Strony

niedziela, 22 maja 2011

.1. [Nathaniel & Louis]

-Nathaniel!
Ścisnąłem mocniej ranę, opierając się o ścianę i zaciskając zęby z wściekłości.
Niech to szlag i wszyscy diabli!
Usłyszałem kroki na schodach i zaraz pojawił się w drzwiach salonu. Zbladł nieznacznie na widok krwi.
-Panie…?- zaczął, podchodząc do mnie pewnym krokiem i chwytając mnie za rękę. Jak zwykle, z przesadną delikatnością i łagodnością, jakbym miał się zaraz pod nim rozsypać- Co się stało?
-Cholerny gówniarz! Co to nastały za czasy, żeby szczeniaki nosiły ze sobą broń?!- warknąłem ze złością, umożliwiając mu zdjęcie z siebie koszuli, by obejrzeć uważnie ranę.
-Postrzelił cię?- zapytał z niekłamanym przerażeniem.
-Nie. Zamierzył się nożem. Głupi smarkacz, bronił się jak cholera. Nie tego się spodziewaliśmy…- mruknąłem z poirytowaniem, czując, jak odplątuje mój prowizoryczny opatrunek powstały z obdartego rękawa koszuli- Będą musieli to wszystko jakoś sprzątnąć, zanim ktokolwiek się tym bardziej zainteresuje i… Zostaw.
-Trzeba opatrzyć- zaprotestował, spoglądając mi w oczy.
Parsknąłem cicho z rozbawieniem, obserwując ten dziwaczny upór. Śmieszny. Abstrakcyjny niemalże. Chwyciłem go za szyję i przycisnąłem gwałtownie do ściany, wpijając się w jego wargi. Jęknął głucho w moje usta, chwytając mnie za ramiona.
-Panie… W twoim stanie…?- zapytał cicho, a ja zaśmiałem się lekko, wgryzając się w jego szyję.
-Nic mi nie jest.
Szarpnął się nieznacznie, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przydusiłem go mocniej do ściany, wsuwając dłoń pod materiał jego spódnicy. Momentalnie znieruchomiał i umilkł.
Jak zwykle, bez najmniejszego słowa protestu pozwalał mi się rozbierać, szybko, sprawnie, bez zbędnych rozmów. Przecież wszystko było takie oczywiste. Przecież już wiedział dokładnie co ma zrobić.
Przesunąłem dłońmi wzdłuż jego ciała, zatrzymując je gdzieś w okolicy pośladków. Zadrżał mimowolnie i zagryzł wargę, oddychając płytko.
-Odwróć się- syknąłem mu na ucho, zahaczając o nie zębami i właściwie długo nie musiałem czekać. Oparł się o ścianę, wciąż drżąc lekko, zawsze trudno było mi określić, z przyjemności, czy może raczej ze strachu i spojrzał na mnie przelotnie przez ramię.
Uśmiechnąłem się lekko z zadowoleniem, sięgając po bat.
Ot, niewinna zabawka wielu niewinnych ludzi, czyż nie?
A później tylko jedno smagnięcie.
I kolejne.
I jeszcze kilka.
Uderzyć, żeby to poczuł, ale by nie uszkodzić jego idealnej skóry. Bić tak, żeby nie pozostał po tym trwalszy ślad, a żeby usłyszeć jęk bólu.
Inaczej, by mieć świadomość całkowitej kontroli. Nie ma kontroli bez przemocy. Nie ma oddania bez strachu. Nie ma posłuszeństwa bez świadomości kary.
I cisza zakłócana tylko odgłosami głuchego uderzenia i coraz cichszym, coraz rzadszym jakże naturalnym oznajmieniem bólu.
O tak, ból uczy. Ból przyzwyczaja.
On też się przyzwyczaił. Już nie upada na kolana. Wciąż drży spazmatycznie, ale utrzymuje się na nogach. Już nie krzyczy.
Przestaję. Słyszę jedynie jego płytki oddech i przyspieszone bicie serca. Dotykam delikatnie jego skóry, zaczerwienionej teraz od uderzeń. Wzdryga się lekko i wygina z cichym sykiem.
-Boli?
-Nie, mój panie- odpowiada niewzruszenie, starając się pohamować drżenie głosu.
-To dobrze- szepnąłem z lekkim rozbawieniem. I na co ci ten cholerny upór? Będziemy się tak bawić, dopóki mi się nie przyznasz? Nie zrzucisz z siebie resztek godności?
Obracam go brutalnie przodem do siebie i rozpinam spodnie, by zaraz wejść w niego gwałtownie. Słyszę jego donośny, bezwarunkowy jęk protestu.
A potem już tylko kolejne, dużo bardziej ciche, uległe, stęknięcia bólu.
Wchodziłem w niego mocno i bez zbytnich zahamowań. Byle tylko nie do krwi. Jeden, ostateczny warunek. Byleby nie przesadzić.
A jednak czasem się pojawiała. Czasem, gdy pieprzyłem się z nim po kilka razy dziennie… a może po prostu pieprzyłem go? Tak, to zdecydowanie realniej brzmi. Kiedy wychodził szybciej z pokoju, kiedy zostawała na pościeli i posadzce… Czasem.
Nie widziałem. Udawałem, że nie widzę, bo łatwiej jest żyć w świadomości, że ma się kontrolę nad sobą i własnymi postanowieniami, niż ze świadomością, że ma się w sobie coś z potwora. A przecież doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Próbuję sobie wmówić, że gdybym usłyszał od niego słowo protestu, przestałbym. Próbuję to sobie wmówić, chociaż doskonale wiem, że to nieprawda. Żeby nie mieć wyrzutów z tego sumienia, zrzucam to na brak jego reakcji.
Syknął z bólu, gdy po raz kolejny gwałtownie otarł się obolałymi plecami o ścianę i zacisnął powieki.
-Spójrz na mnie- rzuciłem krótko i już po chwili ponownie wbił we mnie nieco zamglone spojrzenie, intensywnie błękitnych oczu.
Po kilku kolejnych pchnięciach szczytowałem w jego wnętrzu, a on doszedł niemalże w tym samym momencie z donośnym okrzykiem i opadł na mnie całym ciężarem ciała.
Przez dłuższą chwilę trzymałem go w objęciach, pozwalając mu się uspokoić i dopiero kiedy poczułem jak ponownie staje na nogi, chwyciłem go mocno za włosy i ściągnąłem brutalnie na posadzkę.
Podniósł na mnie nieco spłoszony wzrok, by zaraz podeprzeć się dłońmi o moje biodra i wziąć moją męskość głęboko w usta, ssąc i liżąc naprzemiennie. Westchnąłem głęboko, wplątując dłoń w jego włosy i odchyliłem głowę do tyłu, zagryzając wargi.
Niedługo później doszedłem ponownie, tym razem w jego ustach. Odsunął się ode mnie nieznacznie, a ja nachyliłem się, wpijając w jego wargi i czując smak własnej spermy. W końcu po dłuższej chwili odrywam się od jego warg i zapinam spodnie, przecierając usta wierzchem dłoni.
-Wystarczy- stwierdziłem, zaczesując dłonią włosy do tyłu- Wstań.
Spróbował się podnieść nieznacznie, ale zachwiał się gwałtownie i chwycił za nogawkę moich spodni, spoglądając na mnie niemalże przepraszająco.
Chwyciłem go pod ramiona i postawiłem go na nogi, zauważając na posadzce ślady krwi. Miał rozbite kolana.
Zakląłem w duchu i odwróciłem wzrok.
-Ubierz się. Będę u siebie, muszę coś sprawdzić. O piętnastej podasz obiad.
-Tak, panie.
-I opatrz to- rzuciłem krótko, ruszając w kierunku swojego gabinetu.
Usłyszałem kolejne głuche łupnięcie, ale nie odwracałem się już w jego stronę.
I znowu udaję, że nic nie widzę.
Do licha.
Powrócił też ból ramienia.
Przeklęty dzień.

-Mój panie? Zechcesz zejść na obiad?
-Chodź- mruknąłem, machnąwszy na niego dłonią. Zaczesał pasemko blond włosów za ucho i podszedł nieco bliżej.
Chwyciłem go za dłoń i ściągnąłem sobie na kolana. Zagryzł wargę wpatrując się we mnie z oczekiwaniem. Westchnąłem cicho, opierając głowę o jego ramię. Momentalnie znieruchomiał, najwyraźniej czekając na cokolwiek więcej.
-Mam coś dla ciebie- powiedziałem, musnąwszy lekko wargami jego szyję i sięgnąłem za kanapę, by zaraz podać mu pakunek.
Nie był zdziwiony. Rozpakował zawiniątko, wyciągając swój nowy nabytek i odpowiedział z bezbarwnym uśmiechem:
-Dziękuję, mój panie.
Sukienka. Ot, różowa, dziewczęca właściwie sukienka. Jak wszystkie ubrania jakie mógł tutaj nosić. Nie bez powodu.
Jest piękny. Zjawiskowy. Ma delikatną, mlecznobiałą skórę, śliczną twarz i jasne włosy sięgające do ramion. Twarz na punkcie której oszalałem już kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy.
Zawsze kiedy na niego patrzę przywodzi mi na myśl anioła. Z tą swoją naiwnością, wytrwałością, uległością pokrytą jakąś dziwaczną godnością, której przecież nie miał już posiadać.
Godność nie jest mu potrzebna. Dlatego ubieram go w ten sposób. By pokazać mu, że mam nad nim całkowitą kontrolę. Żeby go zhańbić, zabrać mu honor, jakiś punkt oparcia, wszystko, żeby tylko nie przywiązać się za bardzo, ani ja do niego, ani on do mnie, a jednocześnie zatrzymać go przy sobie na zawsze. By pokazać mu, że to ja nim rządzę, nie odwrotnie. Że nie może mi się przeciwstawić.
To proste. Każdy morderca zdaje sobie sprawę z tego jak to działa. Dopóki nie uznasz kogoś za gorszego od siebie, nie będziesz w stanie zabić. Dopóki nie zaczniesz widzieć truchła, kupy mięsa błagającej o litość, zamiast człowieka, nie będziesz mógł strzelić. Dopiero kiedy zaczniesz zdawać sobie sprawę z tego, że jesteś lepszy, wyższy od innych, tak jakbyś miał prawo decydować o życiu i śmierci, że nie niesiesz zniszczenia, a sprawiedliwość, dopiero wtedy możesz zabić i zapomnieć. Nie myśleć. Nieważne ilu ludzi zabijesz, dlaczego i jak dobrze będziesz ich znać. Ważne, że potrafisz żyć z czystym sumieniem.
Nieużywanym.
Przesunąłem dłońmi wzdłuż jego nóg, wyczuwając na kolanach wyraźne zgrubienia opatrunku.
-Boli?
-Nie, mój panie- odparł zwyczajowo, po czym spojrzał na moją rękę z obawą malującą się na jego ślicznej twarzy- Panie… Powinieneś to opatrzyć.
-Opatrzyłem.
-Nie wygląda dobrze- szepnął cicho, rozsuwając poły mojej koszuli i rozplątując nieuważnie splątany bandaż- Odkaziłeś to chociaż?
-Daj spokój- odparłem, parsknąwszy cicho- To nie moja pierwsza rana. Zagoi się.
-Mogę?- zapytał, wpatrując się we mnie uporczywie.
Wciąż nie rozumiem twojej motywacji.
Kiwnąłem głową, a on podniósł się z moich kolan i zniknął na chwilę za drzwiami prowadzącymi do kuchni, by zaraz powrócić z apteczką i spirytusem.
Spojrzałem na niego podejrzliwie, obserwując jak otwiera butelkę i zaraz wylewa odrobinę na moją ranę, a ja syknąłem z bólu.
-Piecze- warknąłem, zaciskając zęby.
-Mój panie… Nie bądź dzieckiem… Nie ma już wody utlenionej – rzucił, po czym zmarszczył brwi, spoglądając na ranę- Panie? Jesteś pewien, że nie powinieneś zadzwonić po lekarza? To nie wygląda dobrze. Sczerniało.
-Rana jak rana- odpowiedziałem, drgnąwszy lekko, gdy poczułem jak powoli i z niezwykłą wprost dokładnością zajmuje się opatrunkiem- Nic mi nie będzie.
Milczał, kończąc w końcu opatrywanie, a ja chwyciłem go delikatnie za brodę, przyciągając do głębokiego pocałunku. Początkowo nie odwzajemniał go, najwyraźniej wahając się, ale już po chwili poczułem jak jego usta rozchylają się, pozwalając mojemu językowi wślizgnąć się do ich wnętrza.
Całowaliśmy się przez dłuższą chwilę, po czym oderwałem się od jego warg. Spojrzał na mnie nieco niepewnie, po czym objął mnie ramionami i wtulił się w moją szyję, muskając ją delikatnie nosem. Ogarnąłem go ramieniem, a on zadrżał lekko, ściskając mnie nieco mocniej.
Za każdym razem jak wtedy, kiedy upewniał się w tym, że tym razem nic już nie zrobię.
Właściwie nie pamiętam kiedy ostatni raz spędzaliśmy ze sobą czas tak jak teraz. To były sytuacje niezwykle rzadkie, kiedy miałem czas, pomiędzy jednym zleceniem, a drugim, pomiędzy własnymi sprawami i interesami.
-Mój panie…?- zaczął nieco płochliwie- Wybacz mi, ale… Czy nie uważasz… Że powinieneś… Przestać?
-Przestać czego?- uniosłem brwi, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Przestać cię bić?
Gwałcić?
Maltretować?
-… Pracować…- kończy, spuszczając wzrok na własne kolana- Skoro masz już, panie, odpowiednio dużo pieniędzy… Może… Może warto by było… Coś zmienić?
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę z zupełnym zdumieniem. Nie, nie mogę powiedzieć, że spodziewałem się takiej właśnie odpowiedzi. Ale czy zresztą jedna nie łączy się kluczowo z innymi?
Uśmiechnąłem się nieco drwiąco.
-A co?- syknąłem mu do ucha- Sądzisz, że jeśli odejdę to cokolwiek między nami się zmieni?
Milczał, przełykając głośno ślinę.
-Odpowiedz, Nathaniel- ponagliłem go, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem. Doskonale wiedział co go czeka jeśli nie posłucha. Jeśli nadal będzie milczał.
-Nie, mój panie- odparł w końcu po dłuższej chwili.
Wypuściłem go z uścisku, a on już po chwili wstał, spoglądając na mnie uważnie.
-Podaj obiad- warknąłem, przecierając skronie- Zjem tutaj.

Obudziło mnie donośne łupnięcie. Jęknąłem coś pod nosem, przewracając się w pościeli, nie będąc pewien, czy był to jedynie element mojego snu, czy już jawa.
I już po chwili dopadł mnie dokładnie taki sam dźwięk.
Uniosłem się na łokciach, rozglądając po pomieszczeniu wciąż nieco zdezorientowany, po czym przetarłem oczy.
I po raz kolejny usłyszałem dokładnie to samo.
-Nathaniel?- syknąłem pod nosem z poirytowaniem, podnosząc się wreszcie leniwie z posłania.
I znowu.
Cholera! Co on do kurwy nędzy znowu wyprawia?!
-Nathaniel!- krzyknąłem ze złością- Co ty wyrabiasz do licha?!
Nasłuchiwałem przez chwilę, ale niczego już nie usłyszałem. Odetchnąłem cicho, po czym wciąż nieco chwiejnie i ospale ruszyłem w kierunku łazienki. Ledwie przekroczyłem próg, a niemalże po omacku włączyłem światło, po czym podszedłem do zlewu i obmyłem twarz, a następnie oparłem się na umywalce, wzdychając ciężko i wpatrując się w swoje odbicie.
Co on takiego wyrabiał o tej porze? Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się mnie obudzić.
Słowo daję, jeszcze tego pożałuje, z samego rana, gdy tylko…
Ale w tym momencie drzwi od łazienki zamykają się za mną z impetem.
Kurwa.
-Co to ma być, Nathaniel?!- zirytowałem się- Bawi cię to?! A może chcesz się pobawić ze mną, co?! Moja zabawa będzie jednak wyglądała inaczej!
Żadnej odpowiedzi.
Sapnąłem ze złością, raz jeszcze przecierając skronie, po czym gotów już byłem odwrócić się i wyjść, ale… Ale na mojej twarzy znajdowały się ślady krwi. Skąd…?
Spojrzałem na dłonie.
Krew.
I na umywalce.
Krew.
I na podłodze.
Krew.
Ślad na drzwiach.
Krew. Jak dużo krwi.
Wypadłem gwałtownie na korytarz, zapalając światło.
Krew. Wszędzie krew.
Niemalże co krok na posadzce znajdowała się niewielka plama, jedynie miejscami miała ona większe rozmiary, jakby ktoś tam upadł.
Ruszyłem przed siebie.
-Nathaniel?!- krzyknąłem.
Bez odpowiedzi.
I nagle korytarz staje się tak przeklęcie długi.
I trudno złapać oddech.
I serce bije jak oszalałe.
Nie wiem nawet ile zajmuje mi dojście do schodów.
A później rzucam się chaotycznie biegiem do przodu.
-Nathaniel?!
Nie tak się umawialiśmy. Miałeś odpowiadać. Miałeś odpowiadać za każdym razem kiedy cię wołam. Czemu milczysz?!
-Nathaniel?!
Odpowiedz, kurwa, odpowiedz!
-NATHANIEL?!
Błagam… Odpowiedz.
Wpadam z impetem do jego pokoju i niemalże natychmiast mnie paraliżuje.
Leży tuż przy łóżku w kałuży krwi, ściskając dłońmi pokaźną ranę na brzuchu i oddychając z trudem. Spojrzał na mnie z jawnym przerażeniem.
-Panie…- szepnął rozedrganym głosem.
-Nathaniel!- podszedłem do niego szybko i odsunąłem jego dłonie, żeby w całej okazałości zobaczyć jego ranę.
Odetchnąłem płytko, przełykając ślinę i w tym momencie dostrzegłem jak jego oczy zamknęły się powoli, a głowa opadła do tyłu.
-Nathaniel!- krzyknąłem i potrząsnąłem nim, ale nie zareagował- Nathaniel, do licha! Patrz na mnie! Nie umieraj, słyszysz mnie?! Powiedz, że mnie słyszysz do cholery! Przecież jesteś mi posłuszny! Nathaniel, błagam, otwórz oczy… Nie możesz umrzeć… Nathaniel…
Nie wiem już w którym momencie przyciskam go mocno do siebie, łkając rozpaczliwie i czując jak rozkłada się w moich ramionach bezwładnie niczym lalka.
-Mój panie...
Podnoszę na niego wzrok, niemalże z ulgą, ale z przerażeniem odnotowuję, że jego oczy wciąż są zamknięte.
-Mój panie…- słyszę ponownie, chociaż jego usta nawet się nie poruszają.
Drżę niemalże spazmatycznie, odwracając się za siebie. Tak. Tam ktoś stoi. Ktoś, kto wpatruje się we mnie uporczywie, z delikatnym uśmiechem goszczącym na wargach, ściskając w dłoni kuchenny nóż.
I nagle zaczyna brakować tchu.
I nagle widzę już tylko własną twarz, wpatrującą się we mnie niczym lustrzane odbicie.
-Mówiłem już przecież, że należy do mnie…- słyszę swój własny głos.
-Nie…- protestuję cicho.
-Panie!
-Tak- potwierdza, nie odrywając ode mnie wzroku- Mówiłem mu to wiele razy. Ale on nie słuchał. Że też musiał wywinąć coś tak głupiego…
-Nie!- powtarzam coraz bardziej spanikowany, ściskając w ramionach jego ciało- Nie, to nieprawda!
-Prawda. Przecież sam wiesz. Chciał odejść, ale nie mogłem mu pozwolić. Ale wyrządziłem mu przysługę. I tak by sobie beze mnie nie poradził.
-B… Bredzisz…- rzuciłem słabo.
-Przecież takie rozumowanie jest najprostsze. Nie mogłem pozwolić mu odejść, prawda? Ty nie mogłeś.
Nie… To przecież nie tak.
To niemożliwe.
Nie mógłbym go zabić… Nie mógłbym…
Bo ja przecież…
Ja przecież…
… Ja przecież mam nad tym wszystkim kontrolę…
-Panie! Obudź się, panie!
… Sen?
Tak. Tylko sen.
Jak dobrze. Jak dobrze, że gdy uchylam powieki, widzę przed sobą jego twarz, wpatrującą się we mnie z napięciem.
Jak dobrze.
-Nathaniel…- rzuciłem stosunkowo słabo, chaotycznie, unosząc się na chwilę, by zaraz ponownie opaść na poduszki- Żyjesz.
Musnąłem jego policzek palcami i uśmiechnąłem się blado.
-Wołałeś mnie przez sen- szepnął jawnie zaniepokojony, przykładając do mojego czoła nasączoną zimną wodą chustę.
-Co…?
-Nie wiem, mój panie…- szepnął, drżącym głosem, odgarniając mi zbłąkane pasemka wilgotnych włosów z czoła- Coś z tą raną… Nie jestem pewien… Ale nie jest dobrze… Proszę, pozwól mi zadzwonić po lekarza.
-Nie- zaprzeczyłem cicho, kręcąc głową- Nie dzwoń. Zostań- chwyciłem go za rękę, gdy poczułem jak wstaje- Nie idź.
-Tylko na chwilę. Tylko po coś do zbicia gorączki. Pozwól mi, mój panie.
-Kłamiesz- syknąłem, niemalże miażdżąc w uścisku jego nadgarstek i przyciągnąłem go do siebie gwałtownie, wpijając się w jego wargi na zaledwie chwilę- Mała dziwko… I tak odejdziesz… I tak chcesz mnie zostawić… Teraz…? Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłem? Po tym wszystkim co ci dałem? Odpowiedz!- warknąłem, szarpnąwszy go mocniej.
Usłyszałem jego mimowolne jęknięcie i dostrzegłem na jego twarzy grymas bólu.
Puściłem go, osłupiały własną reakcją, a on cofnął się gwałtownie od łóżka. Na jego przegubie gościło widoczne wgłębienie. Niezmiennie od kilku lat.
Wgłębienie, które znajdywało się także na jego drugiej ręce i które nie było moim dziełem.
Które było śladem, pamiątką po tym jak traktowano go kiedyś.
W którym momencie zacząłem robić dokładnie to samo…?
-Przepraszam…- jęknąłem cicho, gdy poczułem, jak niezrażony podchodzi do mnie ponownie, by drżącą dłonią przewrócić chustę na drugą stronę- Przepraszam, Nathaniel…
-Spokojnie, mój panie. Boli cię?
-Nathaniel… Odejdź stąd teraz, dobrze?
Jego oczy rozchyliły się ze zdziwienia.
-Słucham?
-Odejdź stąd teraz… Póki jestem taki… I nie mogę ci nic zrobić. Odejdź, dobrze?- drżałem niemalże spazmatycznie od z trudem powstrzymywanego szlochu.
I po chwili on również płakał. Jego oczy napełniły się łzami i załkał cicho, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem i kręcąc jedynie głową.
-Odejdź- powtórzyłem, przeczesując palcami jego jasne włosy.
-Masz gorączkę, mój panie- stwierdził, starając się powstrzymać płacz i musnął delikatnie palcami mój policzek- Nie wiesz co mówisz.
-Wiem co mówię!- zaprotestowałem, zaciskając powieki.
Gdybyś wiedział…
Gdybyś wiedział co widzę za każdym razem gdy zamykam oczy…
Gdybyś wiedział jak często w snach widzę twoją śmierć…
Gdybyś wiedział jakie obrazy mam w głowie za każdym razem kiedy jestem z tobą…
-Uciekaj stąd, rozumiesz?! I tak w końcu będziesz musiał! Więc lepiej zrób to teraz, bo nie będę cię w stanie w żaden sposób zatrzymać! Zrób to, zrozumiałeś? Do licha, Nathaniel- syknąłem, widząc jak drży od płaczu- Po prostu to zrób!
Pokręcił głową w geście protestu.
-Chcesz żebym cię zabił…? Zrobię to! W końcu cię zabiję! Przecież zdajesz sobie z tego sprawę! Przestań wreszcie udawać i po prostu…
Czuję jak wyciska na moich ustach delikatny pocałunek. Milknę mimowolnie, przymykając powieki.
-Nigdy cię nie zostawię, mój panie- szepnął, ponownie muskając moje usta- Nigdy.
Wstrzymuję oddech, czując jego dłoń w swoich włosach.
Jego wargi na swoich.
Jego palce muskające mój policzek.
I nie wiem, nie potrafię nawet określić co czuję.
Wiem tylko, że nagle coś dźga mnie w samo serce.
Że coś dźga mnie w samo serce, gdy słyszę…
-Kocham cię, mój panie.

Gdy obudziłem się rano, był tuż obok mnie, kładąc na stoliku nocnym tackę ze śniadaniem i lekami. Uniosłem się lekko na łokciach, z cichym syknięciem, gdy rana dała o sobie znać.
Spojrzał na mnie i szybko usiadł na brzegu łóżka, zsuwając ze mnie koszulę od piżamy.
-Nie ruszaj się, panie- pouczył mnie cierpliwie i zabrał się za zmienianie opatrunku.
Wpatrywałem się w niego w zupełnym milczeniu. Jeszcze nie do końca mogłem zrozumieć wszystko co się wczoraj wydarzyło. Wszystko czego się od niego dowiedziałem.
Kocham cię.
Tak powiedział.
Tak powiedział, a przecież…
… nie może.
Ofiara nie przywiązuje się do kata.
To wbrew logice, wbrew naturalnemu biegowi rzeczy.
Więc dlaczego…?
Dlaczego nie odszedł?
Dlaczego wciąż był obok.
-Wszystko w porządku? Nie masz już gorączki, panie, ale… Ale wciąż jestem zdania, że tę ranę powinien obejrzeć specjalista.
-Zadzwonię później do Ramireza- odparłem chłodno, machnąwszy obojętnie dłonią- To nic wielkiego. Przejdzie mi.
-W porządku- odparł cicho, wstając i nalewając herbaty do filiżanki- Nie byłem pewien co chciałbyś zjeść, panie, więc zrobiłem aronię i…
Szarpnąłem go lekko za rąbek spódnicy.
-Ściągaj to.
-Słucham?- zbladł natychmiastowo, spoglądając na mnie z obawą- Ale… Ale panie… Przecież… W twoim stanie?
-Nie chcę się z tobą pieprzyć- syknąłem z poirytowaniem- Po prostu się przebierz.
-W co takiego?
-W te ubrania, które ci kupiłem kiedy musieliśmy przejechać przez granicę. Jakieś dżinsy i koszulę… Pamiętasz?
-Tak…- potwierdził, wpatrując się we mnie nie mniej przerażony niż ledwie chwilę wcześniej- Ale… Ale dlaczego?
-Po prostu. Ubierz się i możesz wyjść.
-Wyrzucasz mnie, panie?- rzucił stosunkowo słabo, a ja prychnąłem cicho.
-Zejdź na ziemię, Nathaniel. Powiedziałem już, że należysz do mnie. I zapamiętaj to sobie dobrze, bo ten fakt na pewno szybko się nie zmieni. Zapewne dopóki tu nie zdechnę. Po prostu możesz wyjść na zewnątrz. Na spacer. Do sklepu. Gdzieś gdzie tylko chcesz. Pozostawiam to do twojego wyboru. W końcu na pewno byś chciał.
-Nieprawda, panie!- zaprotestował gwałtownie- Wcale nie chcę!
-Łżesz- wycedziłem przez zęby, przecierając skronie- Widziałem twoje obrazy. Malujesz lasy i parki, drzewa, które do tej pory widziałeś tylko na obrazku. Nie kłam, że za tym nie tęsknisz.
Chwycił mnie za rękę i przycisnął ją do swojego policzka, po czym westchnął cicho.
-Wybacz mi, panie.
-Ubierz się i idź. To wszystko.
-Ale… Ale trzeba ci panie zmienić opatrunek… A poza tym…
-To się więcej nie powtórzy- przerwałem mu szorstko- To pierwszy i ostatni raz kiedy pozwalam ci na coś takiego. Dlatego nie bądź zdziwiony. To jak? Idziesz czy nie?
Zawahał się przez chwilę, wpatrując się we mnie stosunkowo niepewnie, po czym skinął głową.
-Idę- odpowiedział z delikatnym uśmiechem- Dziękuję, mój panie.
Obserwowałem jak wychodzi z pokoju z pogodnym uśmiechem na wargach, ale nie mogłem poczuć czegoś na kształt niepokoju.
Do licha.
Nawet nie masz pojęcia jak wiele mnie to kosztowało…

6 komentarzy:

  1. Na początku doznałam szoku jeśli chodzi o opowiadania, że nie dla mnie takie jednak. Czytając coraz dalej stwierdziłam że przeczytam do końca i teraz nie żałuję. Świetne opowiadanie ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy6:57 AM

    Jezu... dziewczyno, jesteś wielka...

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:33 PM

    łoł.. swietnie ise czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rany, jak ja szalenie zazdroszczę ci talentu i wyczucia co do opisywania takich scen. To jest pierwszy mężczyzna, który jest brutalny, a przy tym nieżałosny. Sth. Nienawidzę cię za to i uwielbiam zarazem. ._. Już tylko zbieram cenne jednostki czasu, żeby zabrać się za czytanie kolejnych rozdziałów i innych opowiadań.

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytaniu opowiadania z bloga every me yaoi, zachwyciłam się Twoim stylem pisania. Masz niezwykły talent i nie zdziwiłabym się, gdybyś kiedyś wydała książkę.
    W końcu po kilku miesiącach od zgłębienia miłości Brandoma i Desmonda, postanowiłam przeczytać inne Twoje dzieła i tak oto dziś zabrałam się za czytanie ów opowiadania. Jak na razie przypadło mi do gustu, więc idę czytać dalej.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń