Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 16 . ~ [Drag Queen]

-Gdzie jesteś?- rzuciłem do telefonu, zerkając jednocześnie na zegarek. Było już dobrze po północy, a Sarah jeszcze nie przyjechała. Mój występ dawno powinien się rozpocząć.
-Raczej gdzie byłeś ty?- odparowała Sarah, a ja zmarszczyłem brwi.
-W sensie…?
Naprawdę nie miałem czasu na zbędne dyskusje, nie byłem w zbyt… wyjściowym… stanie. Moje piersi spoczywały na krześle, a peruka wisiała smętnie obok lustra. Możecie mi wierzyć, że samodzielna charakteryzacja wcale nie była taka prosta.
-Czemu nie było cię w pracy? Alex, do licha! Sądziłam, że się pojawisz.
Hm… Cóż…
Ja też tak sądziłem.
Wczoraj, kiedy tylko usłyszałem to, co powiedział mi Nathan.
Właściwie byłem w stanie takiej euforii i egzaltacji, że miałem ochotę odszukać jego mieszkanie i jechać do niego w środku nocy, nawet w tych cholernych, babskich ciuszkach, i powiedzieć mu wszystko, żeby tylko on też był ze mną szczery.
Ale stan nadmiernej ekscytacji w końcu minął i musiałem się uspokoić. A później to wszystko przemyśleć. I doszedłem do wniosku, że poczekam. Jeszcze trochę, tylko troszeczkę… Żeby upewnić się w tym, że naprawdę wszystko jest tak, jak to sobie wyobrażam.
No dobrze, w sumie byłem już PRAWIE pewien, ale… Ale co miałbym mu niby powiedzieć?
Cześć, Nathan, tak nagle przyszło mi do głowy… Może pogadamy o nas?
Hej, Nathan! Wydaje mi się, czy może jesteś we mnie zakochany?
Ej, Nathan, doszły mnie plotki, że chcesz ze mną być… Jak się do tego ustosunkujesz?
Przyznajcie, że to naprawdę żałosne.
A ja nie miałem żadnego pomysłu na ewentualną rozmowę.
Ba.
Bałem się jak diabli. Już to sobie wyobrażałem.
Nathan pojawi się obok mnie, a ja zacznę się miotać, jąkać, zrobię się czerwony i zacznę gadać jakieś bzdury. Nie wiedziałbym, jak się zachować, co powiedzieć… Próbowałem sobie, co prawda, ułożyć jakieś konkretne wyznanie… No wiecie… Zależy mi na tobie, bla, bla, bla… Moglibyśmy spróbować, bla, bla, bla… Ale ledwie udało mi się ułożyć coś w miarę konstruktywnego, natychmiast wyobrażałem sobie twarz Nathana, pełną politowania albo rozbawienia, kiedy odmawia mi albo wręcz mnie wyśmiewa.
I stwierdziłem, że gdyby coś takiego się wydarzyło, umarłbym ze wstydu.
Więc lepiej będzie, jeżeli wymyślę coś lepszego, zanim wrócę.
Naprawdę.
-Spałem- odparłem krótko, a ona aż fuknęła ze złości.
-Zapomniałeś, że masz pracę?!
-Mam urlop.
-Alex, oszalałeś?! Sądziłam, że po tym, co powiedział ci Nathan, pojawisz się natychmiast!
-Nie powiedział tego mnie- wyjaśniłem cierpliwie- Tylko Roxanne. To nie to samo. Kiedy powie to mnie, możesz być pewna, że przyjdę.
-Jak ma ci cokolwiek powiedzieć, skoro nie ma cię w pracy…?
Wzruszyłem ramionami, zupełnie tak, jakby mogła to zobaczyć.
Cóż.
Właściwie nie byłem pewien.
Mój telefon nie urywał się od nadmiaru połączeń, więc zapewne nie miałby problemu z dodzwonieniem się do mnie, a poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, gdzie mieszkam, ale kto by się tam przejmował takimi drobnostkami!
-Daj spokój, Sarah- mruknąłem w końcu z pozorną obojętnością- Jeżeli naprawdę będzie chciał, na pewno znajdzie jakiś sposób, a poza tym… Może jeszcze trochę potęsknić, nie…?
-Alex, jesteś paskudny. Lepiej nie przeginaj, bo jak przesadzisz, na pewno nie wyjdzcie ci to na zdrowie… Ta blondyna strasznie się do niego klei…
-Naprawdę?!- wykrzyknąłem z oburzeniem.
-… Nie- przyznała po dłuższej chwili Sarah, a ja odetchnąłem z ulgą. Chociaż właściwie po płomiennym wyznaniu Nathana na temat jego orientacji jakoś nie powinienem się specjalnie niepokoić ani czuć się zagrożony… Stary Bookcher nie wyglądał mi na miłośnika penisów- Ale i tak uważam, że powinieneś był przyjść.
-Pytał o mnie?- zapytałem z zainteresowaniem, uśmiechając się lekko pod nosem.
-Niczego ci nie powiem- odparła Sarah, wciąż lekko naburmuszona.
-Och, nie bądź taka! To sprawa życia i śmierci, muszę wiedzieć!
-Nie.
-Sarah…
-Nie- powtórzyła stanowczo- Niczego ci teraz nie powiem. Chyba, że wpadniesz do mnie po zamknięciu klubu.
-Chcesz powiedzieć, że tu nie przyjedziesz?!
-Nie mam czasu- ucięła, a ja prychnąłem donośnie- Naprawdę, Alex, jestem trochę zajęta… Ale na pewno znajdziesz kogoś, kto ci pomoże.
-Taak, jasne…- przewróciłem oczyma, prychając po raz kolejny- Dzięki, Sarah, naprawdę… Trzeba było powiedzieć mi wcześniej.
-Trzeba było powiedzieć mi wcześniej, że nie pofatygujesz się do pracy.
-Dlaczego nie przyjedziesz?
-Mam urlop.
Prychnąłem ponownie.
Najwyraźniej wszelkie inne formy komunikacji uznałem z góry za mało przekonujące.
-Mówiłam już, że jestem zajęta- powtórzyła nieco łagodniejszym tonem- Ale przyjedź do mnie po zamknięciu, w porządku?
-Będzie późno- zauważyłem.
-Będę czekać.
Zmarszczyłem brwi.
Naprawdę nie wiedziałem, co jej tak zależy.
-O co ci chodzi…?- zapytałem podejrzliwie- Nathan mi się oświadczył czy jak…?
-Alex, po prostu przyjedź, okej…? Mam coś dla ciebie.
-No ale…- zacząłem, ale ostatecznie umilkłem, nie wyobrażając sobie nawet, o co może chodzić. No dobrze, trochę sobie wyobrażałem. Ale raczej wątpiłem, by Sarah przetrzymywała związanego i zakneblowanego Nathana Masona w swojej szafie albo innym, równie interesującym miejscu, więc, jak możecie się domyślać, moje wyobrażenia były cokolwiek nietrafne- To ma jakiś związek z Nathanem?
-Nie. Przyjdziesz?
-Sarah, nie mogę przyjechać jutro, jak wyjdziesz z pracy?- jęknąłem cierpiętniczo- Wiesz, że jak wracam z klubu, jestem ledwie żywy.
-Prześpisz się u mnie. A rano pójdziemy do pracy.
-Nie mam przecież ze sobą żadnych ubrań, nawet piżamy!
-E, tam… Dam ci coś swojego. I tak jesteś już przyzwyczajony.
-Ha, ha…- mruknąłem grobowo- Nie możesz mi po prostu powiedzieć, o co chodzi?
-Nie. Bo wtedy nie przyjedziesz- skwitowała, a ja już otwierałem usta, by zadać kolejne pytanie, ale ona dodała jedynie- Czekam na ciebie, Alex.
I się rozłączyła.
Wymamrotałem coś złowrogo pod nosem, ale ostatecznie zdecydowałem się nie oddzwaniać.
Nadal nie miałem pomysłu, z czym ma być związana owa „niespodzianka”, i ciekawiło mnie, o co może chodzić. Odłożyłem komórkę na stolik, a następnie rozejrzałem się po pomieszczeniu cokolwiek zdezorientowany, zastanawiając się nad tym, od czego powinienem zacząć. Naprawdę, druga para rąk to wyjątkowe ułatwienie, a poza tym naprawdę nie miałem teraz głowy do tego wszystkiego. Ostatnio w ogóle do niczego nie miałem głowy.
Najpierw przez to, że Nathan mnie nie chciał.
A teraz przez to, że prawdopodobnie jednak zmienił zdanie.
Widzisz, Nathanie Mason…?
Tak czy inaczej, potrafisz skutecznie namieszać w moim życiu!
Usłyszałem pukanie do drzwi.
-Słucham?- rzuciłem odrobinę nerwowo, czmychając jednocześnie za parawan, tak na wszelki wypadek.
-Roxanne…?- usłyszałem niepewny głos Evana- Roxanne, wszystko gra? Cindy wskoczyła na twoje miejsce… Coś nie tak?
-Eee… Mam… Mam mały problem- przyznałem w końcu zakłopotany.
-Może ci pomóc…?
Och, tak, tak, Evan… Udawajmy, że to pierwszy raz, kiedy próbujesz się wkręcić do mojej garderoby, gdy jestem cokolwiek… roznegliżowany.
Usprawiedliwia cię jedynie to, że nie wiesz, co czynisz.
Z pewnością nie byłby to widok, jakiego się spodziewasz.
-Nie, nie… Dam radę- odpowiedziałem w końcu, ale już po chwili przyszło mi do głowy coś zupełnie innego i zreflektowałem się- Evan!
-Tak?
Odetchnąłem głębiej.
Nie pytajcie mnie, proszę, czy na pewno wiem, co robię.
-Wejdź- poprosiłem cicho.
Odpowiedź jest prosta.
Nie wiem.
Tak jak się spodziewałem, już po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich Evan, z radosnym uśmiechem malującym się na jego wargach. Ale uśmiech zniknął, ledwie wyszedłem zza parawanu, i mężczyzna aż krzyknął, cofając się prędko i zakrywając usta dłonią, jakbym zamierzał go pożreć żywcem.
… No dajcie spokój.
Rozumiem, że nie jestem zbyt piękny, i fakt, że nie mam piersi, mógł go trochę zaskoczyć, ale to już przesada.
-Cześć, Evan- rzuciłem w końcu, uśmiechając się niemal nieśmiało. Chyba chciałem po prostu udowodnić mu, że to ja, żeby nie spoglądał na mnie jak na jakiegoś świra.
-R… Rox… Rox… Roxanne…?- udało mu się w końcu wyartykułować. Był autentycznie przerażony. Nieustannie mierzył mnie wzrokiem, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi- To… To naprawdę ty…?
-Na to wygląda- odparłem, wzruszywszy ramionami, po czym sięgnąłem po swoje piersi i wręczyłem mu je- Możesz…?- zapytałem, odwracając się do niego plecami.
Evan wyglądał tak, jakby miał za chwilę zemdleć.
-Jesteś… Jesteś…?- dukał nieprzerwanie, zupełnie nie mogąc się wysłowić, ale jednocześnie postąpił krok do przodu i pomógł mi przypiąć biust, chociaż chyba mało świadomie i bardziej mechanicznie. Nadal sprawiał wrażenie wprost osłupiałego z zaskoczenia.
-Tak, jestem mężczyzną- wyjaśniłem cierpliwie.
Och, dajcie spokój.
Kiedyś musiałem mu powiedzieć.
A poza tym… Nie będę do końca życia biegał w damskich fatałaszkach, prawda…?
-Ale… O, Boże… Dlaczego?- zapytał tak rozpaczliwym tonem, że aż zacząłem mu współczuć. Przysięgam wam, że jak tak dalej pójdzie, będę go miał na sumieniu. Evan naprawdę sprawiał wrażenie, jakby miał paść na zawał. Nie, żebym był specjalnie zdziwiony. Informacja, że obiekt jego fantazji seksualnych ma penisa, mogła go rzeczywiście trochę zaskoczyć- Dlaczego nikt mi nic nie powiedział…? Ktoś wie…?
-Szef i Sarah- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, naciągając sukienkę na ramiona i kończąc się ubierać, a następnie sięgnąłem po swoją perukę, po czym spojrzałem na niego z uwagą- To dla ciebie duży problem…?
-Nie wiem… Nie mam pojęcia… Jesteś… Jesteś transsekualistą?
-Nie, skąd- parsknąłem cicho i pokręciłem głową.
-Więc jesteś transwestytą?
-Nie.
Och, Boże.
Dlaczego faceci w sukienkach zawsze kojarzą się tylko z jednym…?
-Gejem…?
Och, dobra.
To akurat pasowało.
-No…- potwierdziłem ostrożnie- Ale nie mam zwyczaju biegać w czymś takim po mieście- dodałem natychmiast, widząc jego minę- To tylko charakteryzacja sceniczna… No wiesz… Drag Queen… Taki rodzaj sztuki…
-Podkochiwałem się w tobie- oznajmił żałośnie, a ja nie mogłem powstrzymać lekko rozbawionego uśmiechu- Byłem pewien, że jesteś kobietą… Jak to o mnie w ogóle świadczy?!
-Nie ty jeden… Nie przejmuj się- odpowiedziałem, wyjątkowo pocieszająco- W każdym razie… Nie martw się, nie obrażę się, jeżeli nadal będziesz mnie sobie wyobrażał tak jak dawniej…- mrugnąłem do niego porozumiewawczo, widząc jego zdecydowanie mało uradowaną minę- To co…? Pomożesz mi z tym czy będziemy tak sterczeć do rana…?

Evan po przejściu wstępnej fazy zawałowej, oznajmił, że nic nikomu nie powie. I że jest tolerancyjny. Co prawda szedł w sporej odległości ode mnie, a mój występ zapowiedział iście łamiącym głosem, ale jakoś nie wyglądał na kogoś, kto tylko czekał na to, by zdradzić światu moją prawdziwą tożsamość.
… Której właściwie nawet nie znał.
Dla niego byłem po prostu Roxanne.
No dobra.
Teraz już raczej facetem przebranym za Roxanne, ale jednak.
Poza tym… Umówmy się, że to nie byłaby dla niego szczególnie komfortowa sytuacja…
Chociaż szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy byłem z tego faktu zadowolony.
Właściwie w ogóle nie byłem pewien, czego oczekiwałem, mówiąc mu to wszystko.
Chciałem chyba przekonać się, jak ludzie reagują na takie sytuacje. Jak reagują na mnie. Jak widzą podobne sprawy i jak radzą sobie z faktem, że Roxanne to ja. Tak jakby.
Bo Roxanne to jednak nie jestem ja.
Bądź, co bądź, daleko mi do urodziwej blondynki, za którą oglądają się faceci…
… I w gruncie rzeczy, ja chyba nie chcę być urodziwą blondynką, za którą oglądają się faceci.
Chcę być Alexandrem Carltonem.
Nudnym, miernym, mało interesującym Alexandrem Carltonem, bez większych szans na awans i udane życie towarzyskie. Za którym nie ogląda się nikt. No, może prócz niejakiego Nathana Masona i kilku załamujących ręce stylistów.
I to chyba naprawdę była informacja przełomowa, nawet dla mnie samego.
Bo do tej pory uwielbiałem Roxanne znacznie bardziej od siebie.
Roxanne miała w sobie to, co chciałem mieć ja. Zawsze, odkąd pamiętam. I bynajmniej nie chodziło o obfity biust ani fikuśne stroje. Lubiłem nią być. Gdy po pracy szedłem tutaj, czułem się naprawdę szczęśliwy, zaczynałem żyć. Życiem Roxanne, co prawda, ale za to życiem znacznie ciekawszym niż życie szarego, nudnego urzędasa. Tutaj wszyscy nagle zwracali na mnie uwagę, byłem w centrum wydarzeń, znajdowałem ludzi, którzy mnie podziwiali…
Po raz pierwszy w życiu nie byłem którymś tam z wielu dzieci, którymś tam z wielu studentów, którymś tam z wielu pracowników… Byłem po prostu w swoim żywiole i tyle. Zresztą, wydawało mi się, że od zawsze chciałem to robić.
No dobrze.
Może jako pięciolatek marzyłem raczej o karierze aktorskiej, a nie o występowaniu w nocnym klubie w damskich ciuszkach pod czujnym okiem starszych panów, ale i tak sądziłem, że to dość artystyczna działalność. I jednak, w moim przypadku, można to było określić autentyczną karierą aktorską. Aż dziw, że tak niewiele osób się zorientowało…
W każdym razie, od pewnego czasu przestało sprawiać mi to przyjemność.
Dostrzegłem, z niemałym zaskoczeniem, możecie mi wierzyć, że bardziej oczekiwałem mojego porannego przyjścia do pracy i spotkania się z Nathaniem, zamienienia z nim nawet kilku zdań, niż oklasków i komplementów. Nie potrzebowałem już uwagi tych wszystkich ludzi, którzy nagle stali się dla mnie zupełnie nieistotni, nieważni.
Wystarczała mi uwaga Nathana.
Występowałem bardziej z przyzwyczajenia i braku lepszych rozrywek niż rzeczywistej chęci.
I zastanawiałem się… Czy ja w ogóle potrzebuję Roxanne…?
Kiedy zakończył się mój występ, jak zwykle zresztą nagrodzony brawami, zszedłem ze sceny i najpierw skierowałem się do garderoby. Czasami od razu po występie wracałem do domu, zbyt wyczerpany kilkudniowym brakiem snu z powodu mojego podwójnego życia, ale dziś wolałem zostać jeszcze trochę, tym bardziej, że i tak musiałem się czymś zająć, nim pojadę do Sarah. Wróciłem na salę i usiadłem przy barze.
Zdecydowanie zasłużyłem sobie na drinka.
W takich warunkach lepiej się myśli.
Lubiłem siedzieć w sali. Czasem, gdy zostawałem dłużej, niektórzy goście mnie zaczepiali, podchodzili, stawiali coś do picia… To było sympatyczne. Już nie ekscytujące. Nie ciekawe. Nie satysfakcjonujące. Sympatyczne. Po prostu. I przy tym zupełnie zbędne.
Odetchnąłem głębiej i upiłem porządnego łyka ze swojej szklanki, po czym odchyliłem się lekko na krześle…
… I o mały włos nie wylądowałem na podłodze.
Ostatkiem sił udało mi się utrzymać równowagę.
Bookcher!
Jak Boga kocham, Bookcher!
Co on tu robi, do diabła?!
Osłupiałem zupełnie, widząc zastępcę swojego szefa, siedzącego ledwie kilka krzeseł dalej.
Wczoraj Nathan, dzisiaj on…
Jak tak dalej pójdzie, uznam to za jakiś spisek.
Zawahałem się przez chwilę, po czym chwyciłem swoją szklankę i dosiadłem się do niego, uśmiechając się jednocześnie serdecznie. A przynajmniej miałem wrażenie, że tak wyglądam, bo jego obecność tutaj nieco mnie martwiła. Zawsze miałem głupie podejrzenia, gdy widziałem kogoś znajomego. No dobrze, gdy widziałem tutaj Nathana i Bookchera, bo innych znajomych raczej tu nie spotkałem. Wydawało mi się, że mogli coś zauważyć, dostrzec, dowiedzieć się prawdy…
-Dobry wieczór- przywitałem się ostrożnie.
Na pierwszy rzut oka widać było, że mężczyzna jest w stanie cokolwiek nietrzeźwym.
Ba, co ja mówię.
„Nietrzeźwy” w jego przypadku stanowiło eufemizm.
Był kompletnie nawalony.
Twarz miał całą czerwoną, a wzrok zupełnie nieobecny. Nim zorientował się, że siedzę tuż obok, mamrotał gniewnie jakieś przekleństwa. W końcu jednak zerknął na mnie, a na jego twarzy pojawił się ów charakterystyczny, nieco świński uśmieszek. Uśmiechał się tak dokładnie za każdym razem, gdy gapił się na okazały dekolt którejś z pracownic.
-Dobry wieczór…- odparł chrapliwym głosem, odsuwając od siebie pustą szklankę. Machnął wielką łapą, dając barmanowi znak, by nalał mu kolejną- Obserwowałem twój występ… Jesteś doskonała, dokładnie taka, jak zawsze… Idealna…- dodał, a ja odniosłem wrażenie, że jakoś wcale nie chodziło mu o docenienie artystycznych walorów mojego występu. Szczególnie, że raczej to moje walory cielesne oglądał teraz z wyjątkową uwagą, nawet niespecjalnie się z tym kryjąc.
-Dzięki- odpowiedziałem, odkaszlnąwszy z zażenowaniem. To naprawdę dziwne, kiedy facet, który na co dzień nie zwraca na was (Bogu dzięki) uwagi, nagle zaczyna gapić się tak, jakby chodził głodny od tygodnia i zobaczył wyjątkowo apetyczny kąsek. Bo chyba tylko tak można było to określić- Często… Często pan tu jest…?
-Prawie zawsze…- odparł, po czym machnął dłonią w kierunku balkonów- Siedzę tam… Jestem stałym gościem…- no tak. Nasza sztandarowa loża VIP’ów, mogłem się domyślić…- Znam twojego szefa- dodał, wpatrując się we mnie intensywnie.
… A jednak nie na tyle dobrze, by znać moją płeć.
To wręcz pocieszające.
-Naprawdę intryguje mnie twój talent…
… Tia…
Ciekawe, do czego.
-Co u pana Masona?- zagadnąłem go w końcu. O to właściwie chciałem zapytać już na samym początku, pogaduszki z Bookcherem niezbyt mnie interesowały.
-Hm…?- spojrzał na mnie bez zrozumienia- Znacie się…?
-Przedstawił mi go pan- przypomniałem spokojnie.
-Ach, tak, rzeczywiście!- zreflektował się natychmiast, ponownie machając swoją ogromną dłonią w jakimś lekceważącym geście i śmiejąc się ochryple- Tak, tak, pamiętam… Nici z wieczoru kawalerskiego… Cholerny drań… Odwołał zaręczyny!
-Hm… Dlaczego?
… Tak jakbym nie wiedział.
-Bo ja wiem!- Bookcher prychnął pogardliwie, kręcąc z niedowierzaniem głową- Z takimi jak on nigdy nie można dojść do ładu! Nigdy!- wykrzyknął tak głośno, że aż kilku ludzi zerknęło z niepokojem w naszym kierunku. Naprawdę był zdrowo nawalony- Jest taki młody! Za młody na bycie dyrektorem! Żeby zajmować takie wysokie pozycje, trzeba mieć jakieś doświadczenie! Trzeba trochę popracować w tym zawodzie! Znać się na tym! Ja powinienem nim być! Miałem większe szanse, ale nie… Pojawił się on… Młodzieniaszek!- prychnął z poirytowaniem- Tyle lat użerasz się z kolejnymi pracownikami i bezbarwnymi urzędasami, żeby w końcu wylądować jako podpórka jakiegoś dzieciaka! To nie powinno być tak!
-Jest chyba dobrym dyrektorem…
Alex, na litość boską!
Opanuj się!
Jesteś Roxanne, skąd u diabła możesz to wiedzieć?!
-Ależ skąd!- Bookcher ponownie prychnął z pogardą- Fatalnym! Jest za młody… Zdecydowanie za młody i zbyt mało kompetentny… Nie zna się na życiu! Na firmie też się nie zna! Nie zna się na niczym i traktuje mnie jak pierwszego lepszego podwładnego! Żaden chłopaczek nie będzie mnie traktował jak gorszego od siebie! Pracowałem w tym banku odkąd tylko skończyłem studia i co…? Nic mi się nie należy?! Muszę siedzieć w ciasnym gabinecie i wysłuchiwać jego kolejnych poleceń, jakbym był jakimś przeciętnym robolem?!
Nasz oddział jest najgorszy w całym banku, a on się panoszy! Powinien zrezygnować i odejść… Albo wreszcie zająć się zwolnieniami… Ten cały Canton… Canten… On, w każdym razie…
Aż prychnąłem z oburzeniem.
Carlton, u diabła!
Pracowałem tam tyle czasu, a nawet nie potrafił wymówić poprawnie mojego nazwiska!
A poza tym…
Wypraszam sobie.
Wiem, że nie należę do grona najlepszych pracowników, ale bynajmniej nie zamierzam brać na siebie całej odpowiedzialności za złe wyniki. Szczególnie, że całkiem spora gromadka pracownic też słabo się sprawdzała, a za ich zatrudnienie odpowiadał tylko i wyłącznie Bookcher, bo to on zajął się kadrą, gdy Nathan został dyrektorem oddziału. I wybaczcie, ale jakoś trudno mi uwierzyć, by ten stary drań skupił się na ich kompetencjach…
-Ale dość o tym- stwierdził w końcu Bookcher, przerywając swoje wylewanie żali- Pewnie nudzi cię słuchanie podobnych historii… Ale możemy przejść do milszych aspektów naszej znajomości…
-Ach, tak…?
… A w ogóle takowe istniały?
Naprawdę nie podobał mi się ten wyjątkowo obleśny wzrok, jaki we mnie wlepiał.
Aż zacząłem współczuć tym biednym, cycatym pracownicom.
Dzięki bardzo, to ja już wolę być sobą.
Bookcher sięgnął dłonią do kieszeni i pogrzebał w niej trochę, po czym przysunął w moją stronę pięćdziesięciofuntowy banknot. Zmarszczyłem brwi.
-O co chodzi…?- zapytałem podejrzliwie, chociaż właściwie już wiedziałem. Nie on pierwszy pomylił Scyllę z jakimś pierwszym lepszym domem publicznym.
-Mam samochód- poinformował mnie Bookcher, ciągle gapiąc się na mnie w ten wyjątkowo obleśny i mało dla mnie komfortowy sposób.
-Cóż… Ja nie mam, ale nie sądzę, żeby to mi na niego wystarczyło- parsknąłem cicho, chcąc obrócić wszystko w żart i odsunąłem banknot w jego stronę. Czasem to wystarczało i ewentualny natręt zdawał sobie sprawę z tego, że trafił na niewłaściwą osobę, ale miałem dziwne wrażenie, że na niego to nie podziała.
-Nie musisz się niczego obawiać…- Bookcher ściszył głos, nachylając się w moim kierunku i kładąc dłoń na moim udzie- Owszem, muszę czasem skorzystać z pomocy niebieskich tabletek, ale podobno mam werwę młodzieniaszka…
Przysięgam, że jeżeli jego dłoń zawędruje chociażby o kawałeczek wyżej, pożałuje tego!
I to nie tylko ze względu na fakt, że pewnie nie odnajdzie tam tego, czego oczekuje.
-Więc chyba pan je przedawkował- stwierdziłem lodowato, odtrącając jego rękę i usiłując wstać, ale w tym momencie Bookcher chwycił mnie mocno za nadgarstek i ściągnął z powrotem na miejsce. Spojrzałem na niego z oburzeniem i szarpnąłem się wściekle, z krótkim:
-Puszczaj!
-Dam ci dwa razy więcej…- bełkotał wciąż mężczyzna, jakby w ogóle nie zrozumiał moich słów- Dwa razy więcej… Wszystkie jesteście takie chciwe… Dwa razy więcej…
-Niczego od ciebie nie chcę, spadaj!- warknąłem z poirytowaniem, próbując go od siebie odepchnąć i odejść, ale wciąż trzymał mnie przy sobie mocno. W końcu nie wytrzymałem i po prostu kopnąłem go w kolano.
Usłyszałem, jak jęknął cicho z bólu, a jego uścisk rozluźnił się nieco. Natychmiast wykorzystałem okazję, by się cofnąć, ale nim zdążyłem się oddalić, nagle ryknął z wściekłością i rzucił się na mnie, chwytając mnie w wyjątkowo niefortunnym miejscu…
A mianowicie złapał za mój biust.
Pech chciał, że ja w tym momencie szarpnąłem się gwałtownie i…
Usłyszałem trzask drącego się materiału…
… A następnie wylądowałem kawałek dalej, w podartej sukience, a mój nieszczęsny biust został w dłoniach Bookchera, który najpierw wrzasnął przeraźliwie, odrzucając go na bok i chyba sądząc, że naprawdę tak poważnie mnie uszkodził. Dopiero po chwili przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie i zupełnie zaniemówił.
Zresztą nie tylko on.
Muzyka zupełnie ucichła i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że stałem się centrum zainteresowania wszystkich gości. Ci, którzy stali lub siedzieli na tyle blisko, by mnie widzieć, wpatrywali się w naszą stronę z zaskoczeniem lub zgorszeniem.
-P… Proszę państwa… Bawmy się dalej, wszystko jest w porządku- próbował jeszcze opanować sytuację Evan, ale nic nie było w porządku.
Zewsząd padały zdecydowanie mało komfortowe pytania.
-To Roxanne…?
-Roxanne?
-Co się stało…?
-Roxanne jest mężczyzną?!
Miałem dwie opcje: uciec albo czekać na lincz.
Wybrałem, rzecz jasna, to pierwsze.
W momencie, gdy już wycofywałem się z pomieszczenia szybkim krokiem, Bookcher najwyraźniej trochę otrzeźwiał. Na tyle, by krzyknąć donośnie:
-Nawet nie tknąłem tego zboczeńca!
Phie!
Tak się składa, że ja też nie!
…Przyganiał kocioł garnkowi.

-… i w ten oto sposób straciłem swoją szansę na występowanie publiczne i, jak dobrze pójdzie, stracę też pracę…- zakończyłem swoją historię, układając się wygodniej na łóżku Sarah. Chociaż właściwie, mówiąc szczerze, nie byłem jakoś szczególnie smutny czy zdołowany. Odrobinę zawstydzony, bo jednak trochę inaczej wyobrażałem sobie swój „wielki koniec kariery”, ale raczej… Hm… Powiedzmy, że nie przeżyłem tego jakoś specjalnie, co było chyba dziwne, zważywszy na to, że Roxanne stanowiła dotąd istotny element mojego życia.
-E, tam, nie przesadzaj- pocieszyła mnie Sarah, kładąc się obok mnie z miską chipsów. Nie ma to jak trochę kalorii na poprawienie nastroju…- Przecież ten facet na pewno cię nie poznał.
-Patrzył na mnie.
-No i co?- parsknęła cicho, unosząc pytająco brew- Nathan patrzył na ciebie… W sensie na Roxanne... już kilka razy i jakoś nigdy się nie domyślił, że to tak naprawdę ty.
-Tak, ale on nie miał podstaw, żeby sądzić, że jestem facetem- wyjaśniłem cierpliwie- A Bookcher jak najbardziej.
-Sam mówiłeś, że był pijany, na pewno nic nie widział- stwierdziła stanowczo, a ja westchnąłem cicho i skinąłem lekko głową. Właściwie trudno było mi przewidzieć, co bym zrobił, gdyby jednak było inaczej. Z jednej strony czułbym się pewnie zażenowany i zawstydzony, Bookcher zrobiłby wszystko, żeby mnie wylać, a i Nathanowi mogłoby się to nie spodobać… Ale patrząc na to inaczej, sytuacja pomiędzy nami byłaby zupełnie jasna, nie musiałbym niczego ukrywać, i tak dalej… To też chyba nie byłby jakiś wielki dramat- A co na to nasz szef…?
-Naszym szefem jest Nathan- przypomniałem jej z lekkim rozbawieniem.
-Miałam na myśli właściciela klubu- poprawiła się natychmiast.
-Wiem, wiem… Nie rozmawiałem z nim przecież, nie miałem okazji- wzruszyłem ramionami. Jasne, że nie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostałby w tamtym miejscu dłużej niż to było konieczne. Pognałem do garderoby, zabrałem wszystkie swoje rzeczy, a później czmychnąłem prosto do Sarah- Ale i tak przecież wiadomo, jak zareaguje. Nie kazał mi się z tym zdradzać.
-Ale cię zatrudnił.
-Jako Roxanne- parsknąłem cicho, przewracając oczyma- Która była połączeniem babskiego mnie i twojego głosu. To raczej nie przekona go do tego, żeby pozwolił mi zostać, szczególnie po tym, co się zdarzyło. Przecież pewnie będzie przychodziło mniej klientów, a Bookcher podobno sponsorował klub sporymi kwotami… O nie, moja noga już nigdy tam nie postanie.
-Skąd wiesz, może nie będzie tak źle- starała się mnie dalej przekonać Sarah- Szef jest w porządku, sam wiesz… Pójdę do niego jutro i pogadam z nim o tym.
-Nie, nie trzeba- odparłem pospiesznie.
-Ale nie ma sprawy.
-Ale naprawdę nie ma takiej potrzeby.
-Mam dużo wolnego czasu po pracy.
-Sarah… Naprawdę nie musisz tego robić- stwierdziłem już bardziej stanowczo, a ona posłała mi badawcze spojrzenie, po czym parsknęła cicho i zapytała:
-Ty nie chcesz wcale wracać do klubu, prawda?
-J… Jasne, że chcę!- zaprotestowałem, najwyraźniej zbyt mało przekonująco, bo wciąż wpatrywała się we mnie sceptycznie.
-Więc czemu nie chcesz, żebym z nim porozmawiała?
-… Bo nie chcę wracać- przyznałem w końcu, westchnąwszy głęboko- No dobra, niech będzie.
-Wiedziałam!- wykrzyknęła niemal z satysfakcją- Wiedziałam, że ostatnio coś nie gra! Te twoje występy… Eee… To jest nadal na wysokim poziomie, ale nieco słabsze- dodała prędko, wyłapując najwyraźniej moje mordercze spojrzenie- Byłam pewna, że coś się zmieniło. Chciałam cię nawet zapytać, ale wydawało mi się, że gdybyś naprawdę chciał odejść, zrobiłbyś to.
-Sęk w tym, że chyba nie chciałem odejść… Nie wiem, czego chciałem- wzruszyłem ramionami w bezradnym geście- Sam nie odszedłbym na pewno, ale nie miałem już ochoty dłużej chować się za tym wszystkim… Chyba po prostu przestało mi się to podobać- przyznałem cicho.
-Wiedziałam- powtórzyła Sarah, równie triumfalnie.
-Och, i co z tego?- burknąłem niechętnie- Teraz nie mam co robić, nie mogę pójść do klubu i zostaję mi tylko praca… Straciłem swoje jedyne hobby i szansę na chociażby niewielkie spełnienie artystyczne… Przecież kompletnie nie będę miał co robić. Jak to sobie wyobrażasz? Będę od teraz spędzał wieczory przed telewizorem, oglądając mecze z piwem w dłoni? A może jakieś komedie romantyczne, wyżerając cały zapas lodów? Daj spokój, Sarah, sam nie jestem pewien, czy dobrze się stało.
-Cóż… Jeżeli będziesz spędzał wieczór z Nathanem, to nie wiem, czy oglądanie telewizji by cię tak martwiło…- uśmiechnęła się odrobinę złośliwie- Chociaż lody byłyby dobrym rozwiązaniem…
-Ha, ha…- burknąłem ponuro- Możesz być pewna, że gdybym był z Nathanem, mielibyśmy lepsze rzeczy do roboty, niż oglądanie telewizji. Ale nie jestem i na razie nie zapowiada się na zwrot akcji.
-Alex, zwrot akcji nastąpił już wtedy, gdy byliście ze sobą w hotelu, nie udawaj, że tego nie wiesz- parsknęła cicho, wpatrując się we mnie z politowaniem.
-Och, mniejsza z tym. Podobno coś dla mnie miałaś- przypomniałem sobie dopiero teraz, właściwie chcąc jedynie zmienić temat na bardziej wygodny. Co prawda, gdy szedłem tutaj, wyobrażałem sobie, że może ukryła Nathana gdzieś w szafie i to ma być ta niespodzianka, ale odkąd przez pół godziny opowiadałem jej całą historię, a nikt się nie pojawił, doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie o to chodzi.
-Racja!- Sarah plasnęła się w czoło i poderwała się z miejsca, po podeszła do szafy i zaczęła przeglądać jakieś rzeczy.
Zmarszczyłem brwi.
-Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie wyrzucili mnie z klubu… Sukienki raczej mi się nie przydadzą- przypomniałem jej ostrożnie.
-Odwiedził mnie dzisiaj kuzyn- powiedziała, jakby wcale nie usłyszała moich słów- Dlatego nie mogłam do ciebie przyjechać… Był przejazdem, bo jechał na weekend do swojej dziewczyny, ale poprosiłam go o drobną przysługę… Kiedy go zobaczyłam, od razu pomyślałam o tobie.
-O mnie…?- ciągle nie za bardzo rozumiałem.
-O tobie- potwierdziła Sarah_ z niewiarygodnym wprost entuzjazmem- Jesteście strasznie podobni, jest tego samego wzrostu, co ty i chyba jego ubrania powinny na ciebie pasować…
-Jego… Co?!- parsknąłem w końcu, zupełnie tracąc rozeznanie w całej sytuacji.
-Proszę- rzuciła w końcu, podchodząc do mnie i kładąc na pościeli przede mną jakieś dżinsy, na moje oko zdecydowanie zbyt wąskie, i koszulę- Zostawiłam specjalnie dla ciebie. Sądziłam, że może przyda ci się mała zmiana… Chyba zresztą zupełnie w porę.
-Chcesz żebym to ubrał…?- zapytałem, marszcząc brwi.
-Tak. Jutro do pracy.
-Chyba oszalałaś.
-Przymierz. Zobaczymy, czy pasuje.
-Nie! Nie ma mowy! To nie jest ubranie dla mnie!
-Spróbuj chociaż!
-Sarah, nie!- zaprotestowałem gwałtownie- Przecież to na mnie nie pasuje!
-Zaraz się przekonamy… No dalej, Alex… Chyba chcesz zrobić wrażenie na Nathanie, prawda?
… Wcale nie byłem pewien, czy wyglądając jak idiota zrobię na nim wrażenie.
Ale bądź co bądź, z ciężkim westchnieniem, przebrałem się powoli.
Trudno w końcu było o lepszy argument, żeby mnie do tego przekonać.

1 komentarz: