Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 15 . ~ [Drag Queen]

Sarah wpatrywała się we mnie z mieszaniną politowania i obawy, ale nawet to nie mogło powstrzymać mojego entuzjazmu. Entuzjazmu, co prawda, odrobinę przesadzonego i wynikającego zapewne z tego, że potrzebowałem na gwałt jakiegokolwiek zajęcia, ale jednak.
-I co? Jak ci się podoba?- zagadnąłem pogodnie, jakby jej mina nie była wystarczająco wymowna.
-Zamierzasz popełnić brawurowe samobójstwo na scenie…?- uniosła brew w pełnym pobłażania geście, ciągle wpatrując się we mnie tak, jakbym nie był całkiem zdrowy na umyśle. Zresztą zważywszy na to, że stałem obok niej w mojej nowej, cudownej sukience i zwyczajowej peruce, zapewne nie był to osąd daleki od prawdy. W końcu chyba nikt nigdy nie posądzał mnie o normalność, prawda…?- Och, słowo daję… Mógłbyś wymyślić coś mniej drastycznego… Nie musisz rozbryzgiwać się na podłodze. Nathan i tak zauważy.
Syknąłem cicho, niemal ostrzegawczo.
Na litość boską. Kiedy ja robiłem dosłownie wszystko, żeby odgonić od siebie myśli o moim szefie, moja najlepsza przyjaciółka stawała mi na przeszkodzie w każdy możliwy sposób, co chwilę coś o nim wspominając i rozpoczynając rozmowę na jego temat. To chyba mało koleżeńskie…?
-Powinnaś mnie wspierać- burknąłem z autentyczną pretensją w głosie, po czym zerknąłem w górę, obserwując, jak kilku mężczyzn na podwyższeniu montuje przy suficie coś w rodzaju huśtawki. Huśtawki, na której ja, jako Roxanne rzecz jasna, miałem brawurowo zawisnąć, a następnie zostać powoli spuszczony na scenę i rozpocząć występ.
-W samobójczych próbach…?- moja przyjaciółka również spoglądała w górę, ale nie wyglądała na równie zachwyconą jak ja- Nie, dzięki.
-Och, daj spokój!- parsknąłem cicho, przewracając oczyma- Moi fani oszaleją!
-… Zupełnie tak jak ich gwiazda.
-Sarah!- jęknąłem głucho, wpatrując się w nią niemal błagalnie, jakbym chciał na niej wymusić jakiś wybuch radości. Okej, to było mało możliwe, ale na litość boską… Mogła przynajmniej udawać, że jakoś ją to zajmuje, a nie mieć minę, która wyrażała wyłącznie niechęć. I tak dobrze wiedziałem, o czym najchętniej by ze mną rozmawiała. O moim szefie, którego imienia nawet nie wymieniałem. Bo ja nie chciałem o nim rozmawiać. Ani myśleć. Ani trochę. Oczywiście to, czego chciałem, niewiele miało do rzeczy, ale jednak- Dobrze wiesz, że to świetna sprawa. Chyba całe życie marzyłem o podobnym występie.
-Alex, jeszcze kilka miesięcy temu zarzekałeś się, że masz lęk wysokości- żachnęła się z donośnym prychnięciem- Ty chyba kompletnie zwariowałeś!
Zanim zdążyłem cokolwiek na to odpowiedzieć, pojawił się przy nas Evan.
-Cześć, Roxanne- uśmiechnął się lekko, kładąc mi dłoń na ramieniu- Gotowa?
-Nie- odpowiedziała za mnie Sarah.
-Tak!- rzuciłem z absolutną pewnością, również odpowiadając uśmiechem, po czym zacząłem- Evan, prawda, że to doskonały pomysł…?
Sarah sapnęła zniecierpliwiona, przewracając oczyma.
-No pewnie!- potwierdził natychmiast Evan, uśmiechając się pogodnie- To będzie absolutny hit, jeszcze nigdy czegoś takiego tutaj nie robiliśmy, a-ale…- zająknął się, widząc chyba niemal mordercze spojrzenie mojej przyjaciółki- Ale zero stresu, Sarah! Zajmują się tym zawodowcy, będziemy wszystko monitorować i spuszczać ją na tej huśtawce naprawdę powoli… Nikt nie chce przecież zabić naszej gwiazdki, nie?
-Gwiazdka w takim tempie zabije się sama- skwitowała z ciężkim westchnieniem. Cóż. Raczej nie wyglądała na specjalnie przekonaną, a jednak darowała sobie dalsze wywody i dodała jedynie- Powinieneś się przebrać w jakieś spodnie, wiesz…?
Jak zwykle wykazałem się wprost niesamowitą inteligencją, bo przez kilka minut jedynie wgapiałem się w nią bez większego zrozumienia.
-Ach! N-no tak…- załapałem w końcu, czerwieniąc się lekko.
Że też nie pomyślałem o tym drobnym szczególe!
… To znaczy…
To nie jest SZCZEGÓŁ, rzecz jasna.
I możecie mi wierzyć na słowo, że drobny też nie jest.
Och, wierzcie mi, mam się czym pochwalić!
… Powiedzmy.
-Przebrać?- Evan spojrzał na nas zdumiony. Och, biedny, niewinny, niczego nieświadomy Evan…- Nie ma po co. Klienci lubią takie widoki.
-Och, uwierz mi, że takich nie lubią- parsknąłem jedynie z rozbawieniem i dodałem prędko- Idę zmienić ciuchy.
Wyszedłem z sali klubowej i ruszyłem korytarzem w kierunku mojej garderoby, zostawiając ewentualne wymówki na barkach Sarah.
Hm… Musiałem się chyba zastanowić nad tym, jak umiejętnie… eee… schować to, co wcale takie drobne nie było.
A jednak im bardziej zbliżałem się do swojej garderoby, tym mniej było mi do śmiechu.
W pewnym momencie przystanąłem jak wryty, blednąc niemal natychmiastowo, kiedy upewniłem się już w tym, że to nie żadne zwidy_  ani nikt zwyczajnie podobny, tylko naprawdę on.
Nathan Mason.
Mój szef.
Stał sobie, jak gdyby nigdy nic, wsparty o ścianę, w swoim nienagannym garniturze, wyglądając równie wspaniale jak zawsze, a może nawet jeszcze lepiej.
Co on tu robił, do diabła?!
No dobra, był tu już.
No dobra, nawet nie raz.
Był dwa razy.
I wysłał mi kwiaty.
Och, przepraszam.
Nie mi.
Roxanne.
Nie wydawało mi się jednak, by moje cudowne alter ego przypadło mu do gustu na tyle, by z tego powodu pojawił się tutaj po raz kolejny. Jak widać, myliłem się. Stwierdził, że nasza rozmowa była pouczająca, owszem, i był stosunkowo uprzejmy, ale…
… Och, Boże, nie wytrzymam.
Naprawdę wygląda niesamowicie.
Nie widziałem go ledwie dwa dni. Dwa dni! Co to są dwa dni! Przez dwa dni nie udałoby mi się zatęsknić za nikim, za braćmi, za matką, nawet za Sarah. Ale Nathan Mason tkwił w mojej pamięci przez cały czas i chociaż usilnie starałem się o nim nie myśleć, wszystko, dosłownie wszystko mi go przypominało. Jego oraz to, co się pomiędzy nami wydarzyło. Powinienem odwrócić się na pięcie, odejść, schować się gdzieś, zignorować go albo po prostu udawać, że wcale go nie dostrzegłem, póki on nie zobaczy mnie, ale nie mogłem ruszyć się z miejsca.
Miałem ochotę podejść do niego i go przytulić, zdjąć tą idiotyczną perukę, powiedzieć mu wszystko, a później zadać mu jeszcze jedno pytanie i…
Nie.
Stop.
Po pierwsze: nie mogę się ujawnić. Na pewno nie przed nim. Nathan nie był nawet na tyle tolerancyjny, by zaakceptować swój homoseksualizm. Nie sądzę, żeby był specjalnie otwarty na facetów biegających w sukienkach, szczególnie, jeżeli ci faceci pracują w jego wydziale, który ma być równie nieskazitelny, idealny, przykładny i przy tym wyjątkowo fałszywy, jak jego dyrektor, w osobie mojego szefa.
A po drugie i zdecydowanie ważniejsze: absolutnie niczego mu nie powiem, o nic go nie zapytam, a już na pewno go nie przytulę. Zdecydowanie nie. Już nie. Nie po tym, co powiedział, i nie po tym, jak mnie potraktował. I nie zamierzałem się nad tym dłużej zastanawiać ani słuchać Sarah, to tylko mieszało mi w głowie. Podobnie jak Nathan swoim zachowaniem, które sprawiło, że zacząłem sobie wyobrażać dużo więcej niż powinienem. Nie chciałem znowu wplątać się w jakieś błędne koło i robić z siebie idioty, nawet, jeżeli robienie z siebie idioty było moim sposobem na życie. Dobrze byłoby wierzyć, że to wszystko nie jest takie, jak sobie myślę, ale nie widziałem innego rozwiązania.
Nathan mnie nie chciał.
A ja chciałem Nathana.
Zdecydowanie za bardzo.
Nim mój szef zwrócił swoje spojrzenie na mnie, musiały minąć zaledwie sekundy, a mnie wydawało się, że stałem obok niego całe wieki, nie potrafiąc w żaden sposób zareagować_ ani nie będąc w stanie nawet oderwać od niego wzroku.
-Dobry wieczór- rzucił spokojnie, uśmiechając się lekko w moim kierunku- Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że cię o tej porze zastanę… Sądziłem, że spotkam się z tobą już po występie.
A więc sprawa była jasna.
Chciał się spotkać ze mną.
A raczej – z Roxanne.
Ale właściwie po co…?
-Dziękuję za kwiaty- odpowiedziałem jedynie, nie mając zielonego pojęcia, jak mam się zachować. Gdybym był Alexandrem Carltonem, pewnie nie miałbym takiego problemu. W końcu Alexander Carlton to mistrz wtop, prawda…? A przy okazji mistrz okłamywania samego siebie i idiotycznego wyobrażania sobie rzeczy kompletnie nierealnych. Nieważne, czy zrobi z siebie idiotę, czy nie, nikt już nawet nie zwraca na to uwagi, bo ma to w charakterze. Ale jako moje alter ego zdecydowałem się zachować twarz i nie rozpływać na każde jego spojrzenie ani nie rozpłakać rzewnie na wspomnienie tamtego wyjazdu. Póki co się udawało.
-Nie ma za co- odparł miękko, a mnie aż serce zabiło szybciej. Na sam dźwięk jego głosu, cholera! Wystarczyło tylko to!- Sądziłem, że należy ci się jakaś rekompensata za czas stracony ze mną… Na pewno miałaś lepsze rzeczy do roboty.
Milczałem.
Ciągle nie wiedziałem, po co tu właściwie jest.
Doszedłem do wniosku, że gdyby chciał mi wręczyć wymówienie za gorszące zachowanie, zrobiłby to już dawno. Zresztą wcale nie zwracał się do mnie tak, jakby się czegokolwiek domyślił, więc odrzuciłem to z miejsca. Nathan nigdy nie traktował mnie z taką uprzejmością, ale jednocześnie swoistą szorstkością i obcością. Zawsze czuł się przy mnie dużo bardziej swobodnie, dużo bardziej swojsko. Teraz odnosił się do mnie z pewnym dystansem.
-Co tutaj robisz?- zapytałem w końcu, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to raczej mało kulturalnie.  Nie wiedziałem, jak mogę inaczej to sformułować, a wolałem wiedzieć od razu. Chyba raczej nie przyszedł mnie podziwiać na scenie.
-To samo, co zawsze. Przyszedłem porozmawiać- odpowiedział tak, jakby rzeczywiście był tutaj stałym bywalcem, a nie spotkał się ze mną (no dobrze, niezupełnie ze mną) ledwie dwa razy- I tak samo, jak zawsze, zupełnie nie wiem, co tutaj tak właściwie robię… Ale… Chyba muszę w końcu od kogoś zacząć- powiedział, bardziej do siebie, niż do mnie.
Nadal nie rozumiałem.
Zacząć…?
-Co to znaczy?- uniosłem brew w pytającym geście, ale on jedynie uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
-Mniejsza o to- odpowiedział, wzdychając głęboko. Wydawał się dziwnie wycofany i nieobecny, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej.
-Jak przygotowania do ślubu…?- zagadnąłem więc, a mój ton głosu pobrzmiewał istnym chłodem.
No dobrze.
Chciałem, żeby pobrzmiewał istnym chłodem.
W rzeczywistości wyszło wilgotnie i zupełnie żałośnie.
-Och…?- Nathan posłał mi odrobinę zdumione spojrzenie, jakby w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co pytałem- Żadnego ślubu nie będzie.
Co?!
Kolejna informacja, która zupełnie zwaliła mnie z nóg. I chyba nawet dyndanie na huśtawce kilka metrów nad sceną nie ma takiej siły rażenia jak słowa mojego szefa.
-J-Jak to?- wydukałem, autentycznie wstrząśnięty.
-Zwyczajnie- odparł Nathan, wzruszywszy ramionami. Jego głos wciąż był zupełnie nieobecny, odległy- Zerwałem zaręczyny.
-K… Kedy?
-Wczoraj wieczorem- mruknął obojętnie, jakby naprawdę nie miało to większego znaczenia- To i tak nie miałoby sensu… Szczególnie po tym wszystkim…- na jego wargach pojawił się lekki uśmiech- A poza tym, miałaś rację. Ten ślub byłby jedynie zbędną farsą. Nie potrzebuję go. Nie potrzebuję żadnej przykrywki do tego, kim jestem.
Wpatrywałem się w niego z zupełnym niedowierzaniem.
Przez chwilę sądziłem, że to jakiś żart albo banalne kłamstwo, ale przecież nie miał powodów, by mnie okłamywać. Nie miał powodów okłamywać Roxanne. Roxanne to nie obchodziło, było jej to zupełnie obojętne…
Ale ja nie jestem Roxanne.
Jestem Alexandrem Carltonem, żałosnym, mało subtelnym, wiecznie potykającym się o własne nogi, niespełnionym urzędasem i chociażbym uciekał od tego całe życie, nie zmienię tego. Niezależnie od tego, co na siebie włożę, jakim głosem będę mówił, czy jak się zachowywał.
I coś we mnie pękło, złamało się. Zniknęły gdzieś moje pretensje, zniknęła niechęć, zniknęło poczucie odtrącenia. Zniknęło to wszystko, co odczuwałem przez te kilka dni z tak niezwykłą intensywnością, i zostało zastąpione przez coś zupełnie innego. Przez nagłą, gwałtowną radość, absurdalną i zupełnie otępiającą, która sprawiła, że zapomniałem o wszystkim.
Zapomniałem, że to przedsionek klubu.
Zapomniałem, że to Nathan, a ja udaję kobietę.
Zapomniałem, że powinienem się zachowywać neutralnie i nie dać się ponieść emocjom.
Zapomniałem o tym wszystkim i po prostu chwyciłem go gwałtownie za ramiona, zbyt mocno, zbyt mało subtelnie, przyciągając do pocałunku.
Krótkiego i właściwie wymuszonego, a przez to zdecydowanie niezbyt delikatnego, ale jednak pocałunku.
Przerwałem go prędko, gdy tylko zdałem sobie sprawę z tego, co ja właściwie najlepszego wyrabiam, i odsunąłem się odrobinę. Nathan też odskoczył natychmiast jak oparzony, wpatrując się we mnie z autentycznym przerażeniem, jakbym miał go zaraz zgwałcić na miejscu.
… Co akurat przeszło mi przez myśl, możecie mi wierzyć.
Chciałem coś powiedzieć, udawać, że jestem skruszony, przeprosić… Oczywiście w imieniu Roxanne. Nie mogłem jednak w żaden sposób powstrzymać uśmiechu, który mimowolnie wykwitł na moich wargach.
W końcu mój szef odkaszlnął cicho i poprawił krawat, wciąż wyraźnie wytrącony z równowagi i zdezorientowany, po czym rzucił:
-Wybacz, ale ja… Hm… Ja…- umilkł na dłuższą chwilę, po czym odetchnął głębiej i stwierdził pewnie- Jestem gejem.
-Gejem?- powtórzyłem właściwie odruchowo, bez krztyny zdziwienia. Trudno chyba, żeby ten fakt mnie zaszokował, prawda?
-Tak- potwierdził, skinąwszy lekko głową. Zauważyłem, że zachowywał się odrobinę nerwowo i niepewnie, wsadził dłonie do kieszeni marynarki, co rzadko mu się zdarzało, i zagryzł wargę- I… Hm… Nie lubię kobiet. Ani trochę. A poza tym… Poza tym…- zawahał się ponownie- Jest ktoś bardzo ważny… Dla mnie…. I… I… On… Hm… Sądzę… Wiem, że… Może coś z tego być… Więc… Więc… Więc tak właśnie będzie- dokończył odrobinę kulawo - Przepraszam.
-Ktoś ważny…?- powtórzyłem, a mój głos ponownie pobrzmiewał wilgocią, tym razem jednak z zupełnie innego powodu. Tak, chciało mi się płakać. Chciało mi się ryczeć jak diabli, co było totalnie niemęskie i żałosne, ale zważywszy na moje obecne wdzianko, zdecydowanie mogłem sobie na to pozwolić. Byłem autentycznie wzruszony, tak szczęśliwy, że chyba bardziej już być nie mogłem. Czekałem chociażby na nikłe potwierdzenie, że chodzi o mnie, ale…
Ale chyba pierwszy raz w życiu żadnego potwierdzenia nie potrzebowałem.
To, co powiedział, było aż nazbyt jasne.
Nathan jest gejem.
Jest gejem oficjalnie, a nie jedynie okolicznościowo.
No dobrze, może wyznanie swojej orientacji jednej osobie nie czyni z tego jeszcze informacji, która trafia do świadomości każdego, ale jednak to powiedział. Jednak się przyznał. Bez lęku, bez żadnych większych tłumaczeń, bez zachowywania się tak, jakby był winny swojej inności.
I był w jego życiu ktoś ważny.
Ktoś.
Jakiś mężczyzna.
Bo Nathan jest gejem.
I osobnikiem niespecjalnie towarzyskim, więc będę na tyle bezczelny, że powiążę nasz niedawny wyjazd z jego słowami.
Bez najmniejszego nawet wahania i żadnych wyrzutów sumienia.
-Tak…- przytaknął, uśmiechając się lekko, jak gdyby do siebie- Ktoś ważny. Od dłuższego czasu, ale ostatnio… Dlaczego płaczesz…?- uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.
-N-nie płaczę- wyjąkałem, chociaż w rzeczywistości już czułem, że w oczach zbierają mi się łzy i coraz trudniej jest mi powstrzymać drżenie głosu- Mów dalej, proszę.
-Chyba dość już powiedziałem... Bardzo pochlebia mi twoje zainteresowanie moją osobą, ale wybacz, nie sądzę, żeby coś z tego było… Zważywszy na moją orientację przynajmniej.
Och, uwierz mi!
Właśnie zważywszy na nią będzie więcej, niż sądzisz!
-W każdym razie przyszedłem się właściwie pożegnać- kontynuował Nathan, wzdychając cicho- Mam nadzieję, że wybaczysz mi to małe zawracanie głowy… Nigdy nie miałem zbyt wielu towarzyszy do rozmów, ale…- parsknął z rozbawieniem, kręcąc głową- Ale powiedzmy, że natrafiłem na pewnego gadułę… Więc sądzę, że o ile uda mi się od czasu do czasu wtrącić kilka słów, kwestia potrzeby rozmowy zostaje załatwiona…
Teraz już zupełnie nie mogłem się powstrzymać od płaczu.
Boże!
Kochasz mnie, ty draniu!!!

2 komentarze:

  1. Anonimowy10:35 AM

    Cudowne... Nie no, ja się po prostu rozpływam... Już mam w głowie kolejną wizję... xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:20 AM

    Jeju... Kiedy czytał końcówke cały czas uśmiechałam się jak głupia i powstrzymywałam przed wybuchnięciem śmiechem. Uwielbiam to opowiadanie *w*

    OdpowiedzUsuń