Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 1 # [Theodore]

Theodore stał przy oknie w bezruchu od dobrej godziny, najwyraźniej czekając na coś jedynie z pozornym spokojem. Wewnętrznie niemalże w nim wrzało.
Nienawidził tego dnia.
Jeszcze trochę…
Jeszcze tylko kilka minut, a…
A pozna wreszcie tę małą, obrzydliwą kreaturę, która tu zamieszka.
Razem z nim. W tym domu. Tak jakby należał właśnie do tego cholernego gówniarza. Ile miał lat? Szesnaście? Szesnaście! To nie jest wiek, żeby zajmować tak ważne pozycje. I to kto taki właściwie? Przybłęda z sierocińca? Miał tutaj przyjść i rządzić się jak we własnym domu?
Niech szlag trafi starego Grekcha i jego cholerny testament!
Że też musiał wspomnieć o tym nieślubnym bachorze! Nie mógł tego zostawić w sferze drobnych grzeszków albo wyznać na spowiedzi i pozostawić świat w dawnym ładzie i harmonii?
Dźwięk samochodu wjeżdżającego na podjazd otrzeźwił go. Odchylił lekko zasłonkę i zerknął przez okno.
Za kwadrans siedemnasta. Idealnie.
Czarne auto zatrzymało się przed posiadłością i już po chwili wysiadł z niego kierowca, by w następstwie otworzyć tylne drzwi i przytrzymać je przed wysiadającym chłopakiem. Theodore zmrużył oczy, przypatrując się całej scence uważniej. Mały przybłęda rozejrzał się wokół siebie z szerokim uśmiechem malującym się na wargach, po czym rzucił coś w kierunku kierowcy i ruszył powolnym krokiem w stronę domu, wciąż rozglądając się z szeroko rozchylonymi w wyrazie zdziwienia ustami.
Prostaczek.
Theodore wykrzywił pogardliwie wargi. Czego innego mógłby się po nim spodziewać?
-Theo?
-Theodore- poprawił niemalże machinalnie majordomusa i odwrócił się w jego stronę- A ty tu czego? Nie powinieneś warować przy drzwiach?
-Znam swoje obowiązki- odparł Richard, mierząc mężczyznę przenikliwym spojrzeniem- Ale ty chyba powinieneś być już na dole, witając naszego nowego gościa. Mylę się?
-Jedynie w tym, że to nie gość- odparł gładko Theodore- Z tego, co wiem, zostanie tutaj na dłużej.
-Nie dłużej niż do końca życia- pocieszył go wyjątkowo serdecznie majordomus, wciąż wpatrując się w niego z uwagą- Dobrze się czujesz?
-Doskonale- mruknął w odpowiedzi i chyba jedynie po to, by nie musieć już kontynuować tej rozmowy, wyszedł z pomieszczenia, poprawiając jeszcze mankiety białej koszuli i zszedł po długich schodach, by wreszcie znaleźć się w holu. Raz jeszcze wziął głęboki oddech, licząc w myślach do dziesięciu, po czym…
Otworzył drzwi i ruszył przez dziedziniec w kierunku chłopaka.
-… Nie martw się niczym, drogi paniczu, nie powinno ci nic tutaj sprawiać specjalnego problemu…- pouczała właśnie chłopaka Carmen, mierząc go jednocześnie wyjątkowo surowym spojrzeniem. Nie, jej też nie podobało się to, że tutaj był. Dlaczego Theodore nie mógł się temu wcale dziwić?- Zostanie ci przydzielony lokaj, będzie się tobą zajmował, na pewno pojawi się w razie potrzeby i do niego powinieneś też kierować wszystkie pytania… W pierwszych dniach pomoże ci się także zorientować w całej posiadłości, nie jest mała… Och, o wilku mowa! Theodore.
Mężczyzna zatrzymał się tuż przed chłopakiem, który wpatrywał się w niego z nieskrywaną ciekawością.
Wykrzywił lekko wargi.
Rudzielec.
Rudzielce zawsze są wredne.
Chłystek rzeczywiście wyglądał wyjątkowo młodo. Jasne włosy pasowały idealnie do bladej skóry, pokrytej ledwie wyróżniającymi się na jej tle piegami. Duże zielone oczy patrzyły na niego całkiem pogodnie, z jakąś dziwną wesołością, której jeszcze nie był w stanie pojąć, a malinowe wargi ułożyły się w szeroki uśmiech.
-Cześć- rzucił, wyciągając dłoń- Jestem Felix.
Theodore spojrzał na jego dłoń i niemalże szczęka mu drgnęła. Czy nikt tego dzieciaka nie uczył. jak powinien się zachowywać?
Cholerny, stary Grekch pewnie przewraca się teraz w grobie widząc owoc swych lędźwi w akcji.
Ale czego Theodore mógł się właściwie spodziewać?
Sierocińce nie są miejscem do wychowywania bogatych dzieciaków.
A jednak gdyby chłopak miał trochę oleju w głowie, załapałby piętra hierarchii. Od razu zauważyłby jak wielka jest różnica pomiędzy dziedzicem milionera a jego służącym. Wiedziałby, że podanie dłoni nie jest wtedy gestem wyrażającym jakąkolwiek sympatię, a wręcz ukazaniem jego złych manier, braku klasy. Czy naprawdę nikt jeszcze nie miał okazji mu tego wyjaśnić?
-Nie tak, drogi paniczu- pouczyła go ze zwyczajowym chłodem Carmen- Theodore nie jest twoim znajomym, a służącym. Nie możesz go traktować jako równego sobie, to oznaka braku szacunku.
-Braku szacunku?- zdziwił się dzieciak, cofnąwszy dłoń.
-Tak. Braku szacunku dla jego pozycji w domu.
-Ale… Ale sądziłem, że…- zaczął stosunkowo niepewnie- No… Chyba miło jest jeśli ktoś traktuje cię jako równego sobie, prawda?
-Nie- ucięła surowo kobieta- To źle widziane. Urągasz w ten sposób własnemu wizerunkowi. Pan nie powinien spoufalać się ze służbą.
-Och… A-aha…- odpowiedział wciąż najwyraźniej nie do końca rozumiejąc o co w tym wszystkim chodzi.
-Odprowadź bachora- wycedziła kobieta, mijając lokaja, a ten skinął jedynie głową w odpowiedzi.
-Pozwól za mną, paniczu- rzucił w kierunku rudowłosego i nie czekając na jego reakcję, odwrócił się i ruszył w kierunku domu, nie spoglądając nawet za siebie. Ale przybłęda szedł tuż za nim, słyszał jego kroki, w pewnym momencie nawet nadepnął mu na nogawkę spodni. Theodore zacisnął mocno zęby i raz jeszcze w myślach odliczył. Tym razem wystarczyło tylko do pięciu. Szczególnie, że już po chwili zza jego pleców padło ciche:
-Przepraszam.
-Nie szkodzi- odparł chłodno Theodore, zamykając za chłopakiem drzwi rezydencji, po czym zatrzymał się na środku pokaźnego holu- Dom jest duży, paniczu, więc wolałbym, żebyś przez pierwsze kilka dni nie pałętał się po nim. Nietrudno jest się tutaj zgubić… A gdybyś się zgubił, niełatwo będzie cię szybko znaleźć…- o tak, szczególnie, że nikt nie będzie nieszczęsnej zguby szukał- Dlatego gdybyś czegoś potrzebował, możesz zawołać mnie. Na pewno przyjdę…- och, a jakże… O niczym innym nie marzył.
-W porządku- odparł chłopak, a jego pogodny, a przy tym wybitnie irytujący uśmiech powrócił na swoje miejsce- Pokażesz mi wszystko?
-Pokazanie wszystkiego zajęłoby sporo czasu… Szczególnie, że to niepotrzebne, bo wiele pomieszczeń w tym domu jest albo zamkniętych, albo nie powinny cię interesować… Paniczu- dodał już dla ścisłości, bo uznał, że wcześniejsze uwagi nie do końca leżały w jego kompetencjach służącego- Jednym z takich pomieszczeń jest kuchnia. Znajduje się tutaj, na parterze, ale nie będziesz w niej przebywał, nie jest dla kogoś… Pokroju panicza. Zajmują ją pracownice. Niedaleko znajduje się jadalnia, ale z racji swoich rozmiarów była za czasów życia szanownego ojca panicza…
-Kogo?- przerwał mu wybitnie niekulturalnie przybłęda, wbijając w niego nieco zaskoczone spojrzenie.
-Świętej pamięci pana Grekcha…- wycedził przez zęby mężczyzna- Ojca panicza.
-Och… Ach… No tak…
Głupi bękart.
-Tak więc owa jadalnia za czasów pana Grekcha używana była jako sala konferencyjna. Obecnie stoi nieużywana. W prawym skrzydle znajdują się głównie pomieszczenia dla służby i dwie sypialnie gościnne. Dla tych… Mniej istotnych gości, jeśli rozumiesz, paniczu. Te bardziej eleganckie znajdują się na piętrze. Oprócz tego na parterze znajdziesz jeszcze drugą jadalnię, mniejszą. Jeśli sobie tego życzysz, możesz tam jadać posiłki, chociaż poprzedni panicz…- słowa stanęły boleśnie w gardle, nie mogąc znaleźć swojego ujścia. Niech to szlag. Miał go przecież nie wspominać… Miał go przecież nie wspominać… Raz… Dwa… Trzy…
-Poprzedni panicz…?- dopytał rudowłosy, przypatrując się mężczyźnie z ciekawością.
Niech nawet nie śmie o nim mówić. Jakim prawem… On. Cholerny bękart, nie powinien nawet go wspominać. Nie jest tego godzien…
-Co z tym poprzednim paniczem?
Theodore zacisnął mocno wargi.
Niech dzieciak milczy, cholera, niech milczy.
-Coś nie tak?
Wszystko. Wszystko do licha, każde słowo tego przeklętego bachora było…
-Poprzedni panicz nie używał jadalni.
Theodore uniósł zdziwione spojrzenie na majordomusa, który pojawił się na schodach i powitał chłopaka ciepłym uśmiechem, prawie natychmiast przez niego odwzajemnionym.
-Wolał jadać w sypialni- dodał, zajmując swoje miejsce przy drzwiach- Tobie też to radzę, chłopcze. Wygodna sprawa. A śniadanie w łóżku smakuje niebiańsko…
Theodore prychnął cicho. Stary idiota. Od trzydziestu lat niezmiennie na swym miejscu, otwierając drzwi i polerując klamki. Co z tego, że nadano mu tytuł zarządcy domu? Co z tego, skoro nie potrafił zrobić nic poza owym czyszczeniem klamek właśnie? Gdyby ktoś odebrał mu to zajęcie, pewnie zupełnie straciłby jakiekolwiek możliwości. Bo co może robić w życiu facet, który od trzydziestu lat polerował klamki i witał gości?
-W takim razie też chyba będę wolał sypialnię- zgodził się rudzielec, ponownie przenosząc swoje spojrzenie na Theodore’a- O ile to nie będzie problem.
-Skąd- odparł chłodno- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, paniczu- nie mógł powstrzymać jadu, który sam niemalże przemycił się do jego głosu- Tak więc na parterze nie ma już żadnych innych pomieszczeń, które mogłyby cię specjalnie zainteresować. Jeśli chodzi o piętro, to tam również znajduje się kilka pomieszczeń dla służby, ale już tej wyżej usytuowanej. W tym mnie zresztą. Jest tam też twoja sypialnia z wejściem na taras, a także biblioteka, z której jednak również zapewne nie będziesz korzystał…- czy ten chłystek umiał chociaż czytać? Nie wyglądał na takiego- Znajduje się tam też większa łazienka, ta specjalnie dla ciebie, paniczu. Jest też mniejsza, tutaj, na parterze, ale ona jest przeznaczona raczej dla służby, tamta jest do twojego wyłącznego użytku. Znajduje się tam jeszcze kilka innych pokoi o różnym wystroju i przeznaczeniu, ale nie są one w żaden sposób istotne, nie będziemy o nich teraz mówić…
-Ale ja chętnie dowiedziałbym się…
-A teraz może zaprowadzę cię do pokoju, paniczu?- przerwał mu pytaniem Theodore i nie oczekując nawet na ewentualną odpowiedź, ruszył schodami do góry. Dzieciak podążył tuż za nim, skinąwszy jeszcze głową staremu zarządcy domu i zaczął rozglądać się uważnie, jakby chcąc zapamiętać każdy szczegół.
Theodore wydął pogardliwie wargi. Głupi smarkacz. Minie jeszcze wiele czasu zanim będzie mógł się tutaj normalnie poruszać. Dom był duży, zbyt duży jak na normy jednego człowieka. Żeby go dokładnie poznać trzeba by było spędzić w nim nawet kilka lat. Albo wychowywać się. Tak jak Theodore.
Weszli na piętro, a następnie mężczyzna poprowadził rudowłosego prawym korytarzem, w końcu zatrzymując się przed jakimiś drzwiami. Wyciągnął dłoń, żeby nacisnąć klamkę i… Zamarł.
Co się znowu z nim działo, do licha? Przecież już to przerabiał. Przecież wszystko miało być w absolutnym porządku. To tylko pokój. Pomieszczenie. Nie ma w sobie nic nadzwyczajnego. Nieważne kto w nim mieszkał, nieważne co się w nim wydarzyło, nieważne jak wiele wspomnień za sobą niesie. Nieważne, do licha.
Chłopak go uprzedził. Nacisnął klamkę i przemknął się przed Theodore’m do wnętrza pomieszczenia, rozglądając się po nim wyraźnie zachwycony. A przecież to nic takiego. Nic poza dużym łóżkiem, szafą, komodą i biurkiem. Pusto.
Jak pusto.
Theodore oparł się o framugę, przełykając ślinę i obserwując, jak dzieciak z zachwytem przesuwa dłońmi wzdłuż mahoniowych mebli.
Cholerny gówniarz.
Dlaczego musiał się właściwie pojawić?
Dlaczego musi zbezcześcić wszystko swoim dotykiem?
I dlaczego Theodore czuł się tak jakby z każdym ruchem tego bękarta umykało mu coś ważnego?
Jakim prawem ten gówniarz pojawiał się tutaj i zapełniał śmiechem puste ściany?
Ściany nie mają prawa się śmiać. Muszą pamiętać wszystko, co się tutaj zdarzyło i pozostać milcząco wierne poprzedniej tajemnicy.
Więc dlaczego teraz nagle, pod wpływem tego chłopaka, opuszczony od dawna pokój znów zaczyna żyć?
Miał pozostać martwy, cichy i milczący.
Jak ten smarkacz właściwie śmie?
Pojawiać się tutaj i nagle niszczyć wszystko, cały ustalony ład, cały ustalony porządek. Nie mógł zostać w tym sierocińcu? Sierota zawsze będzie sierotą. Piękne historie z książek i filmów o odnalezionych nagle prawowitych dziedzicach zawsze kończyły się dobrze, ale życie takie nie jest. W życiu takie historie nie powinny się zdarzać. Nie powinny mieć miejsca.
A jednak.
-Będę mógł tu wnieść swoje rzeczy?- Felix spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
-To chyba oczywiste- odparł krótko Theodore, zacisnąwszy zęby. Musiał się opanować. Nie mógł po raz kolejny dać się ponieść emocjom- Kierowca wkrótce powinien je przynieść…
I jak na zawołanie w drzwiach pojawił się Carol, wnosząc do środka ledwie niewielką walizeczkę. Theodore’owi wyrwało się ciche prychnięcie.
Dziedzic się znalazł.
Już tutejsze pokojówki miały większy bagaż niż ten bachor.
-Dziękuję- rzucił pogodnie rudowłosy, biorąc walizkę, a Carol jedynie skinął przelotnie głową i zawrócił.
-Skromny bagaż…- pozwolił sobie na komentarz Theodore- Masz tylko tyle ubrań?
-Tylko- potwierdził chłopak z lekkim uśmiechem, otwierając walizkę i wyjmując z niej ledwie kilka koszulek, parę spodni i worek z bielizną- Nie mieliśmy tam zbyt dużego wyboru co do ubrań… Najczęściej dostawaliśmy paczki z różnych organizacji, ale tamte ubrania były często używane i zbyt małe albo za duże, ciężko było wybrać swój rozmiar. Raz na jakiś czas zabierali nas na zakupy do lumpeksu i tam było już inaczej. Niektóre rzeczy były prawie nowe- uśmiechnął się całkiem wesoło w kierunku mężczyzny, wkładając wszystko do odpowiednich szuflad- Miałem trochę więcej ubrań, ale… Ale nie miałem ich zbytnio gdzie schować, bo tam zawsze dają takie małe walizki… Poza tym skoro teraz jestem już bogaty…- na jego wargi wstąpił iście rozmarzony uśmiech- Możesz sobie chociaż wyobrazić, jak się czuję?
-Nie do końca- parsknął chłodno mężczyzna.
I po co to wszystko?
Mógł zostać w tym swoim sierocińcu. Po co on teraz tutaj?
To wszystko brzmi jak idiotyczne zrealizowane marzenie każdej jednej sieroty, rodem z tandetnych, amerykańskich filmów.
-Och … Dla mnie to coś niesamowitego. Nigdy nie marzyłem o takich rzeczach, bo wydawały mi się nierealne… Jak z filmów…- no co on nie powie, do licha?- Ale teraz, kiedy okazało się, że to prawda… No… To coś wspaniałego! Bo będę mógł mieć swój własny pokój! I dom! I w ogóle wszystko, o czym zawsze marzyłem! I nie będę już pewnie potrzebował używanych rzeczy z sierocińca- oznajmił niemalże z dumą w głosie- Bo teraz kupię sobie tyle rzeczy, na ile tylko będę miał ochotę. Prawda?
-To twoja sprawa, jak będziesz rozporządzał majątkiem, paniczu. Twoja i twojego wuja, w końcu to jemu…-  nieszczęśnik - …zostałeś powierzony w opiekę.
-To miło z jego strony, prawda? Pewnie gdyby nie on musiałbym, zostać w domu dziecka do osiemnastki…
O tak. Musiałby.
Powinien, do ciężkiej cholery.
Ale jego kochany wujek w ślad za tatusiem, który nagle w chwili śmierci przypomniał sobie o synu, również nawrócił się na lepszą drogę i stwierdził, że dzieciak powinien się wychowywać w domu ojca. Że nie może zostać w tamtym środowisku.
Idiota.
Przeklęty, stary idiota.
Że też nie mógł po prostu zostawić tego wszystkiego w spokoju.
-Miło, paniczu.
-Jeśli nie chcesz, nie musisz tak do mnie mówić- wtrącił nieco nieśmiało, uśmiechając się do Theodore’a- Chyba nie jesteś ode mnie dużo starszy…
-To nie ma nic do rzeczy, paniczu- odpowiedział sucho- Zasady to zasady.
-Ile masz lat tak właściwie?- zainteresował się chłopak, najwyraźniej niezrażony faktem, że Theodore całą swą postawą wyrażał, jak strasznie niechętny ma do niego stosunek.
-Dwadzieścia siedem.
-A ja mam szesnaście- odpowiedział pogodnie.
-Wiem, paniczu. Moim obowiązkiem wręcz jest to wiedzieć- rzucił wyjątkowo kąśliwie i prychnął cicho.
-Jak właściwie mam do ciebie mówić? Też muszę używać jakichś skomplikowanych zwrotów?- zaniepokoił się nieco chłopak- Nie mam do tego zbytniej pamięci.
-Nie trzeba. Możesz się do mnie zwracać po imieniu, paniczu.
Rudzielec uśmiechnął się całkiem wesoło.
-Theo?
Mężczyzna niemalże szczęknął zębami z wściekłości.
-Theodore- wycedził w końcu.
Niech dzieciak nawet nie waży się z nim spoufalać.
Zresztą, szczerze nienawidził wszelkich zmiękczeń swojego imienia.
-Theodore- powtórzył, siadając na brzegu łóżka- Theodore… Hmm… A więc… Będziesz moim… Lokajem, tak?
-Tak- potwierdził chłodno- Możesz się do mnie zwracać z twoimi potrzebami. Jestem do twoich usług.
-Cieszę się.
Theodore wykrzywił lekko wargi.
A niech się cieszy… Przynajmniej jeden z nich powinien wykazywać nieco entuzjazmu co do ich… Współpracy.
Dobrze, że nie padło na niego.
-Potrzebujesz mnie jeszcze teraz, paniczu, czy mogę odejść?
Widział wyraźnie, że rudzielec rzucił tęskne spojrzenie na ogród, po czym przeniósł je na twarz mężczyzny i zawahał się, by w końcu odpowiedzieć:
-Nie. Możesz już iść, jeśli chcesz.
-W porządku. Nie wychodź zatem paniczu, zawołam cię gdy podamy kolację.
Krótkie ustalenie zasad.
Już nawet nie patrzył w jego stronę, po prostu wyszedł, zamykając za sobą drzwi i ruszył w kierunku swojej sypialni z malującym się na twarzy złośliwym uśmiechem.
Nie dzieciak będzie w tym układzie decydował, już zdał sobie z tego sprawę. I dobrze. Jeśli nie jest w stanie wykrzesać z siebie żadnej stanowczości nie nadaje się na swoje miejsce.
Ale był tutaj i już nic nie można było na to poradzić.
To nic.
Już Theodore pokaże mu jego miejsce.
A teraz już mógł być pozornie zadowolony, do czasu dopóki znowu nie zamknie się w swojej sypialni, momentalnie obojętniejąc na cały świat.
Bo pozorne zadowolenia mają to do siebie, że zawsze skrywają za ową nieszczęsną maską smutek.

Theodore wszedł do kuchni, przecierając skronie, i podszedł do jednej z szafek, wyciągając z niej tabletki od bólu głowy.
Migrena znowu powróciła.
Cholerstwo.
Nalazł sobie szklankę wody i usiadł przy stole, przymykając powieki. Zza pleców dobiegł go chichot kucharek i aż sapnął cicho.
Nienawidził tego dnia.
Nie było w tym nic dziwnego.
Ba, mógłby się nawet zacząć przyzwyczajać.
W końcu każdy kolejny dzień będzie przez niego równie bardzo znienawidzony. Gdy będzie patrzył na twarz tego przybłędy. Gdy będzie mu usługiwał. Mówił słowa, które nie będą miały nic wspólnego z prawdą. Robił rzeczy, których wcale nie chciałby robić.
-Gówniarz- wyrwało mu się ciche syknięcie i zaraz później wsunął tabletkę w usta i popił ją obficie wodą.
Do pomieszczenia weszła Carmen, by oddelegować kucharki z powrotem do pracy, a później wydać jeszcze kilka poleceń pokojówkom i zająć się zmywaniem naczyń. Theodore spojrzał na nią ukradkiem. Zawsze ją podziwiał. Miała już swoje sześćdziesiąt parę lat, a i tak miała w sobie tyle werwy, że chyba jako jedyna napędzała cały ten dom. Bez niej służba już dawno zaległa by na kanapach, czując się tutaj niczym państwo, podczas gdy głupi Richard nadal pozostałby niczym pies przy swoich drzwiach. Kretyn. Nie był godzien rangi zarządcy, nie nadawał się do tego.
Spojrzenie kobiety zwróciło się ku niemu i już po chwili zakręciła kran, by zaraz usiąść przy mężczyźnie, wpatrując się w niego z uwagą.
-Czego?- zapytał Theodore z pozornym jeszcze spokojem. I tak podejrzewał na jaki temat zaraz przejdzie rozmowa. Nie miał ochoty po raz kolejny wałkować dokładnie tego samego.
-Jak się czujesz?
Ach, a jednak nie. Najpierw standardowe pytanie o zdrowie.
Uśmiechnął się blado.
-Jak dziesięć kilo gówna w dziewięciokilowej torbie…- mruknął, popiwszy jeszcze łyk wody. Tak, to doskonale obrazowało jego obecne samopoczucie.
-Przez tego dzieciaka?
Tak jak sądził.
W końcu temat przybłędy musiał zostać obwałkowany. Doskonale zdawał sobie sprawę, że niechęć Carmen do dzieciaka jest równie mocna, co jego, jeśli nie mocniejsza, ale jakoś nie miał specjalnie ochoty dyskutować na ten temat.
Wszystkie swoje dylematy zawsze zostawiał samemu sobie i może dlatego nigdy nie mógł sobie z nimi tak do końca poradzić, ale to nie było aż tak istotne.
-Nie- odparł, wzruszywszy ramionami- Po prostu. Czuję się tak od dłuższego czasu. Dzieciak po prostu dodaje ten jeden kilogram do kupy- parsknął cicho i uśmiechnął się blado- A skoro jesteśmy przy tym temacie, niech przyszykują kolację i ktoś mu ją wreszcie zaniesie… Nie jadł nic od południa, a przecież nie możemy pozwolić na to, żeby nasz panicz głodował, prawda?- i po raz kolejny drwina sama, zupełnie niepostrzeżenie, wdarła się do jego głosu. Och, jak strasznie nienawidził tego chłopaka.
-Przyszedł tutaj jakieś pół godziny temu i sam wziął…- wycedziła przez zęby kobieta- Jak żyję nie widziałam tutaj kogoś tak nieokrzesanego.
-Skoro sam wziął to w czym problem?
-W czym problem? W czym problem?! Który wcześniejszy pan lub panicz wchodził tutaj nieproszony?!
-Nie musi być zapraszany do pomieszczenia w swoim domu… Odsapnij, Carmen…- rzucił stosunkowo chłodno, zaczesując ciemne kosmyki włosów do tyłu. Naprawdę ostatnie, na co teraz miał ochotę to rozmowa o przybłędzie. Dlaczego, kiedy on stara się od całego problemu czasowo odizolować, skoro ma taką okazję, cały świat zdaje się stawać przeciwko niemu i mu to utrudniać? Czy Theodore raz na jakiś czas nie mógł po prostu nie myśleć o tym cholernym problemie, który niezlikwidowany trwał zapewne w swoim pokoju?
-Jego domu… Jego domu…- szczęka kobiety drgnęła lekko, po czym ta odetchnęła głęboko. Cóż, ona również musiała się do owego faktu dostosować- Nieważne. To po prostu nie przystoi. Nie wypada.
-Nikt mu tego jeszcze nie powiedział.
-Więc ty mu powiedz, do licha!- żachnęła się Carmen- Od tego jesteś! Naucz go pokory!
-Nie jestem jego ojcem…- odparł beznamiętnie, bez najmniejszej nawet emocji w głosie- Na całe szczęście. Jestem jego służącym, a służący, jak sama nazwa wskazuje, ma służyć, a nie uczyć. Zresztą, komu to właściwie przeszkadza…- zerknął przelotnie na pokojówki, które dołączyły do chichoczących kucharek- One wydają się być zadowolone.
-Oczywiście, że są zadowolone!- syknęła Carmen, na tyle cicho, by słyszał ją jedynie mężczyzna- Bo nie muszą nic robić! Mogą tutaj przez cały wieczór odstawiać śmichy-chichy, zamiast wykonywać swoją pracę!
-Nie mogę mu zakazać wyręczania służby. To jego sprawa, jak się rządzi- stwierdził i wstał, by włożyć szklankę do zlewu. Och, gdyby dzieciak był na tyle wspaniałomyślny, by wyręczyć też jego i wcale nie korzystać z jego pomocy… A najlepiej o tyle wspaniałomyślny, żeby wyszedł, wyjechał, zniknął i już nie wracał.
Carmen westchnęła ciężko.
-Tyle czasu… Tyle zbudowanych od podstaw zasad… A teraz jeden bękart i wszystko zniszczone…
Mężczyzna zerknął na nią ukradkiem, po czym oparł dłoń na jej ramieniu.
-Spokojnie- rzucił cicho- Wiem, o co ci chodzi. Ale jakoś to przetrwamy. Nie takie rzeczy już tu robiłaś. Nie mów, że wyprowadza cię z równowagi jeden gówniarz.
Parsknęła cicho.
Doskonale wiedział, co oznaczała ta odpowiedź.
Albo on, albo my.

Przewrócił się w pościeli, zacisnąwszy mocniej dłonie na materiale kołdry. Znowu to samo. Nie mógł się w sobie zebrać i wyciszyć wewnętrznie na tyle, żeby zasnąć. Do licha.
Przebywał w tym domu już tyle czasu, że był przyzwyczajony do tych wszystkich dziwnych odgłosów, tak charakterystycznych dla wielkich posiadłości. Ale teraz zdawać by się mogło, że słyszał kilka razy głośniej każde stuknięcie, każdy trzask sprężyn, każdy mocniejszy powiew wiatru na zewnątrz.
I wśród tych dźwięków nagle udało mu się rozróżnić kroki. Kroki, które przemierzały korytarz.
Westchnął cicho i przymknął powieki. Kroki zawróciły. By zaraz znowu przejść tą samą drogę. I po kwadransie sytuacja powtórzyła się.
Cholera.
Stara Carmen znowu miała kłopoty z pęcherzem, czy co tym razem, do licha?
Podniósł się z posłania i przetarł powieki, by wyjść z pokoju i ruszyć wzdłuż korytarza. Mieszkał tutaj właściwie odkąd pamiętał. Rezydencję znał jak własną kieszeń, nie miał najmniejszych problemów z poruszaniem się w niej nawet w zupełnej ciemności, a tak przynajmniej myślał dopóki…
Dopóki nagle nie wpadł na coś z impetem.
Na coś żywego w dodatku, bo już po chwili usłyszał przeciągłe jęknięcie i ciche:
-Mój tyłek…
Wzrok powoli przyzwyczajał się do panującej wokoło ciemności i Theodore już po chwili dostrzegł na podłodze przed sobą rudowłosego chłopaka.
-Paniczu…- mruknął bez zbytniego zdziwienia i wyciągnął ku niemu rękę, by pomóc mu wstać- Co tutaj robisz o tej porze?
-Szedłem do toalety… Ale trochę się zgubiłem…- wyznał nieco zakłopotany- I nie mogłem już trafić ani tam, ani nawet do swojej sypialni… Zaprowadzisz mnie?
Czy miał jakiekolwiek inne wyjście? Chłopak i tak wyglądał na mocno wystraszonego. Cóż, wędrówki nocą po takim domu na pewno nie należą do najprzyjemniejszych i rzeczywiście mogą nieźle napędzić strachu. Sam pamiętał historie o duchach, jakie słyszał tutaj, gdy był mały…
Ach, jakże chętnie opowiedziałby kilka z nich temu bachorowi. Chociażby, żeby zobaczyć jego przerażenie i zniechęcić go do podobnych wycieczek.
Phie.
Ale w tym momencie Theodore poczuł, jak dzieciak chwyta go za rękę. To była sekunda. Ledwie chwila, zetknięcie się dłoni, krótki kontakt. A on odskoczył tak gwałtownie, jakby go to zabolało.
-Co robisz?- zapytał jawnie zaniepokojony, zanim napotkał pełne zaskoczenia spojrzenie rudowłosego i zdał sobie sprawę, jak dziwacznie cała sytuacja musiała wyglądać. Ale chłopak był zdziwiony tylko przez chwilę.
-Nie lubisz, jak ktoś cię dotyka?- zapytał, przechylając głowę i wpatrując się w mężczyznę z uwagą.
-Skąd…- odparł cicho Theodore, starając się uspokoić kołaczące jak oszalałe serce.
Ze strachu.
Dziwne uczucie.
Że też jeden głupi dzieciak potrafił doprowadzić go do takiego stanu.
Do uczucia, że nagle znalazł się ledwie o włos od utraty kontroli, czyli właściwie wszystkiego co mu jeszcze zostało.
-Jeśli tak, to nie bój się przyznać- chłopak uśmiechnął się pogodnie- Kiedyś mieszkałem z pewnym człowiekiem, który też tego nie lubił.
-Tak?- mruknął Theodore bez zbytniego zainteresowania i ruszył przed siebie, a chłopak zrównał się z nim prędko. I co to teraz będzie? Opowieści biednej sierotki?- I co? Był wrednym, podłym zboczeńcem?
-Skąd- parsknął cicho chłopak- Przecież mówię, że nie lubił jak się go dotykało. Właściwie w ogóle był dość dziwny, ale było mi u niego dobrze. Kupował mi ładne rzeczy i zawsze był dla mnie miły.
-Więc dlaczego u niego po prostu nie zostałeś?
No właśnie, do licha.
Dlaczego, ach, dlaczego u niego nie został? Ile to by rozwiązało spraw!
-Bo niedługo później trafił do szpitala, a później umarł- odparł neutralnie rudzielec, wzruszywszy ramionami- Mogę cię chociaż chwycić za rękaw? Strasznie się boję, że się zgubię...
Theodore skinął jedynie głową i już po chwili poczuł, jak przybłęda doczepia się do niego i pozwala się pokierować do toalety.
-Ale wejdź ze mną…- zastrzegł niemalże błagalnie, zagryzając wargę- Wejdź ze mną, dobrze? Bo ja się sam… Boję.
-Boisz?- powtórzył lokaj i parsknął cicho, ale ostatecznie wszedł razem z nim i jedynie czekał przy wyjściu, odwrócony w kierunku drzwi, aż ten skończy się załatwiać, po czym ruszył z nim do pokoju- Czego się właściwie boisz, co?
-Nie jestem przyzwyczajony- przyznał szeptem rudzielec, gdy wreszcie doszli do drzwi jego pokoju. Theodore z pewnym wahaniem, tym razem zupełnie odwrotnie, niemalże wciągnięty przez chłopaka do środka, przekroczył próg.
-Do czego?
-Do takich domów. Nasz był duży, ale nie aż tak duży- wyznał z łagodnym uśmiechem, ładując się na łóżko i zakrywając kołdrą.
-To zrozumiałe. To największy dom w hrabstwie. Tak czy inaczej, czego tu się bać?
-U nas było słychać różne rzeczy… Zwierzęta… Czasem sowy… I stukoty, gdy ktoś z pokoju obok coś wypuścił albo próbował uciec przez okno… Czasami coś łupnęło w dach… Ale to wszystko było normalne i zawsze było wiadomo, co się stało. Wtedy też się czasem bałem, ale nie tak jak tutaj. Tutaj ciągle coś skrzypi i stukocze i nie jestem nawet w stanie dokładnie zlokalizować, skąd ten dźwięk dobiega. I przeraża mnie to.
Parsknął cicho.
-Wierzysz w duchy, Theo?
I znowu coś drgnęło w nim wewnętrznie. Przełknął ślinę, zaciskając mocno dłonie. Czuł się, jakby nagle, w tej jednej chwili wypełniło go coś lodowato zimnego. Jasna cholera. Oddech mu się spłycił i nie był w stanie skonstruować żadnej sensownej myśli.
Nie wiedział nawet, ile minut stał spięty, w zupełnym bezruchu. Oprzytomniał właściwie dopiero, kiedy usłyszał głos chłopaka:
-Theo?
-Theodore- wycedził krótko przez zęby- I nie. Nie wierzę. To idiotyzm.
-A ja trochę wierzę- przyznał dzieciak, przełykając głośno ślinę i przekręcił się nieznacznie w pościeli- Widziałem nawet kiedyś taki film dokumentalny i zawsze mi się przypomina, gdy budzę się w środku nocy.
-Więc po prostu śpij- mruknął, przecierając skronie- Najwyższa pora.
-Yhm. Masz rację.
-Wiem. Dobranoc.
-Dobranoc, Theo.
Mężczyzna zgrzytnął zębami, ale zanim zdążył zrobić na ten temat odpowiednią uwagę, usłyszał:
-Theo…? Zauważyłeś, że kiedy jesteśmy sami tak jak teraz to zwracasz się do mnie normalnie, bez tych wszystkich formalności?
Theodore wpatrywał się w chłopaka przez dłuższą chwilę, po czym uśmiechnął się nieznacznie.
-Nieprawda.
-Prawda!
-Zdawało ci się… Paniczu.
-Nie bądź złośliwy!
Złapał w locie rzuconą ku niemu poduszkę.
-Nie jestem- odpowiedział, obracając ją niespiesznie w dłoniach.
-Jesteś jak cholera.
-Bez kolokwializmów.
-Czego?
Mężczyzna parsknął cicho i odrzucił chłopcu poduszkę, by powoli wycofać się z pomieszczenia jedynie z cichym:
-Dobranoc, paniczu.
I ledwie zamknął drzwi, a dotarło do niego nieco stłumione:
-Dobranoc, Theo.
Oparł się o ścianę, przymykając powieki.
Niedobrze, cholera, niedobrze.
Po co w ogóle wdaje się z tym bękartem w takie rozmowy?
Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze nie daj Boże obdarzy przybłędę jakąś sympatią.
A tego by sobie nie darował.

1 komentarz: