Strony

niedziela, 22 maja 2011

§ 1 § [YFM]

Absalom przebudził się i przetarł zaspane oczy, po czym niemal odruchowo przeniósł wzrok na łóżko stojące naprzeciw niego. Dopiero po chwili dotarło do niego, dlaczego jest puste. No tak. Chłopak uśmiechnął się lekko do siebie, przewracając się na drugi bok. Ile to już było dni? Trzy? Cztery...? Nie był pewien. Zastanawiał się, kiedy Mortalis wróci i ile czasu zajmie mu jego obecne zadanie. Większość jego wypraw trwała nie więcej niż tydzień, ale zdarzały się też i dłuższe. Absalom nauczył się jednak, by nie denerwować się z powodu przedłużającej się nieobecności mężczyzny. Tylko czasami nachodziło go uczucie niepokoju, ale szybko odsuwał nieprzyjemne myśli na bok. Oczywiście, łatwiej by było, gdyby Mortalis po prostu uprzedzał go za każdym razem, co zamierza zrobić i gdzie się uda, by ten mógł sobie oszacować czas, w jakim go nie będzie, ale Absalom nauczył się jeszcze jednego – nie pytać. Nigdy. Mortalis nie miał zwyczaju opowiadać o swoich zadaniach. Trudno powiedzieć, czy uważał to za zbędne, czy po prostu nie chciał niepokoić chłopaka.
Absalom westchnął cicho. Ostatnimi czasy często wracały do niego wspomnienia związane z dniem, w którym poznał Mortalisa. A przecież minęło już ponad dwanaście lat. Ponad dwanaście lat! Aż tyle! Wszystko zdążyło się zmienić. Teraz nie potrafił sobie wyobrazić funkcjonowania bez Mortalisa i wcale nie chodziło o to, że był bezradny, a wprost przeciwnie. Mieszkanie z mężczyzną nauczyło go bardzo wielu rzeczy. A przede wszystkim – pozbawiło dziecięcych złudzeń. Mortalis był człowiekiem bardzo posępnym i smutnym, ale przy tym zastraszająco wprost szczerym. Absalom bardzo szybko przy nim dojrzał, bardzo szybko wydoroślał. Pamiętał swoje dziecięce marzenia, rozmyślania... Pamiętał też, jak bardzo zawsze podziwiał Mortalisa, jak bardzo mu ufał.
-Jesteś bohaterem?- zapytał go nawet któregoś dnia, gdy był jeszcze mały. Właśnie za kogoś takiego go uważał. Za wybawiciela, który ocalił go od śmierci i poświęcił mu więcej, niż ten miał prawo oczekiwać.
-Nie- odparł wówczas Mortalis, równie spokojnie i bez większych emocji, jak zawsze- Jestem mordercą.
Gdy Absalom to usłyszał, bardzo się przejął. Przez wiele tygodni zupełnie nie potrafił tego zrozumieć. Przecież zabijanie było czymś złym! A mężczyzna nie był zły! Owszem, był ponury, posępny i małomówny, ale z pewnością nie zły! Wtedy zupełnie nie wiedział, jak sobie poradzić z tą informacją. Zastanawiał się, rozważał, nawet płakał... Dopiero z wiekiem odpowiedzi na dręczące go pytania stały się znacznie prostsze. Dopiero z wiekiem zaczął rozumieć, że życie to nie baśń. Że nie ma czerni i bieli, które nieustannie ze sobą walczą. Że nie wszystko jest takie jasne i oczywiste, jak chciał niegdyś wierzyć.
Owszem, Mortalis był mordercą. Dziś chłopak był tego całkowicie świadom. Ale to wcale nie znaczyło, że przestał go postrzegać jako bohatera. Wciąż go podziwiał. Wciąż patrzył na niego z jednakową fascynacją jak wtedy, dwanaście lat temu. Wciąż czuł do niego ową nieopisaną wdzięczność, za którą nie potrafił mu się nawet w żaden sposób odpłacić. Ale Mortalis nie oczekiwał żadnej zapłaty. Wychowywanie dziecka, komuś takiemu jak on, z pewnością nie przyszło łatwo. A mimo to, Absalom zawsze mógł na niego liczyć. Ten nigdy go nie zawiódł, nigdy nie rozczarował. Może dlatego, że nie rzucał słów na wiatr i nie obiecywał niczego, czego nie był w stanie spełnić. Nigdy też nie narażał go na żadne niebezpieczeństwa. Gdy Absalom był mały, mężczyzna udawał się na owe wyprawy znacznie rzadziej, a najczęściej jego zadania trwały jeden dzień. Wychodził rano, a wieczorem był już z powrotem. Gdy zdarzało mu się zająć czymś, co mogło potrwać więcej czasu, prowadził chłopca do miasta, wynajmował mu pokój w gospodzie i odbierał po swoim powrocie.
A później Absalom zostawał już sam. Mieszkanie w lesie wiązało się często z różnymi niebezpieczeństwami. Grasowały tu dzikie zwierzęta, a późnym wieczorem można było napotkać na różnych rzezimieszków, którzy już nie jeden raz, starali się włamać do środka. Ale Mortalis dobrze go na to wszystko przygotował. Absalom doskonale posługiwał się bronią, potrafił też strzelać z łuku. Świetnie dawał sobie radę samodzielnie. Co wcale nie znaczyło, że nie potrzebował towarzystwa mężczyzny.
Potrzebował. Jak diabli. Tęsknił za nim często, szczególnie wieczorami, bo te zawsze spędzali w swoim towarzystwie. Mortalis siedział w pomieszczeniu obok, z otwartymi drzwiami i zajmował się bronią, a Absalom najczęściej coś czytał. Tę umiejętność również nabył jedynie dzięki naukom Mortalisa. Nie przeszkadzało mu to jednak raz po raz rzucać ukradkowych spojrzeń w kierunku mężczyzny. Czasem wręcz bezczelnie obserwował jego poczynania, zapominając zupełnie o tym, że trzyma w dłoni książkę. Czuł się z nim wtedy naprawdę mocno związany. Bardziej niż z kimkolwiek innym. Gdy robiło się zimno, opatulali się szczelnie kocami i siadali obok siebie, na łóżku. Najczęściej to Absalom coś mówił, opowiadał... Mortalis milczał albo odpowiadał półsłówkami.
Mimo tego wszystkiego, był najlepszym opiekunem jakiego chłopak mógł sobie wyobrazić i nie pamiętał ani jednej chwili, w której żałował, że z nim mieszkał. Może i pozornie w Mortalisie nie było ani krztyny czułości, której przecież chłopak niegdyś szczególnie potrzebował, ale prawda była inna. Mortalis po prostu okazywał to w inny sposób. Rzadko sam z siebie go przytulał czy brał na ręce, ale nigdy go nie odpychał, gdy ten zarzucał mu ramiona na szyję, czy przemykał się do jego łóżka, gdy noc znowu zdawała się być zbyt przerażająca. Mortalis po prostu nieszczególnie lubił, gdy go dotykano. Nigdy jednak nie zapominał o chłopcu. Dbał, by ten miał co jeść, w co się ubrać... Ze swoich wypraw często przywoził mu różne prezenty, zabawki, książki... Wszystko, czego ten mógł potrzebować. Absalom doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że było to najlepszą oznaką tego, jak mężczyźnie na nim zależało. Zajmował się nim wyjątkowo troskliwie, nawet, jeżeli owa troska byłaby trudna do dostrzeżenia dla kogoś z zewnątrz, przez wyjątkowo ponury charakter mężczyzny. Ujawniała się jednak w drobnostkach. W nakryciu chłopca kołdrą, gdy ten nierozważnie rozkopał po raz kolejny całą pościel, w zajmowaniu się nim podczas choroby, bez słowa protestu czy zdenerwowania, w owej niezwykłej cierpliwości, z jaką do niego podchodził, niezależnie od tego, jak wiele razy się mylił i nie potrafił czegoś wykonać poprawnie. Mortalis był dobrym opiekunem. Opiekunem, po prostu. I nigdy nie skłaniał chłopca, by ten traktował go jak ojca, a wprost przeciwnie, bardzo tego unikał.
Absalom podniósł się powoli z łóżka i podszedł do okna, zatrzymując się przed nim na dłuższą chwilę, jakby kogoś mimowolnie wypatrywał. W końcu jednak otrząsnął się z cichym westchnieniem i zaczął ubierać, ale jego myśli wciąż krążyły z dala od rzeczywistości. Po kilkunastu minutach był już w pełni gotów do wyjścia. Potrząsnął swoją sakiewką, by sprawdzić, czy coś w niej jeszcze jest, po czym słysząc brzdęk złota, przypiął ją do pasa. Podobnie postąpił z niewielkim sztyletem – prezentem od Mortalisa. Absalom dobrze znał okolicę, doskonale wiedział, jakimi ścieżkami się kierować, by nie natrafić na żadną przykrą niespodziankę, ale i tak uważał, że zawsze lepiej mieć coś w zanadrzu. Zastanowił się jeszcze chwilę nad tym, czy aby na pewno wszystko wziął, po czym wyszedł z domu i ruszył w stronę miasta.
Droga do miasta zazwyczaj zajmowała mu jakieś półtora godziny, zresztą dokładnie tak, jak tego dnia. Od razu skierował się w stronę targowiska, mocno o tej porze zatłoczonego, by zrobić jakieś zakupy. Absalom nie lubił miasta. Było dla niego stanowczo zbyt głośne, cuchnące i przepełnione jakąś wyjątkowo niemiłą atmosferą. Zresztą, mieszczan też nie lubił. Już kiedy był dzieckiem, słyszał ich różne, dziwaczne opowieści. Bardzo szybko zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że dotyczą one Mortalisa, chociaż ci nawet nie wymieniali jego imienia. Mortalis był... sławny. Tak to chyba można było nazwać. Znany, wśród okolicznych wiosek i miast. Znany ze swojej profesji i znany ze swoich umiejętności. Znany ze swojego niezwykłego odzienia, o którym krążyły już legendy. Nazywali go demonem i diabłem, bestią, której nie dało się okrzesać, bezlitosnym mordercą, któremu wystarczyło jedynie odpowiednio zapłacić, by pozbyć się kogoś niewygodnego... A przecież nie znali go! Nie mieli pojęcia, kim był! Nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, jak blisko nich mieszkał! Nie wiedzieli nic! Więc jakim prawem w ogóle go oceniali! Absalom niejednokrotnie szczękał zębami z gniewu i już miał ochotę wtrącić się do ich rozmowy i powiedzieć im kilka słów do słuchu, ale zawsze ostatecznie się powstrzymywał. Nadal zupełnie nie potrafił jednak przeboleć tego, jak okrutnie niesprawiedliwi mogli być ludzie. Gdyby Mortalis rzeczywiście im coś zrobił... Gdyby postąpił wobec nich źle... Ale nie! Oni kierowali się wyłącznie pogłoskami, plotkami, nigdy nie dało się dojść do tego, co się właściwie stało i komu, bo każdy słyszał to od kuzynki, siostry, znajomego... Wszystko było brednią.
Właśnie dlatego Absalom nigdy nie zaznajomił się bliżej z nikim z miasta, mimo tego, że bywał tu prawie codziennie. Miejscowi ludzie zdawali mu się być raczej zgrają niesfornych, wiecznie przejętych cudzym życiem hipokrytów. A on wolał się cieszyć swoją anonimowością i mieć święty spokój.
Absalom kupił świeże pieczywo, jakieś owoce, wodę... Odliczył dokładnie pieniądze. W pierwszym momencie zamierzał od razu wrócić do domu, ale zdał sobie sprawę z tego, że i tak ma niewiele do roboty. Skierował swoje kroki w kierunku gospody, w samym centrum miasta. Ledwie przekroczył próg, a dzwoneczek zawieszony u drzwi, zaalarmował wszystkich klientów, którzy na chwilę unieśli głowę i spojrzeli na niego bez zbytniego zainteresowania, a następnie wrócili do śniadania, porannej dawki alkoholu albo gry w karty. Wnętrze lokalu cuchnęło jeszcze bardziej niż miejskie uliczki. Absalom wstrzymał oddech na dłuższą chwilę, po czym przemógł się i ruszył w głąb pomieszczenia. Przywitał się z dwoma karczmarkami, obsługującymi klientów, a następnie skierował swoje kroki na sam koniec sali, do ostatniego stolika.
-Witaj- rzucił krótko, do siedzącego przy nim mężczyzny.
-Absalom...?- Edalis uśmiechnął się szeroko. Był właścicielem gospody i jednym z niewielu ludzi, z którymi kontaktował się Mortalis. Właściwie to można było wręcz powiedzieć, że świetnie się znali. Zawsze zostawiał Absaloma pod jego opieką, a to oznaczało, że musiał mu mocno ufać. Edalis był potwornie bogaty i równie potwornie otyły. Dużo kilogramów przybyło mu w ciągu ostatnich kilku lat. Z trudem się poruszał, dlatego prawie przez cały dzień siedział w jednym miejscu, spotykając się z ludźmi, którzy z pewnością nie byli zainteresowani gospodą. Absalom nie do końca wiedział, co tak naprawdę robi Edalis i dzięki czemu udało mu się tak szybko wzbogacić, był jednak pewien tego, że to nie było nic uczciwego. Niektórzy mówili, że zajmuje się przemytem, inni, że współpracuje z szajką lokalnych bandytów. Trudno było jednak określić, czy te pogłoski miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Nie ulegało jednak wątpliwości, że Edalis dorobił się pokaźnej fortuny praktycznie nie ruszając się ze swojej gospody- Dawno cię nie widziałem, drogi chłopcze! Znowu schudłeś!
-A ty znowu przytyłeś- odparł z rozbawieniem Absalom, zajmując miejsce naprzeciwko mężczyzny. Bardzo go lubił i traktował niemal jak członka rodziny. Dość nietypowej rodziny, złożonej z niego, Mortalisa i Edalisa właśnie.
-Któryś z nas musi...- zarechotał mężczyzna, klepiąc się po swoim okazałym brzuchu- Co u ciebie, chłopcze...? Sto lat cię u mnie nie było!
-Byłem w zeszłym tygodniu- przypomniał Absalom, ale Edalis machnął lekceważąco dłonią i odparł:
-E, tam! W moim stanie, dni dłużą się jak diabli! Sam zobaczysz, jeżeli będziesz cały dzień siedział w jednym miejscu... A tak w ogóle... Co cię właściwie do mnie sprowadza?
Absalom uśmiechnął się odrobinę nerwowo i wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Zazwyczaj nie miewał szczególnych powodów do odwiedzin. Po prostu lubił co jakiś czas zaglądać do Edalisa, który zazwyczaj poświęcał mu cały swój czas, bo nie miał wielu zajęć, w przeciwieństwie do Mortalisa. Dziś jednak wyjątkowo potrzebował czyjegoś towarzystwa.
-Długo nie wraca...- odezwał się cicho, odwracając wzrok w kierunku okna.
-Martwisz się...?- zarechotał Edalis, kręcąc z niedowierzaniem głową- Wróci! Ta łajza zawsze wraca! Dobrze wie, że sprawiłby mi za dużą przyjemność, gdyby dał się tak po prostu zabić!
-Przecież jest twoim przyjacielem- parsknął Absalom, ale był już przyzwyczajony, że mężczyźni często mówili o sobie z równą czułością.
-Przyjacielem z którym mam wspólne interesy... A ze wspólnymi interesami jest tak, że w końcu jeden wspólnik i tak musi zabić drugiego... Obawiam się, że w moim stanie to ja będę tym zabijanym...- westchnął ciężko z udawanym rozżaleniem- Ach, strasznie chciałbym mieć w sobie tyle życia, co kiedyś... Mówię ci, chłopcze, jeszcze dziesięć lat temu dałbym mu radę... No, może nie dałbym, ale przynajmniej musiałby się ze mną liczyć...
Absalom uśmiechnął się lekko w odpowiedzi, ale jakoś nie poczuł się pocieszony.
-Wiesz, gdzie on teraz jest...?- zapytał ostrożnie, wpatrując się w mężczyznę z uwagą, chociaż odpowiedź zdawała się być oczywista.
-A skąd!- parsknął Edalis- Nikt nie wie! Tak to już z nim jest, chłopcze, że jak raz się urwie, to choćby go sam Stwórca szukał, nie dałby rady go znaleźć! Pamiętasz, gdy byłeś młodszy i zniknął na tak długo...?- Absalom skinął głową. O, tak. Pamiętał aż nazbyt dobrze- Byłem pewien, że już po nim. Próbowałem ci wmawiać, że wszystko jest w porządku, ale psychicznie już przygotowywałem się na to, że będę musiał ci powiedzieć... że on... No, wiesz... Kropnął. Postanowiłem trochę poczekać, ale tygodnie mijały, a jego jak nie było, tak nie było. Aż łza zakręciła mi się w oku...- westchnął głęboko, kręcąc głową- Ty chodziłeś taki smutny... Nie miałem serca ci powiedzieć... Pomyślałem, że najpierw muszę się upewnić, że to prawda... Wysłałem swoich ludzi, żeby go szukali. Mieli zainteresować się targowiskami w miastach, grupkami kupieckimi... Czekałem tylko na informację, że ktoś popyla w tym jego pedalskim płaszczyku albo sprzedaje jego broń... Ale nic. Cisza. Nie miałem bladego pojęcia, co z nim jest. Myślałem, że coś go zeżarło w puszczy albo Stwórca wie, co jeszcze... A on? Pojawił się po trzech miesiącach jak gdyby nigdy nic!- parsknął z niedowierzaniem- Trzy miesiące! Trzy cholerne miesiące bez najmniejszego znaku życia! Cały Mortalis! Miałem ochotę uciąć mu ten jego durny łeb, ale nie mogłem się zamachnąć tak wysoko... A zresztą! Nie martw się, chłopcze. Wróci.
-Nigdy więcej tego nie zrobił- przypomniał Absalom. To był pierwszy i ostatni raz, gdy nie było go tak długo. Wtedy Edalis rzeczywiście starał się go uspokajać, ale chłopak czuł, że coś jest nie tak i strasznie się bał momentu, w którym dowie się, że Mortalis go zostawił albo, co gorsza, nie żyje. Omal nie zwariował ze szczęścia, gdy ten po niego przyszedł. Czuł się tak, jakby spotkał ducha.
-Jasne, że nie, ma w sobie jeszcze odrobinę odpowiedzialności...- Edalis westchnął głęboko, po czym machnął dłonią w kierunku jednej z karczmarek- Melindo! Podaj mi jakieś piwo, na litość Stwórcy, siedzę tu od rana i... Melindo, do diabłów wszelkich! No, chłopcze...- uśmiechnął się do niego ponownie, rozkładając się wygodniej na krześle- Nie zostawiłby cię na tak długo. Zresztą coś mi mówi, że niebawem wróci... Nie przejmuj się.
Karczmarka, mamrocąc coś gniewnie pod nosem, postawiła przed Edalisem zakurzony kufel i wróciła do pracy. Absalom milczał, wpatrując się przez okno w przechodniów.
-Chłopcze... Naprawdę niepokoi cię to, że długo go nie ma...?- dopytał nagle Edalis, z nutką podejrzliwości.
-Oczywiście.
-Nie nudzisz ty się tam przypadkiem...? Na tym waszym odludziu...?- mężczyzna uniósł brew, przyglądając mu się z uwagą.
Absalom nie do końca wiedział, co odpowiedzieć. Czasem mu się nudziło, rzeczywiście. Tylko wtedy, gdy nie było Mortalisa. Nie miał wielu rzeczy do roboty. Musiał zająć się domem, ale ten był na tyle niewielki, że zajmowało mu to chwilę. Czasami przechadzał się po lesie, innym razem czytał książki, które znał już prawie na pamięć. Nie miał zbyt wielu rozrywek do wyboru.
-Wiedziałem!- Edalis aż łupnął dłonią w stół, uśmiechając się szeroko- Wiedziałem, od początku wiedziałem! A mówiłem mu! Mieszkaj sobie w tej swojej starej chacie, ale zostaw chłopca w mieście... Ale nie! Przecież on zawsze wie lepiej! A co ty tam możesz robić, w środku lasu... Nie dość, że to niebezpieczne to jeszcze kompletnie pozbawione sensu! Jeden odludek wychowa drugiego odludka! A tu miałbyś rówieśników! Mógłbyś się wreszcie zainteresować jakimiś pannami... Wiesz, że mam dwie córki, prawda...?- Edalis mrugnął do niego porozumiewawczo- I bynajmniej nie wdały się we mnie- zarechotał głośno, klepiąc się znacząco po brzuchu- Miały ładne matki... Obie inne. A ty miałbyś ładne dzieci.
-Eee... Ehm...- Absalom odkaszlnął odrobinę nerwowo, czerwieniąc się lekko- Nie... Dzięki.
-Jesteś pewien...? Allana... Jest taka piękna! I niewiele starsza od ciebie!
-Nie, naprawdę...
-A Geogrina...?
-Przecież ma męża- zauważył Absalom bez większego zrozumienia.
-Jeszcze!- prychnął Edalis, machnąwszy obojętnie dłonią- I tak będę musiał go zabić! To przecież ostatni idiota... Nie wiem nawet, czy wie jak mi sprawić wnuka! Może gdybyś się obok niej odpowiednio zakręcił, to oszczędziłbyś mi problemu... Jak sądzisz...?
-Nie, nie, ja wcale się nie nudzę...- Absalom uniósł dłonie w obronnym geście- Naprawdę... Po prostu... Po prostu...- umilkł na chwilę, po czym wziął głębszy oddech i zaczął- Nie wydaje ci się, że Mortalis jest jakiś... Dziwny?
-Wydaje mi się- odparł Edalis z pełnym przekonaniem- Od chwili, gdy go poznałem.
-Nie, nie... Chodzi mi o to, że... Ostatnio się zmienił- ocenił w zamyśleniu Absalom- Coraz częściej wyrusza na te swoje wyprawy... Wydawało mi się, że im będzie starszy i im więcej będziemy mieli złota, tym częściej będzie w domu, ale jest inaczej... On chyba nie robi tego dla pieniędzy, prawda...?
-A skąd, chłopcze. Chociaż nie powiedziałbym raczej, że to jego pasja- zaśmiał się Edalis, biorąc sporego łyka piwa- To po prostu przyzwyczajenie. A pewne przyzwyczajenia zostają na całe życie i trudno się ich pozbyć... Prawie jak nałogi.
-Tak, ale... Och, po prostu się zmienił. Widzę to. Zrobił się taki milczący i...
-Milczący?!- parsknął z rozbawieniem Edalis- Chłopcze, on zawsze taki był!
-Tak... Ale teraz milczy jeszcze bardziej...
-Jak może milczeć jeszcze bardziej, skoro nic nie mówi?- zarechotał mężczyzna, kręcąc głową- On już taki jest. Odkąd go poznałem, więcej robił niż gadał... Niektórzy to cenią. Nie przejmuj się. To już takie skrzywienie psychiczne. Pewnie rodzice go nie kochali albo kochali za bardzo... Sam rozumiesz. Tak to już bywa z ludzkimi dziwactwami.
-Nie... Mam wrażenie, że teraz jest jakoś inaczej...- Absalom westchnął cicho, zagryzając nerwowo wargę. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym zapytał nagle- Sądzisz, że on... Że on ma mnie dość?
-Co?- Edalis spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Sądzisz, że chce zostać sam? Że chce, żebym się wyprowadził...?
Absalom myślał o tym już od bardzo dawna. Odkąd tylko stał się na tyle dojrzały, by radzić sobie samemu. Zawsze jednak miał poczucie, że Mortalis jest gdzieś obok. Zwyczajnie nie chciał odchodzić i wydawało mu się, że mężczyzna również tego nie chce. Ale ostatnio wszystko było takie... Inne. Sam nie potrafił tego nazwać. Mortalis stał się jeszcze bardziej cichy niż zwykle, ciężko było do niego dotrzeć... Często wyjeżdżał. A Absalom coraz mocniej zdawał sobie sprawę z tego, że może po prostu nadszedł czas, by zostawić mężczyznę samego.
Edalis wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, kompletnie zdumiony. W pierwszym momencie parsknął donośnie, jakby zamierzał zaprzeczyć, ale zaraz potem umilkł nagle i zmarszczył brwi. Najwyraźniej i on zaczął się nad tym zastanawiać.
-Cóż...- rzucił w końcu ostrożnie- Nie jestem pewien... To znaczy... Cholera. Nigdy o tym nie myślałem... Sądziłem, że to naturalne, że z nim jesteś, nie...? Chociaż właściwie... Zawsze był takim samotnikiem... Och, Stwórco, nie mam pojęcia! Jeszcze kilkanaście lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że uda mu się z kimś tak długo mieszkać... Pewnie bym go wyśmiał, ale teraz... Przywiązał się do ciebie. Tak sądzę. Dbał. Och, w diabły!- Edalis prychnął donośnie, jakby poirytowany własną niepewnością- Powinienem go już znać na tyle, żeby... Nie, to niemożliwe! Owszem, na początku sądziłem, że coś mu odbiło... Nie zrozum mnie źle, chłopcze. Kiedy mi powiedział, że przygarnął dzieciaka... Myślałem, że oszalał! Kazałem mu cię gdzieś oddać, zanim się przywiążesz na dobre... Ale on się uparł... A później zaczął mi tu ciebie przyprowadzać i zupełnie zmieniłem zdanie. Przecież się tobą zajął, nie wyrzuciłby cię teraz...
-Wiem, że by mnie nie wyrzucił. Właśnie o to mi chodzi- wyjaśnił cierpliwie Absalom- Nie wyrzuci mnie, bo czuje się w obowiązku, żebym nadal tam mieszkał, ale może wcale nie jest mu to na rękę. Wychowywał mnie tyle lat... Może chciałby mieć wreszcie spokój.
-Sam nie wiem...- westchnął cicho Edalis- Hm... Niby powinienem go znać... Po tylu latach... Ach, nie mam pojęcia! Ale nie przejmuj się, chłopcze! Gdyby chciał cię wyrzucić, zrobiłby to... Tak sądzę...- mruknął znacznie ciszej- Tak czy inaczej... Jeżeli masz wątpliwości, wprowadź się do miasta. Tak będzie najlepiej. Od czasu do czasu będziesz mógł odwiedzić tego dziwaka, a tutaj znajdziesz sobie przyzwoitą pracę, jakąś pannę... Zanim się dorobisz, możesz mieszkać w gospodzie, wiesz przecież, że u mnie zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce... Co ty na to?
-Nie... Nie, raczej nie...- odparł, uśmiechając się przepraszająco, ale jego ton nie brzmiał tak, jakby był co do tego przekonany. Poczuł się jakoś dziwnie. Chyba podświadomie liczył na to, że Edalis stanowczo zaprzeczy i stwierdzi, że to tylko jego wrażenie, ale... On też miał wątpliwości! A powiedzmy sobie szczerze, po tylu latach Mortalis z pewnością miał prawo do zmęczenia. Miał też prawo żądać do tego, by Absalom się usamodzielnił. Chłopak zdawał sobie sprawę z tego, że ten i tak nie powiedziałby mu wprost, że coś takiego chodzi mu po głowie, ale i tak... Nie chciał mu sprawiać problemów. Ale nie chciał też mieszkać w mieście. Nie cierpiał tego miejsca i nawet sobie nie wyobrażał, że mógłby żyć tutaj na co dzień- Przepraszam- rzucił w końcu, podnosząc się z miejsca- Nie powinienem zawracać ci głowy.
-Ależ możesz mi zawracać głowę kiedy tylko chcesz, sam przecież wiesz, że nie mam zbyt wielu zajęć...- zaśmiał się serdecznie Edalis- Zostań jeszcze trochę. Co ty tam będziesz robił, na tym waszym obcowisku... A jak zostaniesz do wieczora, to zobaczysz jakie ciekawe okazy tu przychodzą... Ach, gdybym miał dwadzieścia lat i kilogramów mniej!
-Nie, dziękuję- Absalom uśmiechnął się lekko- Powinienem wracać i... Posprzątać... Albo coś w tym stylu...- na bogów wszelkich, on naprawdę nie miał żadnych zajęć! Nic dziwnego, że Mortalis mógł mieć go dość- Będę się zbierał.
-Powiedz tej łajzie, żeby do mnie wpadła, jak wróci. Mam parę spraw do załatwienia.
-Przecież wiesz, że nie przyjdzie.
-No cóż, w takim stanie, ja też raczej się do niego nie pofatyguję- zaśmiał się lekko- No nic... Wpadnij do mnie jeszcze... Napiszę mu list.
-W porządku- uśmiechnął się w odpowiedzi chłopak- Do zobaczenia wkrótce.
-Do widzenia, chłopcze.
Absalom wyszedł na ulicę i odetchnął głęboko.
Dziś zupełnie nic nie szło po jego myśli.

Absalom wszedł na łóżko i wyciągnął się lekko, by dosięgnąć najwyższych półek i oczyścić je z kurzu. Natrętne, nieprzyjemne myśli ciągle nie dawały mu spokoju. Coraz bardziej intensywnie zastanawiał się nad tym, czy nie powinien się stąd wynieść. Bardzo dokładnie przypominał sobie ostatnie zdarzenia, rozmowy z Mortalisem, pewne znaki, sygnały... Może rzeczywiście był przewrażliwiony. Może wydawało mu się, że w mężczyźnie nastąpiła jakaś zmiana. A może ten zwyczajnie miał ostatnimi czasy gorszy humor, może były inne powody, które wpłynęły na zmianę jego nastawienia... A zresztą! Na bogów! Przecież zachowywał się normalnie. Prawie normalnie. Owszem, mówił jeszcze mniej niż zwykle i coraz częściej podejmował się różnych zadań, ale mimo wszystko... Absalom odetchnął głęboko i aż uśmiechnął się do siebie, chociaż można było się w tym doszukać nutki nerwowości. Sam siebie dołował i po co...? Może w Mortalisie nie zaszła żadna gwałtowna zmiana. Może po prostu to on sam z niewiadomych przyczyn, nagle oczekiwał od niego czegoś więcej.
Tylko czego...?
I czy to wykluczało fakt, że Mortalis mógł mieć go po prostu dość...?
Och, Stwórco, czemu wszystko nagle stało się takie skomplikowane...? Absalom często zabiegał o uwagę Mortalisa, ale mógłby przysiąc, że jeszcze kilka lat temu nie miał podobnych problemów i dylematów.
Przetarł półkę i zszedł z łóżka, po czym zerknął ukradkiem przez okno i aż zamarł na dłuższą chwilę. Mortalis. Mortalis! Coś drgnęło w nim radośnie, gdy tylko dostrzegł mężczyznę, zbliżającego się niespiesznie w stronę domu. Odłożył ścierkę na bok i przeczesał nerwowo włosy, rozglądając się chaotycznie dookoła. Miał ochotę wybiec i powitać Mortalisa jeszcze przed wejściem do domu, ale odkąd skończył piętnaście lat, podobne sceny coraz bardziej go krępowały. Postanowił zatem zaczekać, chociaż każda sekunda zdawała się niemiłosiernie dłużyć.
W pewnym momencie drzwi do domu otworzyły się na oścież i stanął w nim Mortalis. Absalom nie mógł powstrzymać uśmiechu. Uśmiechu ulgi, uśmiechu radości, uśmiechu autentycznego zadowolenia i szczęścia.
-Witaj.
-Witaj- odparł mężczyzna, zdejmując z siebie swoją czarną pelerynę i rozplątując sięgające ramion włosy. Mortalis niewiele się zmienił przez te wszystkie lata. Postarzał się, ale nie było tego po nim specjalnie widać. Kolejnymi znakami mijającego czasu, zdawały się być jedynie blizny, których ciągle przybywało i zdawały się znaczyć niemal całe jego ciało. Te dawniejsze powoli stawały się coraz mniej wyraźne. Twarz mężczyzny nie budziła już jednak przerażenia chłopaka. Przyzwyczaił się do tego. Jego wygląd stał się dla niego po prostu zwyczajny, mało istotny. Ale czuł w sobie, że to również może stanowić przyczynę tego, że Mortalis odciął się od całego świata. Ludzie nie reagowali dobrze na tego rodzaju inność. Na żadną inność.
-Co się stało...?- zapytał z zaniepokojeniem chłopak, widząc, że mężczyzna kuleje.
-Wilk- odparł krótko Mortalis, rzucając na łóżko jakiś tobołek i kuśtykając do pomieszczenia obok.
-Mówiłeś, że wilki nie gryzą ludzi.
-Ten zrobił dla mnie wyjątek.
-Morta...- nim Absalom zdążył skończyć, drzwi zatrzasnęły się tuż przed nim. Chłopak odetchnął ze zniecierpliwieniem, ale już po chwili znowu uśmiechnął się do siebie. Za każdym razem było tak samo. Mortalis wracał i pierwsze, co robił, to zamykał się w pokoju obok. Trudno było powiedzieć, co dokładnie robi. Chował broń i prawdopodobnie opatrywał rany, chociaż tego Absalom nigdy nie widział. Mortalis zawsze wszystko potrafił wyjaśnić. Każda widoczna rana była po prostu zadrapaniem, krew na ubraniu nigdy nie należała do niego, a pewnego rodzaju ograniczenia ruchu wynikały zawsze z przemęczenia. Absalom dawno już przestał być dzieckiem i dawno już przestał w to wierzyć, ale to była jedna z ich kolejnych, niepisanych umów. Nigdy tam nie zaglądał i po prostu czekał, aż mężczyzna wyjdzie. Jeżeli był tam krótko, to znaczyło, że nie dolega mu nic poważnego.
Mężczyzna wyszedł po kilkunastu minutach i uniósł jedną z poluzowanych desek z podłogi i wrzucił do środka kolejną torbę ze złotem. Absalom zawsze się temu dziwił. Mieli przecież tyle pieniędzy! Mortalis mógłby przestać robić to, co robił i żyliby zupełnie tak, jak dotychczas, na tym samym poziomie. Zupełnie nie pojmował, dlaczego ten nadal to robił. Zupełnie nie pojmował jak można czerpać przyjemność z robienia krzywdy innym ludziom.
-Jak minęła ci podróż...?- zapytał Absalom, wpatrując się w niego z uwagą.
-Spokojnie- odparł lakonicznie Mortalis, po czym wskazał głową na leżący na łóżku tobołek, z krótkim- To dla ciebie.
Chłopak chwycił pakunek i już po chwili wyjął z niego dwie książki.
-Chyba ich jeszcze nie masz.
-Nie mam- zapewnił Absalom, uśmiechając się szeroko z autentyczną wdzięcznością- Dziękuję!- dodał, obejmując mężczyznę wokół szyi i przytulając go serdecznie. Mortalis wzdrygnął się wyczuwalnie. Chłopak natychmiast odsunął się nieco, mocno skrępowany swoim gestem. Cholera! Nie miał już w końcu kilku lat! Nic dziwnego, że Mortalis miał go dość, skoro cały czas rzucał mu się na szyję, jak jakiś opętaniec, a dobrze wiedział, że ten tego nie lubi- Hm...- odkaszlnął odrobinę nerwowo- Dobrze się czujesz...?
-Dobrze- potwierdził cicho Mortalis- Przejdę się na chwilę nad jezioro.
-W porządku.
Absalom zagryzł nerwowo wargę. Strasznie chciał rozwiązać swoje wątpliwości, zapytać mężczyznę o to, co go dręczyło, upewnić się... Ale chyba się bał. Bał się jego ewentualnej odpowiedzi. Tego, że ten kazałby mu odejść. A poza tym czuł się niezręcznie, na samą myśl o podobnej rozmowie.
-Coś się działo?- zapytał nagle Mortalis, zatrzymując się przy drzwiach. Chłopak posłał mu pytające spojrzenie- Gdy mnie nie było. Coś niepokojącego albo dziwnego...?
-Nie, nie...- zaprzeczył Absalom, uśmiechając się lekko- Wszystko było w porządku... Kręcił się tu tylko jakiś kupiec... Długo nie chciał odejść, ale w końcu coś od niego kupiłem i zniknął.
-Och, Absa...- mężczyzna westchnął głęboko.
-No co?
-Wróci.
-Skąd wiesz?
-Zapłaciłeś mu.
-A co innego miałem zrobić?
-Zabić go.
-Mortalis!- Absalom posłał mu karcące spojrzenie. Doskonale wiedział, że ten nie mówił na poważnie, ale zawsze czuł się jakoś dziwnie, gdy rozmowa schodziła na podobne tematy. Może to wynikało z tego, że nie do końca potrafił się pogodzić z profesją swojego opiekuna, a może po prostu nie zamierzał się wdawać w dyskusje, w których nie dało się dojść do kompromisu. Absalom zabił w swoim życiu tylko kilku złodziejaszków, którzy próbowali się władować do domu, pod nieobecność mężczyzny. I zrobił to raczej z braku innego wyjścia, a później miał okropne problemy z pozbyciem się ciał, które przez kilka dni leżały i cuchnęły za ich domem. Nie mówiąc już o wyrzutach sumienia, które dopadły go mimo świadomości, że musiał to zrobić. Oni nie zostawiliby go przy życiu.
-Następnym razem po prostu go przepędź- poradził mężczyzna, wychodząc z domu.
-Tak zrobię- odparł w zamyśleniu chłopak, chociaż Mortalis nie mógł go już słyszeć.
Nie miał pojęcia, jak pozbyć się swoich wątpliwości.

Powinien go zapytać.
Powinien, prawda?
Uciekanie od trudnych pytań nie daje na nie odpowiedzi, a wprost przeciwnie – jeszcze bardziej wszystko komplikuje. A poza tym... Co złego się stanie, jeżeli Mortalis przyzna, że mieszkanie z nim pod jednym dachem mu nie pasuje? Nic. Po prostu zamieszka w gospodzie Edalisa, znajdzie pracę w mieście i... O, Stwórco. Co za bzdury. Absalom aż jęknął boleśnie w duchu. Chyba serce pękłoby mu z żalu, gdyby miał zostawiać to miejsce. Gdyby miał zostawić Mortalisa. Nie byłby w stanie mieszkać w mieście. Nie potrafiłby! Ten smród, ten tłum, ci ludzie, którzy zupełnie go nie rozumieli... Czułby się tam okropnie.
Przeczytał kilka ostatnich zdań, po czym zamknął książkę i uśmiechnął się delikatnie. Piękna historia. Dawno już nie był dzieckiem, a i tak uwielbiał baśnie. Historie o rycerzach, księżniczkach, smokach, bohaterach... Większość darów od Mortalisa znał już na pamięć. Potrafił je czytać po kilka razy, szczególnie, gdy mężczyzny nie było i nie miał nic lepszego do roboty. Książki były idealnym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, trochę zapomnienia, odsunięcie trosk... Ale nie tym razem. Absalom nic nie mógł poradzić na to, że dołujące myśli o samotności i przeprowadzce do miasta stale powracały.
Odłożył książkę na bok i wychylił się lekko z łóżka, zaglądając do pomieszczenia obok. Mortalis siedział na podłodze, nacierając groty strzał jakąś substancją, prawdopodobnie trucizną. Najwyraźniej zdał sobie sprawę z tego, że jest obserwowany, bo nagle podniósł wzrok i spojrzał na Absaloma pytająco.
-Skończyłem- obwieścił chłopak, uśmiechając się lekko.
-Już...?- zdumiał się mężczyzna.
-To była piękna historia- odparł z rozbawieniem Absalom, jakby w tonie usprawiedliwienia.
-O czym...?
Chłopak podniósł się z łóżka i przeszedł do pomieszczenia obok, zatrzymując się tuż przy mężczyźnie.
-O księżniczce porwanej przez smoka- odparł, uśmiechając się do samego siebie z rozczuleniem- I o bohaterze, który miał ją uratować i zabić bestię... Ale później wszystko się zmieniło. Księżniczka wcale nie chciała zostać ocalona i wracać do swojego królestwa. A smok nie był żadną bestią. Ludzie się go bali, bo po prostu zupełnie go nie rozumieli. Ostatecznie bohater pozwolił księżniczce zostać przy smoku, bo wiedział, że to będzie dla niej lepsze... Ale ona zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie zazna spokoju. Bo zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli sprowadzić ją do jej szarej rzeczywistości... Ale skończyło się dobrze... Tak sądzę...- skwitował w zamyśleniu- Została ze smokiem. Dobrze, że nie ma dalszej części tej historii... Wydaje mi się, że koniec końców wcale nie byłby taki szczęśliwy...
-Zawsze wszystko dopowiadasz, Absa.
-Hm...?
-Książka się kończy, kończy się historia- stwierdził cicho Mortalis, nie przerywając wykonywanej przez siebie czynności- Po co zastanawiać się nad tym, co jest dalej?
-Przecież to jest właśnie najciekawsze- zaśmiał się lekko Absalom- Ta... Tajemnica. Niepewność. To tak, jakby ktoś opowiadał ci swoją życiową historię, ale w pewnym momencie przerwał... Zastanawiasz się, co się dalej dzieje i ta historia, ci bohaterowie, żyją dalej, w twojej głowie, w twojej wyobraźni... Ja wolę szczęśliwe zakończenia.
-Ale życie woli smutne.
-Jesteś pesymistą- ocenił Absalom, parskając cicho- W każdym razie, ta historia była naprawdę piękna... A ten bohater... Ach, ten bohater był najlepszy...- stwierdził z rozmarzeniem.
-Myślałem, że już z tego wyrosłeś.
-Z czego...?- zapytał chłopak, spoglądając na mężczyznę pytająco.
-Z marzeń o byciu bohaterem- odmruknął Mortalis, nawet nie podnosząc wzroku.
-Każdy chce być bohaterem.
-Ja nie.
Absalom zaśmiał się lekko.
-Ty jesteś... inny- skwitował po dłuższej chwili zastanowienia- A ja... No dobrze, może to dziecinne, ale zawsze chciałem... Sam rozumiesz... Być kimś podziwianym. Kimś, kogo ludzie kochają, komu pokazują wdzięczność...
-Ludzie nie potrafią być wdzięczni, Absa- odparł chłodno Mortalis, jak zwykle sprowadzając go na ziemię.
-Oczywiście, że potrafią- żachnął się chłopak.
-Nie. Wdzięczność jest niewygodna. Łatwiej jest zapomnieć.
-Źle oceniasz ludzi.
-Mam swoje powody- mruknął wymijająco.
Absalom westchnął głęboko. Podobne rozmowy z Mortalisem zawsze kończyły się w ten sam sposób. Chłopak zdążył się przyzwyczaić, że mężczyzna nie miał dobrego nastawienia do całego świata. I chyba, niestety, z wzajemnością.
-Daj mi pomarzyć- rzucił w końcu Absalom, nachylając się nad mężczyzną i obejmując go delikatnie wokół szyi- Przecież wiadomo, że nie mam na to żadnych szans, ale... Jak tak sobie myślę... Walki... Księżniczki... Smoki...
-Smoki nie istnieją.
-Skąd wiesz?
-Każdy to wie, Absa- mruknął w odpowiedzi Mortalis- Ani księżniczki-dziewice.
-To, że ich nie widziałeś, nie znaczy, że nie istnieją- stwierdził Absalom, chyba z czystej przekory, uśmiechając się z rozbawieniem.
Mortalis podniósł głowę i spojrzał na niego z uwagą. Chłopak zamarł na krótką chwilę, przez moment zupełnie nie wiedząc, jak się zachować ani co powiedzieć. Czuł, że się rumieni.
-N... No co?- wydukał w końcu.
-Nic- odparł Mortalis, wracając wzrokiem do broni- Sprytny jesteś. Aż dziw, że to ja cię wychowałem...
Absalom zachichotał cicho i cmoknął mężczyznę w czubek głowy, obejmując go jeszcze przez chwilę. Powinien zapytać. To był dobry moment. Mortalis wyraźnie był w nastroju.
-Mortalis...- zaczął chłopak, zastanawiając się jak ująć w słowa to, co czuł- Ja... Hm...- zagryzł nerwowo wargę. Nie miał pojęcia, jak zacząć- Widzisz... Zastanawiałem się... To znaczy... Cóż...
-Absa...?
-Pójdę się położyć- stwierdził Absalom z wymuszonym uśmiechem, odsuwając się nieco. Poddał się. Nie miał siły zaczynać tego tematu. Och, nie nadawał się na żadnego bohatera, był cholernym tchórzem... Tak bardzo bał się jego odtrącenia- Mówiłem, żebyś robił to w rękawiczkach- dodał, obserwując poczynania mężczyzny.
-Na coś trzeba umrzeć.
-Mortalis!
-Dobrze, dobrze...
Absalom parsknął cichutko, uśmiechając się z rozczuleniem, ale już po chwili ów uśmiech po raz kolejny został zastąpiony grymasem zmartwienia. Dałby wszystko, żeby tu zostać. Dosłownie wszystko. Ale jeżeli Mortalis nie chciał już dłużej jego towarzystwa... Jeżeli potrzebował spokoju... Był gotów odejść i dać mu to, czego ten oczekiwał. Ale najpierw musiał zapytać. A do tego wciąż brakowało mu odwagi.
-Absa...?- głos mężczyzny po raz kolejny wyrwał go z zamyślenia- Chcesz mi coś powiedzieć...?- zapytał Mortalis, wpatrując się w niego z uwagą.
-Nie... Nie- dodał już pewniej, uśmiechając się odrobinę nerwowo i kręcąc głową- Edalis prosił, żebyś do niego przyszedł.
-Nie przyjdę.
-Napisze list.
-Niech będzie.
-Dobranoc- szepnął chłopak, opuszczając pomieszczenie i zamykając za sobą drzwi.
Przebrał się szybko i zgasił świece, a następnie przysiadł na brzegu łóżka. Musiał rozwiązać swój dylemat. Po prostu musiał. Ta wątpliwość nie dawała mu spokoju. Po kilku minutach bezczynnego siedzenia, wślizgnął się w końcu pod kołdrę i odwrócił się twarzą do ściany, po czym przymknął powieki. Mimowolnie nasłuchiwał dźwięków dochodzących z pomieszczenia obok. Sen wcale nie chciał nadejść. Powracały za to natrętne myśli.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Absalom zamarł w bezruchu, słysząc, jak mężczyzna przechadza się po sypialni. W pewnym momencie zatrzymał się, tuż przy łóżku chłopaka, który wstrzymał oddech, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Przez pierwsze kilka chwil zamierzał po prostu udawać, że śpi, ale ciekawość zwyciężyła. Podniósł nieśmiało wzrok, spoglądając na mężczyznę i... Och, Stwórco. Szybko wcisnął ponownie głowę w poduszkę, karcąc się za swoją głupotę. Co też mu przyszło do głowy! Dlaczego Mortalis w ogóle miałby się patrzeć na niego?! Przecież to oczywiste, że spoglądał w okno! Głupiec, głupiec, głupiec...
Jakie więc było jego zdumienie, gdy w pewnym momencie mężczyzna wsunął dłoń w jego włosy i przeczesał je delikatnie z cichym:
-Szybko dorosłeś.
Absalom poczuł, że serce chce mu niemal wyskoczyć z klatki piersiowej z przepełniającego, zupełnie niezrozumiałego szczęścia. Uśmiechnął się do siebie radośnie, wtulając głowę w poduszkę i zupełnie nie rozumiejąc swojej reakcji.
Ach, ostatnimi czasy działo się z nim coś naprawdę bardzo dziwnego...

2 komentarze:

  1. zajrzał przez przypadek :) masz spory dorobek literacki i trudno było mi wybrać opowiadanie. Wzięłam się za to i bardzo mi się podoba! Czyta się płynnie i przyjemnie ale najbardziej co mnie poruszyło to emocje Absaloma i wątpliwości, które nim targały. Miałam ściśnięte gardło z własnych emocji. Co mogę jeszcze powiedzieć? Idę czytać dalej bo jestem ciekawa kolejnych rozdziałów. :)
    a przy okazji zapraszam do siebie ^^

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  2. Słodkie ^^ różni się wg mnie od innych twoich opowiadań, takie hm jakby to się wyrazić?... takie chyba delikatne. Uwielbiam twoje opowiadania a to właśnie bardzo mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń