Strony

niedziela, 22 maja 2011

~~ 1 ~~ [Książę]

` Uwierz w przeznaczenie
Tylko ono
Trzyma nas przy życiu. 

Książę przekroczył próg sypialni.
Nie wchodził tutaj wcześniej. Dał swojemu nowemu nabytkowi dwa dni na odpoczynek i zregenerowanie sił. Wystarczająco długo, by był w stanie odpowiednio mu służyć.
-Panie- Elijah, jeden z jego sług, skłonił się przed nim nisko.
-Co z nim?- zapytał krótko książę, nim jeszcze zdecydował podejść się do łóżka.
-Opatrzyłem jego rany i dałem mu nowe ubrania, ale nie wiem, jak szybko zdoła odzyskać pełnię sił.
-Zostaw nas- polecił potomek monarchy, a sługa raz jeszcze skłonił się przed nim i pospiesznym krokiem opuścił pomieszczenie.
Teraz w komnacie panowała zupełna cisza. Książę słyszał odrobinę nierówny, płytki oddech niewolnika, leżącego na posłaniu nieopodal niego. Odsłonił kotary łoża, by móc go dostrzec. Zawsze z początku traktował swoje nowe nabytki niemal z troską. Oczywiście, książę nie mógł się rzeczywiście troszczyć i nie mógł rzeczywiście współczuć, więc wszystko, co czynił było jedynie grą pozorów, zwykłym aktem dobrej woli, chociaż może i w tym stwierdzeniu należało się doszukiwać przesady. Książę, który chlubił się tym, że nie posiadał emocji, bardzo lubił żerować na cudzych odczuciach. I dopóki jego niewolnicy byli mu w stanie zapewnić tak wyrafinowaną rozrywkę, dopóty można było go nazwać względem nich wręcz łaskawym.
Ale każda łaska się kiedyś kończy.
-Witaj- odezwał się książę, mierząc mężczyznę badawczym spojrzeniem. Był przykryty kołdrą do pasa, a cały jego tułów pokrywały bandaże i opatrunki. Na jego twarzy widoczne były zaczerwienienia i zasinienia, jego oczy nie straciły jednak wyrazu, który książę dostrzegł w nich już wtedy, gdy ujrzał go po raz pierwszy.
Fascynujące, doprawdy fascynujące.
Ileż uporu może być w człowieku, który przestał być człowiekiem dla świata…?
-Mam nadzieję, że zajęto się tobą należycie- kontynuował książę, widząc, że jego nabytkowi nie spieszy się raczej do płomiennych przemów- W razie czego postaram się, by któryś z moich sług był pod ręką…
Niewolnik wciąż milczał.
-Potrzebuję kogoś, kto nauczy mnie walki…- książę wpatrywał się wprost w owe szkarłatne oczy, ciekaw, czy mężczyzna w ogóle rozumie choćby jedno jego słowo- Właśnie po to wziąłem cię do siebie. Nie jestem kimś, kto znajduje przyjemność w wywyższaniu się ponad innych, więc o ile będziesz spełniał swoje obowiązki należycie, będziesz wiódł tutaj życie na dobrym poziomie… Czy w ogóle mnie rozumiesz?
-Tak…- głos mężczyzny był cichy, ale równie stanowczy jak jego spojrzenie- Rozumiem doskonale… Książę- dodał po dłuższej chwili.
-Doskonale…- na wargach potomka monarchy wymalował się lekki uśmiech- W takim razie nie widzę najmniejszych problemów z naszą ewentualną… współpracą. Pozostawię ci dużą autonomię, o ile oczywiście będziesz należał tylko i wyłącznie do mnie…
-Nie będę.
Książę uniósł brwi w geście zdumienia.
Zdecydowanie nie takiej odpowiedzi się spodziewał.
-Nie będę, książę- powtórzył niewolnik, tym razem już pewniejszym, chociaż nadal stosunkowo bezbarwnym głosem. Sprawiał wrażenie zmęczonego, wycieńczonego, jakby każde wymawiane przez niego słowo sprawiało mu trudność.
-Co stoi ci na przeszkodzie?- potomek monarchy spojrzał na mężczyznę bez większego zrozumienia.
-Właściwie wszystko, książę. Mogę być od ciebie zależny, mogę spełniać twoje polecenia, robić wszystko, co tylko rozkażesz, być mniej lub bardziej aktywny w twoim życiu, zgodnie z twoją wolą i jeżeli to masz na myśli… Owszem, książę. Będę od ciebie zależny. Ale nigdy nie będę do ciebie należał.
Książę nie do końca rozumiał, na czym właściwie polega różnica.
-To ja cię wykupiłem- stwierdził, siadając na brzegu łoża- Należysz więc do mnie. Niezależnie od ideologii, jaką się do tego dołoży, jesteś przedmiotem. Jeżeli kupię na targu amulet, jest mój. Jeżeli kupię jakąś część uzbrojenia, jest moja. Jeżeli kupię niewolnika… Należy do mnie. Nie uważasz, że to działa właśnie w ten sposób?
-Twój amulet, książę, i twoje uzbrojenie nie mają uczuć, nie myślą i nie są w stanie samodzielnie podejmować decyzji…- odpowiedział spokojnie mężczyzna- Nie zorganizują przeciwko tobie buntu, nie przekażą o tobie informacji wrogom, nie poderżną ci nocą gardła… To tylko martwe przedmioty. Posiadanie ich jest kwestią prostą i oczywistą. A one same nie czują żadnej przynależności, nie mają bowiem w sobie nawet cząstki duszy. W przeciwieństwie do człowieka.
-Nie chodzi przecież o duszę ani o samodzielne czyny, ale o swoistą zależność, podległość- książę lubił podobne dyskusje. Lubił też nowy obiekt swojej fascynacji, lubił jego twarz, lubił jego nietypowe oczy, lubił jego głos. Lubił też jego upartość i niezależność, własne zdanie, otwartość, odwagę… Książę w ogóle cenił wiele cech w ludziach. Ale nigdy nie cenił samych ludzi- Tak samo, jak każdy jeden człowiek w tym kraju podlega mojemu ojcu. Jeżeli wyda wyrok śmierci, ktoś zginie. Są zatem całkowicie zależni i…
-… I nie należą do niego- dokończył cicho niewolnik, przymykając powieki na dłuższą chwilę, jakby te wyjątkowo mu ciążyły- Jeżeli czuje się przynależność względem czegoś, nie występuje się przeciwko temu. Dlatego ci, którzy czują się rzeczywiście przynależni królowi, nie odwrócą się od niego. Ci, którzy czują się wierni państwu, nie będą działali na jego szkodę. Niewolnik może mieć nad sobą i stu panów, ale jeżeli będzie miał do wyboru chronić ich albo siebie, zawsze wybierze tą drugą opcję, nie czuje bowiem względem nich niczego głębokiego, żadnej przynależności, więzi, niczego, co w chwili ostatecznego wyboru stawiałoby ich ponad nim. Na tym polega należenie do kogoś. Nie na tym, że spełnia się jego polecenia ze strachu czy w zamian za jakąś nagrodę. Ale na tym, że jest mu się realnie wiernym i oddanym, niezależnie od zmieniającej się sytuacji i własnego statusu. To jest prawdziwa przynależność, która nie może zostać wymuszona, a zawsze jest kwestią dobrowolną.
-Och… Cóż mógłbym więc zrobić, żebyś czuł, że prawdziwie do mnie należysz?- książę zapytał bardziej ze zwykłej fascynacji, zaintrygowania, niż rzeczywistej chęci poznania jakichś prawd i zasad. Nie były mu do niczego potrzebne. Wierny czy niewierny niewolnik… Kogo to obchodzi?
Kogo to obchodzi, gdy nie ma się nic do stracenia…?
-Nie mógłbyś zrobić nic, książę… Na tym właśnie polega przynależność. Na pełnej dowolności…- niewolnik ponownie uchylił powieki, wpatrując się w księcia słabym i wyraźnie zamglonym wzrokiem- Niewolnicy nie mogą przynależeć do panów. Przynajmniej zazwyczaj. Przynależność bowiem opiera się na pewnych uczuciach, wzajemnej sympatii, może być efektem przyjaźni czy miłości, ale nie chłodnych relacji i wymuszonej służby.
-Rozumiem- skwitował książę, chociaż właściwie nie rozumiał wcale. Nie rozumiał, bo nie czuł, co stanowiło jego zdaniem najprostsze wyjaśnienie całej sytuacji. Przyjaźń? Miłość? Cóż one znaczyły dla kogoś, kto nie znał podobnych uczuć? Były ledwie zwykłymi słowami, pośród miliardów innych słów, niemających dla niego szczególnego znaczenia. Dlatego i owa dziwaczna przynależność, jakkolwiek niewolnik ją określał, była dla niego niezrozumiała, a przy tym kompletnie bez żadnego znaczenia. Podniósł się powoli z posłania, gotów wyjść.
-Ja nie rozumiem…
Książę zatrzymał się, spoglądając pytająco na twarz ciemnowłosego.
-Nie rozumiem- powtórzył mężczyzna, mierząc młodego monarchę uważnym spojrzeniem- Nie rozumiem, dlaczego mnie do siebie wziąłeś.
-Och… To przecież bardzo proste. Potrzebowałem kogoś, kto wyszkoliłby mnie w walce. Któż nada się do tego lepiej niż wojownik?
-Bzdura- książę chyba dawno nie słyszał równie śmiałego stwierdzenia z ust któregokolwiek ze swoich sług, nie mówiąc już nawet o niewolnikach- Gdybyś chciał nauczyć się walki, książę, bez problemu znalazłby się ktoś odpowiedni do tego. W końcu król ma własną armię, a rady dla jego syna nie poskąpiłby zapewne nawet sam dowódca. Jaki jest sens w braniu tutaj kogoś takiego jak ja?
-Nie chcę dowódcy- odparł chłodno książę- Wolę niewolników.
-Zatem dlaczego wybrałeś takiego, który zamordował swoich poprzednich panów? W końcu należy mi się kara, prawda? Według praw waszego królestwa powinienem już nie żyć. Ale ty wziąłeś mnie tutaj, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Nie więzisz mnie, nie przetrzymujesz, nawet nie starasz się, by ktoś mnie ciągle pilnował… To nierozwaga, książę, czy jakiś misterny plan?
Potomek monarchy uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu.
Doprawdy, z każdą chwilą utwierdzał się coraz bardziej w przekonaniu, że wprost doskonale obrał sobie nowy obiekt zainteresowania…
-Zinterpretuj, jak zechcesz- odparł jedynie.
-Nie sądzę, by syn króla był tak nierozsądny.
-Nie sądź po pozorach. W końcu wcale mnie nie znasz… I kto wie?- na wargach księcia wymalował się niemal drwiący uśmiech- Może rzeczywiście to nic innego, jak naiwność? Zresztą, czemu miałbym cię do siebie nie wziąć? Nadajesz się w końcu doskonale.
-A to, co zrobiłem…?
-Kwestia drugoplanowa.
-Nie interesuje cię, że zabiłem twoich poprzedników?- w oczach mężczyzny pojawiło się niezrozumienie.
-Nie- odparł krótko książę.
-Dlaczego?
-A dlaczego miałoby…?- potomek monarchy parsknął cicho- Nie boję się śmierci. Co więc możesz mi zrobić?
-Każdy boi się śmierci, książę- odparł beznamiętnie niewolnik, jakby całkowicie przekonany o tym, co mówi- Każdy. To strach przed śmiercią właśnie czyni z nas ludzi. To ze strachu przed śmiercią robimy i wymyślamy wiele rzeczy, to strach przed śmiercią stale napędza nas do działania, motywuje nas. Nasza własna przemijalność stanowi jednocześnie naszą słabość i siłę. Ktoś, kto nie bałby się śmierci, nie potrafiłby też żyć. Nie byłby człowiekiem, książę.
-Może więc już nim nie jestem.
-To groteska, książę. Słyszałem już wielu, którzy mówili w ten sposób, ale w chwili, gdy ich życie wisiało na włosku, stawali się przerażeni jak dzieci…- mężczyzna westchnął głęboko- To kłamliwa deklaracja.
Książę parsknął niemal z jakimś cynicznym, drwiącym rozbawieniem, po czym przysiadł ponownie na łóżku, by nachylić się nad niewolnikiem. Widok jego szkarłatnych oczu z tej odległości był jeszcze bardziej imponujący.
-Jeżeli któregokolwiek dnia zechcesz mnie zabić, nie będę miał pretensji- szepnął miękko, z niejaką satysfakcją dostrzegając jednocześnie, jak oczy ciemnowłosego przyjmują wyraz zupełnego zdumienia- Ale gdybyś mógł, daruj sobie odcinanie kończyn… Wolałbym, żeby mnie specjalnie nie bolało…- w ostatnim zdaniu nie było już słychać ironii ani drwiny. To była prośba, subtelna prośba poprzedzająca zdarzenie, które mogłoby ją rzeczywiście sprowokować. Tak jakby zakładał, że mężczyzna go zabije. Tak jakby zakładał to od samego początku…
Odsunął się i ponownie wstał.
-Wypoczywaj. Chciałbym, żebyś jutro zajął się moim szkoleniem. Mam nadzieję, że dasz radę.
-Pragniesz śmierci, książę- z ust niewolnika padło ciche, niemal zdumione stwierdzenie- Dlatego mnie do siebie wziąłeś. Chcesz, żebym cię zabił.
Książę parsknął śmiechem, choć zdawać się mogło, że nie grały w nim żadne nutki rzeczywistego rozbawienia.
-Nie myl mnie z jakimś podrzędnym samobójcą… Gdybym chciał się zabić, zrobiłbym to. Cóż stałoby mi na przeszkodzie?
-Więc jaki jest twój cel w tym wszystkim?- mężczyzna wpatrywał się w niego bez zrozumienia- Kim jesteś, skoro nie boisz się śmierci ani jej nie chcesz, książę?
-Nie mam powodów, by żyć, ani powodów, by umierać- odparł beznamiętnie książę, wzruszywszy obojętnie ramionami- Z tego względu jest mi to po prostu obojętne.
-Nie zabiję cię, książę.
-W porządku.
-Nie zabiję- powtórzył ciemnowłosy, tym razem mocniejszym, bardziej stanowczym tonem- Nie jestem żadnym zbrodniarzem. Uratowałeś mi życie, książę, i dopóki nie odwdzięczę się tym samym, będę ci służył tak, jak mogę. Przysięgam.
Odpowiedzią księcia był jedynie krótki uśmiech, w którym trudno było doszukiwać się jasnego sygnału, dowodu wiary lub zwątpienia.
-Dobranoc- pożegnał się po dłuższej chwili i ruszył w kierunku drzwi komnaty.
-Książę...
W samym progu zatrzymał go głos niewolnika. Odwrócił w jego stronę, wpatrując się w mężczyznę pytająco.
-Gdzie jest twoje serce?
Książę ponownie uśmiechnął się jedynie lekko, niemal pobłażliwie, i wyszedł.
Zniknęło.
Było mu w końcu zupełnie niepotrzebne…

Książę siedział na łóżku, podczas gdy klęczący przed nim Amon mało sprawnymi ruchami starał się przyodziać go w koszulę nocną. Brak wprawy Amona mógł dziwić, zwłaszcza, że to przecież nie pierwszy raz. Że był tutaj z księciem każdego wieczoru od dobrych kilku lat, robiąc dokładnie to samo. Dokładnie w ten sam, pełen niepewności sposób reagując na bliskość swojego pana. Dokładnie w ten sam sposób uśmiechając się nerwowo pod nosem albo krzywiąc się w grymasie manewrującym pomiędzy skupieniem a lękiem i swoistą niechęcią. Dokładnie w ten sam sposób odwracając wzrok i udając, że nie widzi…
Amon zawsze był w swoich poczynaniach bardzo delikatny i płochliwy, jakby robił to po raz pierwszy i nie wiedział jeszcze, na co właściwie może sobie pozwolić względem księcia. Wystarczyłoby, aby ten się poruszył, a Amon zamarłby natychmiast w bezruchu, zupełnie zdezorientowany i wyprowadzony z równowagi. Sługa księcia starał się bowiem unikać jakiegokolwiek kontaktu, nie mówił do niego, nie patrzył mu w oczy, nie dotykał jego ciała…
Dawniej książę prowokował go. Celowo poruszał się, sprawiał, że dłoń Amona dotykała jego skóry, a on wówczas wzdrygał się, jakby natrafił na coś odrażającego albo wręcz bolesnego.
To było zabawne.
W pewien dziwny, zupełnie niezrozumiały dla całego ogółu sposób, nawet bardzo zabawne.
Ale teraz książę już tego nie robił.
To było zbędne.
Amon przestał stanowić jakąkolwiek rozrywkę.
Potomek monarchy stawał się w dłoniach swojego sługi niemal lalką, która beznamiętnie i biernie pozwalała Amonowi na każdy ruch. Książę również nic nie mówił, ale wpatrywał się wprost w niego tak, jakby liczył, że być może któregoś dnia oczy Amona spotkają się z jego i dostrzeże w nich coś więcej prócz zwyczajowego strachu i niepewności.
Zrozumienie?
Dłonie jego sługi prześlizgnęły się wzdłuż jego koszuli, dopinając nerwowo ostatnie guziki.
-Gotowe- poinformował opiekun księcia, uśmiechając się tak jak zawsze, gdy kończył go ubierać. Wymuszenie, niepewnie, inaczej. Bez zwyczajowej śmiałości. Podniósł się z klęczek, nie spoglądając nawet na swojego pana- Czy mogę dla ciebie zrobić coś jeszcze, książę?
Odpowiedź była taka sama, jak każdego wieczora:
-Nie. Możesz odejść.
Sługa skłonił się przed nim posłusznie, po czym opuścił komnatę szybkim krokiem, dokładnie tak jak zawsze. Nie oglądając się już na księcia, nie odwracając się, ze wzrokiem wbitym w podłogę.
Książę nienawidził tego momentu.
Jego zachowania. Jego fałszywej nieświadomości…
Potomek monarchy wszedł powoli do łóżka, nakrywając się szczelnie kołdrą.
Kolejna, niemal rytualna kwestia, która nigdy nie ulegała zmianie. Jakby materiał pościeli mógł go w jakikolwiek sposób ochronić. Jakby mógł stanowić swoistą tarczę.
Nie mógł.
Nic nie mogło.
Książę przełknął cicho ślinę, unosząc się delikatnie na łokciu, z sercem bijącym nienaturalnie szybko, po czym jednym dmuchnięciem zgasił palącą się świecę, a następnie położył się z powrotem.
To był jedyny taki moment.
Jedyny moment, w którym rzeczywiście coś zdawało się nim poruszać do głębi.
Jedyny moment, w którym emocje brały górę.
W którym górę brał strach.

Ciche skrzypnięcie drzwi.
Potwory zawsze przychodzą nocą.

2 komentarze:

  1. Anonimowy1:18 AM

    Jednym słowem zmieniłaś całe moje nastawienie do księcia - "Zrozumienie". A końcówka wywołuje całkiem prawdziwą empatię.

    Ktoś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:47 PM

    z każdym przeczytanym rozdziałem pogłębia się moja obsesja,

    ed.

    OdpowiedzUsuń