Strony

niedziela, 22 maja 2011

13. Frustracja [Sunrise]

-Josh, odbiło ci?- prychnął cicho demon.
Zrzuciłem go z siebie i odsunąłem się na drugi koniec łóżka, wpatrując się w niego chmurnie.
-Zrobiłeś to?
-Dlaczego miałbym to zrobić?- spojrzał na mnie z politowaniem.
-Nie wiem. Powiedz mi.
-Nie tknąłem jej. Skąd w ogóle pomysł, że mam z tym cokolwiek wspólnego?
-Bo nawet nie zapytałeś o kogo chodzi- odparłem, przegryzając wargi i czując, że zbiera mi się na płacz.
-Josh nie mam z nią nic wspólnego, okej?!- obruszył się, po czym wstał prędko i zaczął krążyć po pokoju- Nie wiem co ty insynuujesz.
-Aha. Więc to taki przypadek, że dziewczyna, która cię widzi, dzień później umiera?
-Nie- odparł, wzruszając niedbale ramionami.
-Nie?- podchwyciłem.
-Nie. Powiedzmy, że to nie jest przypadek, co nie znaczy, że mam z tym cokolwiek wspólnego- westchnął ciężko i dodał natychmiast- Bo nie.
-Aha. Tak... Naprawdę, wszystko rozumiem- zadrwiłem.
Prychnął z irytacją, odwracając się w moją stronę gwałtownie.
-Po prostu tak już czasem bywa! Ludzie na granicy życia i śmierci czasami nas widzą.
-To oznacza, że wiedziałeś, że ona zginie?- warknąłem ostro.
-Tak- odparł całkowicie obojętnie.
-Tak?- powtórzyłem, patrząc na niego wstrząśnięty- Wiedziałeś, że umrze i nic z tym nie zrobiłeś?!
Zamrugał oczami, wyraźnie zdziwiony.
-A co niby miałem zrobić? Jestem demonem, a nie lekarzem do licha!
-Tak, ale... Mogłeś coś zrobić!
-Co?
-Nie wiem... Cokolwiek! Chociażby powiedzieć mnie!
-Taaak...- zadrwił z kwaśnym uśmiechem, siadając na stole i przy okazji zrzucając z niego moje książki- A ty wleciałbyś tam niczym prorok i ogłosił wszystkim, że ta dziewczyna zaraz umrze. Tak właśnie to sobie wyobrażałeś?
-Mógłbym jej pomóc!- krzyknąłem ze złością.
-Może i tak. A jakbyś to potem wyjaśnił? Opowiedziałbyś im o mnie, hm?- parsknął nieprzyjemnym śmiechem- A może wcisnąłbyś im bajeczkę o cudownym przeczuciu?
-To bez znaczenia! Nie rozumiesz, że tutaj chodzi o czyjeś życie?!
-Tak, Josh!- odparł z wściekłością- O twoje! Przestań się zachowywać jak święty, a zacznij interesować się własnym losem!
Pokręciłem głową w milczeniu i zacząłem się powoli ubierać.
-Co ty robisz?- zapytał podejrzliwie.
-Wychodzę.
-Dokąd?
-Nie wiem- odparłem z wściekłością, ruszając do wyjścia, ale chwycił mnie za rękę, obracając z powrotem w swoją stronę.
-Zapytałem gdzie idziesz- wycedził przez zęby, zaciskając dłoń na moim ramieniu.
-A ja ci powiedziałem, że to nie twój interes!- odparowałem ze złością- Tylko drobnym druczkiem. A teraz puść mnie.
-Nie wyjdziesz z domu o drugiej nad ranem.
-Nie powinno cię to obchodzić! Przestań mnie wreszcie niańczyć!
-Więc przestań się zachowywać jak dziecko!- krzyknął z wściekłością, a moje nieudolne próby wyrwania mu się zakończyły się porażką. W końcu sam mnie puścił, warcząc coś pod nosem, ale ledwie zbliżyłem się do drzwi, pojawił się przy nich i oparł o nie, kierując na mnie wyzywające spojrzenie.
-Jesteś kompletnie popieprzony.
-To zupełnie tak jak ty. Widzisz, doskonale do siebie pasujemy- parsknął cicho.
-Tak?! Ciekawe! Pewnie jakbym był na miejscu dziewczyny też nie kiwnąłbyś palcem!
Zamrugał oczami, wpatrując się we mnie niemalże z oburzeniem.
-Bredzisz Josh. Połóż się może, rzuca ci się na głowę.
-A co?- prychnąłem- Może nie mam racji?
-Jasne, że nie masz racji! Przecież TOBIE bym pomógł!
-Tak?! Ciekawe dlaczego!
-To chyba logiczne?- parsknął, podnosząc się z podłogi- Po prostu... No widzisz mnie. No i no hmm... No właśnie... I ten... No... Łączą nas różne kontakty- mruknął, próbując najwyraźniej wymyślić kolejne nędzne, nic nie warte argumenty, ale ja nie chciałem tego dłużej słuchać.
-Mam cię dość!- warknąłem, zatrzaskując się w sypialni, ale po chwili otworzyłem je ponownie i syknąłem w jego kierunku- A tak w ogóle to kłamałem. Naprawdę się ciebie brzydzę!
Wróciłem do sypialni, kładąc się na łóżku, a na efekty moich słów nie musiałem długo czekać.
-PIEPRZĘ CIĘ JOSH!- wrzasnął demon i uderzył w drzwi z taką siłą, że aż wypadły z zawiasów i z hukiem uderzyły o podłogę- I NIE MYŚL SOBIE, ŻE PO TYM WSZYSTKIM BĘDĘ Z TOBĄ SPAŁ W JEDNYM ŁÓŻKU!
-NO I BARDZO DOBRZE!- odkrzyknąłem, wtulając głowę w poduszkę.
Jezu, jak ja go nie cierpię.

Kiedy tylko przebudziłem się rano, spojrzał na mnie chmurnie z parapetu, najwyraźniej oczekując iż podbiegnę do niego z wyjaśnieniami i przeprosinami jak to było ostatnim razem, ale nie miałem takiego zamiaru. Ten fakt zdziwił go tak bardzo, że kiedy całkowicie obojętnie, przeszedłem obok niego i ruszyłem do łazienki zwalił się na podłogę.
Dupek. Dobrze mu tak.
Chyba nigdy w życiu nie byłem na niego bardziej zdenerwowany. Może dlatego, że wcześniej nie wyobrażałem sobie, że mógłby narazić czyjekolwiek życie. Bo to przecież właśnie było to. Przecież mógł powiedzieć mnie, zrobiłbym coś, wymyślił...
Nie wiem co. Coś by się pewnie znalazło. Może miał odrobinę racji. Może rzeczywiście bardziej niż fakt jej śmierci, zdenerwował mnie jego brak jakiegokolwiek zrozumienia. I fakt, że w ogóle nie czuł się zobowiązany do powiedzenia mi czegokolwiek na ten temat. I nie czuł się ani trochę winny.
Sam już powoli zaczynałem się w tym gubić. Zobaczyła go, bo miała umrzeć? A może umarła, bo go zobaczyła? Może dlatego właśnie nie chciał tam iść, a ja ciągnąłem go na siłę?
Westchnąłem ciężko, wychodząc z łazienki. Chwyciłem plecak i ruszyłem do wyjścia.
-Wychodzisz do szkoły?- dobiegł mnie głos Amadeusza z sypialni.
Odpowiedziałem mu głośnym trzaśnięciem drzwiami.
Niestety nie postanowił zostawić mnie w spokoju, bo ledwie zbiegłem po schodach, a z niemałym trudem przepchnąłem się obok niego w drzwiach klatki. Ruszyłem do szkoły, przyspieszając kroku, ale trzymał się w bliskiej odległości ode mnie.
Ponura atmosfera nie opuszczała mnie jednak przez cały dzień. Zresztą chyba nie tylko ja miałem dzisiaj gorszy dzień. Jenna znikała na przerwach, więc praktycznie nie miałem okazji z nią porozmawiać, Jack najwyraźniej uznał to za okoliczność sprzyjającą do urwania się z kilku ostatnich lekcji, a Katy co prawda starała się mnie nieustannie zagadywać, ale cały czas odpowiadałem jej ledwie półsłówkami więc w końcu też dała sobie spokój i dała mi się pogrążyć we własnych myślach.
Niestety pogrążanie się w myślach na fizyce nie jest najlepszym pomysłem.
-Carter, zauważyłam, że moje lekcje nie są wystarczająco interesujące dla kogoś tak niezwykle rozgarniętego jak ty, ale mógłbyś chociaż sprawiać wrażenie przytomnego- wycedziła przez zęby, po czym omiotła klasę nieprzychylnym spojrzeniem- A pan Fox? Też znalazł sobie lepsze zajęcie na dzisiejszą lekcję?
-Zachorował- powiedziała natychmiast Katy.
-Chyba na głowę- skomentowała jej wypowiedź Jenna, a kilka siedzących za nią dziewczyn zachichotało zgodnie.
-Raczej na sprawdzian- odparła jędza Worner, uśmiechając się kwaśno w moim kierunku- Tak się składa, że dziś je sprawdziłam i tym razem odbyło się już bez niespodzianek. Nie udało ci się ściągać, Carter?
Postanowiłem pozostawić jej uwagę bez komentarza, a ona sięgnęła do swojej teczki. Zmarszczyła brwi, przeglądając jej zawartość, po czym przeniosła wzrok na mnie. Pewnie w normalnych warunkach przeraziłbym się, ale w obecnej sytuacji zmusiłem się do skierowania na nią niezbyt zainteresowanego spojrzenia.
-Panno Frost... Mogłaby pani skoczyć do gabinetu nauczycielskiego i sprawdzić czy nie zostawiłam tam przypadkiem prac?- zapytała pozornie łagodnym tonem- Najwyraźniej zapomniałam ich wziąć.
Jednakże po kilku minutach Jenna wróciła z powrotem do klasy z informacją, że sprawdzianów tam nie ma.
-Musiała je pani zostawić w domu- powiedziała z lekkim uśmiechem, wracając na miejsce.
-Nie drwij sobie!- krzyknęła Worner, wstając z miejsca tak gwałtownie, że wszyscy przesunęli się o kilka centymetrów- Miałam je przy sobie jeszcze dziś rano! Jestem stuprocentowo pewna, że pakowałam je do do teczki!
-Ehm... No to może niech pani poszuka jeszcze raz- zaproponowała Jenna.
-Nie ma takiej potrzeby. Sprawdziany zostały skradzione! I nawet już wiem przez kogo!
-Taaak... Pewnie przez Josha Cartera- szepnęła teatralnie brunetka, a cała klasa z trudem opanowała atak chichotu. Worner zacisnęła usta w wąską linijkę i jak gdyby nigdy nic opuściła klasę.
Zamrugałem ze zdziwieniem.
-Eee... Przewrażliwiona jakaś, co?- zaśmiała się Katy, ale ledwie jej wzrok z powrotem powędrował do Jenny, posłała jej najbardziej złośliwe spojrzenie na jakie w owej chwili było ją stać, a ta ku mojemu zdziwieniu odpowiedziała jej tym samym.
Oj.
Robi się gorąco.

Wygląda na to, że nawet stara Worner ma gorszy dzień. Oczywiście nie przypuszczam, żeby miała na głowie cholernie upierdliwego demona, który w dodatku ma w dupie wszystko co się wokół niego rusza, a obchodzi go jedynie czubek własnego nosa.
Ledwie wszedłem do mieszkania Amadeusz powiódł za mną smętnym spojrzeniem, tak intensywnym, że miałem ochotę podejść do niego i go przytulić.
... Ach jakże cenię sobie moją silną wolę.
-Josh?
-Nie rozmawiam z tobą- odparłem idiotycznie, rzucając torbę w kąt i siadając na biurku, starając się pozbierać myśli.
-Jooosh...
-Nie, Amadeusz!- syknąłem ze złością. No przepraszam bardzo, ale ktoś w końcu musi go nauczyć zachowywać się jak człowiek! Nawet jeżeli to demon...
W tym momencie Amadeusz krzyknął z wściekłości i opadł bezwładnie na łóżko.
Poderwałem się z przerażenia na nogi i podszedłem do niego, szczerze przekonany o tym, że coś mu się stało.
Ale on jedynie przewrócił się na plecy, spojrzał na mnie zamglonym spojrzeniem i wyszeptał dramatycznym głosem:
-Och Josh... Ciemno mi przed oczyma... I zobacz! Nie czuję pulsu! Pulsu nie czuję! Mój Boże, moje serce! Nie bije mi serce! Chyba umieram! Patrz Josh, no patrz do licha!- zirytował się, kiedy z cichym prychnięciem odwróciłem się od niego i przewiesił się przez oparcie.
-Amadeusz rozumiem, że moralność to dla ciebie zupełnie obce pojęcie, co?- zapytałem chłodno.
-A dla ciebie zabawa?- prychnął, unosząc się na łokciach.
-Z pewnych rzeczy nie należy drwić.
-O pewne rzeczy nie należy się obrażać.
-Widzę, że się dogadamy- zakpiłem.
Parsknął śmiechem.
-Wiesz Josh... Zwyczajnie wyluzuj. Ja wykażę się dobrą wolą i nie będę się obrażał o twoje ostatnie słowa...- prychnąłem głośno, ale on nie zważając na to kontynuował- A ty darujesz mi to małe nieporozumienie i przestaniesz się bawić w zbawcę ludzkości. To jak będzie, hm?
-Widzisz... Amadeusz... Mimo twojego nieodpartego uroku osobistego... I twojego niezwykłego daru przekonywania... - zadrwiłem- Ach zresztą, pozwól, że ubiorę to w słowa odpowiednie do twoich żartów. Po moim trupie.
Spojrzał na mnie morderczo.
-Niby dlaczego?
-Bo... Widzisz, mam nieco większe ambicje niż bycie zabawką demona- odparłem, wysilając się na obojętny wyraz twarzy, chociaż aż gotowało się we mnie ze złości.
-To masz pecha!- warknął rozjuszony- W takim bądź razie lepiej znajdź sobie przytulny kąt, bo nie zamierzam się stąd ruszać!
-W takim razie dobrej nocy- odpowiedziałem spokojnie, co rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Chwyciłem koc i ułożyłem go na fotelu- Spałem już na parapecie, myślę, że tutaj też sobie poradzę.
-Dupek!- warknął Amadeusz- Jesteś dupkiem, cieszy cię to Josh? Złośliwy, popaprany dupek!
-To ty jesteś złośliwy! I popaprany też jesteś!
-Kretyn!
-Idiota!- podchwyciłem.
-Debil!
-Obleśny, egoistyczny demon z przerośniętym ego!
-Skretyniały, zniewieściały dzieciak! A tak w ogóle to sam jesteś obleśny!- syknął z wściekłością.
-A ty sam jesteś zniewieściały!- odparłem, czerwieniąc się ze złości.
-Nawet jeżeli to tylko dlatego, że twoja chora, popaprana wyobraźnia mnie takim stworzyła!
-Och jasne! Zwal wszystko na mnie! Ale moja wyobraźnia nie zrobiła z ciebie egoistycznego dupka!
-NO TO ZE MNĄ NIE ROZMAWIAJ!
-NO TO NIE ZAMIERZAM!
Był wściekły. Widziałem to po nim wyraźnie. Nie ruszył się jednak z łóżka, wpatrując się we mnie złośliwie i z jawną determinacją. Jakby liczył na to, że przyjdę. Jeśli nie teraz to zaraz, za godzinę, za dwie, pod sam wieczór.
Ale nie przeszedłem.
Do dwudziestej drugiej zdążył już zrzucić praktycznie wszystko ze stolików i powywracać je. Kiedy próbowałem przysnąć, hałasował jak cholera, czysto złośliwie i uparcie. Usłyszałem nawet jak moi sąsiedzi pukają w sufit, ale zignorowałem to.
Nie chciałem dać mu tej satysfakcji i pokazać, że cokolwiek mnie to obchodzi. Nie pamiętałem nawet w którym dokładnie momencie się uciszył i dał sobie spokój.
Ale już wiedziałem.
Dalej tak nie będzie.

2 komentarze:

  1. Anonimowy1:25 AM

    Lubię jak się tak kłócą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ja też. :D Świetni są. :>

      Usuń