Strony

niedziela, 22 maja 2011

12. Kłopoty na horyzoncie [LPoH]

Aż jęknąłem głucho, zerkając ukradkiem na zegarek.
Było już trochę po ósmej.
Owszem, nie była to szósta, czwarta, druga w nocy, ale i tak uważam, że mam prawo pospać trochę dłużej przynajmniej w sobotę, nie będąc od rana budzonym przez jakże charakterystyczne dudnienie sufitu i nazbyt głośną muzykę.
No cóż.
Najwyraźniej moi sąsiedzi mają na ten temat inne zdanie.
… Zresztą nie po raz pierwszy.
Boże, mieszkam tu tak długo, a wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że moi sąsiedzi li lubią sobie urządzać imprezy w bardzo różnych porach dnia i nocy, mając w głębokim poważaniu pozostałych lokatorów budynku.
Nakryłem głowę poduszką i przewróciłem się na bok, leżąc tak jeszcze dłuższą chwilę, chociaż już wiedziałem, że nie zasnę. Aż szumiało mi w głowie od tego wszystkiego.
-Rany boskie…- wymamrotałem cicho, po czym odetchnąłem głęboko i odłożyłem poduszkę na bok, a następnie z wielkim trudem podniosłem się z łóżka. Czułem się strasznie zmęczony i senny, wczoraj położyłem się dość późno. Prawie do północy dyskutowałem z Hugo przez telefon na temat jego nowego projektu (a przy okazji także na temat Andrei), a później przewracałem się z boku na bok w łóżku, dręczony jakimiś dziwnymi myślami.
… Chyba nie muszę nawet mówić, kogo owe myśli dotyczyły.
Zasnąłem pewnie dopiero koło drugiej i naprawdę pobudka o ósmej nie napawała mnie radością, szczególnie tak drastyczna.
Pościeliłem łóżko, a następnie przeszedłem do kuchni, ziewając lekko, wciąż zaspany, i zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym podać na śniadanie.
W tym momencie jednak usłyszałem donośne trzaśnięcie drzwi od jednej z sypialni i już po chwili w pomieszczeniu pojawił się Andy. Najwyraźniej również nie był zachwycony z brutalnej pobudki.
No dobrze.
Ledwie przeniosłem na niego wzrok, a przekonałem się, że „nie zachwycony” to zdecydowanie zbyt mało powiedziane.
Wyglądał dosłownie tak, jakby zaraz miał kogoś zabić. Włosy miał potargane, a oczy podkrążone, ale i tak wyglądał równie prześlicznie i uroczo, jak zawsze. Wymamrotał coś gniewnie pod nosem, po czym zacisnął wargi w wąską linijkę, a ja już wiedziałem, że zdecydowanie nie jest w dobrym nastroju. Lekko to ujmując.
-Zjesz jajecznicę?- zapytałem nieśmiało i natychmiast tego pożałowałem, gdy tylko posłał mi iście mrożące spojrzenie. Chyba naprawdę nie miał dziś humoru, zazwyczaj irytował się, gdy ktoś przedwcześnie go budził, ale nigdy nie był aż tak zdenerwowany jak teraz.
Z dalszych pytań jakoś zrezygnowałem i zabrałem się za robienie jajecznicy. Zresztą, niespecjalnie miałem okazję zapytać o cokolwiek, bo rudowłosy, który początkowo przysiadł przy stole, obserwując moje poczynania z wyjątkowo buńczuczną miną, nagle zerwał się z miejsca i popędził do przedpokoju, jakby go ktoś gonił.
Przerwałem przygotowywanie śniadania, zupełnie zaskoczony i ruszyłem tuż za nim, chcąc zobaczyć, o co chodzi. Dostrzegłem jedynie, jak dopina buty i wychodzi.
… W swojej piżamie.
Tym razem na szczęście wyjątkowo przyzwoitej, bo miał na sobie długie spodnie i jakąś luźną koszulkę, ale mimo wszystko.
Wyszedłem za nim, kompletnie osłupiały. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że może nie do końca się jeszcze obudził i nie ma pojęcia, co robi.
-Andy!- zawołałem, ale on już pędził po schodach na górę, wchodząc na wyższe piętro. Aż jęknąłem w duchu, przeczuwając, co się święci, ale ruszyłem w ślad za nim, ostatecznie jednak zatrzymując się na bezpiecznym półpiętrze. Miałem dziwne przeczucie, że jeżeli podejdę bliżej, to na tym ucierpię, i to z rąk Andy’ego właśnie.
-Andy!- krzyknąłem ponownie, chociaż nie byłem pewien, czy mój głos przebił się przez dudniącą głośno muzykę. Nawet, jeżeli chłopak to usłyszał, nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi i załomotał donośnie do drzwi jednego z sąsiadów- Andy, daj już spokój…- poprosiłem, a on posłał mi takie spojrzenie, że zdecydowanie wolałem zostać tam, gdzie stałem.
-Wracaj do domu, Mitch- warknął tylko, a przynajmniej tyle usłyszałem. Wciąż nie przestawał pukać uporczywie.
-To nie ma sensu!- ani drgnąłem. Nie zamierzałem zostawić Andy’ego samego, chociaż nie miałem dobrych przeczuć. Zawsze bałem się wszelkich konfrontacji- Andy, chodź już, proszę! Najwyraźniej go nie ma!- zawołałem idiotycznie, jakby rzeczywiście ów „ktoś”, bo nawet niezbyt wiedziałem, kto tam mieszka, miał włączyć muzykę na cały regulator i wyfrunąć przez okno- Zjemy śniadanie, a później to jakoś załatwimy!- … przeczekamy…- Chodź!
Ale w tym momencie drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich jakiś chłopak, góra dwudziestoletni. Znałem go tylko z widzenia, nawet nie kojarzyłem, że zajmuje to mieszkanie. Nie znałem dobrze wszystkich sąsiadów.
-Czego?- rzucił chłodno, mierząc Andy’ego pełnym politowania spojrzeniem- Niezbyt wyjściowy strój…- ocenił złośliwie, uśmiechając się drwiąco- Chyba nie chcesz się w tym do nas wbić, nie…?
-Ścisz to!- warknął tylko rudowłosy, wyraźnie wściekły. Wszedłem o kilka schodków wyżej, chociaż wciąż utrzymywałem bezpieczny dystans.
Słowo daję, pierwszy raz widziałem Andy’ego w takim stanie.
-Bo…?- tamten chłopak jakoś nie wydawał się szczególnie całą sytuacją poruszony.
Spoglądałem to na niego, to na rudowłosego, który wpatrywał się w niego z wściekłością i byłem autentycznie przerażony. Miałem wrażenie, że jeżeli zaraz dojdzie pomiędzy nimi do jakiejś szarpaniny czy bójki, nie będę wiedział, jak się zachować.
-Bo mnie obudziłeś, kretynie! Zresztą, nie tylko mnie!
-I co z tego…? Cisza nocna dawno się skończyła, to twój problem, że nie jesteś rannym ptaszkiem… Jak ci to przeszkadza, wyjdź sobie na spacer- odparł wyjątkowo bezczelnie- Za jakieś dwie godzinki skończymy.
-Zadzwonię na policję!- rzucił Andy, wciąż wyraźnie poirytowany, a chłopak zaśmiał się donośnie i odpowiedział:
-Śmiało. Ja tu nie mieszkam. I tak niczego mi nie udowodnisz.
A następnie zamknął rudowłosemu drzwi przed nosem.
Andy aż sapnął z oburzenia i przez dłuższą chwilę stał nieruchomo w miejscu, wyraźnie zdenerwowany, po czym odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach, z powrotem na nasze piętro, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Czułem się mocno zdezorientowany, ale ruszyłem za nim, mając nadzieję, że to już koniec całej tej sytuacji.
-Andy…- zacząłem niepewnie, wchodząc za nim do mieszkania- Nie przejmuj się. Takie rzeczy się zdarzają… Naprawdę możemy iść na spacer. Co ty na to…?
Rudowłosy chyba wcale mnie nie słuchał, szukając czegoś po szafkach w kuchni.
Boże, miałem nadzieję, że nie noża.
-Andy…- nie wiem, dlaczego wciąż powtarzałem jego imię, ale chyba miałem nadzieję, że go to jakoś uspokoi. Niestety nadzieja okazała się złudna, bo wciąż byłem przez niego zupełnie ignorowany, a rudowłosy aż kipiał ze złości- Andy, co ty robisz…?- spróbowałem raz jeszcze, autentycznie zdumiony, gdy zobaczyłem, jak chwyta pustą butelkę po wodzie mineralnej i napełnia ją wodą z kranu- Andy…? Andy, co chcesz zrobić?- dopytywałem wciąż, ale chłopak po raz kolejny przemknął obok mnie bez słowa i z powrotem pognał na korytarz, a następnie na wyższe piętro.
Aż jęknąłem w duchu.
Naprawdę mi się to nie podobało.
-Andy, proszę cię, daj już spokój!- zawołałem za nim raz jeszcze, modląc się w duchu o to, żeby nie doszło do żadnej poważniejszej awantury, ale chyba było już zbyt późno.
Zwłaszcza, że tym razem rudowłosy nie zadawał sobie nawet trudu i nie pukał, a od razu wszedł do mieszkania. Zamarłem w bezruchu, wstrzymując oddech, autentycznie przerażony.
Boże, zabiją go.
… Albo on zabije ich. Biorąc pod uwagę temperament Andy’ego, wcale nie byłem taki pewien, która strona będzie w tym sporze ofiarą.
Przez dłuższą chwilę na korytarzu nie słychać było nic prócz głośnej, rockowej muzyki, ale nagle muzyka zaczęła być dziwnie przerywana, aż w końcu ucichła w ogóle.
I dopiero wtedy się zaczęło.
-Popapraniec! Cholerny popapraniec!- wrzeszczał tamten chłopak, już nie tak obojętny jak wcześniej, za wychodzącym z jego mieszkania Andy’m- To sprzęt mojego ojca, wiesz ile był wart, idioto?! Za kogo się uważasz, co?! Myślisz, że ujdzie ci to na sucho?! Zaraz zadzwonię na policję, a wtedy się przekonasz, że…
-Śmiało- odparł Andy, zupełnie niewzruszony, podczas gdy ja już byłem bliski zawału z nerwów- Nie mieszkam tu. I tak niczego mi nie udowodnisz.
-Taki jesteś cwany…?- syknął chłopak, po czym wrzasnął- Steve! Steve, George, chodźcie tutaj! Zobaczymy, czy będzie taki odważny, gdy stanie z nami twarzą w twarz!
Jezu, zginiemy.
Tym razem naprawdę zginiemy.
Boże, Andy, co ty tam jeszcze robisz?!
Uciekaj, na litość boską!
Czekałem z napięciem na wyjście kumpli tego chłopaka, ale ledwie ich ujrzałem…
… A napięcie przemieniło się w pełne ulgi parsknięcie.
Zza pleców jasnowłosego wyrośli nagle dwaj inni mężczyźni i jeżeli istniał jakikolwiek podręcznikowy przykład stereotypowego geja – z pewnością tak właśnie wyglądał.
Jeden z nich miał wyjątkowo obcisłe, skórzane spodnie i nieco przykrótką i, jak na mój gust, damską bluzkę, a drugi - ciemny golf bez rękawów i jasnoniebieskie dżinsy. Z pewnością dodatkowego uroku dodawała im też wyjątkowo charakterystyczna gestykulacja i ruchy godne wieloletniego tancerza.
-Co jest, Bernie…?- rzucił jeden z nich, unosząc pytająco brew- Co to w ogóle za chłopak…?
Nie wydawali się być specjalnie trzeźwi ani zorientowani w tym, co się wokół nich dzieje.
-I czemu muzyka już nie gra…?- zapytał bez zrozumienia ten drugi, jakby dopiero teraz się zorientował, po czym przeniósł nieco nieprzytomne spojrzenie na Andy’ego i jego twarz nagle rozjaśnił uśmiech- Cześć, George jestem.
-Andy- odparł chłopak, chyba równie zaskoczony i rozbawiony jak ja.
-Fajne imię. Andy. Fajne. Dźwięczne- powtarzał wciąż ów George, chichocąc pod nosem, i doszedłem do wniosku, że zapewne nie było to spowodowane jedynie nadmiarem alkoholu- To jak, Andy…? Dasz mi swój numer? I adres?
Nie mogłem wytrzymać i parsknąłem śmiechem.
Andy zrobił dokładnie to samo.
Może jednak złe przeczucia nie zawsze się sprawdzają…?

-Naprawdę oblałeś jego wieżę wodą?- zapytałem z lekkim niepokojem, siadając na kanapie tuż obok leżącego na niej Andy’ego. Rudowłosy znowu czytał jeden z moich magazynów poświęconych architekturze. Chyba naprawdę go to interesowało.
-I głośniki- odmruknął Andy w odpowiedzi, marszcząc brwi w wyrazie skupienia, po czym dodał jeszcze- Nic wielkiego.
-Nic wielkiego?- powtórzyłem z niedowierzaniem. Właściwie początkowo cała sytuacja naprawdę mnie bawiła, ale wcale nie byłem pewien, czy tamten chłopak to tak zostawi. Nie chciałbym, żeby Andy miał jakieś problemy, zastanawiałem się już nawet nad tym, czy nie zaproponować mu pokrycia wszystkich kosztów- Przecież to na pewno dużo kosztowało… Istnieje jakaś szansa, że po naprawie będzie działać?
-Nie liczyłbym na to- odparł rudowłosy, odrywając się na chwilę od czytanego tekstu i spoglądając na mnie uważnie- Nie martw się, Mitch. Nie sądzę, żebyś miał przez to jakieś problemy… Nie widział cię, a poza tym to zwykły maminsynek. Raczej nie chciałby, żeby jego starzy dowiedzieli się o tym, co wyprawia z kolegami i jak dobrze się bawią, więc…- wzruszył obojętnie ramionami, wracając wzrokiem do czasopisma- Bez zmartwień.
Chyba naprawdę powinienem się od niego uczyć podejścia do życia.
Stosunkowo rzadko potrafiłem funkcjonować „bez zmartwień”.
-Chociaż z drugiej strony… Trzeba było mi powiedzieć, kto tam mieszka…- mruknął Andy, a na jego wargach wykwitł odrobinę złośliwy uśmieszek- Gdybym wiedział, może dałoby się to załatwić w inny sposób… Pokojowy…- dodał, wpatrując się we mnie prowokacyjnie- Sypialniany…
Prychnąłem z udawanym oburzeniem i zdzieliłem go pod bok, a on zachichotał wesoło.
-Nie wiedziałem, kto tam mieszka- odpowiedziałem w końcu.
-Co?- rudowłosy parsknął cicho, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem- Tyle czasu cię wkurzali i ani razu się tam nie pofatygowałeś?
Trochę się zawstydziłem.
Zawsze robiło mi się głupio, gdy zdawałem sobie sprawę z tego, że kompletnie nie potrafię rozwiązać otaczających mnie problemów.
Boże, szesnastolatek poradził sobie z tym wszystkim lepiej ode mnie.
… Cokolwiek kontrowersyjnie, ale skutecznie, biorąc pod uwagę fakt, że teraz w kamienicy panowała właściwie cisza. No dobrze. Cisza przerywana regularnie odgłosami kłótni, zbyt głośnego seksu i innego rodzaju hałasami, które niekoniecznie mi się podobały, ale sami rozumiecie… O jeden czynnik stresowy mniej.
-Rany, Mitch, ty to jesteś…- chichotał wciąż Andy, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-No… Ale podpisałem się pod petycją innych współlokatorów- dodałem prędko, nie chcąc wyjść na całkowicie biernego- W sprawie hałasu, i tak dalej…
-Brawo, Mitch…- parsknął rudowłosy, posyłając mi wyjątkowo rozbawione spojrzenie- Mój ty bohaterze!
Och, ile bym dał, żeby powiedział to bez tej wyraźnej ironii w głosie…
-W każdym razie, ja zaczynam się szykować- poinformował mnie, odkładając magazyn na stół i podnosząc się z miejsca.
-W… Wychodzisz?- baknąłem niepewnie, a on przeciągnął się lekko i skinął głową.
-Mówiłem ci już przecież.
-A-Ale dokąd?
Miałem chyba głupią nadzieję, że się rozmyślił.
-No wiesz, Mitch… Potańczyć, i tak dalej- rudowłosy przewrócił oczyma, po czym czmychnął do swojej sypialni i zaraz wrócił do salonu z dwoma koszulkami. Jedną czerwoną, a drugą w ciemnozielonym kolorze- I jak sądzisz? W której wyglądam lepiej?
-Przecież idziesz tańczyć…- przypomniałem cichutko, odrobinę spłoszony- Po co chcesz wyglądać… Lepiej?
-Rany, Mitch- sapnął z poirytowaniem- Dobra, poradzę sobie sam.
-Nie, nie!- zaprotestowałem prędko i przywołałem go do siebie gestem dłoni. Podszedł do mnie, a ja przyjrzałem się obu koszulkom, starając się go sobie w nich wyobrazić.
… I jednocześnie zdecydować, w której wyglądałby mniej interesująco niż zawsze.
Doszedłem jednak do wniosku, że tak czy inaczej będzie wyglądał świetnie, ale chyba zastanawiałem się zbyt długo, bo westchnął cierpiętniczo i rzucił:
-Dobra, sam szybciej zdecyduję…
-Czerwona- stwierdziłem natychmiast, w ostatniej chwili zdobywając się na szczerość- Ładnie ci w czerwonym- dodałem nieśmiało, chwytając go lekko za nadgarstki i zatrzymując przy sobie. Aż sam nie mogłem się nadziwić, że zdobyłem się na taki gest. Do tej pory każdy, nawet najmniejszy dotyk wprawiał mnie w zupełne osłupienie i doprowadzał do sytuacji, w której miałem ochotę zakopać się pod ziemię ze wstydu. Andy uśmiechnął się z wdzięcznością i nawet nie poszedł od razu do siebie, a przysiadł z powrotem na kanapie.
-O co chodzi, Mitch?
-Weźmiesz telefon…?- zapytałem, zagryzając niepewnie wargę- Wolałbym wiedzieć, czy… Wolałbym wiedzieć… To znaczy… Ja…- motałem się odrobinę, nie wiedząc, jak ująć to wszystko w słowa- Po prostu go weź, dobrze?
-Jasne, że go wezmę. I tak, mam twój numer- odpowiedział, zanim zdążyłem zapytać, wyraźnie rozbawiony- Ale ty też coś dla mnie zrób.
-Co takiego?
-Idź spać.
Cóż.
Z pewnością nie było to zdanie, które chciałem usłyszeć.
-Serio, Mitch- dodał, wpatrując się we mnie stanowczo- Wiesz dobrze, że nie wracam wcześnie, a nie ma sensu, żebyś siedział tutaj i martwił się przez całą noc… Tym bardziej, że mam przeczucie, że dziś wrócę naprawdę późno… Znaczy jutro- sprostował, śmiejąc się radośnie, po czym ponownie wstał z kanapy i pobiegł w kierunku swojego pokoju.
Odetchnąłem głębiej i uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
Już czułem, że to nie będzie dla mnie łatwa noc.

Wcale nie śpię.
I naprawdę próbowałem, możecie mi wierzyć.
Przebrałem się w piżamę, położyłem do łóżka, i tak dalej, ale cały czas nie mogłem przestać myśleć o Andy’m i wyobrażać sobie jakichś niestworzonych historii, więc w końcu znowu wstałem i zacząłem się zupełnie bez celu włóczyć po całym mieszkaniu, oczekując, że nagle się pojawi. Idiotyczna nadzieja, zważywszy na to, że było niewiele po północy. Pamiętałem jeszcze, że ostatnio wrócił dużo później, a dziś zresztą zapowiadał, że nie powinienem na niego czekać.
Och, Boże, i tak wiem, że nie zasnę.
Ale jeżeli dłużej będę tak bezczynnie łaził, chyba oszaleję przez te wszystkie głupie domysły i podejrzenia. Muszę zająć się czymś konstruktywnym.
Praca!
Praca jest bardzo konstruktywna. Co prawda, ja swojej nie mam, ale wczoraj Hugo opowiadał mi dużo o swoim nowym projekcie i właściwie mogłem mu coś subtelnie zasugerować. A przynajmniej zająć się tym, dopóki Andy nie wróci.
Wróciłem do sypialni i odetchnąłem głęboko, całą siłą woli starając się skupić na przypomnieniu sobie tego, o czym dokładnie mówił mi wczoraj Hugo. Niestety, ze wspomnieniami mieszały się coraz to nowe wizje tego, co się Andy’emu może stać albo co Andy robi z własnej woli z kimś, i jakoś wcale nie było to proste.
W tym momencie zadzwonił mój telefon komórkowy.
Chwyciłem go prędko, mając autentyczną nadzieję, że to rudowłosy.
-Słucham?- rzuciłem do aparatu, nie spojrzawszy nawet na wyświetlacz.
-Cześć, Mitch- usłyszałem głos Andy’ego i aż uśmiechnąłem się mimowolnie- Chciałem ci powiedzieć, że ze mną jest wszystko w porządku.
-Gdzie jesteś?- zapytałem niepewnie. Spodziewałem się jakiejś głośnej muzyki w tle, szumów, czegoś w tym stylu, jak to na dyskotekach, ale było w miarę spokojnie.
-Ja…- Andy zawahał się lekko. Brzmiał jakoś dziwnie, inaczej niż zwykle- Ja już wracam… Do domu już wracam, Mitch… Jestem niedaleko i zaraz będę.
Odetchnąłem cicho i po raz kolejny uśmiechnąłem się pogodnie. Strasznie mnie to ucieszyło.
-Mitch, jesteś tam?
-Tak, tak- odparłem prędko, nieco zmieszany swoim milczeniem- Wszystko w porządku, Andy?
-Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
Zdziwiłem się trochę.
-Jasne- odpowiedziałem bez wahania- Co takiego?
-Hm… Ja… Teraz… Mitch, wyjdziesz po mnie przed klatkę?- zapytał w końcu, a ja miałem jakieś dziwne wrażenie, że jest dużo mniej pewny i stanowczy niż zwykle- Jest ciemno, a ja trochę boję się wracać i w ogóle… Tylko na chwilę… Jeśli masz czas… Bo jeżeli nie, to…
-Idę, Andy- odparłem tylko, teraz już w ogóle nie będąc w stanie opanować głupiego, uradowanego uśmiechu, który dosłownie przykleił się do mojej twarzy.
-Świetnie- odpowiedział cicho- Dzięki, Mitch.
-Nie ma za co- rzuciłem jeszcze, chociaż chłopak już zdążył się rozłączyć.
Nie miałem zamiaru się nawet przebierać, to zajęłoby zbyt wiele czasu, a ze słów chłopaka wynikało, że nie był daleko stąd. Narzuciłem tylko płaszcz na piżamę i założyłem buty, a później wyszedłem przed klatkę. Było koszmarnie zimno i aż zacząłem się trząść, ale mimo wszystko czekałem dzielnie, rozglądając się wokoło i wyczekując nadejścia rudowłosego. Minęło może z dziesięć minut, gdy wreszcie go dostrzegłem. Przeszedł na drugą stronę ulicy i szedł szybkim krokiem w moim kierunku. Ale chyba wcale nie sam.
-Ej, pedałku! Odwróć się do nas!- krzyknął za nim pijackim głosem jakiś mężczyzna. Serce zabiło mi szybciej ze strachu.
-Już nie taki odważny, co?!- rzucił drugi, towarzysz tamtego. Obaj byli łysi i bardzo charakterystyczni, wydawało mi się, że już ich gdzieś wcześniej widziałem, chociaż przy nikłym świetle latarni naprawdę trudno było mi to dokładnie ocenić.
-Andy!- zawołałem, a on podniósł na mnie nieco spłoszone spojrzenie i ostatnie dzielące nas metry pokonał biegiem.
-Chodź do domu, Mitch- szepnął cicho, chwytając mnie za dłoń i ciągnąc w kierunku klatki schodowej.
-Znalazłeś sobie sponsora?!
Ścisnąłem mocno dłoń rudowłosego, chcąc wejść z nim do budynku, ale niestety to się nie udało. Mężczyźni podeszli do nas i jeden z nich stanął tuż przy drzwiach, zagradzając mi drogę.
-I co?- warknął ten drugi- Nie da się ciągle uciekać, nie?
-Daj mi spokój!- krzyknął Andy, wyraźnie zdenerwowany.
-Wisisz mi kasę!
-Dawno ci oddałem! Spadaj!- warknął ze złością, wciąż ciągnąc mnie za dłoń- Chodźmy stąd, Mitch.
-Ciekawe, czy będziesz taki pewny siebie, jak trochę przemeblujemy ci twarz!- wykrzyknął tamten drugi, robiąc gwałtowny krok do przodu, a ja niemal w jakimś odruchu zakryłem Andy’ego swoim ciałem i wycofałem się wraz z nim. Chyba niemal przycisnąłem go do ściany, bo jęknął w wyrazie protestu, ale nie odsunąłem się ani na krok. Miałem wrażenie, że nie skończy się to dobrze.
-Panowie, spokojnie…- zacząłem powoli. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie byli trzeźwi i z pewnością na spokoju wcale im nie zależało.
-Spokojnie? Spokojnie?! Jak twoja dziwka odda nam kasę, to będziemy spokojni!
Andy szarpnął się gwałtownie i zapewne gdybym nie otaczał go rękoma, wyrwałby się i chyba na niego rzucił, co z pewnością nie skończyłoby się dla rudowłosego dobrze, biorąc pod uwagę jego posturę.
-Nie wiem, o jakie pieniądze chodzi- wyjaśniłem w końcu, starając się mówić ze spokojem, chociaż głos lekko mi drżał- Może to jakaś pomyłka.
-Sugerujesz, że kłamiemy?!- warknął ten, który stał przy drzwiach, a ja odetchnąłem głębiej i pokręciłem głową.
-Nie, ale… Nie ma powodu do nerwów. Oddam wszystkie pieniądze.
-Mitch, oszalałeś?!- wykrzyknął Andy- Nie dawaj im żadnej kasy!
-Zamknij się!- wrzasnął stojący przy nas mężczyzna, po czym zwrócił się do mnie- Dawaj wszystko, co masz.
-Nic przy sobie nie mam- wyjaśniłem cierpliwie, z trudem utrzymując za sobą wciąż szarpiącego się Andy’ego- Ale mieszkam tutaj… Wejdę na górę, do mieszkania, wezmę całą gotówkę, jaką mam, i…
-Masz nas za kretynów?! Myślisz, że nie wiemy, że zadzwonisz po gliny?!
-Nic takiego się nie stanie- spróbowałem raz jeszcze. Naprawdę byłbym gotów oddać im pieniądze, jeśli tylko daliby rudowłosemu spokój- Mogą panowie nawet wejść ze mną… Nie mam dużo gotówki, ale na pewno coś znajdę. Pokryję wszystkie długi.
-Mitch, nie słyszysz, co do ciebie mówię?!- warknął ponownie Andy- Nie dawaj im żadnych pieniędzy! Żadnych! Nie rozumiesz, że już się od ciebie nie odczepią, gdy to zrobisz?!
… Grunt, żeby odczepili się od ciebie.
-Zamknij się, cholerna cioto! Nie z tobą rozmawiam! Gdyby tak było, już byś zdechł!
-No właśnie- zawtórował mu ten drugi, rechocąc donośnie- My nie przyjmujemy spłaty w naturze…
-… ale może nas jednak przebłagasz, co? Klękaj!
-Nie, nie, proszę, nie!- rzuciłem chaotycznie, przyciskając Andy’ego jeszcze mocniej do ściany- Ja naprawdę oddam wszystkie pieniądze, proszę, dajcie mu spokój!
-Nie oddasz im żadnych pieniędzy!
-Andy, proszę!- jęknąłem błagalnie. Chciałem po prostu, żeby cała ta sytuacja się skończyła.
-Zaraz zmienisz zdanie, jak pokiereszujemy ci tą ładniutką twarzyczkę- zaśmiał się mężczyzna stojący blisko nas i w tym momencie rudowłosy odepchnął mnie gwałtownie od siebie i warknął:
-No śmiało!
-Andy, nie!- wykrzyknąłem jedynie, w ostatniej chwili osłaniając go po raz kolejny i w tym samym momencie poczułem mocne uderzenie w twarz. Przewróciłem się do tyłu, jęknąwszy cicho z bólu, i aż zakręciło mi się w głowie.
-Mitch!- usłyszałem pełen przerażenia krzyk Andy’ego, ale jakby odrobinę przytłumiony. Przez dłuższą chwilę w ogóle nie miałem pojęcia, co się wokół mnie dzieje- Pomocy! Pomocy, niech mi ktoś pomoże! Napadli na nas! Pomocy!
Dopiero słysząc nawoływania Andy’ego, odzyskałem jakąś świadomość i uchyliłem powieki, chociaż wszystko widziałem zupełnie rozmazane. Ci dwaj mężczyźni szarpali się z rudowłosym, przekrzykując się wzajemnie, ale w tym momencie…
-Złodzieje! Bandyci! Sataniści!- usłyszałem wrzaski pani Wilcox dobiegające z okna i ponownie jęknąłem tylko cicho, bo nie byłem w stanie wydobyć z siebie nic więcej.
-Spadamy!- warknął jeden z mężczyzn i obaj odbiegli, a w tym momencie niemal w całej kamienicy zaczęły powoli zapalać się światła.
-Mitch!- wykrzyknął z paniką Andy, klękając przy mnie, a ja uśmiechnąłem się odrobinę blado i z pewnym trudem podniosłem się do pozycji siedzącej, aż w końcu, z jego pomocą, udało mi się wstać- Mitch, o Boże, tak strasznie mi przykro, tak strasznie mi przykro!
-Nic się nie stało, Andy…- wymamrotałem mało wyraźnie i ledwie przytomnie- Tylko wracajmy już do domu, dobrze?
-Chodź- objął mnie mocno w pasie i zarzucił moją rękę na swoją szyję, jakbym był zupełnie niedołężny. Szedłem bez większych problemów, tylko odrobinę chwiejnie i momentami zaczynało mi się kręcić w głowie, więc miałem mały problem z pokonywaniem schodów, ale oprócz tego dawałem sobie radę.
-Co się stało?- na szczycie schodów pojawiła się pani Wilcox, w beżowej podomce i zabawnym koczku na głowie. Ostrość widzenia powoli wracała.
-Nic takiego, pani Wilcox…- zmusiłem się do tego, by brzmieć przytomnie- Andy wracał z dyskoteki i zaczepili go jacyś chłopacy… To wszystko.
-Ach, ta dzisiejsza młodzież!- wykrzyknęła kobieta, kręcąc z niedowierzaniem głową- Te dyskoteki to przecież takie niebezpieczne miejsca! Sami dilerzy i sataniści! Zawsze to powtarzam! Koszmarnie pan wygląda- dodała, wpatrując się we mnie uważnie- Zadzwonić po pogotowie?
-Dam sobie radę- odpowiedziałem tylko, uśmiechając się lekko, by być bardziej przekonującym.
-Oczywiście- cóż, pani Wilcox nigdy nie garnęła się do pomocy ponad miarę- A ty czego płaczesz, chłopcze?- zwróciła się nagle do rudowłosego- Tak to jest na dyskotekach!- dodała, niczym znawczyni, ale ja już ledwie to usłyszałem, bo przeniosłem zdumione spojrzenie na twarz chłopaka.
Jak to… Jak to płakał?
-Andy…?- zapytałem niepewnie, a on tylko pociągnął cicho nosem i wprowadził mnie do mieszkania, a następnie posadził przy stole, w kuchni- Andy?- powtórzyłem raz jeszcze, mocno przerażony- Coś ci zrobili?
-Przepraszam, Mitch- załkał gwałtownie, wtulając się we mnie mocno, a ja spojrzałem na niego z zaskoczeniem- Z-Zadzwoniłem, bo… Bo sądziłem… S-Sądziłem, że jeżeli cię zobaczą, to się przestraszą… I że dadzą mi spokój… Przepraszam, Mitch, tak strasznie mi przykro!
-Przecież to nie twoja wina, że nie okazałem się zbyt przerażający- parsknąłem cichutko, ale on rozpłakał się jeszcze bardziej.
-P… Powinienem sobie pójść! Powiedz, że powinienem!- wydawał się być zupełnie roztrzęsiony- Odkąd… Odkąd tu jestem, masz same kłopoty!
-Andy, co ty wygadujesz!- wykrzyknąłem natychmiast, obejmując go ciasno ramionami- Wcale nie, to jakaś bzdura… Nic takiego się nie stało, nie chcę, żebyś odchodził.
Łkał nieprzerwanie, wtulając twarz w moją szyję, a ja głaskałem go uspokajająco po plecach, czując się jeszcze gorzej niż wtedy, gdy dostałem w twarz. Teraz było mi po prostu strasznie przykro. Nie chciałem, żeby Andy płakał. Przestałem się zupełnie skupiać na bólu rozchodzącym się od mojej prawej skroni po niemal całej twarzy i po prostu starałem się go jakoś pocieszyć, pokazać mu, że wszystko jest w porządku. W końcu to nie była jego wina. Absurdalnym byłoby oskarżanie go o to, że zaatakował mnie jakiś pijany i wrogo nastawiony facet.
-Zrobię ci okład- zaoferował się w końcu chłopak, odsuwając się i ścierając łzy wierzchem dłoni. Podszedł do lodówki i wyjął z zamrażarki kawałek lodu, po czym zawinął go w ściereczkę i przyłożył ją do mojej pulsującej z bólu skroni. Jęknąłem cichutko.
-Widać coś…?- zapytałem niepewnie. Już nie kręciło mi się w głowie i widziałem całkiem normalnie. Nadal czułem się jakoś dziwnie skołowany, ale wszystko było względnie w porządku.
-Łuk brwiowy ci spuchł- ocenił z wyraźną skruchą. Oczy wciąż miał lekko załzawione, ale już nie płakał- Boli cię? Może zadzwonić po lekarza?
-Nie, nie- zaprotestowałem prędko- Powinniśmy raczej zadzwonić na policję. Zgłosić to, co się wydarzyło.
Andy parsknął cicho z politowaniem.
-I niby co im powiesz?
-Jak to co?- zdumiałem się. Wydawało mi się to oczywiste- Że próbują od ciebie wyłudzić pieniądze, że próbowali cię pobić, napadli na nas… To chyba dość poważne oskarżenia, nie sądzisz?
-Mitch, ja mam szesnaście lat- przypomniał mi Andy, zupełnie tak, jakbym nie zdawał sobie z tego sprawy- I od dłuższego czasu jestem z dala od domu. Nie mam pojęcia, czy moi rodzice nie zgłosili zaginięcia albo czegoś w tym stylu… Teoretycznie nie mam gdzie mieszkać, nie mam tu żadnej rodziny, i tak dalej, więc naprawdę sądzisz, że pozwolą mi tutaj zostać, jak gdyby nigdy nic się nie stało?
Milczałem.
Nie miałem pojęcia, nie znałem się na tym zupełnie.
Wiedziałem tylko, że nie chcę go stracić.
… Nie chciałem, żeby odchodził.
-W porządku- odpowiedziałem więc tylko, chociaż czułem, że takie pozostawienie całej sprawy nie skończy się niczym dobrym dla żadnego z nas.
-Nie przyjdą już tutaj- stwierdził stanowczo rudowłosy, ale ja wcale nie byłem co do tego przekonany- Serio, Mitch, możesz mi wierzyć… To zwykli tchórze, nie zaczepiliby mnie w biały dzień, odważyli się tylko dlatego, że byli po alkoholu i sądzili, że nikt ich nie widzi... Sam wiesz, jak zareagowali na starą Wilcox.
-Tak- parsknąłem cichutko- Chyba trzeba jej będzie za to podziękować…
Andy również uśmiechnął się lekko, ale już po chwili jego uśmiech ponownie został zastąpiony wyrazem jakiegoś zaniepokojenia, niepewności i poczucia winy.
-Przepraszam, Mitch- szepnął po raz kolejny, zagryzając nerwowo wargę- Wszystko spieprzyłem.
-Co ty mówisz, Andy?- zapytałem bez zrozumienia- Przecież już ci mówiłem, że to nie była twoja wina.
-Nieprawda. To tylko i wyłącznie moja wina…- Andy odetchnął głęboko i przeczesał włosy palcami, po czym zaczął przechadzać się po kuchni, jakby nie mógł usiedzieć w miejscu- To moja wina, że w ogóle tutaj jestem. Gdybym od początku przedstawił ci całą sytuację i opowiedział ci wszystko, na pewno stałoby się inaczej. Powinienem być z tobą szczery, ale ja tak chyba nie potrafię. Nie potrafię tak po prostu mówić o tym wszystkim, bo to cholernie idiotyczne i zawstydzające- westchnął, jakby chciał się uspokoić, po czym ponownie uśmiechnął się wymuszenie- Nadal boli?
-Nie- odparłem prędko, wpatrując się w niego z niepokojem- Andy, co się stało? Ktoś zrobił ci coś złego?
Na jego wargach pojawił się blady, nieco pobłażliwy uśmiech.
-Nie. To znaczy tak, ale to nic z tych rzeczy, które sobie wyobrażasz- parsknął cicho i machnął dłonią w lekceważącym geście- Złamane serca, młodzieżowe dramaty i tym podobne, wiesz jak to jest, nie?- zaśmiał się lekko, jakby chciał zbagatelizować całą sytuację i udowodnić mnie albo i samemu sobie, że nie miała dla niego żadnego znaczenia. Wiedziałem, że było inaczej- Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, mówiłem ci o tym, że przyjechałem tutaj z chłopakiem, prawda?
Skinąłem głową w milczeniu, wpatrując się w niego z uwagą.
Nawet go o to nie zapytałem.
Byłem tak skoncentrowany na tym, by zdobyć jego uwagę, by go przy sobie zatrzymać, że zupełnie zapomniałem o tym, żeby dowiedzieć się czegoś na temat jego przeszłości i dotychczasowego życia. Wydawało mi się to nieistotne.
-No i tak właśnie było- stwierdził, wzruszywszy ramionami- Poznałem Christiana, gdy miałem jakieś czternaście lat, i zaczęliśmy się ze sobą spotykać. On był pięć lat starszy…- dodał w zamyśleniu, a ja spojrzałem na niego niemal z przerażeniem. Miałem ochotę coś powiedzieć, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że była to lekka hipokryzja. W końcu między nim a tym chłopakiem na pewno była mniejsza różnica wieku niż między nami, ale uważam, że wiązanie się z czternastolatkiem nie jest specjalnie poprawne i moralne. Wiązanie się z szesnastolatkiem to niby nie taka różnica, ale przynajmniej nikogo nie ściga za to prokurator- On pochodził z bogatej rodziny, jego starzy ułożyli mu całe życie chyba jeszcze zanim się urodził- parsknął z wyraźnym rozgoryczeniem- A ja… Cóż… Ja byłem tylko sobą- uśmiechnął się niepewnie- Ale i tak było między nami okej. Później tylko wynaleźli mu jakąś narzeczoną i tym podobne… On był grzecznym chłopczykiem, nie sądziłem, że się im przeciwstawi, sądziłem, że już wtedy to się skończy… Ale on mi zaimponował, zachował się dojrzale. Wziął wszystkie swoje oszczędności i stwierdził, że razem uciekniemy, że damy sobie spokój z tym wszystkim… To nie mogło mu ujść na sucho. Starzy natychmiast odcięli go od kasy, bo zrezygnował ze studiów, a poza tym… A poza tym uciekł ze mną. To z pewnością nie było dla nich zbyt miłe. Burzyło wyobrażenia na temat idealnego syna.
Milczałem, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem. Czułem się jakoś dziwnie, gdy o tym opowiadał. Wydawało mi się, że już znam koniec tej historii. Widziałem to po nim, po tym, jak nerwowo się poruszał, jak zagryzał wargę, chaotycznie mówił… Andy zazwyczaj tak się nie zachowywał. Zazwyczaj był zupełnie inny, pewny siebie i rozbawiony… Teraz wydawał się być po prostu zamyślony i smutny.
-Wylądowaliśmy w tym mieście- kontynuował niespiesznie, wciąż krążąc niespokojnie- Na początku było w porządku, bo jakoś sobie radziliśmy. Pieniędzy było całkiem sporo, wystarczyło na wynajem mieszkania i przeżycie kilku miesięcy. On znalazł sobie pracę, ja też jakoś dorabiałem i wszystko było okej. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo jemu chyba zaczęło brakować luksusów, do których był przyzwyczajony…
Odruchowo chyba chwyciłem Andy’ego za dłoń i zatrzymałem go przy sobie. Posłał mi odrobinę nieprzytomne spojrzenie, jakby w ogóle zapomniał, że tu jestem i że mi o tym wszystkim opowiada, po czym odetchnął głęboko i przysiadł na brzegu stołu.
-To i tak musiało się stać- szepnął w końcu zbolałym tonem.
-Czy on…?- zapytałem niepewnie.
-Zostawił mnie- potwierdził, parsknąwszy cicho. W jego oczach ponownie pojawiły się łzy, a ja aż jęknąłem cicho w duchu. Miałem ochotę go do siebie przytulić, wiedziałem, że to było dla niego ważne, bez względu na to, co starał się udowodnić. Wiedziałem, że zależało mu na tamtym chłopaku… Może nawet nadal mu zależy…- Zaczęliśmy się kłócić, on napisał do rodziców, a oni łaskawie pozwolili mu wrócić, jeżeli przestanie się ze mną kontaktować i oświadczy się tamtej dziewczynie, którą mu wybrali. Zrobił to. Nie miał z tym najmniejszego problemu.
-Przykro mi- powiedziałem cicho.
-A mnie nie- odparł Andy, uśmiechając się wymuszenie- Cieszę się, że nie zostałem z nim dłużej… W końcu po co komu taki maminsynek, nie?- znowu miałem wrażenie, że przekonuje samego siebie- Wyjechał, a ja zostałem sam. Wywalili mnie z mieszkania i trafiłem do tego hotelu. Zacząłem się zapożyczać, bo ciągle brakowało mi kasy, ale zazwyczaj oddawałem… Znajdowałem co jakiś czas jakąś pracę, chociaż nieczęsto chcieli mnie gdzieś przyjąć, i zazwyczaj było to coś dorywczego, chwilowego. Ostatnio było gorzej, bo kasy nie miałem wcale, a długów coraz więcej… I musiałem coś wymyślić… Przepraszam, Mitch- rzucił po raz kolejny- Gdybyś wiedział, jak wygląda sytuacja, nie wziąłbyś mnie do siebie.
Aż parsknąłem z niedowierzaniem.
-Naprawdę tak sądzisz?- zapytałem, wpatrując się w niego uważnie.
Westchnął jedynie w odpowiedzi, jakby nie do końca wiedział, co ma powiedzieć.
-Oczywiście, że bym cię do siebie wziął- stwierdziłem z taką stanowczością, że aż to mnie zaskoczyło, ale taka była prawda. Przecież od początku się o niego martwiłem. Gdybym wiedział to wszystko, bałbym się jeszcze bardziej. I może bardziej postarałbym się o to, by być godnym jego zaufania- Nie chciałem, żebyś zrobił coś, czego mógłbyś żałować…- przyznałem cicho- Nie wycofałbym się, gdybym wiedział. Teraz też tego nie zrobię. I postaram ci się pomóc zawsze, gdy tylko będziesz miał jakiś problem.
Na jego wargach pojawił się lekki, choć raczej pełen niedowierzania uśmiech, jakby wciąż nie był do końca przekonany. Właściwie nie mogłem się temu właściwie dziwić. Wcale nie znaliśmy się zbyt dobrze, a on już przeżył jedno poważne odtrącenie w swoim życiu. Miał prawo do podejrzliwości i braku zaufania.
-Wiesz co, Mitch…?
-Tak?- spojrzałem na niego pytająco, wyrywając się na chwilę z zamyślenia.
-Ty naprawdę jesteś moim bohaterem.
Uniosłem brwi w geście zdumienia, po czym zaczerwieniłem się lekko, widząc jego pogodny uśmiech. Nie do końca wiedziałem, jak powinienem się zachować ani co powiedzieć. Zrobiło mi się po prostu miło. Coś ciepłego rozlało się nagle w okolicach mojego żołądka, ogrzewając mnie od środka. Uśmiechnąłem się nieśmiało w odpowiedzi.
A jednak było warto…
Andy usiadł na moich kolanach i przytulił się do mnie lekko. Objąłem go ramionami, zagryzając niepewnie wargę i rozmyślając nad tym, co mi powiedział.
Chciałem, żeby kiedyś mi zaufał.
I żeby mi uwierzył.
Bo ja nie zamierzałem go odtrącać.
Wziąłem za niego odpowiedzialność.
A gdy bierze się za kogoś odpowiedzialność, nie można już z niej zrezygnować.
Nigdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz