Strony

niedziela, 22 maja 2011

11. Potwór [Sunrise]

-To nie jest dobry pomysł- stwierdził ni z tego ni z owego Amadeusz.
Posłałem mu krytyczne spojrzenie, kręcąc z niedowierzaniem głową. Do cholery! Co mu znowu odbiło?!
-Lepiej wracajmy- dodał, patrząc na mnie błagalnie.
-Chyba żartujesz- wycedziłem przez zęby. Na szczęście numer z telefonem komórkowym był o tyle skuteczny, że ludzie nie patrzyli na mnie jak na wariata kiedy z nim rozmawiałem... Ciągle jednak zdarzało mi się zbyt gwałtownie odwrócić w jego stronę, co idących za mną, przechodniów wprawiało w osłupienie.
-Nie, mówię serio, no naprawdę, Josh, chodź!- szarpnął mnie za ramię, wywołując u mnie stan bliski skrajnej nerwicy.
-Niby dlaczego?!
-Nie lubię szpitali- mruknął ponuro.
Nie no... Ja tu z nim zwariuje.
O ile już nie zwariowałem...
-I co jeszcze, co?- zadrwiłem- Może mi powiesz, że demony cierpią na hemofobię?
-Nie, ale... Och Josh no wracaaaajmy!- jęknął przeciągle, nie przestając mnie szarpać- Katy poradzi sobie bez ciebie.
-Jesteś najbardziej egoistycznym stworzeniem jakie spotkałem, wiesz?!- fuknąłem na niego. Może wyłączając Ricky'ego. I moich rodziców. I w sumie martwił się o mnie dużo bardziej niż Jenna, Katy i Jack razem wzięci... Co nie było specjalnie pocieszające.
Milczał, raz po raz posyłając mi pełne rozżalenia spojrzenia.
-No dobra, może przesadziłem- oświadczyłem ugodowo- Powiedzmy, że...
Ale w tym momencie Amadeusz skoczył mi na plecy.
-Wracajmy!- krzyknął, chwytając mnie za szyję.
-Khhh.... Amadeusz! ZŁAŹ!

-Dzięki, naprawdę- mruknąłem, pocierając obolałą szyję- Mało co mnie nie udusiłeś, ale rozumiem, że chcesz ułatwić Ricky'emu ewentualną robotę- uśmiechnąłem się kwaśno, ale widząc jego smętną minę zrobiło mi się przykro- Ej... No co się z tobą dzieje, hm?
Wzruszył ramionami i prychnął cicho, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem i ruszyłem w kierunku drzwi. Zatrzymałem się tuż za progiem i rzuciłem ukradkowe spojrzenie w kierunku demona, ale jak mogłem się spodziewać już go nie było.
Westchnąłem ciężko. Ruszyłem w kierunku sali Katy zastanawiając się co go u licha ugryzło. Nie uchodzę co prawda za znawcę demonów, ale jednak był taki... Dziwnie irytujący! Raz zachowywał się jakby się o mnie martwił, chwilę później jakbym był mu zupełnie obojętny, a potem czuję się jakbym miał na głowie rozpieszczonego dzieciaka! Uch, skąd u licha mogłem wiedzieć o co mu tak naprawdę chodzi?! Nie byłem przecież jasnowidzem! I to jego oschłe zachowanie względem mnie...
Nie żeby mi to przeszkadzało.
Bo nie.
...
Ani trochę.
Mimo to widok demona mruczącego do siebie: "Przecież nic się nie stanie, nic nie może się wydarzyć", jest dość podejrzany. Szczególnie, że miałem nieodparte wrażenie iż ma to niewiele związku ze mną i Ricky'm. W końcu w takim wypadku nie opuszczałby mnie na krok jak to zdarzało mu się już wiele razy wcześniej.
Zresztą skąd u licha może to wiedzieć?
Nie znam się na demonach.
Właściwie to nawet na ludziach znam się słabo...
Co widać po moich kontaktach z Ricky'm...
Pokręciłem głową, jakbym chciał odgonić ponure myśli, po czym wszedłem do sali Katy. Rudowłosa pomachała mi smętnie z drugiego końca sali.
-Co jest?- zapytałem ze zdziwieniem, ruszając w jej stronę, ale zatrzymałem się w pół kroku, widząc starszą kobietę, która siedziała tuż przy jej łóżku. Skierowała na mnie surowe spojrzenie.
-Dzień dobry- przywitała się ze mną dość oschle.
-Cześć Jack!- wykrzyknęła niespodziewanie Katy, a ja spojrzałem na nią z osłupieniem. Że niby jak?!
-Och- oblicze staruszki pojaśniało momentalnie- A więc to ten chłopiec o którym tak ciągle opowiadasz, tak? Miło cię poznać. Jack Fox, prawda?
-Yyy...- odparłem inteligentnie, czując się kompletnie ogłupiały.
-Znam twojego ojca- zagruchała przymilnie- Rozmawiałam z nim kilka razy, bardzo czarujący człowiek... Nie mieszkasz z nim, prawda? A czym zajmuje się twoja mama, kochanie?
Przeniosłem wzrok na Katy, wpatrując się w nią wstrząśnięty. Dziewczyna wzruszyła bezradnie ramionami i wbiła skruszony wzrok w pościel.
-Nie jesteś zbyt podobny do ojca- zmarszczyła brwi, przyglądając mi się z uwagą, po czym wysiliła się na uśmiech- Ale oczywiście nie można dziedziczyć tylko dobrych cech... Cieszę się w każdym bądź razie, że Katy ma takich interesujących znajomych w porównaniu...
-Babciu!- syknęła rudowłosa ze zgrozą- Przestań natychmiast!
-Ależ kochanie, to nie moja wina, że zadajesz się z włamywaczami i ćpunami?
Ćpunami? Włamywaczami?
-Josh nie jest żadnym ćpunem! Uratował mi życie!
Teraz dopiero poczułem się dziwnie. Co? Ja? Ćpunem? Włamywaczem? Co? Co? CO?!
Osunąłem się na krzesło, przysłuchując ich rozmowie z osłupieniem.
-Uratował, nie uratował!- pani Doyle prychnęła i machnęła niedbale dłonią- To nie jest dla ciebie dobre towarzystwo. Szczególnie, że to pedał.
-Gej, babciu!- warknęła dziewczyna- Gej!
-Jakby to nie było jedno i to samo- jęknęła ze zgrozą, po czym przeniosła spojrzenie na mnie- Pewnie wiesz co się wydarzyło mojej wnuczce, prawda? A słyszałeś o tym, że...
-Nie, babciu! Jack nie będzie słuchał twoich idiotycznych plotek!- krzyknęła rudowłosa- I chcę z nim zostać sam na sam.
Staruszka spojrzała na nią z oburzeniem, ale wstała i ruszyła w kierunku wyjścia. Dopiero kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwi, które sygnalizowało jej wyjście, ośmieliłem się baknąć:
-O co chodzi?
-Przepraszam- jęknęła głucho- Jest koszmarna, wiem. Nazwałam cię Jack, bo wiedziałam, że jeżeli by się dowiedziała kim jesteś to zrobiłaby ci straszną aferę.
-A... Ale czemu?
-Przykro mi Josh... Jest strasznie uprzedzona. Nic jej nie obchodzi to, że uratowałeś mi życie. Stara homofobka- pokręciła głową z niedowierzaniem- I oczywiście nasze kochane, uprzejme sąsiadki od razu były skłonne wymyślić na twój temat kilka baaardzo nieprzychylnych plotek. Co za idiotyzm!
-Eee... Nie rozumiem- przyznałem- Dlaczego twoja babka... To znaczy, ona mnie wtedy widziała? W tym mieszkaniu, prawda?
-Nie wiem- przyznała z ociąganiem Katy- Chyba nie. Od razu wybiegła do sąsiadów, pewnie się przestraszyła. Widzisz, nawet nie chciała mi pomóc- westchnęła głęboko ze zbolałą miną- W każdym bądź razie wolę to, niż żeby urządzała ci jakieś dzikie afery. Chyba się nie dziwisz dlaczego jej wam nie przedstawiłam, prawda?
-No... Niezupełnie- odparłem z lekkim ociąganiem, bo w tym momencie moje spojrzenie padło na Amadeusza opierającego się o przeciwległą ścianę.
-Wychodzimy- warknął, przyuważając moje spojrzenie.
Sapnąłem ze złością. Czemu u licha musiał być taki uparty?! Zignorowałem jego słowa i uśmiechnąłem się nieco blado do Katy.
-Co powiesz?
-Josh ja nie żartuję!- syknął spanikowany demon. Odwróciłem się w jego stronę ze zdziwieniem.
-Chodź, no proszę, chodź!- nie ruszył się z miejsca, posyłając mi rozpaczliwe spojrzenie.
O co mogło mu właściwie chodzić? Przez chwilę wydawało mi się, że może zwyczajnie próbuje mnie zaciągnąć do domu, ale jednak takie coś zdecydowanie nie było normalnym zachowaniem. O ile w ogóle zachowywał się normalnie...
-Josh, słuchasz mnie?
-Eeem...- przeniosłem spojrzenie na Katy- Hmm...
-Mówiłam, że wypisali Felice, wiedziałeś?
-N-nie...- baknąłem- Wiesz Katy, będę już spadał.
-Już?- zapytałam ze zdziwieniem, po czym wyraźnie posmutniała- To przez moją babkę, prawda?
-Nie, oczywiście, że nie- zaprotestowałem- Po prostu nie czuję się najlepiej.
-Zostań, zaraz naleję ci szklanki wody, czy coś!- zaproponowała natychmiast.
-Josh, pospiesz się do licha!
-To nie jest dobry pomysł Katy- odparłem wymijająco, wstając powoli- Naprawdę wolałbym już... Znaleźć się w domu.
-Och- mruknęła z wyraźnym rozczarowaniem- Skoro tak mówisz...
-JOSH!
Ale w tym momencie rozległ się dziwny, przeszywający wręcz krzyk. Odwróciłem się z przerażeniem w tamtą stronę. O przeciwne łóżko opierała się Rachel, wrzeszcząc niemiłosiernie. Chwyciła się za długie, rude włosy, szarpiąc je i zalewając się łzami.
-ZABIERZCIE GO STĄD! ZABIERZCIE!- osunęła się na kolana.
-Josh! Josh trzeba kogoś zawołać, słyszysz?!- Katy chwyciła mnie za ramię, a ja posłusznie ruszyłem w kierunku drzwi, ale zatrzymałem się z przerażeniem.
Na przeciwko mnie stała najprawdopodobniej najbardziej przerażająca istota jaką kiedykolwiek widziałem. Na pierwszy rzut oka przypominał człowieka, jednak jego pożółkła skóra, która miejscami zdawała się odchodzić płatami od ciała i nienaturalnie powyginane kończyny przywodziły raczej na myśl potwora z horroru. Teraz jednak, ten horror rozgrywał się w rzeczywistości. W mojej rzeczywistości. Spojrzałem na twarz mężczyzny. Prawie całkowicie przesłaniały ją ciemne, splątane włosy. Błysk krwistoczerwonych oczu napełnił mnie paniką. Chciałem krzyczeć, lecz głos uwiązł mi w gardle. Wtedy z plątaniny włosów potwora wypełznął ogromny wąż, sycząc złowrogo i oplatając się wokół jego szyi.
Nie mogło trwać to długo, chociaż mnie zdawało się, jakbym wpatrywał się w niego całą wieczność. Już po chwili do pomieszczenia wpadł doktor w otoczeniu kilku pielęgniarek, chwytając miotającą się dziewczynę i przygważdżając ją do łóżka. W tym całym rozgardiaszu nikt prócz Katy nie zwrócił na mnie uwagi.
-Josh co ci jest?- dziewczyna dotknęła lekko mojego ramienia. Podskoczyłem spanikowany, odsuwając się od niej gwałtownie. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Kiedy odwróciłem się w stronę owej kreatury, nikogo tam nie było. Wymamrotałem niewyraźne przeprosiny i ruszyłem przed siebie. A więc przed tym kimś chciał mnie ostrzec Amadeusz! Dlatego nie chciał, żebym tu był!

Oczywiście. Kiedy dotarłem do mieszkania byłem już pewien. Pewien, że obcym ze szpitala był demon. To takie oczywiste! Dlatego tylko ja go widziałem! No... Może nie tylko ja. Właściwie Rachel również, co było dosyć dziwne. Zdecydowanie musiałem wypytać o to Amadeusza. No i chyba go przeprosić... W końcu znowu miał powód, żeby mnie stamtąd zabrać, a ja jak zwykle potraktowałem go niepoważnie. Dziwiło mnie jedynie to, że owe spotkanie pozostawiło po sobie dużo więcej podejrzanej ciekawości niż strachu. Spotkać innego demona... To było coś.
Ledwie jednak wszedłem do sypialni, a zauważyłem, że Amadeusz nie jest tym bynajmniej zachwycony. O ile "nie zachwycony" było w tym wypadku właściwym określeniem. Leżał na łóżku, wpatrując się ponuro w sufit. Nawet się nie podniósł, kiedy wszedłem do pomieszczenia.
-Cześć- mruknąłem niepewnie, zastanawiając się, czy jego "bojowy" nastrój minął.
Podniósł się na łokciach i zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem.
-Cz... Cześć- baknął niepewnie, przegryzając wargi.
-Hmmm... Możemy pogadać?- zapytałem, przyglądając mu się z uwagą.
-Chyba musimy- skwitował z ciężkim westchnieniem, siadając powoli.
-Em... Przepraszam- powiedziałem na dobry początek, obserwując jego ewentualną reakcję. Wpatrywał się we mnie z kompletnym osłupieniem.
-Przepraszasz?- powtórzył, patrząc na mnie jak na wariata- Za co ty mnie znowu u licha przepraszasz?
-Że cię nie posłuchałem. No wiesz, z tym szpitalem. Nie wiedziałem, że będzie tam demon.
Pokręcił głową z niezrozumieniem, wbijając we mnie zaskoczone spojrzenie.
-Co?
-No demon- powiedziałem, sam zaczynając się zastanawiać. Może on wcale o tym nie wiedział?- Kiedy opuściłeś salę był tam inny demon. Znaczy tak mi się wydaje. Bo nie widział go nikt prócz mnie i Rachel, ale właściwie...
-Josh, nikogo tam nie było- Amadeusz westchnął ciężko, pocierając skronie.
-Oczywiście, że był. Może nie widziałeś, ale...
-Nie spotkałeś innego demona- powiedział stanowczo.
-Więc kto to niby był, co?- fuknąłem- Był straszny. Przerażający, no nie wiem, zupełnie inny niż ty. Co prawda nie tak wyobrażam sobie demony, ale jednak...
Drgnął lekko, wbijając wzrok w podłogę.
Usiadłem obok niego, wciąż nie mogąc się nadziwić jego zachowaniu. Przegryzłem wargi, przypatrując się mu z uwagą.
-Coś nie tak?- zapytałem, zastanawiając się czy dobrze zrobiłem, że wspomniałem przy nim o innym demonie.
-Josh tam nie było żadnego innego demona... To byłem ja.
-Nie- odparłem ze śmiechem- Wiem, że tam byłeś. Chodzi mi o to, że tuż po tym, jak zniknąłeś pojawił się tam ktoś inny.
-Josh do jasnej cholery!- syknął ze złością, chwytając mnie za ramiona- Masz jakiś problem z kojarzeniem faktów, czy jak?!
-O co ci chodzi...?- mruknąłem niepewnie.
-O to, że przez cały ten czas byłem tam tylko i wyłącznie ja!
-N... Nie rozumiem- baknąłem, wpatrując się w niego z przerażeniem- Ale ja widziałem... To znaczy tam był ktoś inny... Wyglądał jak potwór naprawdę, słowo daję!
-No co ty nie powiesz...- westchnął głęboko.
-Ty chyba nie chcesz mi powiedzieć...- zacząłem, wpatrując się w niego z rosnącym napięciem.
-Tak, właśnie to chcę ci powiedzieć. To byłem ja.
-Nie, to nie byłeś ty!- zaprzeczyłem ze złością, po raz kolejny tego dnia czując, że kompletnie nic z tego nie rozumiem.
-Tak, Josh, to byłem ja!- odparł wyraźnie zirytowany- Nie zawsze wyglądam... Tak jak teraz.
-J... Jak to?
-Po prostu... To nie jest zależne ode mnie.
-Co nie jest zależne od ciebie?!- krzyknąłem- O co chodzi?! Przecież... Przecież tak wyglądasz normalnie, co ci się wtedy stało?! To przez ten szpital, tak?!
-Niezupełnie...- odparł z głębokim westchnieniem- Raczej o jego pacjentów.
-Rachel?- podsunąłem, nadal nie mając bladego pojęcia co on właściwie zamierza mi powiedzieć- Widziała... Cię- przyrównywanie owej szkarady do Amadeusza wychodziło mi naprawdę koślawo.
-No właśnie Josh... Właśnie.
-Nic już z tego nie rozumiem!- krzyknąłem, zrywając się na równe nogi- Powiedziałeś, że nikt prócz mnie ciebie nie widzi, prawda?!
-Nie powiedziałem, że nikt.
-Tak, tak właśnie powiedziałeś! Że ktoś taki jak ja to u was niespotykane! Jakoś nie chcę mi się wierzyć, żebyś miał takiego cholernego farta, żebyś spotkał drugą taką osobę!
-Tacy ludzie jak ty- mruknął- To znaczy w normalnym stanie zdrowia.
-Nic nie rozumiem- zaczesałem palcami włosy, wpatrując się w niego pytająco.
-Wierzę- odparł cicho.
-Możesz mi to wreszcie do jasnej cholery wyjaśnić?!- krzyknąłem, stając tuż przy nim i mierząc go wściekłym spojrzeniem, na które nie zareagował- Czy może mam się sam wszystkiego domyślać, co?! Może mi powiesz od kiedy wyglądasz jak potwór, bo do tej pory jakoś nie udało mi się tego zauważyć!
-To nie jest takie trudne- prychnął cicho- Widzisz to co chcesz widzieć.
-Że... Co?
-To, Josh, że to jakim mnie widzisz jest całkowicie zależne od tego jak sobie mnie wyobrażasz.
-Możesz jaśniej?- zapytałem, czując, że rozumiem niewiele więcej niż na początku.
-Po prostu mój aktualny wygląd jest taki jakim stworzyła go twoja wyobraźnia!- jego twarz wykrzywił grymas zniecierpliwienia- Czego tu można nie rozumieć?
Zaniemówiłem z wrażenia. Miałem kompletną pustkę w głowie. Jak to...? Jak to w ogóle możliwe?!
Amadeusz nie był potworem... Jak w ogóle mógł wygadywać podobne bzdury?!
-Co to ma w ogóle znaczyć?- spytałem cicho- Mówisz, że... Że sobie ciebie wyobraziłem?
-Nie. Josh ty widzisz mnie takim, a ona widziała mnie jako potwora. Nie wiem jak to dokładnie wyjaśnić- westchnął głęboko- Nie wiem od czego to dokładnie zależy. Po prostu każdy człowiek widzi nas inaczej.
-To oznacza... To oznacza, że... Nie jesteś... Taki...?
-Nie, nie jestem taki.
-Ale... Jaki jesteś kiedy nikt cię nie widzi?- zapytałem wstrząśnięty.
-To nieważne- odparł ze znudzeniem- Nie interesuje mnie to.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
Że co?
Że jak?!
Przecież... To absurdalne! Kompletnie niemożliwe! Dobra, wyłączając fakt, że ogólnie, demony są absurdalne to to już przechodziło granice mojej wytrzymałości.
-Co ty pieprzysz w ogóle... Amadeusz no... To nie jest w ogóle zabawne...- zdecydowanie nie chciałem przyjąć tego do wiadomości. Myśl, że ja dotykałem... To coś... Jeżeli to rzeczywiście był Amadeusz... Nie, to jakaś bzdura kompletna no!
-Ja się nie śmieję- warknął ze złością- I wcale nie oczekuję, że zrozumiesz!
-Ale co takiego?
-No... To... Że jestem już taki i koniec.
-Przecież rozumiem...- odbąkuję niepewnie. Jasne, super. Najnowszy obiekt mojego pożądania przeniósł się jednocześnie w moją sferę koszmarów i pewnie będzie mi się śnił przez dobre kilka lat, zajebiście.
Westchnął cicho i wyciągnął do mnie ramiona, chcąc mnie przytulić.
I przysięgam.
To był odruch. Odruch cholera!
Po prostu się cofnąłem, tak automatycznie i tak strasznie niecelowo...
Syknął coś z wściekłością i zniknął po prostu.
...Znowu.

1 komentarz:

  1. Anonimowy6:58 PM

    Zwykle nie komentuję xD Ale zobaczyłam, że tu pusto, więc postanowiłam spróbować. Naprawdę lubię twoje opowiadania. Tak łatwo się je czyta i klimat się tak ładnie wpasowuje w to wszystko. Troszkę szkoda mi się zrobiło Amadeusza, kiedy Josh się cofnął. Ten demon jest słodki. Nie przypomina normalnego, złego demona, he he. Ale to właśnie jest fajne. Taka odmiana mała.
    W dalszym ciągu nadrabiam zaległości, a tych rozdziałów przybywa i przybywa ;) ale to właśnie dobrze. Zazdroszczę ci tego, że cały czas piszesz. Ja często robię sobie strasznie długie przerwy w pisaniu i nie mogę nigdy skończyć swoich opowiadań xD
    Weny życzę i ściskam mocno^^ ;**

    Cloode

    OdpowiedzUsuń