i referatów. Tylko, że on nie chciał być przyjacielem. Nawet ich przyjacielem! Niewiarygodne. W każdym razie, prócz podobno ponadprzeciętnego intelektu, nie wyróżniał się niczym. Ubierał się bardzo zwyczajnie i niedbale, nie zwracał chyba większej uwagi na to, kto na niego patrzy, całe przerwy przesiadywał pod gabinetami. Miał czarne włosy, i w ocenie Johnny’ego, bardzo długo nie widział ich żaden fryzjer. Grzywka niemal wpadała mu do oczu. Oprócz tego nosił okulary, zupełnie nie pasujące mu do niczego. A w dodatku stale miał posępną minę, jakby się czymś martwił czy denerwował.
-Naprawdę- parsknęła Maicy- Dacie wiarę? Musiała go tu zaciągnąć prawie na siłę, a on i tak zdeklarował się, że wpadł na góra godzinę. Godzinę! Rany, w godzinę to wszystko się jeszcze dobrze nie rozkręci. Linda musiała przełknąć… Eee… To znaczy zasmakowała… Cholera. Jakby to podsumować? Niczego nie przełykała i niczego nie zasmakowała, ale poniosła klęskę.
Johnny zachichotał cicho.
-E tam, to dziwak- stwierdził Carl, machnąwszy obojętnie dłonią- Linda nie ma się co tym przejmować, jest naprawdę fajną dziewczyną.
-No raczej- stwierdziła Maicy, uśmiechając się lekko- Ale musiała boleśnie spaść z piedestału, bo stwierdziła, że bez najmniejszego problemu poderwie każdego… Teraz chyba nie czuje się wcale tak pewnie. Ale może później do niej dołączysz, Johnny? Na pewno się ucieszy.
-Jasne- szatyn uśmiechnął się iście czarująco w odpowiedzi.
-Ale później- dodał Benny- Dasz nam tą chwilę samotności?
Maicy prychnęła z poirytowaniem, odchodząc w kierunku koleżanek.
-Dziwne…- skwitował Benny.
-Co takiego?- Eric zerknął na niego kątem oka- Każdy musi lecieć na tą blond wywłokę?
-Eric- burknął Johnny. No dobrze, nigdy nie prezentował się dobrze jako obrońca kobiet. Zwłaszcza, gdy tego nie słyszały.
-Nie no…- odparł Benny, wzruszywszy ramionami- Ale Linda jest ładna i wcale nie taka głupia no i… Sami rozumiecie… Mam teraz Maicy i w ogóle, ale jakbym był takim samotnikiem jak on i zainteresowałaby się mną taka dziewczyna, to… No… Wykorzystałbym okazję na pewno.
-Przecież ona się nim nie zainteresowała- zauważył trzeźwo Eric- To była tylko głupia gierka. Mówiłem ci, że te kretynki będą chciały nas naśladować.
-Dobra, ale on przecież o tym nie wiedział- wtrącił się Carl- A sądzę, że Linda dobrze odegrała swoją rolę. Coś jest z tym facetem definitywnie nie tak.
-No…- przyznał Johnny w zamyśleniu- I nawet nigdy nie przychodził, gdy go zapraszaliśmy. W sumie jest tutaj pierwszy raz.
-Bo nigdy go nie zapraszaliśmy- zauważył Eric.
-Naprawdę?- zdumiał się szatyn, a pozostała trójka potwierdziła to cichym pomrukiem- A to dopiero… Dlaczego?
-Bo jest… Eee…
-… kujonem…
-… samotnikiem…
-… desperatem…
-… gejem.
Johnny parsknął cicho i pokręcił z rozbawieniem głową, upijając kolejny łyk piwa.
-Naprawdę sądzisz, że jest gejem?- zainteresował się nagle Carl, spoglądając na Erica pytająco.
-A co?- mruknął blondyn, odrobinę niechętnie- Sami stwierdziliście, że coś z nim nie tak, skoro olał Lindę. To tylko takie przypuszczenie, nie mam pojęcia. Nie patrz na mnie, jakbym z nim romansował, na litość boską.
-Może rzeczywiście jest- stwierdził Benny- Wiecie, mógłby być w sumie… Nie widać tego po nim za bardzo, ale w końcu po Lenny’m też nie było. Więc… Sami rozumiecie… Może rzeczywiście ma słabość do chłopaków?
-Cóż…- Eric uśmiechnął się odrobinę złośliwie- Sprawdźmy to.
-Jak?- zdziwił się Johnny, spoglądając na niego pytająco.
-Skoro jesteście tak bardzo zdeklarowani, że jesteście w stanie zrobić wszystko…- Eric powiódł po nich uważnym spojrzeniem- Chyba nie będzie to dla was problemem?
-Żartujesz, stary- wymamrotał Benny- To głupie.
-Nie. To wyzwanie- zadeklarował Eric i wszyscy doskonale wiedzieli, co oznaczają te słowa- Wyzywam cię, Johnny.
-Co?- szatyn niemal zakrztusił się piwem- M… Mnie?! Dlaczego mnie?- zapytał, bez większego zrozumienia.
-Nie bierz tego do siebie. Tak jakoś wyszło- Eric wzruszył ramionami z iście niewinną miną- Wyzywam ciebie. Że weźmiesz go porządnie w obroty i udowodnisz prawdziwość mojej hipotezy… Albo oczywiście przegrasz i ją przekreślisz. To jak, Johnny?
-A… Ale to chłopak!- Johnny spoglądał na niego zupełnie zdezorientowany- Przecież wiesz, że nie mam takich… Eee… Upodobań.
-Cóż. Czas wreszcie sprawdzić swoją reputację szkolnego amanta- Eric uśmiechnął się złośliwie- Oczywiście możesz odmówić. Pierwsze i jedyne zadanie, którego jak dotąd nie wykonał wspaniały Johnny… Przecież żaden z nas się nie zdziwi, nie? Każdy by to odrzucił…
-Ale ja nie zamierzam- oznajmił wyniośle Johnny, uśmiechając się z wyższością. Właściwie jeszcze nie był do końca pewien, czy wie, co robi. Ale wystarczyło tylko jedno zdanie, które wypowiedział Eric, jego drwina i ta czająca się w głosie pewność, że szatyn zrezygnuje. Wcale nie zamierzał. Chciał po raz kolejny udowodnić, że da sobie radę ze wszystkim- Przyjmuję wyzwanie.
I już.
Klamka zapadła i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.
Teraz będzie musiał przynajmniej coś robić, żeby wyzwaniu sprostać.
-Rany, stary…- Benny wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu- Naprawdę chcesz to zrobić?!
-Nie chcę- odparł, obserwując, jak Benny bierze głęboki oddech, pełen ulgi, by zaraz dodać- Ale to zrobię. Rany, nie patrzcie na mnie, jakbym zwariował- parsknął cicho, dopijając do końca swoje piwo i uśmiechnął się szeroko- To tylko wyzwanie, tak? Nie traktujemy wyzwań śmiertelnie poważnie. To będzie zupełnie jak z podrywaniem dziewczyn, tylko może trochę trudniej, ale chyba nie spodziewacie się, że ktokolwiek nie ulegnie mojemu urokowi?
-Ja bym nie uległ- stwierdził Benny, jednak uśmiechnął się lekko, chociaż odrobinę blado, jakby wciąż nie był przekonany, czy to aby najlepszy pomysł.
Johnny spojrzał wyzywająco w kierunku Erica. Spodziewał się, że to on będzie najbardziej niezadowolony z powodu jego zgody, ale było wprost przeciwnie. Blondyn uśmiechał się tak, jakby właśnie o to mu chodziło.
-Więc…?- ponaglił go w końcu Johnny- Ile mam czasu i co mam przynieść na dowód tego, że mi się udało?
-Nagranie- odparł gładko Eric, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia- Kamerą.
-I co ma być na tym nagraniu?
-Seks, rzecz jasna.
Johnny zupełnie znieruchomiał. Tego się nie spodziewał.
-Ej, Eric, nie rób sobie jaj- rzucił Carl- To obrzydliwe.
-No właśnie- zawtórował mu Benny- Nie wiem, jak ty, ale ja nie chciałbym tego oglądać. Nawet dla sprawdzenia. Niech to będzie coś prostszego, Johnny nie musi robić jakichś obleśnych rzeczy.
-W takim razie zdjęcie- sprostował w końcu Eric- Nagie zdjęcie?
-Moje?- Johnny uśmiechnął się przebiegle- Mogę ci przesłać w każdej chwili, będziesz miał co robić.
-Jego, rzecz jasna.
Chłopak westchnął ciężko. Niedobrze. Zazwyczaj przynosił coś innego. Jeśli podrywali dziewczyny, to nigdy nie chodziło o seks. Na dowód wystarczył publiczny pocałunek w stołówce, nagranie miłosnego wyznania, czegokolwiek takiego. To nie było trudne, większość dziewczyn twierdziła, że zakochiwała się w Johnny’m „od pierwszego wejrzenia”. Ale chłopak?
Tego w ogóle nigdy nie brał nawet pod uwagę.
-No dobra…- zgodził się ostrożnie Benny, krzywiąc się lekko pod nosem- Niech będzie. Ale nie wiem, czy chcę to widzieć… Ile damy mu czasu?
-Miesiąc?- zaproponował Carl, a pozostali szybko się zgodzili.
-Nie martwcie się- zaśmiał się pogodnie Johnny- Jeśli nie ulegnie przez tydzień, to możecie uznać, że jest naprawdę cnotliwy. A póki co… Bawmy się- podniósł się z miejsca, chwytając kolejną butelkę- Ej, Keith!
Brunet spojrzał w jego kierunku, nieco zdziwiony.
-Twoje zdrowie!- Johnny mrugnął do niego porozumiewawczo, unosząc butelkę, by zaraz z powrotem opaść na kanapę.
Wygra.
Musi wygrać.
A przecież wszystko zacznie się dopiero jutro…
Och, Johnny, Johnny, czym tu się martwić…
Któż ci nie ulegnie?

2 komentarze: