Strony

niedziela, 22 maja 2011

10. Krępujące pytania [LPoH]

-Mitch?- usłyszałem w słuchawce odrobinę zaniepokojony głos Hugo. Oczywiście jego niepokój nigdy nie trwał długo i już zaraz, niemal w tonie ulgi, rzucił- Rany boskie, jak dobrze, że dzwonisz!
-Stało się coś?- zapytałem, chociaż właściwie po jego kilkunastu sms-ach i wiadomościach pozostawionych na poczcie głosowej powinienem się domyślać, że zapewne chodzi o jakąś pilną sprawę.
-Żartujesz? Nie odbierasz telefonu od kilku dni- uświadomił mnie, parsknąwszy cicho- Już miałem ochotę wpaść do ciebie i sprawdzić, czy gdzieś po podłodze nie walają się twoje szczątki, ha, ha…
-Ha- mruknąłem grobowo, nie do końca podzielając jego rozbawienie tą wizją, ale jednocześnie odetchnąłem w duchu, że nie zdecydował się mnie odwiedzić. Niespodziewana wizyta Hugo prawdopodobnie zaserwowałaby mi taką dawkę uczuć zawstydzenia, zażenowania i zdenerwowania, jak jeszcze nigdy w życiu. Rozmawiałem już z nim, co prawda, o Andy’m, ale nie chciałem mu tego teraz wyjaśniać. Poza tym byłem pewien, że mimo tego, iż zapewne orzekłby, że to moja sprawa, raczej nie patrzyłby na to wszystko przychylnie- I tylko z tego powodu te wszystkie wiadomości?
-Jasne! Hej, nie wierzysz w moją bezinteresowność? Martwiłem się o ciebie!
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem słysząc jego śmiech i pokręciłem z rozbawieniem głową.
Cały Hugo.
-Czemu nie odbierałeś?
-Eee… Hm…- a już gotów byłem sądzić, że kłamanie przez telefon jest znacznie łatwiejsze! Z pewnością nie dla mnie- Miałem wyłączony telefon.
-Tak, to wiem, dziękuję- zaśmiał się lekko mężczyzna- Ale dlaczego?
-Bo… Bo się psuje- odparłem, czerwieniąc się lekko. A jednak, wbrew temu, co mówi Andy, niedobrze sprawdzałem się w roli kłamcy. I strasznie się cieszyłem, że Hugo nie musi obserwować moich żałosnych prób wykręcenia się- No i… Często się włącza, wyłącza, wiesz, jak jest- zachichotałem nerwowo- Więc gdybym nie mógł odebrać albo coś, nie dziw się.
-Jasne. Musisz się pewnie strasznie beze mnie nudzić, co?
-Ekhem…
Nim wprowadził się Andy, rzeczywiście czułem się momentami samotnie, co wcale nie oznaczało, że chciałem z kimś mieszkać. Ani że komukolwiek bym się do tego przyznał. Nie skamlałem więc Hugo o odrobinę towarzystwa, a odkąd odszedłem z pracy, nasze spotkania straciły na częstotliwości, ale i tak jakoś dawałem radę. Teraz też chciałem go rzecz jasna zobaczyć, nic się na tym polu nie zmieniło, ale… Ale ostatnie, na co mogłem narzekać, mając obok siebie Andy’ego, to nuda. Cała moja życiowa rutyna została w jednym momencie zburzona i póki co zaczynałem przyzwyczajać się do zmian. Andy wcale tego nie ułatwiał, bo zmieniał się co chwilę, zupełnie mnie dezorientując. Był miły, zaraz szorstki, co chwila zmieniał zdanie, śmiał się, zaraz irytował i naburmuszał, ale to mnie nie drażniło, a dawało jakieś dziwne poczucie swobody. No i zapewniało mi momentami wprost ekstremalne wrażenia.
-To co? Spotkamy się?
-Kiedy?- zapytałem, odrobinę zagubiony.
-Rany, Mitch!- Hugo zaśmiał się pogodnie- Nie pytaj mnie tak, jakbyś naprawdę miał jakieś plany.
Prychnąłem z oburzeniem.
-Może mam- burknąłem, nieznacznie poirytowany jego brakiem wiary w moje życie towarzyskie. Uzasadnionym brakiem wiary, trzeba dodać.
-Wizytę u lekarza?
-Okej- skapitulowałem z ciężkim westchnieniem, nie chcąc dłużej kontynuować tego wątku, ani tym bardziej schodzić na temat Andy’ego. Wierzcie mi, wolałem w jego oczach uchodzić bardziej za nietowarzyskiego durnia, niż za jakiegoś dewianta.
-Mitch!- usłyszałem głos Andy’ego, poprzedzony trzaskiem frontowych drzwi- Mam film! Idziesz?!
-Z… Zaraz, zaraz, Andy- rzuciłem prędko przez ramię, znowu czerwieniąc się tak, jakby Hugo rzeczywiście mógł teraz widzieć całą sytuację i przyłapał mnie na gorącym uczynku- Więc… Hm… Kiedy?
-Z kim rozmawiasz?- zainteresował się wyraźnie mężczyzna i zaśmiał się odrobinę złowrogo- Nieładnie, Mitch… Czyżbyś chował tam kogoś i nie chciał mi powiedzieć?
-To był listonosz- odparłem jedynie, pąsowiejąc jeszcze bardziej.
-Jasne. Sypiasz z listonoszem?
-Hugo!- skarciłem go, mocno zawstydzony. Żenowały mnie wszelkie wzmianki o seksie. O seksie z Andy’m szczególnie- Z nikim nie sypiam. I… I nie poruszaj więcej takich kwestii.
-Okej, okej!- zaśmiał się Hugo- Żartowałem. Co z tobą, Mitch?
-Nic takiego- burknąłem cicho- Po prostu nie mam nastroju do takich żartów.
-Niech będzie. To co? Może zobaczymy się jutro? Dziś mam masę roboty, ale jutro wziąłem sobie wolne, więc jestem cały twój, ha, ha… Co ty na to?
-W porządku- przytaknąłem, odetchnąwszy cicho, ucieszony z tego, że nie kontynuuje wcześniejszego tematu- U Raoli?
-Niee, darujmy sobie. Muszę zrobić małe zakupy. Może skoczymy do centrum handlowego?
-Czemu nie. O której?
-Wpadnę po ciebie o dwunastej.
-Eee… Hm… Nie trzeba, Hugo- mruknąłem cicho, a on zaśmiał się pogodnie i odparł:
-Daj spokój, Mitch. Wiesz, że to żaden problem. Skoczę po ciebie samochodem i raz dwa będziemy na miejscu…
… Niestety.
To jest problem.
-Naprawdę nie trzeba- powtórzyłem raz jeszcze, starając się brzmieć bardziej stanowczo- Bo… Bo właściwie to ja mam coś jeszcze z rana do załatwienia, więc… Więc może…
-Dobra, dobra- parsknął Hugo- Nie będę cię zmuszał przecież. Zrobiłeś się jakiś dziwnie tajemniczy… W każdym razie wracam do pracy. Do jutra, stary.
Aż zgrzytnąłem zębami na to określenie.
-Do jutra, Hugo- wymamrotałem, rozłączając się, i odwróciłem się, stając twarzą w twarz z Andy’m. Drgnąłem lekko. Nie słyszałem nawet, żeby wchodził do pokoju.
-Cześć- rzucił krótko, wpatrując się we mnie z jakąś dziwną przenikliwością- Z kim gadałeś?
-Z przyjacielem- odpowiedziałem, uśmiechając się do niego lekko, a on wciąż nie odrywał ode mnie uważnego spojrzenia.
-Przyjacielem?- powtórzył, unosząc brew - Sądziłem, że ciebie to nie dotyczy…
W pierwszej chwili nie do końca rozumiałem jego uwagę i sądziłem, że chodzi mu o to, jak bardzo jestem nietowarzyski. Wręcz się zmartwiłem. Dopiero po lekko drwiącym uśmiechu malującym się na jego twarzy, doszukałem się w owych słowach innego sensu.
-Och! Nie, to nie to, co myślisz!- odpowiedziałem prędko i dziwnie chaotycznie- Hugo nie jest moim… Przyjacielem… W tym sensie… To znaczy… Hugo! Ten Hugo, który cię tu przyprowadził! Pamiętasz? Tak, to właśnie on dzwonił i… No i… Hm… I jest całkiem normalny. Opowiadał właśnie o problemach z kobietami, szczególnie taką Andreą, która go nie chce… Więc… Więc jak sam widzisz, nie interesuje się facetami. Ani chłopcami tym bardziej. To znaczy, nie miałem na myśli ciebie, to znaczy…
-Mitch, oglądamy ten film?- przerwał mi w końcu Andy, wyraźnie zniecierpliwiony, a ja skinąłem głową, karcąc się w duchu za cały ten monolog. Ruszyłem za nim do salonu i usiadłem na kanapie. Dopiero, gdy Andy włączył film i usadowił się obok mnie, pomyślałem, że może powinienem był z tym zaczekać i zająć miejsce dopiero gdy on usiądzie. Andy bowiem przycisnął się do mnie kurczowo, nie pozostawiając mi najmniejszej możliwości ruchu.
… I z uwagi na samą jego obecność - najmniejszej możliwości na to, żebym był w stanie normalnie oddychać, nie czerwienić się, nie drżeć lekko, a już o zwyczajnym oglądaniu filmu nawet mowy nie było.
Zapamiętuj głównych bohaterów, Mitch.
Główni bohaterowie są ważni.
Film właśnie się zaczynał. Narrator, w akompaniamencie pełnej napięcia muzyki, opowiadał historię jakiegoś nawiedzonego domu i jego mieszkańców. Usłyszałem ciche westchnienie Andy’ego i poczułem, ku mojej uldze, że odsuwa się nieco.
Moja ulga nie miała jednak długiej racji bytu, bo zaraz Andy, bez najmniejszego skrępowania, ułożył nogi na moich kolanach.
-Nie przeszkadza ci, nie, Mitch?- mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu, a ja jedynie uśmiechnąłem się odrobinę niepewnie i pokręciłem głową.
Film. Skupić się na filmie.
Jakaś kobieta biegła po schodach i coś krzyczała. Trudno było mi się w tym doszukiwać czegoś przerażającego, szczególnie w takich okolicznościach.
-Noga mnie boli, wiesz, Mitch?- usłyszałem głos Andy’ego i przeniosłem na niego zaniepokojone spojrzenie.
-Boli?- zmartwiłem się, wpatrując się w niego z uwagą- Przynieść ci jakieś tabletki?
-Nie. Pomasuj- rzucił wyzywająco, a ja zupełnie znieruchomiałem. Jego spojrzenie było aż nadto przenikliwe. Miałem wrażenie, że dokładnie wie, co sobie w tym momencie myślę i jakie głupoty przychodzą mi do głowy.
… A wierzcie mi, wolałbym, żeby nie wiedział.
Uśmiechnąłem się sztucznie, po czym przełknąłem ślinę i dotknąłem niepewnie jego nogi w okolicach kostki.
-Tutaj?
-Wyżej.
-Tutaj…?- zapytałem, niemal w tonie nadziei, przesuwając opuszkami palców wzdłuż jego łydki.
-Wyżej- odparł z bezczelnym uśmiechem, podczas gdy ja już zaczynałem mieć małe problemy z równomiernym oddychaniem.
Moja dłoń spoczęła na jego udzie. Przesunąłem nią delikatnie po materiale jego spodni, starając się kierować moje myślenie na wszelkie tematy, byleby tylko nie te związane z Andy’m, ale to wcale nie było takie proste. Starałem się zrozumieć cokolwiek z dialogów bohaterów filmu, ale docierały do mnie jedynie pojedyncze słowa, bez większego sensu.
-Ej, Mitch…
Ponownie zmusiłem się, żeby przenieść wzrok na twarz Andy’ego, doskonale wiedząc, że muszę być teraz cały czerwony.
-Staje ci czasem, jak o mnie myślisz?- rudowłosy uśmiechnął się bezczelnie, a ja zupełnie znieruchomiałem, czując się wewnętrznie rozbity.
-A-Andy… Co ci w ogóle przyszło do głowy?- odpowiedziałem z trudem drżącym głosem, a on westchnął, wyraźnie zniecierpliwiony, i podniósł się z kanapy.
-Ale nuda…- mruknął, opierając dłonie na biodrach- Oglądałem już ten film, to zupełna porażka. I co ja mam robić do wieczora?
-Do wieczora?- powtórzyłem, z zupełnym zdumieniem- Wychodzisz?
-No pewnie. Noc mnie wzywa, Mitch- zaśmiał się lekko.
Tak jakby przed chwilą wcale nie wypytywał mnie o tak krępujące rzeczy.
Tak jakbym ja zachowywał się całkiem normalnie, a nie oddychał płytko i miał problemy z mówieniem.
Jak tak dalej pójdzie, zejdę na zawał…

-I jak wyglądam?- Andy zatrzymał się na środku przedpokoju, tuż przede mną i wykonał iście popisowy obrót. Zmierzyłem go uważnym spojrzeniem i westchnąłem mimowolnie. Czy ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jakiej udzielę odpowiedzi?
-Doskonale.
Naprawdę, starałem się być bardziej konstruktywny i wymyślić coś oryginalniejszego, ale nie byłem w stanie. Andy po prostu jak zwykle prezentował się wprost nieziemsko w rzeczach, które ostatnio kupiliśmy. Miał na sobie ciemnoczerwone rurki i jasną koszulkę, z jakimiś napisami, które trudno było mi rozszyfrować. Gęste, kręcone rude włosy związał w wysoką kitkę. Chociaż tak naprawdę zdawałem sobie sprawę z tego, że właściwie to, co ma na sobie, jest bez znaczenia. Przynajmniej dla mnie. Zawsze wyglądał świetnie. Nawet, gdy z samego rana zwlekał się z łóżka i szedł do łazienki, z rozczochranymi włosami, zupełnie zaspany. I tak był wtedy piękny. A to i tak pewnie świadczy o mojej obsesji.
-Zawsze tak mówisz, Mitch- mruknął najwyraźniej niezbyt usatysfakcjonowany, skrzywiwszy się lekko, i podszedł do lustra, oglądając się raz jeszcze z każdej strony- Hm… Ale chyba masz rację… W sensie… Dobrze jest, nie?
-Dobrze- przytaknąłem, pozwalając sobie na kolejne westchnienie, tym razem jednak wyrażające niepokój, nie skrajne uwielbienie- Andy… Nie sądzisz, że… Że powinieneś się ubrać jakoś inaczej?
-Tak, wiem- rudowłosy parsknął cicho i przewrócił oczyma- Wezmę kurtkę. I kozaki. Dam radę, Mitch.
Uśmiechnąłem się wymuszenie. Nie do końca to miałem na myśli. Chodziło mi bardziej o to, czy nie mógłby się ubrać… Mniej wyzywająco. Nie czułem się zbyt dobrze z myślą, że idzie w jakieś miejsce, zapewne pełne różnych innych ludzi, być może o podobnych skłonnościach do jego (lub, co gorsza, moich), ubrany w taki właśnie sposób… Nawet, jeżeli szedł tam tylko potańczyć… Bo szedł tam tylko potańczyć, prawda?
Pobawić się.
Właśnie.
Młodzież się bawi.
… Z udziałem alkoholu, narkotyków, seksu…
Cholera, stop.
Nie jestem jego ojcem, nie będę mu przecież robił wykładów na ten temat.
Andy narzucił na siebie swoją czarną, skórzaną kurtkę i ubrał kozaki, sięgające niewiele poniżej kolana, na niewielkim, fikuśnym obcasie. I nadal wyglądał równie doskonale.
… Naprawdę miałem nadzieję, że ten rodzaj skrajnego uwielbienia jego osoby tyczy się tylko mnie.
-Dobra, to idę- rzucił krótko, ruszając już w kierunku drzwi, ale ja chwyciłem go za ramię, zatrzymując przy sobie na chwilę. Przeniósł na mnie zdumione spojrzenie- Co jest, Mitch?
-Nic… Hm… Po prostu… Nie potrzebujesz pieniędzy?- zapytałem w końcu, sięgając po portfel.
-No… Jeśli chcesz mi dać- odparł Andy, uśmiechając się odrobinę niepewnie, a ja wręczyłem mu dwadzieścia dolarów, czekając na jakiś sygnał, że to być może zbyt mało. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, ile pieniędzy powinienem mu dać, ale czułem się jakoś bezpieczniej ze świadomością, że je ma. Bo… Nie będzie musiał robić niczego nieodpowiedniego. Tak, powiedział, że nie zarabia na ulicy. I tak, powiedział, że ze mną miał być pierwszy raz, swoista próba. Ale wcale nie mogłem być pewien, że nie podjął się kolejnej, prawda? A poza tym, mając pieniądze będzie mógł w razie potrzeby wrócić do domu taksówką lub autobusem czy też coś sobie kupić…
… Narkotyki.
Nie sprzedaje się narkotyków za dwadzieścia dolarów!
Prawda…?
-Dzięki, Mitch- uśmiechnął się pogodnie i uścisnął mnie krótko, a moje serce po raz wtóry tego dnia zabiło znacznie szybciej niż normalnie.
-Wracaj szybko, dobrze?- zapytałem cicho, ośmielony chyba owym gestem, bo zapewne w innych warunkach nie zdobyłbym się na tego rodzaju pouczenie. Chociaż to bardziej przypominało błagalne skamlanie niż rzeczywiste przypominanie mu o naszej umowie.
Andy roześmiał się perliście i skinął głową.
-Jasne, Mitch.

Pierwsza w nocy.
Boże.
Podniosłem się z łóżka, nie mogąc już dłużej wytrzymać. Czekałem na niego do dwudziestej drugiej, pewien, że wróci zgodnie z umową. Nawet do dwudziestej trzeciej. Później położyłem się, z jakąś naiwną nadzieją, że może zasnę i gdy się obudzę, on będzie już na miejscu.
Niestety.
Nie zasnąłem.
Krążyłem przez dłuższą chwilę po sypialni, aż chwyciłem za komórkę, by wybrać numer na policję.
Ale po chwili zawahałem się. Co ja im powiem, do diabła? Przecież nie byłem prawnym opiekunem Andy’ego. Oficjalnie nawet ze mną nie mieszkał. Właściwie biorąc to wszystko pod uwagę, mógł sobie w dowolnym czasie wyjść i nawet nie musiał wracać, jeżeli nie miał na to ochoty. Przerwałem połączenie, odkładając telefon i aż zagryzłem wargi ze zdenerwowania. Co właściwie miałem robić?
Mogłem zaczekać. Po prostu zaczekać, dać mu jeszcze trochę czasu. Kolejną godzinę. Dwie. Ale bałem się. Nie tego, że mógł się gdzieś zasiedzieć, albo że zdecydował się nie wracać. Tego, że może mu się dziać coś złego. Ulice o tej porze nie były bezpieczne. Odetchnąłem płytko, po czym podszedłem do szafy, by wyjąć z niej pierwsze lepsze ubrania. Naciągnąłem na siebie dżinsy i szybko założyłem koszulę, gotów wyjść i go szukać. Gdzie? Nie miałem pojęcia. Żałowałem tego, że nie spytałem, dokąd się wybiera.
Nim jednak desperacko wybiegłem z mieszkania, zdeterminowany obejść całą okolicę, usłyszałem cichy trzask frontowych drzwi. Natychmiast przeszedłem do przedpokoju i od razu ogarnęła mnie ulga.
-Andy!- wykrzyknąłem z taką radością, jakby właśnie co najmniej udało mu się wyjść cało ze śmiertelnego wypadku. Spojrzał na mnie ze zdumieniem.
-Mitch? Nie śpisz jeszcze?
-Ja… Hm…- Boże, czułem się jak kompletny kretyn. I tak też musiałem wyglądać w chaotycznie zapiętej koszuli i jakichś zupełnie niedopasowanych spodniach- Nie. Czekałem na ciebie. To znaczy… Miałeś być chyba przed dziesiątą.
-No i jestem przed dziesiątą- rudowłosy zaśmiał się pogodnie, tak jakby nic się nie stało- Przed dziesiątą rano. Co jest, Mitch?
Podszedłem do niego bliżej, przyglądając mu się uważnie. Jakbym chciał z jego gestów wyczytać, czy aby na pewno wszystko z nim w porządku. Czy nie jest pod wpływem alkoholu albo, co gorsza, narkotyków. Ale on tylko wciąż spoglądał na mnie ze zdumieniem, wyglądając dokładnie tak samo, jak przed wyjściem. Jedynie jego fryzura pozostawała w lekkim nieładzie, bo pasemka niesfornych, rudych włosów zdążyły się już wyswobodzić z gumki, ale prócz tego nie zauważyłem niczego nadzwyczajnego. Może naprawdę całkowicie niesłusznie się o niego martwiłem…? Przecież najwyraźniej świetnie dawał sobie radę. Z pewnością lepiej niż ja.
-Wszystko w porządku?- spróbowałem się jeszcze upewnić.
-Padam z nóg- wyznał Andy z ciężkim westchnieniem, dosłownie rzucając mi się w ramiona. Chwyciłem go w objęcia, odrobinę zdumiony owym gestem- Całą noc tańczyłem. Wszystko mnie boli.
-Połóż się- zaproponowałem, gładząc go lekko po plecach- Musisz być zmęczony.
-Jasne, że jestem…- odparł, wyraźnie wyczerpany- I spragniony. Nalejesz mi czegoś do picia, Mitch?
-Oczywiście. Zrobię herbatę, a ty się połóż- poradziłem mu, wykorzystując jednocześnie ową sytuację, by odsunąć się nieco.
-Mhm… Tak właśnie zrobię. Przyniesiesz…?
Skinąłem głową, uśmiechając się lekko i obserwując, jak zmierza w kierunku swojej sypialni. Ja tymczasem przeszedłem do kuchni i włączyłem czajnik, wyjmując jednocześnie z szafki nad zlewem dwa kubki i wrzucając do nich saszetki z miętą. Gdy woda się zagotowała, zalałem herbatę i chwyciłem kubek, ruszając do pokoju Andy’ego.
-Gotowe- oznajmiłem w progu i zaraz umilkłem, karcąc się w duchu.
Rudowłosy przysnął najwyraźniej, nie zdążywszy się nawet przebrać czy zdjąć butów. Leżał na łóżku, oddychając równomiernie i wyglądając absolutnie uroczo. Uśmiechnąłem się delikatnie z dziwnym rozczuleniem i podszedłem do niego bliżej. W takich momentach moje opory odchodziły na bok. Najzwyczajniej w świecie byłem blisko niego i to wystarczało. Przysiadłem ostrożnie na brzegu łóżka, zdejmując z niego buty i stawiając je na podłodze. Następnie rozpiąłem jego kurtkę i uniosłem go delikatnie, by zsunąć ją z jego ramion.
Wymamrotał coś ledwie słyszalnie, przebudzając się na chwilę.
-Cii…- szepnąłem miękko, układając go z powrotem na pościeli. Natychmiast wtulił się w poduszkę, zasypiając ponownie. Przeszedłem do salonu i wyjąłem z szafy koc, po czym wróciłem i nakryłem nim go dokładnie.
Z cichym westchnieniem przesunąłem delikatnie po pasemkach jego włosów.
To dziwne.
Bardzo dziwne, ale… Chyba nigdy nie czułem się równie bezpieczny. Paradoksalnie.
Pomijając fakt, że jeszcze jakieś pół godziny temu przechodziłem zawał spowodowany lękiem, że coś mu się stało, teraz, wiedząc, że nic mu nie jest, że jest cały i zdrowy, tuż obok, odczuwałem ulgę i wewnętrzny spokój.
Chyba większy niż kiedykolwiek wcześniej.

1 komentarz:

  1. Anonimowy11:50 PM

    mmm...
    końcówka słodka <3

    ed.

    OdpowiedzUsuń