Strony

niedziela, 22 maja 2011

11. Próby [LPoH]

-Rany boskie, Mitch! Co ty na siebie założyłeś?!- Hugo zupełnie nie mógł pohamować śmiechu, podczas gdy ja, kompletnie zdołowany i zawstydzony, po prostu stałem tuż przed nim w mojej nowo zakupionej, wybranej przez Andy’ego, niebieskiej paskowanej koszuli i zdecydowanie zbyt wąskich, jak na mój gust, spodniach- Nie wierzę, po prostu nie wierzę!
-Och, przymknij się…- burknąłem zgaszony. Naprawdę sądziłem, że może po prostu jestem stary i nie doceniam doskonałego gustu Andy’ego, ale reakcja mojego przyjaciela utwierdziła mnie w tym, że jednak było zupełnie inaczej. Wciąż chichotał niepohamowanie, a ja po prostu modliłem się w duchu o cierpliwość, przeklinając jednocześnie własną głupotę i naiwność. W końcu ciuchy adekwatne dla zbuntowanych nastolatków nie są zbyt dobre dla kogoś w moim wieku, prawda…?- Po prostu… Po prostu chciałem coś zmienić, w porządku?
-Taak… Ale mogłeś zacząć mniej radykalnie… Od zmiany krawata na przykład…- Hugo zagryzł wargę, z trudem powstrzymując śmiech- Słowo daję, w pierwszej chwili w ogóle cię nie poznałem!
-Co chcesz kupić, Hugo?- zapytałem jedynie, ruszając przed siebie i udając, że naprawdę interesują mnie wszystkie mijane przez nas sklepowe witryny. Byłem zbyt zażenowany, żeby kontynuować wątek mojej przemiany, a rozbawienie goszczące niezmiennie na twarzy Hugo bynajmniej mi niczego nie ułatwiało.
-Rozumiem, że nie chcesz mi o tym opowiedzieć…?
-O czym?- odkaszlnąłem nerwowo, jakbym wcale nie rozumiał poruszanej przez niego kwestii.
-O tej kobiecie.
-Hugo!- jęknąłem głucho, doskonale wiedząc, do czego zmierza. Starałem się posłać mu pełne politowania spojrzenie, żeby jakoś udowodnić mu, że się pomylił, ale rumieniec, który nagle wykwitł na mojej twarzy, z pewnością nie uczynił owego gestu bardziej prawdziwym. Bo Hugo miał rację. No dobrze, może nie dosłownie – Andy nie był kobietą. Niestety. Gdyby był, pewnie dużo prościej byłoby mi się przyznać do swoich skłonności i pewnie nie myślałbym o sobie nieustannie jak o starym zboczeńcu. Ale Hugo zapewne chodziło o kogoś, kto mi się podobał i o przyczynę tych zmian. I tutaj trafił w sedno, bo Andy zaliczał się i do pierwszej, i do drugiej kategorii doskonale- O czym ty w ogóle mówisz?
-No nie wiem, Mitch… Jakiś sekretny romans?- mężczyzna uśmiechnął się przebiegle, znowu zupełnie wytrącając mnie z równowagi- Nie musisz przede mną niczego ukrywać, stary, naprawdę…- och, to „stary” mógłby sobie darować- Nie zamydlisz mi oczu. Żaden facet przy zdrowych zmysłach nie zmienia nagle swojego sposobu ubierania się, ot tak, bez żadnego powodu. To znaczy, bez kogoś, kto mu się cholernie podoba, a kto nie zwraca na niego uwagi, bądź też wymusza na nim takie, a nie inne zachowanie. Wątpię, żeby jakakolwiek normalna panna kupiła ci te fatałaszki, zatem zostaje to pierwsze. A więc…?
-Przestań, Hugo!- jęknąłem błagalnie, teraz już zupełnie zażenowany, i przyspieszyłem kroku- Nikogo nie mam. Nie gadajmy o tym, w porządku?
-Okej, okej- zaśmiał się pogodnie, ogarniając mnie ramieniem- Już daję spokój.
-Więc co chcesz kupić?- powtórzyłem pytanie, powracając do bezpieczniejszego wątku, a on uśmiechnął się lekko i odpowiedział:
-Garnitur.
-Masz już garnitur- rzuciłem mechanicznie, a on spojrzał na mnie z politowaniem i odparł z rozbawieniem:
-Wyobraź sobie, że nawet nie jeden… Ale z pewnością przyda mi się kolejny. Idę na bal charytatywny i muszę wyglądać doskonale, a więc tylko odrobinę lepiej niż zwykle- dodał ze zwyczajową dla siebie skromnością- Zgadnij, kto tam będzie.
-Hm…- mruknąłem tylko. Nie miałem pojęcia. Hugo nie miał zwyczaju ekscytować się na myśl o znanych przedsiębiorcach czy ewentualnych klientach. Interesowały go właściwie wyłącznie kobiety, toteż nie mogło chodzić o nic innego. Znałem jednak częstotliwość jego zmian partnerek, więc zupełnie nie miałem pojęcia, kogo ma aktualnie na oku.
-Andy.
-C… Co?!- wykrzyknąłem, zupełnie zaskoczony, i aż zatrzymałem się na chwilę.
Hugo również przystanął, wyraźnie zdezorientowany.
-No… Andrea- sprostował w końcu, wpatrując się we mnie z zupełnym niezrozumieniem, a ja aż skarciłem się w myślach za swoją niedomyślność- Coś nie tak?
-Niee, skąd…- odpowiedziałem wyjątkowo spłoszony i – och zgadnijcie – po raz kolejny tego dnia zupełnie zażenowany. Powinienem był się domyślić od razu. Że też musiałem tak reagować na sam dźwięk jego imienia…- Po prostu… Zdziwiłem się, że tak długo się nią interesujesz- ruszyłem do przodu, śmiejąc się cokolwiek nerwowo, ale chyba udało mi się wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji.
Andy byłby ze mnie dumny.
Najwyraźniej i ja nie jestem takim beznadziejnym kłamcą, jak myślałem.
… Chociaż zaraz chyba spalę się ze wstydu.
-Powiedzmy, że jeszcze nie do końca mi wyszło…- odpowiedział ostrożnie Hugo, po czym powtórzył z naciskiem- Jeszcze. Ale to tylko kwestia czasu, aż coś między nami zaiskrzy.
-Sądziłem, że zaiskrzyło już dawno- stwierdziłem, przypominając sobie ów (aż nazbyt pamiętny) wieczór moich urodzin.
-Taa… No cóż…- teraz to Mitch spłoszył się odrobinę- W każdym razie bale charytatywne to najlepsze miejsce na podrywanie kobiet, wierz mi. Nie ma nic, co napawałoby je większym wzruszeniem i uwielbieniem niż pomoc biednym sierotom albo głodującym Murzynkom…
-Jesteś wstrętny- skwitowałem, a on tylko uśmiechnął się i wzruszył ramionami, po czym dodał:
-W każdym razie muszę wyglądać olśniewająco.
-No nie…- parsknąłem cicho, kręcąc z rozbawieniem głową. W pierwszej chwili zupełnie nie zrozumiałem i upór Hugo aż mnie zaskoczył, ale w końcu zdałem sobie sprawę z tego, o co chodziło. Wciąż nie udało mu się jej uwieść. Aż do tej pory. Ach, cóż za cios dla jego serca Casanovy…- Chcesz mi powiedzieć, że starasz się o nią tyle czasu i nic…?
-To nic takiego- stwierdził jedynie Hugo, chociaż już wyraźnie widziałem, że mina trochę mu zrzedła. Doprawdy, jego reputacja wiecznego amanta chyba na tym ucierpi…
-Nic takiego?- powtórzyłem, spoglądając na niego z politowaniem. Mój przyjaciel nigdy nie miał najmniejszego problemu z kobietami i chwalił się tym na każdym kroku. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby którąś interesował się dłużej niż tydzień czy dwa- Chyba naprawdę jest wyjątkowo porządna… Albo po prostu jej się nie podobasz.
-Ach, Mitch, Mitch…- mężczyzna zaśmiał się lekko, po czym poklepał mnie po ramieniu- Widzę, że starasz się wytrącić mnie z równowagi i sprawić, bym zwątpił w swoje siły, ale nie łudź się… Nie ma kobiety, której bym się nie podobał… A poza tym, gdybyś tylko widział, jak na mnie patrzy…
-Więc… Idziesz na ten bal z nią, tak?- dopytałem, z nieco złośliwą i mało przyjacielską satysfakcją obserwując zmieszanie widniejące na twarzy mojego przyjaciela.
Och, wybaczcie, ale Hugo mający problemy z kobietami to dla mnie zupełna nowość!
-Nie do końca…- przyznał po dłuższej chwili- Odmówiła, gdy ją zaprosiłem… Ale tam będzie, więc wszystko załatwione- dodał natychmiast, jakby fakt, że jakakolwiek kobieta nie wydaje się nim zainteresowana, naprawdę stanowił poważną ujmę na jego honorze.
-Mówiłeś, że żadna kobieta ci się nie oprze- zauważyłem, uśmiechając się z rozbawieniem.
-Cóż. Myliłem się.
-Mówiłeś, że w kwestii kobiet nigdy się nie mylisz.
-Zatem myliłem się dwukrotnie- podsumował gładko mężczyzna, po czym poklepał mnie serdecznie po plecach- Ale to się już nie powtórzy, mówiłem ci. Tym razem wszystko będzie dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałem.
-Okej, skoro tak mówisz- odparłem, wzruszywszy ramionami, ale nim dodałem cokolwiek więcej, coś zwróciło moją uwagę bardziej niż zagmatwane sprawy sercowe (łóżkowe) mojego przyjaciela.
Dostrzegłem witrynę jakiegoś sklepu z telefonami komórkowymi i chociaż w pierwszej chwili ją minąłem, już po chwili wróciłem i zatrzymałem się przy wystawie, obserwując prezentowane na widoku modele.
Chyba zwróciłem na to uwagę zupełnie podświadomie.
I chyba non stop myślałem o Andy’m, skoro tak właśnie się stało.
W każdym razie doszedłem do wniosku, że skoro najwyraźniej potrzebuje telefonu, pożycza ode mnie mój, i tak dalej, mógłbym mu kupić jego własny. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale…
Och, no dobrze.
Chciałem sprawić mu prezent. Prezent, z którego wreszcie by się ucieszył.
-Ej, Mitch…- Hugo przystanął kilka kroków dalej, po czym podszedł do mnie odrobinę zaskoczony- Co jest…?
-Chodź- odpowiedziałem krótko, wchodząc do wnętrza sklepiku. Hugo, chcąc niechcąc, ruszył w ślad za mną, wciąż jednak najwyraźniej nie do końca wiedząc, co tutaj robimy.
-Chcesz kupić nowy telefon?- zapytał w końcu wyjątkowo odkrywczo- Jesteś pewien, że tamtego już nie da się naprawić…?
W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałem, o co mu chodzi, co zaowocowało kolejnym rumieńcem na mojej twarzy, gdy zdałem sobie sprawę ze swojego banalnego kłamstewka.
Naprawdę, powinienem sobie zapisywać te wszystkie brednie, które mu opowiadam, i uczyć się ich na pamięć, bo któregoś dnia się wsypię.
-Sam mówiłeś, że to grat- stwierdziłem, nie za bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.
Ba, grat, ale za to najlepszej jakości. Wierzcie lub nie, ale przez te pięć lat, odkąd go miałem, zepsuł się ledwie raz.
-Cóż…- Hugo zaśmiał się serdecznie, skinąwszy lekko głową- Racja. A ty mówiłeś, że jesteś do niego przywiązany i to jedyny telefon, który potrafisz obsługiwać.
-Może wreszcie pora na zmianę- zaryzykowałem stwierdzeniem, które ostatnio aż nazbyt dosadnie pasowało do mojego życia. Bo odkąd pojawił się Andy, odkąd pierwszy raz go spotkałem, naprawdę zmieniło się dużo, może nawet wszystko. I pomijając fakt tych idiotycznych ciuchów, były to zmiany na lepsze. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Hugo najwyraźniej postanowił nie kontynuować tematu, bo sam zajął się przeglądaniem aparatów w jakiejś gablocie, a ja przeszedłem kawałek dalej, zastanawiając się, jakiego właściwie telefonu szukam.
Ale w pewnym momencie wszystkie moje wątpliwości zniknęły.
Zainteresował mnie jeden z telefonów. Ciemnoczerwony, chyba dotykowy. Nie do końca się na tym znałem, nie śledziłem wszystkich nowinek technicznych, ale od razu skojarzył mi się z Andy’m i jego ognistym temperamentem. Wydawało mi się, że pasowałby do niego wprost doskonale. Do niego i do jego cudownie rudych włosów…
Boże, znowu to samo.
Zejdź na ziemię, Mitch!
I przestań go sobie wyobrażać, do diabła!
… Szczególnie w takim miejscu!
-Witam- podskoczyłem gwałtownie, słysząc głos sprzedawcy, jakby przyłapał mnie na czymś wyjątkowo niestosownym. Och, gdyby potrafił czytać w moich myślach, z pewnością tak właśnie by było…- Nasz najnowszy model- stwierdził mężczyzna, uśmiechając się do mnie szeroko- Widzę, że ma pan wprost doskonały gust.
-Tak, świetny- uśmiechnąłem się odrobinę nerwowo. Szczególnie mój dzisiejszy ubiór na to wskazywał… I fakt, że szalałem na punkcie szesnastolatka.
-Cieszy się ogromną popularnością. Szczególnie wśród młodzieży… Pan ma dzieci?- zainteresował się nagle sprzedawca, wpatrując się we mnie badawczo- Córkę?
-Syna- poprawiłem go niemal odruchowo.
-Co?!- wykrzyknął Hugo, pojawiając się błyskawicznie tuż przy mnie i wpatrując się we mnie z zupełnym osłupieniem.
Chwilowo go zignorowałem.
-To dla niego?- dopytał sprzedawca, a ja skinąłem głową na znak potwierdzenia. Jego twarz natychmiast rozjaśnił pogodny uśmiech- Doskonały wybór! Wprost wspaniały! Ten telefon ma wszystko, co potrzebne współczesnemu nastolatkowi! Aparat z wysoką rozdzielczością, dużą pojemność, odtwarzacz muzyki, dostęp do internetu, po prostu wszystko i jeszcze raz wszystko!- … a tradycyjna możliwość dzwonienia i wysyłania sms-ów jest jeszcze dostępna…?- Ale jeżeli to syn… Proponowałbym raczej wybranie innego koloru. Czarnego albo ciemnoniebieskiego… Bardziej pasują do chłopców. Pozostałe kolory cieszą się popularnością głównie wśród dziewcząt.
Jakoś wcale nie przekonało mnie to do zmiany zdania.
Nadal uważałem, że ten model pasował do Andy’ego idealnie.
-Chyba jednak zostanę przy tym- stwierdziłem w końcu.
-Na pewno?- mężczyzna uniósł pytająco brew, jakby odrobinę zdziwiony, a ja pokiwałem głową.
-Bo wie pan, jeżeli chodzi o syna…
-W takim razie mam córkę- uciąłem, chcąc po prostu, żeby dał mi spokój- Też. To znaczy, syna i córkę.
-Mitch, dobrze się czujesz…?- Hugo wpatrywał się we mnie tak, jakbym zupełnie zwariował- Po co ci ten telefon?
-To jak? Biorą panowie, czy nie?- dopytywał się sprzedawca, a Hugo parsknął cicho i rzucił krótkie:
-Nie.
Szeroki uśmiech sprzedawcy odrobinę zrzedł.
-Tak- potwierdziłem całkowicie pewnie.
… by zaraz znowu ukazać się w pełnej krasie.
Podszedłem do kasy i zapłaciłem za wszystko, wysłuchując jeszcze długiego wykładu na temat poszczególnych funkcji i urządzeń, aż w końcu wyszliśmy ze sklepu.
Hugo – trochę przerażony.
Ja – absolutnie zadowolony z siebie.
-Mitch, zaliczyłeś jakąś wpadkę?- miałem ochotę parsknąć śmiechem, słysząc ów poważny ton.
-Jasne, że nie- odpowiedziałem, nie do końca wiedząc, jak powinienem to wszystko wyjaśnić. Po raz kolejny rozważałem to, żeby przyznać się do wszystkiego i najzwyczajniej w świecie opowiedzieć mu o Andy’m i o tym, że u mnie mieszka, ale w końcu porzuciłem ten pomysł. Jakoś miałem wrażenie, że nawet tolerancja mojego przyjaciela ma pewne granice.
-Więc po kiego diabła ci ten telefon…?
-Kupiłem go dla siebie- odpowiedziałem autentycznie spłoszony.
-Dla siebie?- Mitch parsknął śmiechem, ciągle zerkając na mnie tak, jakby rozważał zadzwonienie do szpitala psychiatrycznego- Przecież ty ledwie umiesz wysyłać sms-y i dzwonić! Twój poprzedni telefon miał chyba ze sto lat i nigdy nie chciałeś go zmienić! Nie, żebym był specjalnie skąpy i ograniczony… Ale nawet ja nie wydałbym tyle pieniędzy na telefon, którym bawią się współczesne nastolatki- Hugo pokręcił głową z zupełnym niezrozumieniem- Przecież takie rzeczy psują się w tydzień.
-Daj spokój, Hugo- poprosiłem cicho, dochodząc do wniosku, że kupowanie tego przy nim nie było najlepszym pomysłem. Równie dobrze mógłbym przyjść tutaj jutro, nawet z Andy’m, ale wcześniej zupełnie nie przyszło mi to do głowy- Po prostu… Po prostu chciałem coś zmienić.
-I to mnie właśnie przeraża- skwitował Hugo z ciężkim westchnieniem, ponownie obejmując mnie lekko- Chodź, Mitch. Czuję, że przydadzą mi się porządne zakupy…

Hugo przymierzył chyba ze sto garniturów zanim wybrał taki, który najbardziej mu odpowiadał. Cały czas pytał mnie o zdanie, ale ja jedynie pomrukiwałem pochmurnie, zdecydowanie niezbyt zadowolony. Nie mogłem przestać go do siebie porównywać.
Z głupią zawiścią oceniłem, że w swoim nowym nabytku wyglądał naprawdę dobrze.
Dobrze.
Cholera!
Co ja mówię!
Wyglądał świetnie i z pewnością doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ekspedientka ciągle biegała wokół niego i ćwierkała wesoło, a on zachowywał się ze swoją zwyczajową nonszalancją i co jakiś czas mrugał do niej porozumiewawczo albo rzucał jakieś dwuznaczne uwagi.
Boże, gdybym ja powiedział coś takiego do kobiety… I to jeszcze do zupełnie obcej kobiety…
Hm…
Właściwie to nie wiem, co by było, bo nigdy nie próbowałem, ale z pewnością najpierw spaliłbym się ze wstydu, a później chyba uciekł, bez względu na reakcję.
Wiecie, to strasznie żenujące, ale byłem zazdrosny o własnego przyjaciela. Może dlatego, że właśnie zdałem sobie sprawę, że on naprawdę jest dużo lepszy ode mnie. Pod każdym jednym względem. A może dlatego, że w pewnym momencie na miejscu ekspedientki zacząłem wyobrażać sobie Andy’ego i miałem ogromną ochotę udusić własnego kumpla gołymi rękoma.
W każdym razie zakupy wreszcie się skończyły, a tamta kobieta wyglądała na wyjątkowo zawiedzioną. Najwyraźniej liczyła na to, że Hugo ją gdzieś zaprosi albo przynajmniej wręczy jej własny numer. Później weszliśmy jeszcze na chwilę do sklepu spożywczego, a ja tym razem postarałem się nie przesadzić z zakupami, by znowu nie sprowokować jakichś podejrzeń, więc kupiłem to, co zwykle. W końcu skierowaliśmy się do niewielkiej kawiarni, by zamówić sobie coś do picia i nieco odsapnąć.
-Mitch, przechodzisz jakiś kryzys wieku średniego czy co…?- zagadnął Hugo, słodząc swoją herbatę i wpatrując się we mnie przenikliwie, a ja aż jęknąłem cicho w duchu.
Dobre pytanie.
-Mniejsza z tym- machnąłem dłonią, chcąc po raz kolejny zbyć mało wygodny temat, ale niestety kolejny wątek wcale nie był dla mnie bardziej komfortowy.
-Dlaczego tak zareagowałeś na imię Andrei…?
Odetchnąłem głębiej i chyba zdobyłem się na szczerość.
A raczej – bardzo chciałem się na nią zdobyć.
W każdym razie zacząłem:
-Cóż… Raczej na imię „Andy”.
-Andy?- Hugo zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie przypomnieć, o kim ja właściwie mówię- Ten z działu kasacji?
Aż sapnąłem z poirytowaniem.
Noż cholera jasna!
Nie mogłem uwierzyć, że nie pamiętał, przecież rozmawialiśmy o tym całkiem niedawno!
-Hugo, na litość boską!- ofuknąłem go ze złością- Odczep się od tego Andy’ego z działu kasacji, do licha! Już poruszaliśmy ten temat!
-Serio…?- zdumiał się mężczyzna- Nie przypominam sobie.
-Andy!- wykrzyknąłem, iście zrozpaczony jego brakiem jakiegokolwiek zainteresowania tym, co dzieje się w moim życiu- Śliczny, młody chłopak! Nogi do nieba i długie, rude włosy! Twój nieszczęsny podarunek!
-Aaa…- dopiero teraz Hugo załapał, o co chodzi- Twoja mała homoseksualna przygoda…?
-Hugo!- jęknąłem cicho, czerwieniąc się natychmiast- Przestań wygadywać takie rzeczy! Do niczego między nami nie doszło.
-Jasne, jasne…- zachichotał mój przyjaciel, ale raczej nie sądziłem, żeby naprawdę tak uważał. Podejrzewałem, że po prostu chce się ze mną poprzekomarzać, tak samo postępował przez jakiś czas po tym, jak zrobił mi prezenty w postaci pań lekkich obyczajów- Przede mną nie musisz się niczego wstydzić, Mitch… Więc? Co z tym Andy’m?
-No… Nic- odpowiedziałem, wciąż trochę zgaszony- Po prostu sądziłem, że mówisz o nim.
-Jakim cudem skojarzyło ci się, że ten chłopaczek wybiera się ze mną na bal charytatywny…?- Hugo uniósł brwi, najwyraźniej niepomiernie wprost zaskoczony, a ja zawstydziłem się jeszcze bardziej.
-S-sam nie wiem…- wydukałem niepewnie- Tak jakoś po prostu…
-Tak jakoś- powtórzył z rozbawieniem mężczyzna- No dobra, niech będzie… Jesteś pewien, że nie chcesz mi czegoś powiedzieć…?- spojrzał na mnie badawczo, a ja parsknąłem z zażenowaniem i pokręciłem głową.
-Nie, jasne, że nie- odparłem prędko, ale na szczęście nie musiałem już się gimnastykować i na prędce wymyślać jakiegoś tematu, bo w tym momencie do stolika podeszła kelnerka, podając nam na talerzu jakieś ciasto. Spojrzałem na nią zdumiony. Mogłem przysiąc, że niczego takiego nie zamawialiśmy.
-Dla naszego stałego klienta- rzuciła, chichocąc figlarnie, i puściła oczko do Hugo, który odpowiedział czarującym uśmiechem, a następnie zniknęła z powrotem za kontuarem.
No nie…
Słowo daję, to już przesada.
-Czy ty musisz podrywać absolutnie każdą kobietę, jaka się przy tobie pojawi…?- wycedziłem przez zęby, obserwując, jak wciąż zerka ukradkiem na kelnerkę, a on przeniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się lekko.
-E, tam, Mitch… To nie moja wina, że kobiety się mną interesują.
-Aż za bardzo- westchnąłem głęboko, odrobinę podłamany- Najpierw ta sprzedawczyni, teraz kelnerka… Jak ty to robisz, że stale zwracasz na siebie uwagę?
-Och… Sądzę, że w tym wdzianku tobie też nie idzie to najgorzej- zachichotał Hugo, a ja spojrzałem na niego z istną determinacją i aż łupnąłem dłońmi w stół.
-To nie jest zabawne- stwierdziłem, a on spojrzał na mnie zaskoczony. Zawstydziłem się odrobinę swoją reakcją, po czym dodałem ciszej- Chodzi o to, że… Cały czas budzisz zainteresowanie… A ja wcale. Strasznie chciałbym być tak pewny siebie jak ty i mieć taki charakter…- stwierdziłem niemal z zazdrością. Nadal byłem przekonany, że Hugo z pewnością zyskałby sobie większą sympatię kogoś takiego, jak Andy, niż udało się to mnie. Był w końcu nowoczesny, wesoły, przystojny… Stanowił chyba moje całkowite przeciwieństwo.
-Och, wierz mi, że to nie kwestia charakteru ani pewności siebie…- zaśmiał się lekko Hugo, odchylając się wygodnie na krześle- Nietrudno być pewnym siebie w drogim ubraniu, ociekając wprost pieniędzmi i tym wszystkim, co kobiety zwyczajnie pociąga… Droga woda kolońska, dobrze dobrany garnitur, dobrze ułożone włosy… Dobry samochód… To właściwie wszystko, co budzi zainteresowanie. Wierz mi, Mitch, kiedy się tak wygląda, nie można być wstydliwym.
Milczałem.
Wcale nie byłem tego taki pewien.
Ubierałem się raczej dość normalnie, Hugo śmiał się ze mnie, że po prostu jestem skąpy i wiecznie oszczędzam, ale wcale tak nie było. Nigdy nie uważałem, żeby ubrania były czymś szczególnie istotnym i nie przykładałem do nich wielkiej wagi. Interesowało mnie właściwie to, żeby były czyste, schludne, wyprasowane, eleganckie, ale to, czy były modne, schodziło na dalszy plan.
Samochodu też nie miałem, bo zawsze byłem zbyt zestresowany, by skończyć kurs na prawo jazdy. Zdecydowanie nie nadawałem się do tego typu spraw.
Fryzjera odwiedzałem tylko wtedy, gdy potrzebowałem podciąć trochę włosy, a co do kosmetyków – było dokładnie tak samo, jak z ubraniami. Używałem ich, rzecz jasna, ale nigdy nie do przesady i niespecjalnie interesowało mnie to, czy są markowe, czy nie.
Hugo dopił swoją herbatę, po czym klepnął mnie lekko w kolano i wstał.
-Chodź, Mitch- rzucił, spoglądając na mnie z góry, a ja spojrzałem na niego ze zdumieniem, zerkając jeszcze ukradkiem na swoją niedopitą kawę. Ostatecznie jednak podniosłem się i ruszyłem tuż za nim, nie za bardzo wiedząc, o co chodzi.
-Hugo, dokąd mnie prowadzisz?- zapytałem odrobinę zdezorientowany, a on tylko skręcił w jakiś korytarz, a następnie wszedł do męskiej toalety. Ruszyłem tuż za nim, marszcząc brwi- Hugo…?
-Masz- podał mi swój garnitur, a ja zupełnie osłupiałem- Przymierz.
-Oszalałeś?- parsknąłem z niedowierzaniem- Nie ma mowy!
-Och, daj spokój, Mitch- przewrócił teatralnie oczyma- Zobaczymy, jak wyglądasz.
-Nie!
-Mamy ten sam rozmiar, w czym problem…?
-To twój garnitur, Hugo!
-Chcesz zwracać na siebie uwagę…? W pozytywnym stopniu?- zachichotał, raz jeszcze mierząc mnie pełnym rozbawienia spojrzeniem- Więc po prostu spróbuj, w porządku? Zobaczymy, czy miałem rację.
Westchnąłem niemal cierpiętniczo, ale ostatecznie wszedłem do jednej z kabin i przebrałem się na tyle zręcznie, na ile pozwalała mi mocno ograniczona i wręcz klaustrofobiczna przestrzeń. Nie miałem nawet lustra, żeby zobaczyć, jak konkretnie wyglądam, więc po prostu wyszedłem na zewnątrz. Z niemałą satysfakcją jednak stwierdziłem, że rzeczywiście garnitur pasował na mnie dobrze, więc przynajmniej jeżeli chodzi o kwestie masy, raczej się nie różniliśmy.
-Och, rany, Mitch- Hugo jęknął cicho, a ja spojrzałem na niego odrobinę zdziwiony- I tu jest twój problem… Zawsze jesteś taki diabelnie porządny i grzeczny… To nie budzi ciekawości- stwierdził, po czym podszedł do mnie i rozpiął kilka guzików mojej koszuli, a następnie poprawił jej kołnierzyk- No, teraz wprost doskonale…
Znieruchomiałem, gdy w toalecie pojawił się jakiś mężczyzna, mierząc nas wyjątkowo krzywym spojrzeniem. Szczególnie, że mój przyjaciel nic sobie z tego nie robił i nadal zajmował się majstrowaniem przy mojej koszuli, z każdą chwilą sprawiając, że czułem się jeszcze bardziej zażenowany.
Bóg wie, co sobie pomyślał tamten…
Zastanowiłem się nad tym, czemu ja do tej pory nie pomyślałem sobie czegoś takiego. W sensie… Czemu do tej pory nikt mi się nie podobał?
Nawet przyjmując, że jestem homoseksualny czy biseksualny… Chyba jakiś mężczyzna powinien mi dotąd przypaść do gustu, prawda? Natomiast bliskość Hugo wydawała mi się cokolwiek krępująca, ale z pewnością mało atrakcyjna. Nie wywoływał u mnie takich reakcji, jak Andy. Moje serce nie przyspieszało, nie robiło mi się cieplej, dłonie mi się nie pociły i nie wariowałem zupełnie na jego punkcie. Wprost przeciwnie. Owszem, sytuacja była mało komfortowa, ale raczej… Naturalna. Nie czułem niczego specjalnie dwuznacznego.
Ani jeżeli chodziło o Hugo, ani jeżeli chodziło o któregokolwiek mężczyznę, jakiego dotąd znałem.
I wbrew pozorom – jakoś mnie to nie pocieszało.
Chyba fakt, że jedynym zainteresowaniem darzyłem dwa razy młodszego chłopaka, nie świadczył o mojej normalności ani moralności. Zdecydowanie nie.
-Teraz jest świetnie- ocenił Hugo, mierząc mnie pełnym zadowolenia spojrzeniem. Czułem się wyjątkowo niekomfortowo w lekko rozpiętej koszuli i natychmiast sięgnąłem dłonią do guzików, ale mój przyjaciel trzepnął mnie ostrzegawczo po ręce- Zostaw, naprawdę wygląda świetnie.
-Super- skwitowałem tylko nieśmiało- Ale teraz idę się przebrać i…
-Nie, zostań w tym- Hugo uśmiechnął się łagodnie- No co? Chyba nie sądzisz, że pozwolę ci wracać w tych koszmarnych ubraniach godnych hipisa…?
-Hugo, to twój garnitur!- przypomniałem po raz kolejny, wpatrując się w niego z osłupieniem- Przecież po to przyszliśmy! I kosztował niemało!
-Właściwie to przyszedłem po to, żeby pozawracać ci trochę głowę…- zaśmiał się lekko mężczyzna, wzruszywszy ramionami- Ostatnio mam wrażenie, że naprawdę nie mamy dla siebie w ogóle czasu, Mitch, więc korzystam z każdej okazji. Wiesz, jak jest. Mam dużo pracy- przyznał ze skruchą- Ale to wcale nie znaczy, że zaniedbuję starego kumpla, nie?
-Niezbyt starszego od ciebie- przypomniałem mu. Nie miałem żadnych pretensji o częstotliwość naszych spotkań, szczególnie ze względu na to, że odkąd przebywałem z Andy’m, sam miałem dużo mniej czasu, zbyt skupiony na chłopaku- Powiedz mi, ile dokładnie kosztował. Oddam ci pieniądze i…
-Daj spokój, Mitch- Hugo machnął lekceważąco dłonią- Niewiele. A poza tym…- na jego wargach pojawił się przebiegły uśmieszek- Nie dałem ci na urodziny żadnego konkretnego prezentu, czyż nie…?
Ależ dałeś.
Lepszy, niż możesz sobie wyobrazić…

W końcu dałem się przekonać i zachowałem garnitur Hugo, chociaż wcale nie byłem szczęśliwy. Nie byłem też do końca zadowolony z tego, jak wyglądałem, i wbrew temu, co twierdził mężczyzna, wcale nie czułem się specjalnie pewnie. Jakoś nie wierzyłem, żeby zmiana stroju nagle sprawiła, by Andy dostrzegł we mnie jakiś większy potencjał niż u siedemdziesięcioletniego dziadka.
Hugo oczywiście chciał mnie odwieźć do domu, ale udało mi się go jakoś zbyć, co z pewnością nie było zbyt kulturalne, ale sami rozumiecie… Z nim nigdy niewiadomo. Czasem nie ma nawet chwili, by wstąpić do na parę minut i się czegoś napić, a innym razem chce wejść. Wolałem nie ryzykować i nie gimnastykować się z wyjaśnieniami, dlaczego nie wpuszczę go do środka.
A że nie wpuszczę, to było pewne.
Pomijając już fakt, że miałem idiotyczne wrażenie, że jeżeli dojdzie do ich kolejnego spotkania, nagle okaże się, że Andy woli jego, a nie mnie, martwiło mnie co innego. Hugo nawet nie pamiętał, kim właściwie jest Andy, mimo tego, że mu o nim mówiłem. Traktował go jako przedmiot żartów i powód do przekomarzania się ze mną. Podejrzewam, że nawet gdybym rzucił: „Och, wiesz, Andy ze mną zamieszkał…”, zacząłby się śmiać i sądziłby, że żartuję. Właściwie sam nie mogłem uwierzyć w to, że cała sytuacja tak właśnie wygląda, ale wiedziałem, że Hugo nie traktuje poważnie tego, co mówię o chłopaku, a to już wykluczało wszelką możliwość wyprowadzania go z błędu i mówienia mu prawdy.
Wiecie, gdyby czegoś się domyślał, byłoby mi przynajmniej łatwo zorientować się w jego ewentualnej reakcji.
Tymczasem powtarzał, że jest tolerancyjny i wiele zniesie, ale tak naprawdę wcale nie podejrzewał mnie o jakiekolwiek inne skłonności, tego byłem pewien. A tolerancja z daleka jest cechą, którą można przypisać większości ludzi. Gorzej, gdy coś spotyka nas osobiście.
Wiecie, właściwie nigdy nie miałem okazji zaobserwować, jak Hugo podchodzi do tego rodzaju zjawisk. Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że chyba nigdy w życiu nie znałem osobiście nikogo o orientacji homoseksualnej. Hugo chyba też nie. I wolałem, żeby tak zostało.
Wszedłem do mieszkania, odrobinę zdenerwowany, oczekując chyba reakcji chłopaka. Andy pojawił się w przedpokoju niemal natychmiast, jakby na mnie czekał, co sprawiło, że moje serce zabiło znacznie szybciej. Niestety, już po chwili doszedłem do wniosku, że nie do końca o to chodziło.
-Co kupiłeś?- zainteresował się rudowłosy, zabierając ode mnie siatki z zakupami i przechodząc do kuchni. Ruszyłem tuż za nim, wciąż wpatrując się w niego z jakąś naiwną nadzieją, że w ogóle zauważy to, że się przebrałem. Nie zauważył, zbyt skupiony na wyciąganiu kolejnych produktów- Rany, jestem taki głodny… Zjadłem już chyba wszystko, co słodkie… Przyniosłeś coś?
-Nie, zrobiłem tylko niewielkie zakupy- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. A niewielkie zakupy w moim wykonaniu składały się wyłącznie z jakiegoś pieczywa, jajek, mleka i wody mineralnej. Naprawdę nie chciałem, żeby Hugo nabrał jakichś podejrzeń- Ale mogę skoczyć po coś jeszcze- dodałem po chwili, a Andy jedynie machnął obojętnie dłonią i z ciężkim westchnieniem przysiadł na ladzie, odgryzając kawałek bułki.
Chwyciłem za pozostałe zakupy, odkładając je na miejsce.
Nie, zdecydowanie ubrania nie zmieniają niczego.
-Rany, Mitch, jak ty to wytrzymujesz!- wybuchnął nagle Andy, a ja spojrzałem na niego ze zdumieniem- Rano hałas, popołudniu hałas, wieczorem hałas, nocą hałas… Myślałem, że szlag mnie trafi, jak zbudziła mnie ta kłótnia! Była szósta rano! Szósta rano, Mitch, rozumiesz…?- aż jęknął, kręcąc z niedowierzaniem głową- Normalnie nie mogłem uwierzyć! Co za ludzie! U mnie było głośno, owszem, ale to nic w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj! Ci się kłócą, tamci się pieprzą… Zupełny koszmar. Dlaczego się nie wyprowadziłeś?- zapytał, spoglądając na mnie bez zrozumienia.
-Cóż… Szybko się przyzwyczajam- odpowiedziałem jedynie bezradnie, wzruszywszy ramionami. Brakowało mi uporu i siły, żeby planować przeprowadzkę, a do hałasów stopniowo przywykłem, chociaż skłamałbym, gdybym stwierdził, że umilały mi atmosferę.
-Ta- mruknął Andy, wyraźnie niezadowolony- Na twoim miejscu zrobiłbym z tym porządek, serio.
Taaak, ja na swoim też bym zrobił.
Gdybym potrafił.
-Nie mam przecież wpływu na innych ludzi- zauważyłem cicho, ściskając w dłoniach ostatni pakunek. Pakunek, w którym trzymałem nowo kupiony telefon. Do ostatniej chwili wahałem się, czy aby na pewno powinienem mu go dać, ale ostatecznie przemogłem się i rzuciłem nieśmiało- Mam coś dla ciebie…
-Hm?- Andy spojrzał na mnie bez większego zrozumienia- Co takiego?
Zamiast odpowiedzieć, po prostu podałem mu opakowanie, a on otworzył je, przez chwilę przyglądając się zawartości z osłupieniem.
-Co to?- zapytał tak, jakby naprawdę nie wiedział.
-Telefon- parsknąłem cicho, wciąż lekko zażenowany.
-Taak, widzę, ale… Och… Rany, Mitch- Andy wydawał się być zmieszany, ale ku mojej uciesze dostrzegłem, że wyglądał raczej na zadowolonego- Przecież… Nie musiałeś mi tego kupować, nie? Jeśli ci przeszkadzało, że dzwoniłem z twojego telefonu…
-Nie, nie!- zaprzeczyłem prędko. Przecież to nie miało tak wyglądać- Po prostu stwierdziłem, że powinieneś mieć własny telefon, tak na wszelki wypadek… W końcu wychodzisz, a czasem możesz potrzebować do mnie zadzwonić i…
Andy chyba zupełnie mnie nie słuchał, zbyt pochłonięty przeglądaniem instrukcji i włączaniem telefonu. Umilkłem więc, uśmiechając się jedynie lekko do siebie, i znowu przyłapałem się na tym, że moje myśli krążyły wokół tego, że wygląda naprawdę uroczo.
-Jest świetny- stwierdził w końcu chłopak, również uśmiechając się pogodnie, po czym zeskoczył z blatu stołu, zabierając ze sobą całe pudełko, a następnie objął mnie odrobinę nieporadnie wokół pasa i przycisnął się do mnie na moment, by zaraz ruszyć w kierunku swojego pokoju. Zatrzymał się jeszcze na chwilę i odwrócił się w moim kierunku z krótkim- Dziś nie wychodzę.
-To świetnie.
-Hm…- Andy zmarszczył brwi, przyglądając mi się z uwagą- Zmieniłeś coś, Mitch…? Przebrałeś się, czy co?
-Tak- potwierdziłem, aż odetchnąwszy cicho w duchu z radości. Zauważył. Naprawdę zauważył.
-Och… To fajnie- skwitował jedynie, ciągle patrząc na mnie badawczo, aż w końcu dodał jedynie- Lepiej ci było w twoich normalnych ciuchach, Mitch.
I wyszedł.
A ja po raz kolejny tego dnia poczułem się zupełnie zdezorientowany.
Boże, Andy był doprawdy nieprzeciętny.
I chyba nie istniało na tym świecie nic, co mogłoby skłonić go do zainteresowania się moją osobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz