Strony

niedziela, 22 maja 2011

1. Niespodzianka [LPoH]

Wszedłem do budynku, wymieniając krótkie powitania i uśmiechy z dawnymi współpracownikami, po czym dotarłem na ostatnie piętro, gdzie znajdowało się biuro mojego szefa. Miałem wyjątkowo dobry humor. A trzeba wam wiedzieć, że nie jest to raczej u mnie stan permanentny. A jednak. Wczoraj obchodziłem swoje trzydzieste drugie urodziny.
I nie, to nie fakt, że niedługo zabraknie mi miejsca na torcie żeby dostawić świeczki mnie tak radował. Nie, nie.
Raczej to, że spędziłem je sam. Całkowicie sam. W ciszy i w spokoju. Bez żadnych niespodzianek. Bez bandy idiotów wyskakujących zza regału. Bez nagich kobiet rozłożonych na moim łóżku, którym brakuje jedynie karteczki: „Przeleć mnie” zawieszonej na szyi.
Nie, tym razem były to całkiem spokojne i całkiem normalne urodziny.
-Cześć Mary- rzuciłem do sekretarki, uśmiechając się pogodnie- Szef u siebie?
-Mitchell! Całe wieki cię nie widziałam- parsknęła śmiechem i pokręciła głową- Jak tam twój nazbyt już długi urlop?
… Roczny. Powiedzmy, że to moja mała przerwa w pracy.
-Świetnie. Naprawdę mi się przydał.
-Więc czemu wracasz?
-Hm?- spojrzałem na nią z niezrozumieniem.
-No… Wracasz, prawda?- uniosła brwi, spoglądając na mnie badawczo- Po to tu jesteś?
-Nie- odparłem, wyjątkowo zaskoczony- Szef mnie do siebie wzywał… Prawda?- dodałem, już zupełnie mało co do tego przekonany.
-Szef? Skąd! Znaczy… Tak mi się wydaje… Nic mi o tym nie wiadomo.
-Na pewno tak. Dzisiaj rano ktoś do mnie dzwonił…- wyjaśniłem cierpliwie- Podobno szef dostał zlecenie na jakiś projekt i chciał żebym rzucił na to okiem… W drodze wyjątku…
-Hmm…- przejrzała kalendarz ze zmarszczonymi brwiami, po czym pokręciła głową- Nie, niemożliwe. Na pewno nie. Od kilku tygodni pracujemy już nad zupełnie innym zleceniem i na razie nic nowego się nie wyłoniło… Oczywiście mogę spytać jeśli chcesz… Ale zazwyczaj to ja dzwonię w imieniu szefa… Kto to był?
-Nie mam pojęcia, po prostu jakiś facet i…
… Och, kurwa.
Nie, nie, nie!
-Hugo!- wycedziłem przez zęby.

Wchodziłem po schodach kamienicy jak na ścięcie. Zatrzymałem się przed drzwiami mojego mieszkania i odetchnąłem głęboko, po czym nacisnąłem klamkę. Zamknięte. Dobra, to jeszcze o niczym nie świadczy, ale… Sięgnąłem po klucze. Drzwi były zamknięte tak jak zawsze ja to robię, na zamek góry i dolny, środkowy zazwyczaj pozostawiałem otwarty. Zajrzałem podejrzliwie do pomieszczenia.
Pusto.
Cicho.
Odetchnąłem głęboko, zamykając za sobą drzwi i zdejmując płaszcz, po czym odwiesiłem go na wieszak.
Może to jednak była zwykła pomyłka?
Ach nie!
Jeszcze jedno miejsce!
Wszedłem szybko do gabinetu i zajrzałem za regał. Pusto. Parsknąłem śmiechem i skierowałem się do łazienki.
Och Boże, nigdy w ciebie specjalnie nie wierzyłem, ale dzisiaj ci dziękuję.
Dziękuję, dziękuję, dziękuję…
-NIESPODZIANKA!
… Dziękuję za wpędzenie mnie w stan bliski zawałowi serca.
-H… Hugo!- wycedziłem z pewnym trudem, wyławiając jego twarz spośród co najmniej tuzina innych mniej lub bardziej znanych mi twarzy.
-A oto nasz jubilat!- odparł wesoło, podchodząc do mnie i ogarniając mnie ramieniem- Sto lat, Mitch! Albo i nie… Już się trochę rozsypujesz…
-C… Co to w ogóle… Prosiłem cię przecież…- dukałem, nie mogąc skonstruować żadnej logicznej wypowiedzi. No tak. Proszę go od jakichś jedenastu lat, czyli całego czasu trwania naszej znajomości, ale on i tak zawsze robi swoje.
-Pewnie, że mnie prosiłeś o taką zajebistą imprezę!- parsknął, poklepawszy go po ramieniu- No, wyciągajcie tort! Szampan na stół! A, pierdolić szampana! Wódka!
-Hugo… Miałem urodziny wczoraj…- przypomniałem, zerkając na niego gniewnie.
-Wiem!- odparł wesoło- Ale to jak sama nazwa wskazuje jest „przyjęcie niespodzianka”. Jaka byłaby z niego niespodzianka gdyby było takie jak co roku? Zresztą pewnie zabunkrowałeś się wczoraj w tym swoim gabineciku i na nas czekałeś, co?
… Jakbyś zgadł, do licha.
-No nieważne! Chodź, idziemy świętować na całego!
-Hugo- chwyciłem go jeszcze za ramię, zatrzymując przy sobie- Czy w sypialni… No wiesz…?- odkaszlnąłem nieco zażenowany.
-Co w sypialni?!- krzyknął z udawanym zaskoczeniem- Och, Mitchell, cicha woda z ciebie!
Postarałem się nie zareagować na ogólny chichot i nie zważać na fakt, że moje policzki niemalże płonęły.
-Czy w sypialni jest… Ktoś.
-Nie wiem. A zapraszałeś kogoś, Mitch? Nooo, pochwal się staremu Hugo… Oczywiście nie tak staremu jak ty, ha, ha! Ehm… Taki żarcik, kolego.
Prychnąłem cicho i skierowałem się szybko w tamtym kierunku, ale tym razem on chwycił mnie za nadgarstek i zaciągnął wgłęb salonu.
-Tam jest kobieta, prawda?- spojrzałem na niego surowo, a on uśmiechnął się niewinnie i pokręcił głową.
-Tam nie ma kobiety.
-Jest tam kobieta?
-Nie ma tam kobiety.
-Czy kobieta tam jest?
-Nie, kobiety tam nie ma.
Zmrużyłem oczy, przyglądając mu się badawczo. Zamrugał oczyma z miną wyrażającą niemalże świętość i cnotę, po czym wzniósł w dłoń butelkę alkoholu.
-No! Za naszego jubilata! Niech nam żyje sto lat!- krzyknął, a wszyscy pozostali goście również wznieśli swoje flaszki i pociągnęli z nich zdrowo.
… No jasne. Po co mi kupione specjalnie na podobne okazję kieliszki. Niech nadal kurzą się na regałach, a co tam…
-Siadaj, Mitch!- parsknął Hugo, opadając na kanapę i bez większych ceregieli ściągając mnie na miejsce obok siebie- A więc tak… Kolejno. Mitchell, to są Mark… Evan… Sabina…- puścił oczko do ładnej blondynki, która zachichotała figlarnie, nachyliwszy się lekko, by prawdopodobnie zaprezentować wyjątkowo głęboki dekolt- I wreszcie… Andrea…- skinął lekko głową w kierunku drugiej dziewczyny, rudowłosej, nie tak bardzo obnażonej jak jej poprzedniczka- Resztę chyba już znasz, prawda?
-Ekhem… Tak, tak. Miło was wszystkich poznać…- mruknąłem stosunkowo niepewnie i poczułem jak wpycha mi butelkę w dłoń.
-Pij, pij, Mitchell, rozluźnisz się trochę… Ładna, nie?
-Kto? Sabina?- mruknąłem obojętnie.
-Nie, nie. Andy.
Uniosłem brwi, raz jeszcze zerkając na obie kobiety uważnie. Owszem, Andrea była urodziwa, jeśli spojrzeć by na to w ten sposób, ale to Sabina była raczej kobietą absolutnie w typie Hugo. No cóż… Wyzywająca… Pewna siebie… Ekhem… Rozwiązła.
-Jest… Całkiem…- odkaszlnąłem cicho, zastanawiając się nad jakimś logicznym komentarzem- Jesteś pewien, że jest w twoim typie? Ta Sabina…
-Spotykaliśmy się już- machnął obojętnie dłonią, odchylając się wygodnie na kanapie- Nie jest aż tak warta uwagi… Za to Andrea… Wrócimy dzisiaj razem…- szepnął mi do ucha. Prychnąłem cicho.
-Skąd ta pewność?
-Wiesz przecież, że umiem się obchodzić z kobietami…- uśmiechnął się lekko i ponownie puścił oczko do rudowłosej, a ta zaczerwieniła się i szybko założyła pasemko włosów za ucho, odpowiadając mu nieco nerwowym uśmiechem- Mogę się z tobą założyć, że tą noc… Spędzimy… Sam na sam… Budząc po raz kolejny moich biednych starszawych sąsiadów naszymi krzykami ekstazy…
-Przestań- burknąłem nieco zniesmaczony, spoglądając na niego z politowaniem- Aż taki ogier z ciebie nie jest… Zresztą twoi sąsiedzi od tygodnia przecież nie żyją…
-Widzisz… Mam szerokie pole oddziaływania…
-Zresztą wygląda na porządną kobietę…
-Nie ma porządnych kobiet- stwierdził niemalże filozoficznie- Są jedynie nieporządni mężczyźni, którzy niewłaściwie zabierają się do roboty. Jeszcze cię tego nauczę… Chociaż jak na razie z kobietami masz niewiele wspólnego…
-I nie chcę mieć- zaznaczyłem natychmiast.
-Sabina na pewno chętnie by się z tobą umówiła…
-Hugo!- syknąłem ostrzegawczo, bo niespecjalnie zadawał sobie trud, żeby mówić jakkolwiek cicho- Nie chcę zbierać po tobie odpadków.
-W takim razie nie masz już szans na kobietę w tym mieście- zaśmiał się donośnie, klepiąc mnie po plecach- Przykro mi… A zresztą…- machnął dłonią- Dlaczego się tak właściwie z żadną nie umawiasz?
-Nie chcę. Dobrze mi tak jak jest.
-Wiesz… Ale jeśli jest jakiś konkretny powód… To mnie możesz powiedzieć- wpatrywał się we mnie badawczo, a ja prychnąłem cicho, z trudnym do wyjaśnienia zażenowaniem i pokręciłem głową.
-Nie ma żadnego konkretnego powodu. Po prostu… Nie mam ani czasu ani warunków na kobiety…
-Stary!- parsknął i pokręcił głową z niedowierzaniem- Kobiety to nie zwierzątka! Im naprawdę nie trzeba wiele więcej niż tobie… Oczywiście to akurat zależy od sytuacji, ale jakby nie patrzeć mógłbyś sobie kogoś znaleźć… Spałeś z kimś w ogóle przez ostatnie… Dziesięć lat?
-Nie zadawaj głupich pytań, Hugo!- uciąłem, z rosnącym zawstydzeniem, pociągnąwszy z butelki solidnego łyka.
Wiecie co jest najbardziej dramatyczną sprawą?
Że na mojej imprezie urodzinowej wszyscy bawią się doskonale.
Wszyscy prócz mnie.
Rzecz w tym, że chyba Hugo w tym swoim głupim gadaniu ma trochę racji… Dawno… Może nie dziesięć lat! Ale… Dawno już nie było w moim życiu żadnej kobiety. Właściwie nigdy nie było u mnie żadnej na dłuższy czas, to były najczęściej krótkotrwałe związki, albo jednorazowe spotkania. Ale… Od kilku lat… Rzeczywiście, pod tym względem było kiepsko.
Ale nie żałowałem przecież nigdy.
Wiecie… Nie jestem zbytnio towarzyski. A jeśli o seks chodzi? Na litość boską, mam przecież ręce!
Także nie czułem się z tym źle. A jednak muszę przyznać, że zaczęło mnie to teraz nieco niepokoić. Bo wiecie.
Ja mam trzydzieści dwa lata.
To o jakieś siedem za dużo by szpanować na około swoim wiekiem i słyszeć: „Jesteś jeszcze młody, masz czas!”.
I właściwie w którym momencie granica z : „Jesteś młody” przesunęła się na: „To już najwyższy czas”? Trzydzieści dwa lata nie brzmi już tak fajnie jak dwadzieścia pięć. Większość moich znajomych miała już pozakładane rodziny, żony, dzieci i te sprawy… Kilku, tak jak Hugo wybrało bardziej… Rozrywkowy tryb życia, ale i tak zazwyczaj widziano u ich boku jakąś kobietę.
A ja… Wcześniej byłem zbyt zaabsorbowany pracą żeby wiązać się z kimś na dłużej. To było zbyt kłopotliwe, sprawiało zbyt dużo problemów. Zresztą nie wierzyłem w żadne zakochania, nigdy nie poczułem do żadnej nic więcej ponad zwykłą sympatię. Dlatego się nie angażowałem i nie czułem się z tego powodu wcale nieszczęśliwy.
Tylko teraz kiedy o tym myślę… Po prostu dobrze byłoby kogoś mieć. Wracać do kogoś wieczorami… Tylko właściwie po co? Chyba tylko po to, żeby mieć świadomość, że jest ktoś kto w ogóle się czymkolwiek interesuje…
Nie, nie, znajdowanie kobiety w moim wieku jest zbyt kłopotliwe.
Chyba, że sama się znajdzie.
Ale Hugo zawsze powtarza, że nic samo nie przychodzi i to nie jest odpowiednie nastawienie.
Nieważne.
Reszta mojej urodzinowej „imprezy” ciągnęła się już dokładnie tak samo. Wszyscy pili, a im bardziej pijani byli, tym głośniej mówili, aż w końcu po jakichś trzech godzinach, kiedy na dworze zdążyło się już ściemnić, zaczęli się powoli wytaczać z mojego mieszkania, ci bardziej pijani podtrzymywani przez tych mniej… I tak dalej. Hugo oparł się o framugę i uśmiechnął lekko, spoglądając na mnie.
-Wszystkiego najlepszego- rzucił jeszcze, po czym ogarnął ramieniem Andreę- Zmykamy do mnie… Zadzwoń jutro, opowiedzieć jak tam… Wrażenia.
Zbladłem.
-Hugo…- jęknąłem niemalże przerażony- Powiedziałeś, że tam nie ma żadnej kobiety.
-Nie ma- zgodził się raźno, skinąwszy głową.
-Ale… Hugo!- syknąłem, przecierając skronie- Przysięgnij.
-Na wszystkie świętości!- odparł, kładąc dłoń na sercu- Nie ma tam kobiety. To co? Do usłyszenia jutro, Mitch…
-Tak… Cześć- westchnąłem cicho w odpowiedzi, czekając aż wyjdą, aż wreszcie zamknąłem za nimi drzwi. A moje spojrzenie powędrowało w kierunku drzwi od sypialni. I nawet nie możecie sobie wyobrazić jak strasznie bałem się tego co tam zastanę.
… Ale obiecał przecież.
Co jak co, ale Hugo nie kłamał.
… Zazwyczaj.
Odetchnąłem głęboko i podszedłem do drzwi sypialni po czym pchnąłem je, wchodząc do środka… I zatrzymując się gwałtownie ledwie po przekroczeniu progu.
Na rany Chrystusa…
Na moim łóżku.
Rude, gęste rozsypane na pościeli włosy.
Zielone oczy.
Młoda, delikatna twarz.
Wargi układające się w wyrazie dziwacznego skupienia, kiedy przeglądał jedno z moich czasopism.
Smukła sylwetka.
Szczupłe nogi, którymi machał w jakimś niemalże groteskowym geście, w górę i w dół.
I…
Och do licha.
Hugo nie kłamał.
To nie była żadna kobieta.
To był chłopak.

2 komentarze:

  1. Anonimowy7:03 PM

    moja reakcja na koniec: japie*dole :D

    ed.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hah, szczerze? Spodziewałam się, że ktoś tam jest. A skoro Hugo powiedział, że to nie kobieta, logiczne się stało, że mężczyzna. Chyba bardziej bym się zdziwiła, gdyby nikogo tam nie było ;P Ale mniejsza z tym.
    Hm... wiem, że to dopiero pierwszy rozdział, ale naprawdę ciężko mi ustalić jaki charakter ma główny bohater. Na początku, Mitchell wydawał mi się taki pewny siebie, chociaż w sumie nie wiem dlaczego. A na końcu taki mruk xD No ale cóż, przekonam się, zwłaszcza, że przede mną dużo rozdziałów.

    OdpowiedzUsuń