Strony

niedziela, 22 maja 2011

10. Plotkara [Sunrise]

-O mój Boże Josh!- Jenna bezceremonialnie rzuciła mi się na szyję- Rany, tak się cieszę, że nic ci nie jest i w ogóle usłyszałam o tym wszystkim i byłam taka przerażona, naprawdę myślałam, że możecie z tego nie wyjść, ale jednak...
-Jenna- Jack odciągnął ją delikatnie za ramię- Daj mu odetchnąć.
-Byliście już u Katy?- zapytałem z lekkim uśmiechem, widząc ich drobną szarpaninę.
-Nie, czekaliśmy na ciebie- odpowiedział Jack.
Weszliśmy razem do szpitala i zatrzymaliśmy się przy recepcji. Za biurkiem siedziała kobieta o siwych włosach, upiętych w kok na czubku głowy. Widząc nas zmrużyła oczy z lekką irytacją. Przejechała palcem po kartce leżącej na biurku i odłożyła ją do szuflady, nadal nie spuszczając nas z oczu.
-Dzień dobry- zagadnąłem uprzejmie- Chcielibyśmy odwiedzić przyjaciółkę.
-Nazwisko?- zapytała sucho pielęgniarka.
-Doyle. Katy Doyle- dodałem prędko
-Nie jesteście z rodziny, prawda?- zmierzyła nas ostrym spojrzeniem.
-Eee...
-W takim razie nie możecie wejść- oświadczyła stanowczo.
-Ale jesteśmy jej przyjaciółmi!- zaprotestowała Jenna- To prawie jak rodzina!
-A zatem możecie się czuć PRAWIE wpuszczeni.
-Możemy się chociaż dowiedzieć co z nią?
-Proszę skontaktować się z jej rodziną- odparła i natychmiast zajęła się rozmową przez telefon.
Odeszliśmy na kilka kroków od lady.
-A to podła, wredna...- zaczęła Jenna, ale na całe szczęście usłyszeliśmy głos:
-Panie Carter?
Odwróciłem się w stronę doktora Halla, który przyglądał się całej scenie z lekkim zdziwieniem.
-Wszystko w porządku?
-Chcieliśmy odwiedzić Katy- wyjaśniłem z ciężkim westchnieniem.
-To miły gest- stwierdził, dostrzegając kwiaty w dłoniach Jacka- To nie powinien być problem. Margaret!
Gburowata pielęgniarka spojrzała w naszą stronę.
-Wskaż proszę panu Carterowi i jego znajomym salę w której leży Katherine Doyle.
-Panie doktorze!- obruszyła się kobieta- Stanowczo nalegam na przestrzeganie zasad szpitala, a te wyraźnie mówią, że odwiedziny w salach dla osób, które uległy ciężkim wypadkom...
-Znam zasady, Margaret- przerwał jej doktor Hall- Katherine jest jednak w doskonałym stanie i nie widzę żadnych przeciwwskazań.
-Ale...
-Proszę- powiedział z czarującym uśmiechem, chociaż w jego głosie wyraźnie było czuć nutkę stanowczości.
Recepcjonistka fuknęła coś złowrogo pod nosem, po czym burknęła z niechęcią:
-Sala 303. Drugie piętro.
Podziękowaliśmy uprzejmie i ruszyliśmy we wskazanym kierunku.
-Niezłe ciacho z tego doktora- zachichotała cicho Jenna, po czym spojrzała na mnie z powagą i zapytała- Jak to się w ogóle stało, co?
-Eee... Co?
-No wiesz. Ten wypadek z Katy.
-No nie wiem może terma była popsuta czy coś...- mruknąłem, modląc się w duchu, żeby rzeczywiście o to pytała, ale niestety myliłem się.
-Nie o to pytam. Jak w ogóle się tam znalazłeś?
-Poszedłem.
-Nigdy nam nie mówiła, że odwiedza jakąś babcię- zauważyła brunetka- Dlaczego tobie powiedziała?
Zadawała zdecydowanie zbyt wiele niewygodnych pytań. Co z tego, jeżeli teraz skłamię, że doskonale o tym wiedziałem, skoro Katy za chwilę sama wszystkiemu zaprzeczy? Milczałem chmurnie, zastanawiając się nad jakąś zadowalającą ją odpowiedzią, ale nie mogłem niczego wymyślić. Na szczęście już po chwili dotarliśmy do właściwej sali.
-Emm... Hmm... Ja... Skoczę do toalety, co?- zaproponowała niespodziewanie Jenna i zanim którykolwiek z nas zdołał coś powiedzieć, odeszła.
-Czekamy na nią?- zapytał nieco niepewnie Jack.
-Wchodzimy- zdecydowałem, otwierając drzwi.
-Josh! Jack!- krzyknęła radośnie Katy na nasz widok- Siadajcie!
-Hej- odetchnąłem z ulgą. Wyglądała naprawdę dobrze. Siedziała na szpitalnym łóżku i uśmiechała się radośnie. Tuż obok leżała niezwykle wysoka dziewczyna o krótkich czerwonych włosach z licznymi kolczykami na twarzy. Na uszy założone miała duże słuchawki i najwyraźniej w ogóle nie zwróciła uwagi na nasze przyjście.
-To Felice- powiedziała, widząc nasze nieco zaskoczone spojrzenia, a kiedy usiedliśmy wokół jej łóżka dodała cicho- Jest spoko, chociaż zachowuje się dosyć dziwacznie. Chciała wyskoczyć przez okno, bo doktor Rivera zabronił jej używać kosmetyków na czas pobytu tutaj. Mimo wszystko fajnie się z nią gada. A to...- dodała, wskazując na przeciwne łóżko- Jest Rachel.
Zerknąłem dyskretnie w stronę niezauważonej przeze mnie wcześniej dziewczyny. Była przerażająco chuda, blada i z zaciętym spojrzeniem wpatrywała się w sufit, całkowicie ignorując naszą obecność.
-Ona zachowuje się jak kompletna wariatka- wymamrotała Katy ledwo słyszalnie- Teraz dali jej chyba jakieś leki, ale jak się wczoraj obudziłam to strasznie wrzeszczała i klęła. Aż strach było spać z nią w jednej sali. Nie do końca wiem co jej jest... Podejrzewam, że ma anemię, albo anoreksję, bo pielęgniarka wyprowadza ją zawsze w porze karmienia do osobnego pomieszczenia, ale mogę się mylić.
-A ona?- Jack wskazał na Felice.
-A ona chyba brała udział w jakiejś bójce ulicznej. Tak mi się wydaje, bo ma połamane żebra, ale nie chce nic mówić.
-I nie ma się co dziwić- parsknęła czerwonowłosa, a my aż podskoczyliśmy ze zdziwienia.
-Umm... Wybacz, Felice!- zaśmiała się Katy.
-Spoko. Rivera gdzie u licha jest mój tusz?!- wrzasnęła, po czym podniosła się z łóżka i wyszła z sali.
-Coś jak wariatkowo- zauważył Jack, mocno wstrząśnięty.
-Taa... Coś w ten deseń- Katy uśmiechnęła się nieco wymuszenie- Ale lepsze takie wariatkowo niż nic, prawda?
-Racja- zgodził się cicho Jack- Cieszę się, że nic ci nie jest.
Dziewczyna rozpromieniła się na te słowa.
-Josh muszę ci tak strasznie podziękować! Gdyby nie ty już bym nie żyła.
"Gdyby nie Amadeusz" - uściśliłem w myślach.
-Nie ma za co- zaśmiałem się nerwowo.
-No nie w ogóle! Naprawdę Josh, nie bądź taki skromny. To ty mnie stamtąd wyciągnąłeś.
-Niby- odparłem nieco niechętnie mając zamiar jak najszybciej zakończyć ów temat.
-Josh... A tak właściwie skąd wiedziałeś?- zapytała- No wiesz... Znaczy nigdy nie mówiłam wam o mojej babce, a tu nagle... Zastanawiam się od samego początku jakim cudem się tam znalazłeś!
-Eee... Hm... No nie wiem... Po prostu miałem takie przeczucie. Znaczy widziałem kiedyś... Jak tam wchodziłaś... Czy coś...- czułem, że gadam coraz większe głupoty.
-Przeczucie?- powtórzyła z zaskoczeniem.
-N-no...
-Coś jak szósty zmysł- zaśmiała się wesoło- Fajnie.
Odetchnąłem w duchu. Katy nie była na szczęście ani w połowie tak dociekliwa jak Jenna i jak widać takie wyjaśnienie było dla niej wystarczające.
-To w ogóle było dość dziwne, nie? Znaczy doktor mówi, że miałam ogromne szczęście. Najpierw ty, a potem ten rozbity odtwarzacz. Co prawda jestem wściekła, bo wydałam na niego całe oszczędności, ale dzięki temu nas znaleźli!
-To brzmi jak cud- zaśmiał się cicho Jack.
Niee... To raczej brzmi jak demon. Przegryzłem wargi. Gdybym mógł im powiedzieć... Ale wiedziałem, że nawet jeżeli mi uwierzą, co i tak jest cholernie mało prawdopodobne to na pewno Amadeusz nie będzie zachwycony z takiego obrotu sprawy.
-Hmm... A gdzie Jenna?- zmieniłem temat.
-Jenna?- zapytała ostro Katy.
W tym momencie w drzwiach pojawiła się brunetka i z dziwnie skruszoną miną, zatrzymała się przy nas.
-Cześć Kat- powiedziała niepewnie.
-Cześć- odparła opryskliwie- I co? Przyszłaś się ponabijać?
-Oj... No weź no... Przecież nie zrobiłam tego celowo...
-Och skądże- prychnęła ze złością- Już zdążyłam zauważyć, że to twój przykry odruch.
Spojrzałem na Jacka pytająco, ale wydawał się być równie zaskoczony co ja. Co prawda Jenna i Katy naturalnie nie pałały do siebie sympatią, ale jednak to nie było normalne.
-Ponabijać?- powtórzył Jack z lekkim zaskoczeniem.
-E tam, ona przesadza- Jenna machnęła dłonią, śmiejąc się nerwowo- Hmm... Co tam, Katy?
-Cudnie!- syknęła- Niewiele brakowało, a by mnie już nie było, ale cóóóóż, ciebie by to pewnie cieszyło, co?
-Nic takiego nie powiedziałam!- krzyknęła brunetka z oburzeniem.
-Nie musiałaś mówić, widać jakie masz do mnie zamiary!
-Przestań histeryzować! Nic przecież nie zrobiłam!
-Oczywiście, że nie, ależ skąd- skwitowała ironicznie Katy, krzyżując ręce na piersiach- Po co przyszłaś? Bo chyba nie na miłą pogawędkę?
-Sprawdzić jak się czujesz- mruknęła Jenna.
-Widzisz już, że cudownie! Coś jeszcze?
Brunetka jedynie pokręciła głową, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła bez słowa.
-Jenna!- krzyknął za nią Jack, ale nie zareagowała. Minęła się w drzwiach z wchodzącą do pomieszczenia Felice, a ta obejrzała się za nią krytycznie.
-Pójdę zobaczyć o co chodzi- mruknął niepewnie Jack, najwyraźniej skrępowany obecnością dziewczyny i również opuścił salę.
Katy odetchnęła głęboko i wysiliła się na uśmiech:
-No i co tam powiesz Josh?
-To ta plotkarska małpa?- zapytała Felice, spoglądając na rudowłosą pytająco.
-Że co?- zapytałem ze zdziwieniem- O co właściwie chodzi?
-Och Josh, ja po prostu nie mogę z nią wytrzymać!- wybuchnęła Katy- Kiedy nie ma was w szkole jest całkowicie nie do zniesienia! W waszej obecności przynajmniej się hamuje i ogólnie zachowuje się dość normalnie, ale kiedy zostaje ze mną sama cały czas mi dogryza. Nie mówię, że ja jestem w tej kwestii święta- powiedziała, widząc moje krytyczne spojrzenie. W końcu to zazwyczaj Katy prowokowała wszelkie kłótnie- Ale chodzi o to, że rzuca jakieś uwagi dotyczące Jacka, bo doskonale wie, że mnie to zirytuje. Próbuje mnie swatać z różnymi swoimi kolegami i po co to? Żeby sprzątnąć mi go z przed nosa!
-Katy...- mruknąłem, kręcąc głową bez przekonania- Nie sądzę, żeby ona...
-Ale najgorszy numer odwaliła na koniec!- przerwała mi dziewczyna- Po prostu bez żadnych oporów wygadała wszystko tej całej Cynthii, a ona powtórzyła koleżankom i teraz cała szkoła o tym huczy, chociaż właściwie nie pozwoliłeś i...
-Zaraz, zaraz... Co wygadała?- zapytałem z niepokojem.
-No to co się zdarzyło między tobą a Ricky'm!- wykrzyknęła i jej spojrzenie powędrowało na chwilę w stronę siedzącej niedaleko Felice, która przysłuchiwała się temu z uwagą- Emm... No sam wiesz o co chodzi. Przepraszam!- dodała natychmiast widząc moją skwaszoną minę- Zanim się zorientowałam było już po wszystkim, nie zdążyłam jej powstrzymać!
-Nie przejmuj się Katy- wycedziłem przez zęby, w duchu knując plan okrutnego mordu na Jennie- Nic wielkiego się nie stało.
Ciekawe jaką miłą wiadomość znajdę tym razem na sekretarce...
-Przepraszam- wymamrotała raz jeszcze.
-Nie szkodzi, Katy, to naprawdę nie jest twoja wina. Kiedy wychodzisz?
-Nie wiem, doktor mówi, że nie wcześniej niż za trzy dni, a to i tak zależy. Przyjdziesz jutro, czy jesteś aż tak bardzo wściekły?- wykrzywiła smętnie wargi.
-Naprawdę się nie gniewam- wysiliłem się na uśmiech, chociaż wewnątrz niemalże gotowałem się ze złości- Oczywiście, że przyjdę.

-Jestem!- krzyknąłem niemalże z przyzwyczajenia na wejściu.
-Żywy?- odkrzyknął Amadeusz z drugiego pokoju.
-Bardzo zabawne- odparłem, jednocześnie z lekkim zaskoczeniem. Zazwyczaj chwilę po moim wejściu do mieszkania, pojawiał się tuż obok mnie. Zajrzałem z ciekawością do sypialni. Amadeusz leżał wygodnie na łóżku i trzymał w dłoni książkę, najwyraźniej pogrążony w lekturze.
-Czytasz?- uniosłem brwi.
-Mhm...- odmruknął, nie odrywając się od książki.
-Dziwne- zaśmiałem się cicho- Myślałem, że demony mają lepsze rzeczy do roboty niż... Ej! Czy to nie jest mój podręcznik od fizyki?!
-Tak, a co?- spojrzał na mnie przelotnie- To bardzo interesujące.
-Pozwolisz, że tego nie skomentuję- oświadczyłem kwaśno.
-To dziwne jak ludzie za pomocą kilku obliczeń usiłują sobie wyjaśnić wszystko co się wokół nich dzieje, prawda?- kontynuował, powracając do tekstu.
-Może dla ciebie- mruknąłem grobowo, siadając obok niego- Dla mnie to smutna konieczność. A bez tych obliczeń moje życie byłoby dużo, dużo prostsze.
-Tak samo jak i bez demona na karku, prawda?- wyburczał dziwnie chmurnym tonem, nie odrywając się od tekstu.
-O co ci znowu chodzi?- zmarszczyłem brwi, spoglądając na niego niepewnie.
-Co z Katy?- zmienił błyskawicznie temat.
-Jest okej. Czemu właściwie pytasz, co?- zachichotałem, odgarniając włosy z jego szyi i składając na niej pocałunek- Sam przecież możesz sprawdzić.
Ponownie się nachmurzył i wzruszył ramionami.
Słowo daję, że kompletnie go nie rozumiem.
-Pójdziesz ze mną jutro?- zagadnąłem po dłużej chwili.
-Myślałem, że nie przepadasz za tym, kiedy "włóczę się za tobą"- stwierdził ponuro.
-No cóż...- chrząknąłem zmieszany jego niecodziennym zachowaniem, obejmując go za szyję- Powiedzmy, że powoli się przyzwyczajam.
-Kiedy ją wypuszczą?
-Pewnie niedługo.
-Więc po prostu jutro nie idź- odłożył książkę na bok i spojrzał na mnie z uwagą.
-Niby czemu?- prychnąłem, odsuwając się- Nie zostawię jej tam w towarzystwie tych wariatek- wzdrygnąłem się lekko na wspomnienie przerażająco chudej Rachel.
-Daj spokój. Nic jej nie będzie.
-W to nie wątpię. Z twoimi przeczuciami w razie czego o wszystkim bym wiedział...
-Moje przeczucia przy tobie wariują- jęknął cierpiętniczo- Tak jakbyś ciągle pakował się w jakieś kłopoty...
-Ach... Cóż...
-Cóż?- powtórzył Amadeusz, przyglądając mi się podejrzliwie- Co ty znowu nawyrabiałeś, co?
-Nic- odparłem natychmiast, ale zanim zdążyłem go powstrzymać, wyciągnął rękę i nacisnął czerwony guzik na sekretarce.
-Słuchaj ty cholerna dziwko, nie żartowałem, rozumiesz?!- przymknąłem oczy słysząc napastliwy głos Ricky'ego- Jak śmiałeś to wygadać?! Albo to natychmiast wycofasz, albo tego pożałujesz! Zobaczysz jak cię dopadnę to...
Amadeusz wyszarpnął kabel z telefonu, klnąc pod nosem.
-Czy ty jesteś nienormalny?!- wrzasnął, chwytając mnie za ramiona- Komu znowu powiedziałeś, co?!
-Nikomu!- zaprotestowałem gwałtownie- To w ogóle nie ja! Jenna się sypnęła.
-Świetnie!- prychnął- W takim bądź razie nigdzie jutro nie idziesz.
-Słucham?!
-Powtórzyć?
-To nie twój interes gdzie chodzę! Przestań się zabawiać w moją matkę!
-Twoja matka nie spełnia swoich obowiązków rodzicielskich- odparł z niewinną miną- Dlatego muszę ją w pewnych kwestiach wyręczać zanim sam się zabijesz.
-Przestań pieprzyć! Myślisz, że potrzebuje twojej zasranej zgody na wyjście z domu?!
-Myślę, że nie doceniasz moich możliwości- wycedził przez zęby.
Spojrzałem na niego z frustracją.
-Więc chodź ze mną!
-Nie.
-Bo co?- prychnąłem, widząc jego niespotykany wręcz jak do tej pory opór.
-Bo... Bo nie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć.
-Więc ja nie muszę się ciebie słuchać!- odparłem, pocierając skronie z irytacją.
-Raczej nie masz wyboru- zaśmiał się cicho.
Syknąłem ze złości i ruszyłem energicznie w kierunku wyjścia jednocześnie zahaczając niechcący o stolik nocny, a on wraz z całą zawartością przewrócił się na posadzkę.
-I widzisz Josh?- w progu pojawił się Amadeusz- Ty nawet nie potrzebujesz demona, sam sobie wszystko rozwalasz.
-Słuchaj uważnie...- wysiliłem się na spokojny ton- Muszę iść do Katy, bo jej to obiecałem.
-Och, obiecałeś mi też, że nie będziesz rozmawiał z Ricky'm... Nie powinna być bardziej rozczarowana niż ja.
-Nie bądź złośliwy...- spojrzałem na niego błagalnie- Pokłóciła się z Jenną, a Jack sam z siebie się nie ruszy... Nie dobrze jest, żeby siedziała tam sama przez cały dzień.
Wpatrywał się we mnie chmurnie przez dłuższą chwilę.
-Przecież jak pójdziesz ze mną to nic wielkiego mi się nie stanie!
-Tak, ostatnio też nic wielkiego nie miało ci się stać- mruknął pod nosem.
-Przestań- wywróciłem oczami- Szpital jest w centrum, naokoło jest pełno ludzi...
-Na tej dyskotece też było pełno ludzi! Więc to dość nietrafione argumenty- syknął ze złością.
-Ale to jest centrum miasta u licha! A nie klub pełen narwanych nastolatków! Nic mi nie będzie!
Kręcił głową najwyraźniej nieprzekonany. Wtuliłem się w niego bez słowa.
-Nie rób...- mruknął szorstko, ale jednocześnie objął mnie ramionami- Czemu ty bez przerwy ładujesz się w jakieś kłopoty, co?
-Nie moja wina- mruknąłem bezradnie- Samo tak jakoś wychodzi.
-Nie pocieszasz mnie.
Cmoknąłem go w usta. Na jego twarzy pojawił się lekko zauważalny uśmieszek.
-Nie będzie tak łatwo, Josh- powiedział, siląc się na poważny ton.
-Nie?- udałem zdziwienie.
-Nie- zaśmiał się cicho, pozwalając mi na kolejny, tym razem bardziej odważny pocałunek. Oparłem dłonie na jego torsie, a on objął mnie wokół pasa, ale już po chwili odsunął mnie od siebie gwałtownie. Zamrugałem oczyma ze zdziwieniem.
-Wysuwasz zdecydowanie zbyt powalające argumenty... Coś czuję, że z tobą nie wygram- westchnął cierpiętniczo.
-To oznacza: "Tak, możesz iść"?
-Raczej: "Pilnuj się Joshu Carter, albo dopadnę cię zanim Rick to zrobi"- wycedził przez zęby, po chwili ponownie wysilając się na uśmiech- Zrozumiałeś?
-Co się z tobą ostatnio dzieje, co?
-Phf... Nic- nachmurzył się wyraźnie- Kompletnie nic.
Jakoś nie chcę mi się w to wierzyć. Szczególnie, że powlókł się do pokoju z niewesołą miną i ponownie zabrał się za mój podręcznik... Co nie było normalne. Zdecydowanie nie. Zazwyczaj pewnie rzucił by mnie na łóżko i zabrał by się za mnie...
Nie żeby mnie to cokolwiek obchodziło...
... Bo nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz