Strony

niedziela, 22 maja 2011

12. Wątpliwości [Sunrise]

Oczywiście nie mógł odejść. Specjalnie nastawiłem sobie budzik na dużo wcześniejszą godzinę. Jak co rano siedział na parapecie, wgapiając się w szarugę za oknem. Podszedłem do niego ostrożnie, zastanawiając się czy chociaż odrobinę mu przeszło.
-Ekhem... Jeżeli tak lubisz wschody słońca to może po prostu... Wybrałbyś się w miejsce w którym lepiej je widać?- zagadnąłem ostrożnie.
Posłał mi mordercze spojrzenie, ale wysilił się na spokojny ton głosu i odparł:
-Nie, dzięki. Tu też jest dobrze.
-Umm... Aha, skoro tak mówisz- chrząknąłem- Słuchaj... Tak a propos tej wczorajszej sprawy.
-Nie.
-Co nie?- zapytałem zdezorientowany.
-Nie będę z tobą o tym rozmawiał- wycedził przez zęby.
-N-no weź no- baknąłem- Chciałem się wytłumaczyć... Chyba źle mnie zrozumiałeś.
Na dowód moich słów objąłem go lekko, starając się nie być za bardzo nachalny.
-Nie ruszaj mnie, albo Ricky niedługo będzie się bawił na twojej stypie, gwarantuję!- warknął, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.
Miałem z nim ochotę o tym podyskutować, ale strach przed ewentualnymi obrażeniami zwyciężył i puściłem go niechętnie, wzdychając głęboko.
-Słuchaj no... Naprawdę nie chciałem powiedzieć niczego co by cię uraziło!
-Nieee, ależ skąd Josh... Jestem wprost wzruszony... Serio, cieszę się ogromnie... ŻE SIĘ MNIE PO PROSTU BRZYDZISZ!- wrzasnął, zeskakując z parapetu i podchodząc do mnie z gniewną miną. Cofnąłem się pod ścianę, ale on prychnął cicho i wszedł do łazienki, trzaskając głośno drzwiami.
Dopadłem do nich i szarpnąłem za klamkę, ale ani drgnęły.
-Nie rób takich scen! No wyjdź no! Amadeusz!- łupnąłem w drzwi ze złością- Może i ty nie odczuwasz potrzeb fizjologicznych, ale ja wręcz przeciwnie!
-Szczaj do zlewu- odparł lodowato.
...
Zabiję go.

Wreszcie, po niecałej godzinie Amadeusz ruszył swój szanowny tyłek z łazienki.
... I całe szczęście.
Bo musiałbym poważnie rozważyć jego wcześniejsze słowa.
Usiadł na łóżku, mamrocąc coś do siebie pod nosem.
-Eem... Ja przecież... No nie mówiłem nic o tym, że się ciebie brzydzę- mruknąłem w woli wyjaśnienia, siadając obok niego.
-Och nie, w ogóle nie było tego widać Josh...- zakpił, prychając cicho.
-N-no bo to nie prawda!
-Ehe.
-Amadeusz nie zachowuj się jak dziecko!- jęknąłem cierpiętniczo- Nie możesz się obrażać o to, że byłem... Lekko zdziwiony.
-Jasne.
-Wyobraź sobie, że moi chłopacy zazwyczaj nie zmieniali się diametralnie w ciągu chwili, wiesz?!
-NIE JESTEM twoim chłopakiem.
-Dobrze... Niech będzie. Obiekty zainteresowania.
Zamrugał oczyma i spojrzał na mnie z nieskrywaną ciekawością.
-Jestem twoim obiektem zainteresowania?- zapytał z wyraźnym zaintrygowaniem, spoglądając na mnie.
-Och, tak mi się po prostu powiedziało- burknąłem, czując, że czerwienię się lekko- Wracając do tematu...
-Nie, nie, Josh. Powiedz: jestem twoim obiektem zainteresowania?
-Eee... Co to za różnica.
-Ogromna. Więc?
Chrząknąłem, czując się coraz bardziej zażenowany, ale w końcu skłoniłem się do nieskładnego:
-Yhy... Może trochę.
-Może trochę?- uniósł pytająco brew.
-Tak, odrobinę!- syknąłem ze złością. Zdecydowanie bardziej pasowała mi kłótnia o jego wyimaginowane obrzydzenie.
-To się bardzo dobrze składa i lepiej, żebyś to pamiętał, kiedy kolejnym razem zechcesz się ze mną kłócić o takie rzeczy- wycedził przez zęby, chociaż jego usta ułożyły się w ledwie zauważalny uśmiech. Nachylił się w moją stronę, jak gdyby zamierzał mnie pocałować, ale po chwili najwyraźniej zmienił zdanie, bo poderwał się z miejsca, pozostawiając mnie rozczarowanego.
Odrobinę rozczarowanego.
Tylko troszkę, naprawdę niewiele rozczarowanego.
-Mogę o coś zapytać?
-Nie- odparł tradycyjnie, opierając się o ścianę.
-Więc... Mówiłeś, że twój wygląd zależy od mojego wyobrażenia?
-Nie jestem pewien... Dlaczego pytasz?- zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem.
-A tak się zastanawiałem...- odparłem całkowicie niewinnie. O tak, zastanawiałem się. Wiecie... Jakby wyglądał Amadeusz w innej wersji.
Tak dla przykładu i czystej złośliwości? Różowe włosy! Ha!
Przymknąłem oczy starając się z całej siły wyobrażać, że włosy demona jasnoróżowe, jednakże kiedy uchyliłem powieki nadal były kruczoczarne, w on wpatrywał się we mnie dziwnie.
-Josh co ty do cholery robisz?
-Ummm... Nic- chrząknąłem.
-Czy ty jesteś normalny?- uniósł pytająco brew.
-Nie- odpowiadam całkowicie zgodnie z prawdą. Skoro jako jedyny, albo przynajmniej jeden z niewielu ludzi na świecie widzę demona to ani to zdrowe, ani normalne- Tak po prostu się zastanawiałem nad tym, czy mogę sprawić, żebyś wyglądał inaczej.
-Nie jestem pewien czy chodzi o wyobraźnię. Może o coś innego. Nie wiem, nie obchodzi mnie to- wzruszył obojętnie ramionami- W każdym bądź razie jakby to nie było... Potrafisz tworzyć wyjątkowo udane obrazy- mruknął, przeczesując palcami włosy- Niezwykle cudowne... Przystojne... Seksowne...
Uznałem za stosowne przerwać mu zanim zakocha się sam w sobie.
-Cóż za samouwielbienie- wycedziłem przez zęby.
-Wiesz, moje samouwielbienie, to też samouwielbienie dla ciebie. W pewnym sensie- stwierdził, drapiąc się po głowie.
-Nie ma czegoś takiego jak samouwielbienie dla kogoś- westchnąłem głęboko, kręcąc głową.
-Jest. My łamiemy wszelkie reguły.
-My? Chyba ty.
Wywrócił oczyma i odrzucił włosy, jednocześnie wywracając łokciem moją lampkę nocną.
-Nie demoluj mi pokoju!- syknąłem. Ile razy dziennie można sprzątać po nim to samo!
-Bo...?
-Bo... Bo ci coś zrobię- burknąłem, co przeraziło go tak bardzo, że aż roześmiał się w głos i spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony.
-Cóż za niemoralna propozycja- powiedział, oblizując wargi.
-Ty... Mnie chyba źle zrozumiałeś- chrząknąłem z zażenowaniem.
-Ależ doskonale cię zrozumiałem. Chodź do mnie.
Odruchowo cofnąłem się w najdalszy kąt łóżka. Przechylił głowę, wpatrując się we mnie z politowaniem.
-Josh, kazałem ci do mnie podejść.
-A co ja jestem?- zirytowałem się- Kup sobie pieska i wyżywaj się na nim... Chociaż nie, czekaj, zoofilia jest póki co zabroniona.
-Ach tak- uśmiechnął się kwaśno.
-Tak, dokładnie. Poza tym moglibyśmy od czasu do czasu dla odmiany porozmawiać czy coś.
-Ciągle rozmawiamy!- jęknął cierpiętniczo.
-Wcale nie! Hipokryta! Twierdziłeś, że mój związek z Ricky'm opiera się wyłącznie na seksie, a sam...
-Dobra!- uniósł dłonie w obronnym geście- Porozmawiajmy. Jak sobie życzysz. Na czym my to skończyliśmy? Ach tak. Zoofilia.
-C-co?- baknąłem niepewnie.
-Wiesz... Kiedyś byłem w takiej małej wiosce i tam mieszkał facet, który miał psy i...
-Przestań!- syknąłem, wpatrując się w niego z oburzeniem.
-Słuchaj no! Nie uwierzysz co z nimi robił... W ogóle ten owczarek niemiecki...
-Nie chcę tego słuchać!- warknąłem, zatykając uszy, ale jemu to najwyraźniej nie przeszkadzało.
-Jasne, że chcesz!- usiadł tuż obok mnie ze złośliwym uśmiechem- Chociaż nie, nie! Lepszy był ten z królikiem i...
Zatkałem mu usta krótkim, ale stanowczym pocałunkiem. Najwyraźniej tego właśnie oczekiwał, bo oderwał się ode mnie z pełnym satysfakcji uśmiechem, pomijając zupełnie poprzedni temat.
-No co Josh? Chciałeś porozmawiać- uśmiechnął się niewinnie- Więc rozma...
-Zamknij się- mruknąłem błagalnie, pchając go na poduszki.
-A ty się tak nie cackaj- odparł tym samym tonem, przyciągając mnie za włosy do głębokiego pocałunku.
Mmm... O Boże, zwariuję z nim, ma tak cholernie smakowite usta!
Jego dłonie błądzące pod moją koszulką są przyjemnie chłodne. Każdy jego dotyk wywoływał u mnie gęsią skórkę, każdy ruch jego języka, raz po raz splatającego się z moim, sprawiał, że drżałem z podniecenia. Rany boskie, chyba nikogo w życiu nie chciałem tak bardzo jak jego. Rozpiąłem szybkim ruchem jego spodnie, nie pozwalając mu się ani na chwilę oderwać od moich ust, a on ułożył się pode mną, również stopniowo pozbywając mnie garderoby.
-Josh, Josh, spokojnie- jęknął głucho, odrywając się od moich warg- Oddychaj okej?
Wciąż ledwie łapałem powietrze, więc jedynie skinąłem mu głową, przenosząc usta na jego szyję i pozostawiając na niej wilgotne ślady. Zrzuciłem koszulę z jego ramion, zatrzymując się na chwilę i przyglądając jego ciału z rosnącym pożądaniem. Ja miałbym sobie wyobrazić coś takiego? Dobre sobie... Amadeusz wykorzystał tą chwilę nieuwagi, przejmując inicjatywę i przewracając mnie na plecy. Nie było to coś czego akuratnie chciałem, ale nim wykonałem jakikolwiek ruch, złapał mnie za nadgarstki, ogłupiając kompletnie namiętnym pocałunkiem.
-Nie chcę tak- wymamrotałem, chociaż już czułem, że kompletnie mu się poddaję.
Puścił moje dłonie i przejechał ustami wzdłuż mojego brzucha. Kiedy jego język zatrzymał się na moim podbrzuszu, przesuwając się co jakiś czas drażniąco po moich biodrach.
-Nie chcę tak- powtórzyłem, znacznie pewniejszym głosem, przewracając go na plecy i nachylając się nad nim. Prychnął cicho, najwyraźniej rozjuszony, starając się doprowadzić do kolejnej zamiany miejsc, ale moja dłoń powędrowała do jego krocza, pieszcząc jego męskość. Krzyknął.
-Josh, co ty... - syknął.
Zanim zdążył cokolwiek więcej powiedzieć, przewróciłem go na brzuch. Całowałem go po łopatkach, wodząc językiem coraz niżej i pozostawiając na jego skórze wilgotne ślady. Wsłuchiwałem się w jego miarowe jęki, które wzbudzały u mnie jeszcze większe pragnienie.
-Przestań się ze mną pieprzyć do cholery!- krzyknął, chwytając mnie za dłoń i kierując bezpośrednio na swoje pośladki.
-Dosłownie?- zapytałem, nie mogąc się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. Odpowiedziało mi jego niezbyt przekonujące prychnięcie.
Wszedłem w niego ostrożnie. Jego dłonie zacisnęły się na prześcieradle, a z jego gardła wydobył się przeciągły jęk. Poruszałem się w nim powoli, początkowo nie do końca przekonany co do jego ostatnich słów, ale wsłuchując się w jego westchnienia i miarowe pojękiwania czułem się coraz pewniej. Z chwili na chwilę wchodziłem w niego coraz mocniej, słysząc jego coraz głośniejsze reakcje, aż w końcu doszedłem w jego wnętrzu, opadając na jego plecy. Na długo? Nie, cholera, skądże. Zaraz przetoczył się ze mną i zabrał się za mnie.
Cholera. On naprawdę wcale się nie męczy.

Przez chwilę żaden z nas się nie poruszał. Ja, starałem się uspokoić oddech i kołatające jak oszalałe serce, on wpatrywał się nieruchomo w sufit, jak gdyby zastanawiając się nad czymś. Po czym nagle bez żadnej wcześniejszej zapowiedzi, przewrócił mnie na brzuch i ułożył się wygodnie na moich plecach, wtulając się w mój kark.
-Co ty robisz?
-Przymknij się- mruknął leniwie. Chwilę milczałem usłużnie, chyba zanadto zdziwiony, by cokolwiek wymyślić. Zazwyczaj demon miał aż za dużo do powiedzenia. Zerknąłem na niego niepewnie przez ramię. Leżał nieruchomo z przymkniętymi oczyma.
-Ej...- poruszyłem się na tyle, na ile pozwoliła mi jego obecność- Nie udawaj, że śpisz.
-Nie śpię- odparł cicho, nie zmieniając pozycji- Wczuwam się.
-Niby w co?
-Hmm... W ciebie. Co czujesz Josh?- uchylił powieki, wpatrując się we mnie z ciekawością.
-Eee... Nie rozumiem... Po co?
-Chcę sprawdzić czy czuję to samo.
-Raczej nie- parsknąłem śmiechem- Obecnie czuję się... Hmm... Zmęczony? odetchnąłem głęboko- Pewnie zupełnie w przeciwieństwie do ciebie.
Wiecie to trochę przerażające jeśli sobie pomyślę, że Amadeusz naprawdę nigdy się nie męczy... Mógłby mnie rżnąć do usranej śmierci i pewnie nie miałby z tym najmniejszych problemów. Ale z jakichś powodów wcale tego nie robi.
-Nie wiem...- obwieścił ponurym głosem- Dziwnie mi jakoś.
-Czyli jak?
-A skąd mam wiedzieć!- prychnął pod nosem- Jakoś tak inaczej... Tak... Melancholijnie.
Melancholijnie. Jezusie jedyny.
-Widzę- odparłem, nieco zdziwiony- Chociaż nie mam bladego pojęcia dlaczego.
-Ja ci raczej nie wyjaśnię. Po prostu tak sobie myślę, że to świetnie się składa, że się spotkaliśmy.
-Eee... Tak, ja tak samo- baknąłem, z rosnącym zaskoczeniem- Czy ten fakt jest aż tak dołujący?
-Ta... Nie... Nie jestem zdołowany chyba...- powiedział w zamyśleniu- Nie wiem właściwie. A ty się cieszysz Josh?
-Jasne, że tak.
-I moja obecność wcale ci nie przeszkadza?
Spojrzałem na niego krzywo.
-Obecność nie, raczej to, co owa obecność wyprawia- wycedziłem przez zęby, spoglądając kątem oka na mój niestety nie-już-taki-nowy laptop, a już na pewno nie całkiem sprawny, na co on wybuchnął śmiechem, wtulając się we mnie mocniej i wbijając mnie w pościel.
-Wiesz Josh, jakie masz ogromne szczęście, prawda?- wymruczał mi do ucha, nadgryzając delikatnie jego płatek.
Przegryzłem wargi, całą siłą woli powstrzymując się od ponownego wpicia się w jego usta.
-Tak? Ciekawe dlaczego...- odparłem, nieco drżącym głosem.
-Bo... Widzisz, jesteś jednym z niewielu, który uprawiał seks z demonem...
-Ojeju- zadrwiłem, prychając cicho- Mam to traktować jako zaszczyt czy wykorzystywanie?
-A co za różnica, Josh? Ja jestem zadowolony i ty jesteś zadowolony- oczywiście musiałem się tutaj pojawić w drugiej kolejności...- więc chyba nie ma o czym mówić co? Przyznaj, że ci się podobam, Josh.
Szturchnąłem go lekko w żebra. Wydał z siebie dziwny dźwięk pomiędzy prychnięciem, a ziewnięciem, po czym zerknął na mnie nieco poddenerwowany.
-No co?
-Myślisz, że widzę wszystkie demony?- sam nie wiem dlaczego skąd przyszło mi do głowy, żeby zadać mu to pytanie właśnie teraz.
Parsknął głośno, najwyraźniej zirytowany moim pytaniem, po czym spojrzał na mnie ze złością:
-Bo co?
-Jestem ciekawy.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła- odparł kwaśno.
-Więc to nie ciekawość, tylko żądza wiedzy.
-Twoja żądza mogłaby się kręcić wokół innych aspektów mojej osoby...- mruknął, wyraźnie rozczarowany- W każdym bądź razie szczerze powiedziawszy nie mam bladego pojęcia. Logicznie rzecz biorąc powinieneś...
-Jeżeli chodzi o ciebie to logika zawodzi.
-Szybko się uczysz- uśmiechnął się lekko.
-W każdym bądź razie- kontynuowałem, pomijając jego ostatnią wypowiedź- Wiesz, to trochę krępujące. Kiedy gapicie się na nas i w ogóle...
-Przecież ludzie nas nie widzą. To dla nich żadna różnica.
-No niby...- przyznałem z lekką niechęcią. Fakt, że ktoś mógł mnie obserwować, a ja nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, mimo tego iż mogłem go nie widzieć nie wydawał się specjalnie pocieszający- Ale wiesz... No... Khem... Czuję się nieco zawstydzony. W końcu... Nie tylko ja, ale i wielu ludzi- dodałem w woli wyjaśnienia, widząc, że na jego twarzy powoli maluje się rozbawienie- Ma pewne... Wstydliwe przyzwyczajenia.
-Josh, wierz mi, że ja... Jak i wiele innych demonów- zachichotał- Widzieliśmy znacznie bardziej wstydliwe przyzwyczajenia, niż twoje wycie pod prysznicem i posiadanie różowej bielizny.
-Co... Jak... Znaczy... To był prezent!- syknąłem, czerwieniąc się jak piwonia.
-Ehe. Nic przecież nie mówię- przegryzł wargi, najwyraźniej powstrzymując się od chichotu, po czym dodał- Tak więc nie mam pojęcia czy widzisz inne demony, ale to mało istotne bo nie będziesz miał z nimi najmniejszej styczności.
-Jak to nie?- zmarszczyłem brwi, wpatrując się w niego z uwagą.
-Tak to...- wycedził przez zęby, najwyraźniej po raz kolejny głęboko czymś wkurzony- Ja tu jestem, więc nie będzie żadnego innego. Chyba, że tak strasznie ci zależy, żeby się mnie pozbyć!
-No cóż... To by było ciekawe.
Zacisnął usta w wąska linijkę, najwyraźniej oszczędzając sobie komentarza, po czym chwycił moją dłoń, tak mocno, że prawie ścierpły mi palce.
-Hmm... Myślisz, że inny demon wyglądałby dla mnie dokładnie tak jak ty?- zapytałem, trudno powiedzieć czy z czystej ciekawości, czy z chęci ponownego dostrzeżenia malującej się na jego twarzy niepewności.
-Nie wiem! Nie mam bladego pojęcia! Czy możemy porozmawiać o czymś innym?- przegryzł wargi.
-Amadeusz... Łamiesz mi palce!- wysyczałem, wyrywając dłoń z jego uścisku, po czym widząc jego ponurą minę, dodałem- Po prostu jestem ciekawy czy jest możliwe, że spotkałem już demona wcześniej i go nie widziałem. Rozumiesz?
-Tak, tak, rozumiem!- odparł z irytacją, ponownie chwytając moją rękę, ale tym razem zaczął ją delikatnie masować. Spojrzałem na niego z kompletnym osłupieniem- To możliwe, ale było minęło i nie ma co wspominać, nie?
-Co ty bredzisz?- wyrwało mi się, kiedy mierzyłem go badawczym spojrzeniem.
-Nic! Zwyczajnie nie powinno cię to tak bardzo interesować!- warknął nieprzyjemnie, wtulając się w moją klatkę piersiową- Nie zamierzam oddalać się od ciebie na taką odległość, żeby którykolwiek demon zechciał się do ciebie przykolegować. Oczywiście nie sądzę, żeby któryś był aż tak głupi...- dodał, spoglądając na mnie z powątpiewaniem, za co zarobił solidnego kuksańca, chociaż skoro nie czuł ani odrobiny bólu to i tak efekt był mizerny- Poza tym póki co jesteś mój i na razie nie wygląda na to, żeby miało się to zmienić.
-Jak to twój?- chrząknąłem z lekkim zażenowaniem.
-Tak po prostu- wzruszył obojętnie ramionami, chociaż przycisnął mnie do siebie mocniej- Nie mogę cię nikomu oddać- niemalże się wzruszyłem jego cudownymi słowami, kiedy dodał- Przynajmniej na razie.
-Jak to na razie?- uniosłem brwi w geście zdziwienia.
-No... Dopóki mi się nie znudzisz- powiedział wyzywająco, uśmiechając się lekko na widok mojej miny.
-Jakiś ty romantyczny- wycedziłem przez zęby, mając przemożną ochotę kopnąć go między nogi, ale w końcu opanowałem się, stwierdzając, że i tak nic z tego nie wyjdzie, a poza tym niesprawny Amadeusz... Taaaa... Hmmm... Khem...
-Pewnie... Ale nie zamierzam cię prędko wypuścić, nie bój się- uśmiechnął się leniwie.
-Czuję się zaszczycony i głęboko wzruszony- parsknąłem cicho.
W tym momencie rozległ się dźwięk telefonu. Wyplątałem się z jego ramion i wyciągnąłem rękę, w kierunku telefonu, ale chwycił mnie mocno w pasie, odciągając od niego.
-Nie idź- mruknął mi do ucha- Pewnie jakiś debil.
-Jeżeli to będzie Ricky to po prostu odłożę słuchawkę- burknąłem, odsuwając go od siebie.
-To po co ją w ogóle podnosić?- westchnął zrezygnowany- Jak o tej porze może dzwonić ktokolwiek oprócz tego niedorozwiniętego dekla?
Ale o dziwo Amadeusz mylił się. To wcale nie był Ricky.
-Katy?- spytałem z niedowierzaniem, układając się z powrotem na łóżku, z słuchawką w dłoni.
Demon wzniósł teatralnie oczy ku sufitowi.
-Cześć Josh! Co tam? Nie obudziłam cię?
-Zapytaj ją czy zdaje sobie sprawę która godzina- wymruczał mi do ucha, jak gdyby robiło mu to jakąś różnicę.
-A... Okej, a u ciebie?- zapytałem ze zdziwieniem, zerkając na zegarek. Druga nad ranem to z pewnością nie jest godzina o której pozwalają dzwonić ze szpitala.
-W porządku- westchnęła głęboko- Wiesz, w sumie mogłam zadzwonić wcześniej, ale dostałam szlaban dosłownie na wszystko! Nie wiem czy babka w ogóle puści mnie do szkoły, a już zagroziła, że nie pozwoli mi wrócić do akademika. Tragedia!
-Co się stało?
-Wiesz... Totalna masakra- jęknęła cierpiętniczo- Jack dowiedział się, że wyszłam i wpadł tutaj wieczorem przynieść mi lekcję... Dobrze, że nie widziałeś miny mojej babki gdy się jej przedstawiał...
-Tak, tak, Katy, dobrze... Wyszłaś ze szpitala?- zapytałem z niedowierzaniem- Już? Tak szybko?
-Noo... Tak... Właściwie to babka mnie wypisała przed czasem... Nie spodziewałam się, że to w ogóle możliwe ale przez to całe zamieszanie...
-Jakie zamieszanie?
-Och, wiesz... To w sumie przykra sprawa... Znaczy nie żeby mnie to nie obchodziło czy coś, tylko wiesz, nawet jej specjalnie nie znałam...
-Kogo?
-No wiesz... Rachel...
Zamilkłem na chwilę. Amadeusz bezustannie mamrotał mi coś do ucha, zahaczając o nie lekko zębami, a ja poczułem się dziwnie nieswojo.
-Znaczy... Co jej się niby stało?
-Hmm... W sumie to było pod wieczór. Miała zatrzymanie akcji serca czy coś w tym stylu... Wiesz, lekarze trochę zawalili, powinni jej pilnować, chyba miała jakąś wadę serca, trudno powiedzieć, bo w końcu trzymali ją tam tylko przez zaburzenia odżywiania. No i tak jakoś... Wyszło- zakończyła kulawo- Moja babka się przestraszyła, że w tym szpitalu niczego nie potrafią dopilnować i mnie zabrała. Hmmm... Josh? Jesteś tam?
-J... Jestem Katy- baknąłem słabo.
-Coś się stało?
-Nie, nie... Oddzwonię później, dobrze?- nie czekając na jej odpowiedź odłożyłem słuchawkę.
-I co mówiła, hm?- Amadeusz ucałował mnie w kark, a mnie przeszedł dziwny dreszcz, tym razem bynajmniej nie z podniecenia.
-Zabiłeś ją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz