Strony

niedziela, 22 maja 2011

16. Kroki [Sunrise]

Zapiąłem ostatnie guziki koszuli i westchnąłem ciężko, wpatrując się we własne odbicie. Naprawdę sądziłem, że będę podchodził z większym entuzjazmem do wizji wyjścia na tą imprezę, ale chyba wczorajszy dzień ostatecznie przekreślił te nadzieje. Zerknąłem ukradkiem w kierunku Amadeusza i zagryzłem niepewnie wargę. Przyzwyczaiłem się do tego, że od czasu do czasu po prostu się wściekał. Ba. Nawet do tego, że dostawał szału. Wiedziałem, jakie to przynosi efekty,więc już wczoraj prędko schowałem wszystkie cenne przedmioty, ale ku mojemu zdziwieniu, demon nie był równie destrukcyjny, co zwykle. Wprost przeciwnie. Leżał spokojnie na łóżku, w jakiejś wyjątkowo melancholijnej pozie i nie wydawał się zły. Raczej smutny i dziwnie przygnębiony. Kiedy zobaczyłem, w jakim jest stanie, zacząłem się nawet zastanawiać nad tym, czy aby na pewno powinienem iść. Zdecydowanie nie byłem w zbyt zabawowym nastroju,a poza tym byłem skłonny do pewnego rodzaju ustępstw. Ale ledwie o tym pomyślałem, poczułem się wściekły na samego siebie. Cholera! Tak nie może być! Więc ja mam rezygnować ze wszystkiego,tylko dlatego, że on chce, żebym siedział w domu i był na każde jego skinienie palcem? Ja nie jestem demonem! Nie mam przed sobą wizji nieskończoności i naprawdę chciałbym się trochę pocieszyć życiem i od czasu do czasu przypomnieć moim przyjaciołom, że jeszcze istnieję. To, jak widać, wcale nie obchodziło Amadeusza. Więc dlaczego ja miałem być tym, który zawsze ustępuje, skoro jego nie było stać nawet na najdrobniejszy gest pojednania? Może gdyby do mnie podszedł, gdyby coś powiedział,przeprosił... Może wtedy rzeczywiście zmieniłbym zdanie. Och,Boże. Jasne, że bym zmienił. Amadeusz potrafił mnie momentami zmiękczyć jak mało kto. Ale to nie mogło wyglądać w ten sposób. Nie mogłem ciągle i ciągle znosić jego fochów. To była impreza zorganizowana przez Jennę, a poza tym już mnie z kimś umówiła. Gdybym się nie pojawił, zrobiłbym jej podwójną przykrość. Przecież nie szedłem tam po to, żeby się poobściskiwać z jakimś facetem, Amadeusz nie miał powodów do bycia zazdrosnym - tym bardziej, iż utrzymywał, że wcale zazdrosny nie jest. Dla mnie to miała być po prostu okazja do dobrej zabawy - chociaż, biorąc pod uwagę okoliczności, jakoś zaczynałem wątpić w to, czy rzeczywiście uda mi się rozerwać.
Demon łypnął na mnie ukradkowo i wyjątkowo nieprzychylnie. Miałem wrażenie, że cały czas próbuje mi dać do zrozumienia, jak bardzo czuje się przeze mnie pokrzywdzony. A to irytowało mnie jeszcze bardziej. No dajcie spokój... Ja miałem powód żeby się obrażać! Amadeusz wszem i wobec oświadczył przecież, że jednak są inni, którzy go widzą i że on sobie do tych "innych" pójdzie, a mnie ma w głębokim poważaniu. I nawet, jeżeli było to, moim zdaniem, wyjątkowo dalekie od prawdy, to z pewnością nie było miło usłyszeć coś podobnego z jego ust. Ale ja się nie obrażałem i nie wylegiwałem na łóżku z miną godną męczennika.
Boże, dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że życie z demonem na karku może być takie skomplikowane...
-Jak się czujesz?- rzuciłem w końcu w eter. Nienawidziłem tego, że w naszym "związku", to ja musiałem być pierwszym i ostatnim sprawiedliwym, ale wiedziałem,że czekanie na jego przeprosiny mogłoby potrwać wieki. Dosłownie.
Demon prychnął w odpowiedzi donośnie, jakby po raz kolejny zamierzał mi udowodnić, że ma mnie głęboko w pewnym miejscu.
-Nie musimy ze sobą rozmawiać w taki sposób- zauważyłem pojednawczo- Wiem, że jesteś na mnie zły, ale naprawdę nie masz żadnych powodów. Jestem człowiekiem.Mnie widać, w przeciwieństwie do ciebie. I od czasu do czasu, będą się zdarzały podobne sytuacje. Powinieneś to uszanować.
Amadeusz ostentacyjnie odwrócił się do mnie plecami, zupełnie mnie olewając.
Westchnąłem bezradnie.
Chociaż swoją drogą, może wcale nie powinienem się dziwić? Wymagałem szacunku od istoty, która nigdy wcześniej nie musiała się z nikim liczyć. I chyba naprawdę nie powinienem mieć nadziei na to, że w najbliższym czasie choć trochę się zmieni.
-Dobra, jak chcesz...- rzuciłem w końcu, zupełnie zrezygnowany, a następnie przeszedłem do przedpokoju i chwyciłem za swoją zamszową kurtkę, by poinformować jeszcze krótko- Wychodzę!
-Jasne...- dopadła mnie, wprost ociekająca jadem, odpowiedź Amadeusza- Baw się dobrze.
Już trzymałem dłoń na klamce i już miałem wychodzić, ignorując zupełnie jego zaczepkę, ale nie wytrzymałem i ponownie stanąłem w progu sypialni.
-Dzięki, Amadeusz. Tak właśnie zamierzam. Niezależnie od tego, jak bardzo starasz się to popsuć.
Demon skrzywił się gniewnie i warknął:
-Świetnie, Josh. Uważaj tylko,żebym ja nie bawił się lepiej.
-Ależ baw się tak dobrze, jak tylko chcesz!
-Tak właśnie zamierzam!
-Świetnie- parsknąłem cicho,kręcąc z niedowierzaniem głową. Jak z dzieckiem, słowo daję,jak z dzieckiem... Naprawdę nie miałem ochoty na kontynuowanie tej idiotycznej kłótni i wycofałem się do przedpokoju- Więc do zobaczenia wieczorem- rzuciłem jeszcze krótkie pożegnanie, które jednak najwyraźniej nie mogło się obyć bez jego komentarza.
-O ile nie będę bawił się tak doskonale, że nie wrócę wieczorem...
-Super- stwierdziłem z celową obojętnością, po czym dodałem jeszcze- Więc do zobaczenia wtedy,kiedy wrócisz- a następnie wyszedłem z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Wystarczyło odczekać ledwie chwilę, by usłyszeć donośny huk. A w ślad za nim iście pełne cierpienia skamlenie i przerażone:
-Nie! Tylko nie ty! Błagam! Tylko nie to!
... Och, Boże.
Wszystko wskazywało na to, że Amadeusz będzie musiał przeboleć okrutne rozstanie z telewizorem...

Impreza trwała już od dobrych piętnastu minut. Sala była ładnie udekorowana, z charakterystycznym dla Jenny przepychem, ale też pewnego rodzaju poczuciem humoru. W pomieszczeniu grała muzyka i zdążyło się zgromadzić trochę ludzi, ale nie było ich wielu, chociaż właściwie nie czułem się zbytnio zdziwiony. Większość wolała się, zapewne, modnie spóźnić albo zamierzała przyjść o nieco innej porze, bo zabawa miała charakter otwarty. Nie było też Jenny, chociaż spodziewałem się, że jako organizatorka, choć raz pojawi się punktualnie. Czułem się trochę skrępowany, bo wiedziałem, że przyprowadzi ze sobą tego chłopaka, z którym mnie umówiła. Zdecydowanie nie przepadałem za randkami w ciemno... A w dodatku znając gust Jenny...
Nalałem sobie soku i stanąłem pod ścianą, nie do końca potrafiąc znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Rozglądałem się po sali za Katy lub Jackiem, mając szczerą nadzieję, że gdzieś tutaj są. Jack, co prawda,zapowiedział już wcześniej, że nie przyjdzie, ale spodziewałem się, że przynajmniej Katy się pojawi. Z lekkim rozczarowaniem odnotowałem jednak, że chyba jeszcze jej nie ma. W takich okolicznościach, miałem po prostu nadzieję na to, że Jenna pojawi się prędko.
Szczerze mówiąc, nie czułem się zbyt dobrze. Chciałem się jej po prostu pokazać, pobawić z godzinkę, a później ulotnić się do domu, bez wzbudzania specjalnych sensacji. Chyba znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia przez to, że zostawiłem Amadeusza samego. A przecież nie byłem niczemu winien! Nie byłem winien całej tej sytuacji ani złości Amadeusza. To on zachował się niewłaściwie i źle zareagował. A jednak... Jezu, chyba jestem dla niego zbyt dobry. To w końcu demon,prawda? Nikt go nie widzi i może czuć się trochę osamotniony...Nawet, jeżeli zdecydowanie przesadza i niemal mnie sobie przywłaszcza, wykorzystując w każdy, możliwy sposób, przecież nie raz udowodnił mi, że jest bardzo lojalny. I może rzeczywiście powinienem był rozegrać całą sprawę jakoś inaczej, być bardziej cierpliwy, łagodny... Boże, chciałem wrócić. Po prostu chciałem wrócić, mając nadzieję, że Amadeusz jest jeszcze w domu. Gdzie, u diabła, podziewała się Jenna...?
Dokładnie w tym momencie, drzwi od sali otworzyły się i pojawiła się w nich brunetka. Widziałem,że towarzyszyło jej dwóch chłopaków, ale szczerze mówiąc nie widziałem ich dokładnie i nawet nie byłem w stanie zacząć zastanawiać się nad tym, który był moją randką w ciemno. Przez krótką chwilę, zanim ich zobaczyłem, miałem nawet nadzieję, że może ten cały Adrian dał sobie spokój albo zapomniał, w każdym razie, że w ogóle się nie pojawi. Wtedy mógłbym szybko wrócić do domu i zrzucić to na fakt, że po prostu nie miałem z kim się bawić.
Jenna jak zwykle, przed dobre kilkanaście minut, niczym dama w swoim dworze, witała się z kolejnymi znajomymi, chociaż mógłbym dać głowę, że większości z nich nie znała nawet z imienia. Dopiero w pewnym momencie dostrzegła mnie i uśmiechnęła się szeroko. Ja również odpowiedziałem uśmiechem, chociaż raczej niepewnym. Teraz byłem już w stanie dostrzec wyraźniej jej dwóch towarzyszy.
-Cześć, Josh- rzuciła brunetka,podchodząc do mnie raźnym krokiem. W ślad za nią ruszyli dwaj chłopacy, których przyprowadziła. Zmierzyłem ich obu uważnym spojrzeniem. Jeden był bardzo wysoki i wysportowany, a przy tym naprawdę przystojny. Drugi był raczej niepozorny, drobniutki,niższy ode mnie o głowę. Miał czarne, lekko postrzępione,półdługie włosy i urocze dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał, chociaż sprawiał raczej wrażenie mocno zdenerwowanego i zawstydzonego.
Raczej nie miałem wątpliwości,który z nich okaże się moim towarzyszem wieczoru...
-Już się bałam, że się nie pojawisz- zaśmiała się lekko, a następnie wskazała dłonią na owego mięśniaka- To Hans. Miałam, co prawda, iść z Johnem, ale ostatecznie umówiłam się z nim.
... I jak widać się nie pomyliłem.
-A to Adrian- dodała, uśmiechając się pogodnie- Adrian, to jest właśnie Josh, mój kolega, o którym ci opowiadałam.
-Cześć- chłopak uśmiechnął się odrobinę nieśmiało.
-Miło cię poznać-odpowiedziałem, również nieco speszony całą sytuacją. Nie do końca wiedziałem, jak powinienem się zachować, w końcu w ogóle go nie znałem.
-Dobra, wy bawcie się dobrze, a ja pójdę zająć się całą resztą- Jenna posłała mi znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się figlarnie, a następnie pociągnęła swojego partnera w głąb coraz bardziej gęstniejącego tłumu. Ledwie chwilę później weszła na prowizoryczną scenę i sięgnęła po mikrofon- Witam was wszystkich bardzo serdecznie!- rzuciła, z charakterystyczną dla siebie charyzmą i pewnością siebie- Mam nadzieję, że będziecie się tutaj świetnie bawić. Przygotowania zajęły masę czasu, ale jestem pewna, że wszystko wyszło jak należy. Bawcie się dobrze, a przy okazji skorzystajcie z naszych gier i konkursów... W prawym rogu czeka na was nasza szkolna swatka, w którą okazjonalnie, wcielił się nasz ukochany Jimmy! W razie jakichkolwiek problemów zgłaszajcie się do mnie! A teraz, pierwsza wolna piosenka! Zapraszamy wszystkie pary na parkiet!
Wysłuchaliśmy całego jej"przemówienia" w zupełnym milczeniu. Chyba żaden z nas nie wiedział, co robić, ani co mówić.
-Josh- przedstawiłem się w końcu raz jeszcze, wyciągając w jego kierunku dłoń.
-Adrian- odpowiedział z lekkim uśmiechem i uścisnął ją nieco niepewnie.
I znowu cisza.
Boże, randki w ciemno są takie krępujące...
W pomieszczeniu pogasły prawie wszystkie światła, tworząc iście romantyczną, choć nieco mroczną atmosferę i już po chwili dało się słyszeć pierwsze takty jakiejś wolnej piosenki, typowego przytulańca. Poczułem się trochę nieswojo.
-Może...?- Adrian wpatrywał się we mnie z lekkim wahaniem, jakby nie do końca potrafił mnie poprosić do tańca.
-Jasne- zgodziłem się,uśmiechając przyjaźnie i wyszedłem razem z nim na parkiet.Chwyciłem go za dłoń, a wolną ręką objąłem go wokół pasa. On z kolei zacisnął palce na moim ramieniu i zarumienił się wyraźnie, spuszczając wzrok, ledwie nasze spojrzenia się spotkały.Wszystkie pary wokół wirowały wtulone w siebie kurczowo, a my zachowywaliśmy pewien dystans. Zresztą, szczerze mówiąc, nie szło nam zbyt dobrze. Ja zawsze byłem fatalnym tancerzem, a Adrian non stop potykał się o własne nogi i przepraszał chaotycznie, za każdym razem, gdy nadepnął mi na stopę. Dopiero po jakimś czasie udało mu się nieco rozluźnić.
Właściwie ja też czułem się całkiem dobrze.
No dobra.
Niezbyt dobrze, ale to wcale niebyła wina Adriana.
Podejrzewałem, że gdyby nie ta kłótnia z Amadeuszem, spędziłbym ten czas raczej miło. Chłopak był bardzo sympatyczny i uroczy, ale nie do końca mogłem się skupić na nim, gdy cały czas roztrząsałem swoją wczorajszą rozmowę z demonem. A poza tym... Czułem się trochę... Sam nie wiem. Jakbym robił coś na przekór Amadeuszowi, a to nie do końca mi się podobało. I nie, to nie było uczucie zdradzającej żony,która nocą wymyka się do kochanka. Ja naprawdę nie miałem w stosunku do Adriana żadnych poważnych intencji. To znaczy może mógłbym mieć, gdybym nie spotkał demona i tak dalej, ale w tych warunkach to nie wchodziło w rachubę. Ale gdy tylko myślałem sobie o tym, że on siedzi sam w domu, albo włóczy się gdzieś,tylko po to, żeby zrobić mi na złość...
Okej, miałem poczucie winy.
I chociaż wiedziałem, że to niesprawiedliwe, bo nie zrobiłem niczego złego, nic nie mogłem na to poradzić.
Przetańczyłem z Adrianem kilka piosenek, a następnie daliśmy sobie chwilę do odsapnięcia i stanęliśmy pod ścianą.
-Przynieść ci coś do picia?- zaoferowałem się, ale brunet pokręcił odmownie głową,uśmiechając się nieśmiało.
-Nie, dzięki. Hm... Josh...- zaczął nagle, zagryzając niepewnie wargę.
-Tak?
-Bo... Bo... Chodzi o to... O to,że...- Adrianowi najwyraźniej niełatwo było to z siebie wydusić-Po prostu pomyślałem sobie... Że może... Ale jeżeli nie chcesz,to nie ma problemu... Po prostu... Dobrze się razem bawimy i stwierdziłem, że... Że może warto byłoby kontynuować tą znajomość... Oczywiście, jeżeli jesteś zainteresowany... Mógłbym poprosić cię o numer, albo dać ci swój...
Aż jęknąłem cicho w duchu. To nie była łatwa sytuacja.
-Adrian, jesteś bardzo miłym i sympatycznym chłopakiem, ale...
-N-Nie ma sprawy!- przerwał mi prędko, uśmiechając się nieco słabo- Wiem, wiem... Zbyt niski, zbyt mało przystojny, zbyt nerwowy, zbyt nieśmiały... Tak tylko pytałem.
-Nie, to nie tak- zaprotestowałem natychmiast. Zupełnie nie rozumiałem, czemu miał o sobie takie zdanie, tym bardziej, że mi nawet nie przeszło to przez myśl- Janie staram się ciebie zbyć ani nic w tym stylu... Naprawdę sądzę,że jesteś świetnym, wrażliwym chłopakiem, z którym wielu chciałoby się spotykać, gdyby tylko miało okazję cię poznać...Ale ja... Ja jestem w trochę ciężkiej sytuacji- przyznałem niepewnie- Gdyby było inaczej, możesz być pewien, że natychmiast wziąłbym twój numer i z pewnością zadzwoniłbym następnego dnia...- na twarzy Adriana pojawiło się coś na kształt uśmiechu,chociaż nie wyglądał na kogoś, kto wierzy w moje słowa- Ja po prostu... Ja kogoś mam. To znaczy, nie do końca... W sensie, nie jesteśmy jeszcze razem, ale... Nie wiem, czy w ogóle będziemy...Po prostu to dla mnie ktoś ważny- dokończyłem cicho.
Miałem wrażenie, że na twarzy Adriana wymalowało się coś na kształt ulgi.
-Więc... Więc, gdybyś nie miał to...?- zapytał, wpatrując się we mnie z nadzieją.
-To bezzwłocznie zainteresowałbym się tobą- parsknąłem cichutko- Ale to ktoś bardzo ważny dla mnie i... I właśnie dotarło do mnie, że chyba powinienem być z nim- dodałem, czując się jak kompletny kretyn. No świetnie. Zostawiałem jakiegoś biednego chłopaka w środku zabawy, zupełnie samego, tylko po to, by zaspokajać niezliczone pokłady próżności tego cholernego demona. Ale co ja mogłem poradzić na to, że naprawdę chciałem przy nim być...?- Przepraszam, Adrian. Wiem, że to głupio z mojej strony.
-Nie, nie, nie ma sprawy-zaprotestował natychmiast chłopak, kręcąc głową- Naprawdę.
-Nie, mimo wszystko... Nie chciałbym, żebyś czuł się oszukany... Nie do końca wiedziałem,jak zareagować na propozycję tej randki w ciemno... Naprawdę świetnie się bawiłem, ale niestety nic z tego nie będzie.
-Nie czuję się oszukany,naprawdę- zapewnił mnie prędko Adrian- Jenna mi mówiła, że z kimś się spotykasz, ale twierdziła, że to nic poważnego. Ale jeżeli ci na nim zależy, to dla mnie to w porządku, naprawdę-uśmiechnął się leciutko- No i... Dzięki za te wszystkie miłe słowa... I za wspólnie spędzony czas...
-To ja dziękuję- odparłem z całą stanowczością, a następnie musnąłem wargami jego policzek i uśmiechnąłem się lekko- I raz jeszcze przepraszam. No i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Cześć.
-Cześć- pożegnał mnie Adrian,a ja raz jeszcze spojrzałem na niego z autentyczną wdzięcznością,a później odszukałem swoją kurtkę i niemal wybiegłem na zewnątrz.
Boże, co ja robię?!
Jenna umówiła mnie na randkę z świetnym facetem, aż nie mogłem uwierzyć, że wybrała mi kogoś takiego.
Adrian był naprawdę świetny ,zbyt nieśmiały, ale uroczy i delikatny. Na pewno nie robiłby mi awantur, nie rozwalał wszystkiego co drugi krok i nie obrażał się śmiertelnie za każde nietrafione słowo.
A ja?
Ja jak ostatni kretyn wracałem pospiesznie do domu, do tego przeklętego demona, który traktował mnie jak prywatną własność, non stop szantażował i wściekał o każdą bzdurę.
Świat stanął na głowie.
Na zewnątrz zdążyło się już dawno ściemnić. Droga ze szkoły do mojego domu nie była jakaś przesadnie długa, więc nie zatrzymałem się na przystanku autobusowym, tym bardziej, że o tej porze rzadko można było natrafić na jakiś kurs. Zapiąłem kurtkę i wsunąłem dłonie do kieszeni, a następnie ruszyłem przed siebie.
Im bardziej zbliżałem się w kierunku swojego osiedla, tym mniej ludzi mijało mnie na ulicy, aż w końcu zostałem sam. Dzięki Bogu, chociaż raz w życiu wszystkie latarnie działały i przynajmniej miałem oświetloną drogę.
W pewnym momencie usłyszałem odgłosy kroków. Tuż za sobą, bardzo blisko. Zatrzymałem się gwałtownie, nieco przerażony i zerknąłem przez ramię. Kroki natychmiast ucichły. Ktoś stał przy murku,  kilka metrów ode mnie. Nie widziałem nawet wyraźnie kto to był, bo nie padało na niego światło latarni. Przełknąłem głośno ślinę i ruszyłem dalej, powtarzając sobie w myślach, żeby nie przejmować się głupotami. Ale gdy ów ktoś ruszył w ślad za mną, czego wyraźnym dowodem był donośny stukot jego butów, poczułem się trochę przerażony. W myślach przemknęło mi już tuzin scenariuszy, poczynając od pobicia, przez kradzież, na jakichś okrutniejszych działaniach kończąc. W dodatku od razu przypomniał mi się Ricky i nasz spór, te wszystkie groźby... Mógł kogoś na mnie nasłać, ale ten mężczyzna, który za mną szedł, zupełnie nie przypominał Ricky'ego ani jego kolegów. Tamci byli bardziej...Och, sam nie wiem... Nieokrzesani, natychmiast by mnie zaczepili,powiedzieli cokolwiek... A tamten facet po prostu za mną szedł.
... Co wcale nie napawało mnie jakąś szczególną ulga.
Przyspieszyłem kroku i tamten ktoś również zaczął iść szybciej. Teraz byłem po prostu pewien, że mnie śledzi. Serce biło mi jak oszalałe i dłonie spociły mi się ze strachu.
Wydawało mi się, że droga ciągnie się w nieskończoność. Gdy zobaczyłem wreszcie swoją klatkę schodową, doskoczyłem prędko do drzwi i niemal wpadłem do środka. Od razu ruszyłem biegiem po schodach i szybko otworzyłem drzwi od swojego mieszkania, a następnie...
Wrzasnąłem ze strachu, gdy wpadłem na kogoś z całą mocą.
Dopiero, gdy światło w przedpokoju rozbłysło, a ja usłyszałem pełne niezadowolenia pomrukiwanie, zdałem sobie sprawę z tego, kto to jest.
-Amadeusz...- odetchnąłem płytko i aż parsknąłem cicho z ulgą. Boże, jak dobrze. Jak dobrze, że był. Przy nim naprawdę czułem się bezpiecznie.
-Przestraszyłem cię, Josh?-rzucił chłodno, podnosząc się z podłogi- Sądziłem, że już się do mnie przyzwyczaiłeś.
-Tak, tak, po prostu...- nie chciałem mu wyjaśniać tej całej historii z śledzeniem mnie. Teraz nawet nie byłem pewien, czy sobie tego wszystkiego nie uroiłem. Poza tym wiedziałem, że byłby wściekły i w pierwszej kolejności posądziłby o to Ricky'ego, a później pewnie nie odstępowałby mnie na krok- Po prostu nie spodziewałem się ciebie tutaj- dokończyłem cicho, zamykając za sobą drzwi na korytarz.
-Och, świetnie...- Amadeusz skrzywił się wyraźnie- Może jeszcze powiesz, że mam sobie iść?
Demon nawet nie czekał na moją odpowiedź, po prostu ostentacyjnie odwrócił się na pięcie i przeszedł do salonu.
Przetarłem twarz dłońmi i westchnąłem głęboko.
Boże, dlaczego ja?
Dlaczego ja zawsze musiałem odgrywać rolę kretyna, który o wszystko obwinia siebie, zawsze przeprasza i pierwszy wyciąga rękę? Słowo daję, to nie powinno tak być.
Wszedłem do pomieszczenia i zapaliłem światło. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to oczywiście telewizor. Tak, jak się spodziewałem, stał rozbity pod ścianą. Miał pęknięty ekran i zmiażdżony fragment ramy. Pozostawiłem to jednak bez większego komentarza.
-I co, Josh?- Amadeusz oparł się plecami o ścianę, wpatrując we mnie z jakimś pełnym drwiny uśmiechem- Dobrze się bawiłeś?
-Niezbyt- przyznałem szczerze.
-Och, doprawdy...? A czemuż to?Partner ci nie odpowiadał?
-Nie był w moim typie- uciąłem. Naprawdę nie chciałem się z nim wdawać w podobne dyskusje, to zawsze prowadziło tylko do kłótni.
-Ach, tak...?- Amadeusz parsknął z politowaniem- A kto jest w twoim typie, Josh? Hm... Pomyślmy...Ach, no tak! Jakże mógłbym zapomnieć! Wyłudzający kasę faceci,którzy zrobią wszystko, żeby cię tylko oskubać, a nawet nie zawahają się podnieść na ciebie ręki, czyż nie? Mam nadzieję,że następnym razem dobrze trafisz.
Milczałem.
Poczułem się fatalnie, ale starałem się tego po sobie nie okazywać. Wiedziałem, że Amadeusz mówi te słowa w złości i że w tym właśnie momencie starał się mi zadać jak najwięcej bólu. Chociaż chyba nawet nie podejrzewał,jak świetnie mu się to udawało.
-A jak ty się bawiłeś?-zapytałem w końcu, chcąc zmienić temat, ale ku mojemu zaskoczeniu, zirytował się jeszcze bardziej.
-Bawi cię to, Josh?- warknął niespodziewanie, a ja spojrzałem na niego kompletnie zszokowany.
-Co takiego?- zapytałem bez zrozumienia.
-Bawi cię to, kim jestem?!Uważasz, że to świetna sprawa do żartów?! Chcesz ze mnie drwić?!
-Amadeusz, co ty opowiadasz, ja przecież nie...
-Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co robiłem przez cały, cholerny dzień!- wrzasnął wściekle-Bo zawsze robię dokładnie to samo! Bo nikt mnie nie widzi, prawda?To świetnie, czyż nie? Czujesz się bezpieczny, bo wiesz, że ja nie zrobię ci czegoś takiego, jak ty mnie! Bo jesteś jedynym,który zwraca na mnie uwagę, więc jestem od ciebie uzależniony!Tak sobie myślisz, co? Tak myślisz, Josh?- zbliżył się do mnie o kilka kroków- Uważaj, bo możesz się rozczarować. Ja też mam swoją cierpliwość. I nie zamierzam czekać na ciebie wieki, gdy ty będziesz się bawił z jakimś kretynem!
Wpatrywałem się w niego zupełnie wstrząśnięty. Po raz kolejny miałem wrażenie, że zupełnie się nie zrozumieliśmy, a on obwiniał mnie o wszystko. Przecież wcale z niego nie drwiłem! Owszem, podejrzewałem, że jego opowiastki o innych ludziach, którzy go widzą były kłamliwe, ale przecież nie miałem na celu niczego złego! To było zwykłe pytanie!
Odetchnąłem głęboko i podszedłem do niego, po czym chwyciłem go delikatnie za ramiona.
-Amadeusz, posłuchaj mnie...-zacząłem, nie zwracając uwagi na to, że wyrwał się z mojego uścisku i odszedł o kilka kroków dalej- Nigdy nie zamierzałem z ciebie drwić. Nie zrobiłem niczego przeciwko tobie. A w moim typie jesteś tylko i wyłącznie ty, i dobrze zdajesz sobie z tego sprawę... Więc proszę, nie kłóćmy się o takie rzeczy.
-Mam się nie kłócić, Josh?-parsknął gorzko, zagryzając niepewnie wargę- Tak? Może w ogóle mam nie robić nic? Mam udawać, że mnie nie widzisz i obserwować jak się ode mnie oddalasz? To właśnie mam robić? Tego oczekujesz, Josh?! Myślisz, że jesteś ode mnie lepszy, bo jesteś tym, kim jesteś?! Że możesz mną pomiatać?! Drwić ze mnie?! Nie, Josh!Nie jesteś ode mnie lepszy! Nie widzą mnie i co z tego?! Nie chcę,żeby mnie widzieli! Może nigdy nie będę się z nikim spotykał,nigdy nie pójdę na głupią, szkolną potańcówkę i nigdy nie będę miał paczki wiecznie kłócących się znajomych. Ale wiesz co? Ja przynajmniej nie umrę w wieku siedemdziesięciu lat, robiąc pod siebie! Nie potknę się i nie rozwalę sobie głowy. Nie wejdę nieuważnie na jezdnie i nie dam się rozjechać, jak najbardziej żałosna ze wszystkich żałosnych istot. To ja jestem tym lepszym,rozumiesz?!
Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nigdy jeszcze nie słyszałem w jego głosie tak wiele rozgoryczenia i jadu. On po prostu chciał mnie poniżyć, upokorzyć,zrobić wszystko, żebym tylko cierpiał... A ja wciąż nie rozumiałem. Dlaczego? Mógł być na mnie wściekły, zdenerwowany,zły, ale dlaczego reagował w taki sposób? Tak histerycznie i boleśnie, jakby ktoś zrobił mu krzywdę, jakbym go zranił, zrobił coś okrutnego. A nie zrobiłem nic.
Po prostu nic.
Nawet teraz.
-Nie będziemy o tym rozmawiać-odpowiedziałem po prostu. Bez specjalnych emocji, całkowicie spokojnie. Nie chciałem go prowokować. Nie chciałem kolejnej kłótni, ciągnącej się wiecznie awantury i bezsensownego wzbudzania skrajnych emocji- Idę spać- poinformowałem go jeszcze,a następnie przeszedłem do łazienki.
Nie odpowiedział mi ani słowem. Najwyraźniej również uznał, że rozmowa jest skończona.
Wziąłem krótki prysznic, a następnie przebrałem się w piżamę i wróciłem do sypialni.Amadeusz siedział na parapecie i wpatrywał się nieruchomo w szybę.Na jego twarzy wciąż gościł grymas swoistej złości i niechęci,jakby w każdej chwili był gotów do kontynuowania wcześniejszej kłótni. Dlatego ja nie odezwałem się ani słowem.
Zgasiłem światło i położyłem się do łóżka, a następnie przymknąłem powieki.
Sen nie nadchodził. Leżałem nieruchomo, słysząc, jak demon krząta się po pokoju, ledwie słyszalnie, ale jednak, jak dotyka poszczególnych przedmiotów, jak miota się wte i wewte, jakby zupełnie nie wiedział, co ze sobą zrobić, jak się zachować. Raz po raz to znikał, to pojawiał się i rozpoczynał swoją wędrówkę od nowa.
Dopiero w pewnym momencie poczułem, jak wślizguje się pod kołdrę, tuż obok mnie i wtula się w moje plecy, muskając nosem mój kark. Wiedział, że nie spałem. Musiał to wiedzieć. A mimo to, nie powiedział ani słowa,z jego ust nie wyrwało się nawet ciche westchnienie, zupełnie nic.Mimo tego, w samym jego geście było coś na kształt niemego"przepraszam".
Chwyciłem go delikatnie za dłoń i uścisnąłem ją leciutko. Na kształt niemego: "nie ma za co".
I tym sposobem zawarliśmy ze sobą niemy, niewypowiedziany, tymczasowy pokój.
Przypieczętowany ciszą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz