Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 17 . ~ [Drag Queen]

Wyglądam jak idiota.
W sumie zawsze wyglądam jak idiota, więc nie powinienem być specjalnie zdziwiony, ale mam wrażenie, że dziś przekroczyłem już wszelkie granice.
Miałem na sobie dżinsy, zdecydowanie zbyt wąskie w nogawkach, przez co czułem się wyjątkowo niekomfortowo i odnosiłem wrażenie, że jeżeli wykonam jakiś bardziej gwałtowny ruch, natychmiast się podrą. Jednocześnie, były zbyt szerokie w pasie, przez co musiałem podciągać je co chwila za szlufki, żeby zupełnie nie zsunęły mi się z tyłka, bo nie byłem na tyle przewidujący, by pomyśleć o pasku. Uczucie ogólnego dyskomfortu potęgowała jeszcze wprost rażąca bielą koszula, godna bankiera, który ze sztucznym uśmiechem i wyjątkowym zacięciem szuka swojej przyszłej ofiary. Nigdy nie ubierałem się w podobny sposób. Poza tym Sarah zrobiła coś strasznie dziwnego z moimi włosami i teraz sterczały na wszystkie strony. Nie byłem w stanie doprowadzić ich do porządku i wygładzić jak zwykle, więc byłem przekonany, że wyglądam jak kretyn. Jakby tego było mało, podcięła mi trochę wchodzącą do oczu grzywkę, co akurat było jedynym plusem owej mało trafnej metamorfozy, bo przynajmniej widziałem dokładnie, co się wokół mnie dzieje. Chociaż wcale nie czułem się ani odrobinę pewniej.
Odetchnąłem głęboko, po czym wszedłem do windy i nacisnąłem właściwy przycisk, a następnie zerknąłem na zegarek.
Boże, gdyby tylko Nathan mógł mnie teraz widzieć…
Pewnie dostałby zawału i to nie tylko ze względu na mój podejrzanie schludny i dość niecodzienny wygląd.
Pracę zaczynałem dopiero za jakieś dwadzieścia minut i chyba po raz pierwszy od wielu lat, byłem w tym budynku o tak wczesnej porze. Obudziła mnie Sarah, która wyszła trochę wcześniej, bo musiała coś załatwić, a ja już nie mogłem zasnąć i po prostu przyszedłem. Chyba podświadomie miałem nadzieję, że nikt nie zwróci na mnie specjalnej uwagi, co nie byłoby szczególnie dziwne, zważywszy na fakt, że raczej nie budziłem niczyjego zainteresowania.
No dobrze.
Niczyjego za wyjątkiem Nathana.
Ale on widział mnie w już tak dziwnych sytuacjach i odsłonach, że szczerze wątpiłem, aby istniało cokolwiek na tym świecie, co byłoby w stanie diametralnie zmienić jego nastawienie do mojej osoby.
… Co było, przyznaję, okolicznością wybitnie sprzyjającą.
W końcu winda zatrzymała się na piętrze, a ja wysiadłem z niej, a następnie powlokłem się w kierunku swojego biura z iście cierpiętniczą miną. Byłem trochę przybity, bo nie za bardzo wiedziałem, jak powinienem zareagować na obecność Nathana. Miałem już, co prawda, ułożony pełen plan wydarzeń, ale on wciąż należał bardziej do sfery moich marzeń niż rzeczywistości. Wiecie, teoretycznie po wyznaniu Nathana nie powinienem mieć żadnych obaw. Przecież chodziło o mnie. No dobrze, nie powiedział tego wprost, ale musiało chodzić o mnie, bo o kogóż by innego? Ale jednak mimo wszystko, czułem jakiś niepokój i miałem wrażenie, że zaraz mój nieszczęsny wybranek wyskoczy zza rogu z jakimś mężczyzną lub kobietą (z nim w końcu nigdy nic niewiadomo) i okaże się, że to wszystko jedna, wielka pomyłka, albo że zmienił zdanie, albo, że coś źle zrozumiałem…
Nawet przygotowałem się już na tę okoliczność i wyćwiczyłem sobie swój zestaw standardowych min w stylu: „nic mnie to nie obchodzi” albo „mam to gdzieś i jestem w pełni wyluzowany, a wręcz przeszczęśliwy”, ale miałem poważne obawy, że gdyby coś takiego wydarzyło się naprawdę, zestaw standardowych min odszedłby w odstawkę, a ja zmieniłbym się w Alexa – psychopatycznego urzędasa i lokalna prasa zapamiętałaby mnie jako brutalnego mordercę swojego biednego, Bogu ducha winnego szefa, którego później pewnie poćwiartowałbym i zjadł. Sami rozumiecie, tak w formie zemsty za mój stan psychiczny i te wszystkie wahania nastrojów, na jakie mnie naraził ostatnimi czasy, przez swoje poczynania.
Boże, ja zupełnie zwariowałem, zauważyliście?
Hej, Alex!
Przestań myśleć o głupotach!
Uśmiechnij się i rób, co do ciebie należy!
Będzie co ma być!
Co cię obchodzi jakiś tam Nathan…?
… Rany, kogo ja próbuję oszukać?!
-Przepraszam- usłyszałem czyjś głos i przystanąłem, odwracając się w kierunku Candice. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie byłem pewien, czy tak się właśnie nazywała. Nigdy nie utrzymywałem żadnego kontaktu z pozostałymi pracownicami i znałem ją w sumie jedynie z widzenia i krótkiego „cześć” wymienianego gdzieś ukradkiem na korytarzach- Oddział jest jeszcze zamknięty- poinformowała mnie, wpatrując się we mnie z uwagą- A pan tutaj…?
-… Pracuję?- dokończyłem, unosząc brew w geście politowania. Nie przypominałem sobie, żebyśmy byli ze sobą na pan – pani.
-Naprawdę?- zdumiała się wprost niepomiernie, a ja zaniepokoiłem się odrobinę, myśląc przez chwilę, że może po prostu mnie stąd wykopali, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że chyba Sarah napomknęłaby mi o tym jakże drobnym szczególiku, prawda?
-Naprawdę- odpowiedziałem, odrobinę poirytowany- Coś nie tak?
-Nie, nie, skąd, tak się po prostu zastanawiałam…- odparła, wyraźnie zamyślona, po czym nagle jej twarz rozjaśnił pogodny uśmiech i rzuciła- Chyba już rozumiem! Pan przyszedł na zastępstwo, prawda?
-Na zastępstwo…?- powtórzyłem zdezorientowany.
-Ach, mieliśmy tu takiego pracownika… Alexa… Ale to w sumie nieważne- zaśmiała się lekko, a ja spojrzałem na nią z kompletnym osłupieniem. Dobra, nie było mnie kilka dni, ale to już chyba przegięcie. Rozumiem, że mogliby mnie nie poznawać, gdybym wparadował tu w kiecce, ale to tylko drobna zmiana ubioru i fryzury, na Boga!- Nie był zbyt dobrym pracownikiem, w sumie… Mogłam się tego domyślać- skwitowała, po czym wyciągnęła dłoń w moim kierunku i przedstawiła się- Candice Rose, pracuję w siódemce. A pan…?
-Carlton…- wycedziłem przez zęby, mocno już poirytowany- Alex Carlton.
-A… Alex…?- wydukała ze zdumieniem i raz jeszcze zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem, po czym zaczerwieniła się, wyraźnie zażenowana- Tak strasznie mi przykro! W ogóle cię nie poznałam! Nie było cię tyle czasu i sądziłam, że może odszedłeś z pracy albo coś takiego… Wyglądasz… Wyglądasz jak nie ty!
Och, świetnie.
To jakoś niespecjalnie usprawiedliwia obrabianie czyjejś dupy za jego plecami, nie sądzicie?
Poza tym… Gdzie ona ma oczy? Okej, ubrałem raz od święta dżinsy i koszulę zamiast swetra, zrezygnowałem z okularów na rzecz soczewek i trochę zmieniłem fryzurę, ale to jeszcze nie czyni ze mnie innego człowieka.
-W porządku- odpowiedziałem jedynie ponuro i ruszyłem dalej, ale nim dotarłem do swojego biura, dopadła mnie Sandra. Cudowna, cycasta Sandra, ulubiona pracownica Bookchera i przy tym wzór wszelkich, pracowniczych cnót (ale z pewnością nie cnoty samej w sobie).
-Oddział otwieramy o siódmej- rzuciła w moim kierunku.
-Pracuję tu!- odwarknąłem ze złością. No bez przesady! Nie było mnie raptem kilka dni, czy wszyscy już zupełnie pozapominali jak wyglądam?!
-Naprawdę?- zdziwiła się zupełnie tak, jak jej poprzedniczka, ale ona najwyraźniej nie potrzebowała większych wyjaśnień, bo zmierzyła mnie jedynie badawczym spojrzeniem, po czym rzuciła- Mój Boże, Alex… Alex, prawda?- dopytała, jakby wcale nie była pewna czy rzeczywiście tak się nazywam.
-Alex- potwierdziłem z głębokim westchnieniem.
-Wyglądasz… Bo ja wiem… Wyglądasz jakoś inaczej- stwierdziła, uśmiechając się lekko- Ale bardzo dobrze. Skąd ta nagła zmiana…?
Ach, po prostu niedawno dowiedziałem się, że nasz cudowny szef, na którego masz pewnie ochotę już od dawna, zresztą jak połowa oddziału, woli jednak mężczyzn, a konkretnie mnie, więc uznałem, że w moim życiu przyda się mała rewolucja.
Och, nie, nie.
Nawet ja nie byłbym tak podły, by powiedzieć coś podobnego.
… Zresztą nie jestem do końca przekonany na ile jest to twierdzenie prawdziwe, więc tym bardziej postanowiłem sobie darować.
-Po prostu- westchnąłem głęboko i wzruszyłem ramionami, po czym wyminąłem ją i ruszyłem w kierunku swojego biura. Jakoś nie czułem ogromnej potrzeby do uzewnętrzniania się w takiej sprawie. Zerknąłem jeszcze przez ramię i zobaczyłem, jak Sandra podchodzi do Candice i wymieniają ze sobą jakieś uwagi, a następnie wołają do siebie jeszcze inną pracownicę.
… Czemu miałem nieodparte wrażenie, że stałem się głównym tematem ich ploteczek?
Wszedłem do biura i aż westchnąłem cichutko.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale naprawdę trochę się stęskniłem za tym jakże znienawidzonym przeze mnie miejscem. Zresztą teraz prawie nie przypominało mojego stanowiska pracy. Było zbyt schludnie i czysto, pewnie przez te kilka dni, kiedy mnie nie było, ktoś zrobił tu prawdziwy porządek. Usiadłem za biurkiem i przejrzałem szuflady. Nawet tam wszystko miałem ułożone i posegregowane. Odetchnąłem głęboko i mimowolnie przywołałem w wyobraźni twarz Nathana. Zastanawiałem się, jak zareaguje, gdy mnie zobaczy. W końcu nawet go nie uprzedziłem, że przyjdę dziś do pracy, a chyba powinienem był to zrobić. A co, jeżeli w ogóle nie znajdzie dla mnie czasu? Co, jeżeli się nie spotkamy albo on nie będzie chciał rozmawiać? A co, jeżeli w ogóle nie zwróci na mnie uwagi?
Westchnąłem, odrobinę zdołowany.
Naprawdę bałem się naszego pierwszego od tak długiego czasu spotkania.
W tym momencie drzwi od mojego gabinetu otworzyły się i do środka weszło kilka pracownic, w tym Candice i Sandra.
-Cześć- rzuciła ta druga, uśmiechając się lekko.
-Cześć…- odpowiedziałem odrobinę niepewnie- O co chodzi?
-O nic, przyszłyśmy z tobą porozmawiać- odparła, wzruszywszy ramionami- Możemy zająć ci chwilkę?
Posłałem jej pełne powątpiewania spojrzenie. Wcale nie czułem się tak, jakby przyszły ze mną porozmawiać, bardziej jakbym był jakimś ciekawym okazem w zoo, na który przyszły się popatrzeć.
-Alex, wyglądasz kompletnie inaczej niż zwykle!- stwierdziła Anna, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem- Naprawdę sądziłam, że przysłali nam kogoś nowego!
-No- zawtórowała jej Megan, uśmiechając się pogodnie- Kojarzyłeś się z takim nudziarzem, sam rozumiesz… A teraz… No… Pasuje ci ten nowy styl, wiesz?
-Eee… Dzięki- odparłem, nieco speszony tym ogromem zainteresowania, jakim nagle zaczęto mnie obdarzać.
-Do jakiego poszedłeś fryzjera?- zainteresowała się Candice.
-Do żadnego… Koleżanka mnie ścinała…
-Masz dziewczynę?- tym razem pytanie padło od strony Misty.
-Nie.
-A ta nowa pracownica? Sarah? Dobrze się znacie, prawda?- drążyła dalej.
-To tylko przyjaciółka- wyjaśniłem. Było mi trochę głupio odpowiadać na te wszystkie pytania, tym bardziej, że tłumek w moim biurze sporo się powiększył. Najwyraźniej pozostałe pracownice również przyszły sprawdzić o co chodzi i zebrała się u mnie pokaźna gromadka.
-Czemu tak długo cię nie było?
-To prawda, że pojechałeś na szkolenie z szefem?
-Czy twoja nieobecność ma coś wspólnego z tymi zmianami?
-Chorujesz na coś?
-Gdzie kupiłeś tą koszulę?
Czułem się jak na jakiejś konferencji prasowej. Wszyscy o coś pytali, a ja po prostu wybierałem poszczególne pytania i odpowiadałem nieco pokrętnie, nie wiedząc, jak powinienem się zachować. Naprawdę nie byłem przyzwyczajony do tego, żeby ktokolwiek tutaj zwracał na mnie aż taką uwagę.
I raz jeszcze… Oprócz Nathana.
-Co tu się dzieje?
O wilku mowa.
Usłyszałem głos mojego szefa i nagle wszystkie pytania ucichły.
-Co tu się dzieje?- ciągle nie mogłem go dokładnie zobaczyć, bo najwyraźniej przepychał się przez całkiem spory tłumek zgromadzonych w moim biurze osób- To poważna firma, do diabła! Natychmiast wracajcie na swoje stanowiska, zanim…
… zanim Nathan Mason stanie tuż naprzeciw was i umilknie zupełnie, tak jak właśnie w tym momencie.
Mój szef zatrzymał się jak wryty, wpatrując się we mnie z mieszaniną niedowierzania i osłupienia. Odkaszlnąłem odrobinę nerwowo, również gapiąc się na niego po prostu i niespecjalnie wiedząc, jak się zachować. Chyba obaj nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy też, co powiedzieć, więc po prostu patrzyliśmy się na siebie, a wszyscy inni zgromadzeni wokół, patrzyli się na nas, co z pewnością nie było zbyt komfortową sytuacją. Cholera! Tyle razy w myślach odtwarzałem podobną rozmowę, przygotowywałem sobie różne teksty, różne powitania, a teraz nie byłem nawet w stanie wykrztusić zwykłego: „dzień dobry” dla zachowania jakichś pozorów, że pozostajemy w czystej relacji pracownik – pracodawca. Oczekiwałem chyba trochę, że to on wykona pierwszy krok i rzuci coś w stylu: „Carlton do gabinetu”. Sami rozumiecie. Żebyśmy mieli możliwość ze sobą normalnie porozmawiać i tak dalej.
Ale pomyliłem się.
Nathan po prostu odwrócił się gwałtownie na pięcie i ruszył w kierunku drzwi, ale chyba zbyt szybko i zbyt mało rozważnie, bo zderzył się z futryną. Jęknąłem w duchu, widząc, jak w końcu wychodzi, mamrocąc coś pod nosem i pocierając obolałe czoło.
Jezu, i co ja mam zrobić?
Nathanie Mason!
To ty miałeś być tutaj tym, który wyznaje miłość i tak dalej!
Boże! Przecież ja umrę zanim zacznę z nim jakąś rozmowę na poważnie! Niby o co mam go zapytać, o co do diabła mam go zapytać?!
W głowie miałem zupełną pustkę. Myślenia wcale nie ułatwiała też spora gromadka pracownic, wciąż zebrana w moim biurze, które spoglądały to na mnie, to na siebie nawzajem w zupełnym milczeniu, jakby nie do końca wiedziały, o co tym razem zapytać.
Świetnie się składało, bo ja też nie wiedziałem.
A potrzebowałem pomysłu i to bardzo szybko.
A zresztą… Do diabła z tym.
Podniosłem się z miejsca i bez słowa opuściłem swoje biuro, po czym ruszyłem szybkim krokiem w kierunku gabinetu Nathana. Sarah już siedziała na swoim miejscu i posłała mi uważne spojrzenie.
-I jak?- zapytałem, podpierając się dłońmi o jej biurko.
-Nie mam pojęcia- odparła, wzruszywszy ramionami- Poszedł do siebie i kazał mi nikogo do niego nie wpuszczać.
Machnąłem obojętnie dłonią i ruszyłem w kierunku drzwi od jego gabinetu.
-Alex!- usłyszałem wołanie Sarah i odwróciłem się w jej kierunku.
-Kazał NIKOMU do siebie nie wchodzić- powtórzyła z naciskiem.
-No chyba żartujesz!- prychnąłem z poirytowaniem- Nie po to tutaj przyszedłem, żeby przez cały dzień udawać, że w ogóle się nie spotkaliśmy albo, że nic specjalnego się nie wydarzyło!
Sarah wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym skapitulowała z głębokim westchnieniem:
-Okej, idź. Ale żeby nie było na mnie.
-Jasne- odparłem, uśmiechając się lekko, po czym wszedłem do gabinetu mojego szefa. Nathan przeniósł na mnie zaskoczone spojrzenie, po czym usiadł przy biurku i zaczął przeglądać jakieś papiery, jakby koniecznie chciał mi udowodnić, że jest czymś zajęty.
-Przepraszam, Alex, ale mam masę pracy- stwierdził wyjątkowo formalnym tonem, a ja znowu poczułem jawną chęć mordu. Cholera! Czy ten facet nie widzi, że wysyła mi zupełnie sprzeczne sygnały?!
-Musimy porozmawiać- odpowiedziałem stanowczo. Nie zamierzałem stąd wychodzić, co to to nie! Przynajmniej nie dopóki nie dowiem się o co dokładnie chodzi. Dość tej zabawy w chowanego!
-Nie teraz. Jesteśmy w pracy- poinformował mnie tak, jakbym nie wiedział.
-Tak, właśnie teraz- odparłem, po czym usiadłem na biurku, tuż przed nim, po to, by udowodnić mu, że nie zamierzam się dać zbyć żadną głupią wymówką. Nathan odkaszlnął cicho, spuszczając wzrok, ale najwyraźniej postanowił trzymać fason, bo warknął po raz kolejny:
-Alex, wracaj do pracy.
-Nie.
-Carlton…- wycedził przez zęby, machnąwszy dłonią w jakimś odganiającym geście- Jestem zajęty.
-Nie dam się stąd wyrzucić, Nathan!- stwierdziłem stanowczo, wcale niezrażony jego zachowaniem- Muszę wiedzieć na czym stoję!
-Aktualnie siedzisz. Na moich papierach. Alex, złaź do diabła i wracaj do pracy!
-Nie!- zaprotestowałem po raz kolejny, a on spojrzał na mnie z zaskoczeniem, więc odkaszlnąłem niepewnie i dodałem już dużo ciszej- Nie, dopóki czegoś ci nie powiem.
Nathan odetchnął głęboko, po czym wstał i ruszył niespiesznym krokiem w kierunku okna, zatrzymując się tuż przy nim i wpatrując w nie.
-Słucham- rzucił w końcu, dużo spokojniej niż do tej pory.
-Chodzi o to… Chodzi o to, że…- Boże, Nathan, niczego nie ułatwiasz! Naprawdę spodziewałem się, że sam zaczniesz ten temat, do diabła! Dlaczego to zawsze muszę być ja?!- Po prostu… Ty… Ja… Razem… Znaczy jeszcze nie, ale może…- Jezu, Alex, co ty chrzanisz?!- Ja…- odetchnąłem odrobinę płytko. Nie patrzyłem wcale w stronę Nathana. Jakoś czułem, że wcale nie chcę widzieć wyrazu jego twarzy, niezależnie od tego, czy spogląda na mnie z politowaniem czy ze złością. Gapiłem się po prostu w swoje kolana, starając się nadać moim słowom jakiś sens- Ja wiem, że nie jestem idealny- stwierdziłem w końcu, wyjątkowo odkrywczo- Wiem, że w ogóle nie jestem kimś z kim chciałbyś być. Wiem, że koszmarnie się ubieram i tak dalej, wiem, że źle pracuję i to wcale nie jest twoja wina, wiem, że nic mi nie wychodzi i w ogóle nie powinno mnie tu być… I jeszcze pewnie masz przeze mnie problemy…
-Alex…
-Nie, nie, poczekaj!- zaprotestowałem prędko. Czułem, że jeżeli teraz mi przerwie, to zatnę się zupełnie i nie powiem już nic więcej- Ja naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że jestem fatalny pod każdym względem. I że nie jestem… eee… dobrą partią. A ty nie chcesz się angażować. Ale… Ale jeżeli istnieje chociaż nikła szansa… na to… na to, że… że… że chciałbyś jednak ze mną być… mimo tego wszystkiego…- … Boże, czy słyszałeś kiedykolwiek coś równie żałosnego?!- To ja zrobię wszystko, żeby się zmienić. Naprawdę, potrafię!- dodałem stanowczo, wyobrażając już sobie jego pełną powątpiewania minę- A przynajmniej będę się starał. Mogę się ubierać w ten właśnie sposób, żebyś nie wstydził się gdzieś ze mną pokazać. I mogę się normalnie czesać. I nawet mogę lepiej pracować. Naprawdę. Przestanę zwracać na siebie uwagę, będę posłuszny i miły… Serio. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli tylko mnie zechcesz. Moje sweterki, wielkie okulary i cała reszta pójdą w odstawkę. Co ty na to?
Ciągle nie miałem odwagi, by na niego spojrzeć.
Nathan milczał uparcie przez naprawdę długi czas, a ja miałem wrażenie, że zaraz po prostu wybuchnie śmiechem albo zapyta, o co tak właściwie mi chodzi. Przez te kilka minut niecierpliwego oczekiwania na jakąś, nawet najbardziej dołującą odpowiedź, byłem tak zestresowany, jak chyba jeszcze nigdy w moim życiu. Marzyłem po prostu, żeby w końcu powiedział mi cokolwiek, nawet żeby kazał mi spadać, ale jemu najwyraźniej wcale się nie spieszyło.
W końcu przełamałem się i spojrzałem w jego kierunku. On też wpatrywał się we mnie z uwagą, jakby się nad czymś zastanawiał.
-Więc…?- ponagliłem go niecierpliwie- Jaka jest twoja odpowiedź…?
-Kocham cię.
… Że co?!
Czy wy to słyszeliście?!
Czy ja to słyszałem?!
Czy on to naprawdę powiedział, czy moja wyobraźnia po prostu płata mi tak okrutne figle?!
-C… Co?- wydukałem kompletnie oszołomiony.
-Kocham cię- powtórzył Nathan, podchodząc do mnie. Uśmiechnął się lekko i już nie wyglądał na tak przerażająco niepewnego jak jeszcze chwilę wcześniej- I twoje sweterki. I twoje okulary. Nawet to, jak zwracasz na siebie uwagę. Kocham cię całego. I nie wyobrażam sobie, że mógłbyś się zmienić. Szczególnie nie dla mnie.
Gapiłem się na niego i gapiłem…
… A później gapiłem się znowu i gapiłem się raz jeszcze, i gapiłem się ciągle, zupełnie nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałem ledwie chwilę temu. Miałem ochotę rzucić mu się na szyję i po prostu go uściskać, a przy tym zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Serce zaczęło bić mi ze zdwojoną szybkością i to tym razem ze szczęścia, a nie ze strachu.
Boże, on naprawdę to powiedział!!!
Naprawdę to powiedział!
Nathan mnie kocha!
Mnie, Alexandra Carltona, najgorszego pracownika pod słońcem i skaranie boskie wszystkich maniakalnych stylistów!
-Nic nie powiesz…?- parsknął cicho Nathan, bo ja od dobrych dziesięciu minut po prostu patrzyłem się na niego i patrzyłem, i napatrzeć się nie mogłem, wciąż wyjątkowo zaskoczony i po prostu wewnętrznie tryskający radością.
-N… N… Nathan…- no i powiedziałem. A właściwie wydukałem ledwie jego imię, zbyt osłupiały, żeby skonstruować cokolwiek bardziej logicznego. Odetchnąłem głęboko i przeczesałem włosy palcami, kompletnie nie wiedząc, jak się zachować. Nawet nie wyobrażałem sobie, że mógłby mi powiedzieć coś takiego. Wydawało mi się, że największym sukcesem będzie to, jeżeli uda mi się go przekonać do wspólnej rozmowy, wyjścia na kawę, bez zobowiązującego seksu, ale…
Och, Boże.
Nathan Mason mnie kocha.
Nathan Mason mnie kocha!!!
-Alex… Nie musisz teraz nic odpowiadać…- dodał pospiesznie, jakby odrobinę speszony swoim wyznaniem- Możesz sobie wszystko przemyśleć, jeżeli chcesz… Teraz i tak nie mamy zbyt wiele czasu na rozmowę…- dokładnie w tym momencie rozdzwoniła się komórka Nathana, jakby na jego własne życzenie- Może… Może umówimy się po pracy…?
-J-Jasne…- odpowiedziałem, siląc się na spokój, chociaż zupełnie nie mogłem opanować głupiego uśmiechu, który wymalował się na moich wargach. Nathan chyba to dostrzegł, bo również uśmiechnął się delikatnie i odparł:
-W porządku. Poczekam na ciebie.
A następnie, wciąż uśmiechając się w ten cholernie pociągający sposób, odebrał wreszcie telefon. Całą siłą woli powstrzymałem się od jakiegoś maniakalnego śmiechu i wyszedłem prędko z gabinetu, wciąż szczerząc się jak głupi.
-I co, i co?- zapytała Sarah, wychylając się zza swojego biurka i wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem- Alex! I co?
… Czyż mój rozanielony uśmiech nie stanowił najlepszej odpowiedzi…?

To był chyba najwspanialszy dzień w pracy, jaki przeżyłem. Naprawdę. Co prawda, zupełnie tak jak zwykle, oczekiwałem niecierpliwie na koniec, ale tym razem z zupełnie innych przyczyn niż zazwyczaj. Cały czas uśmiechałem się do siebie pod nosem i nawet klienci nie wkurzali mnie tak jak zawsze. Nie wkurzały mnie też pracownice, które nadal zaczepiały mnie co jakiś czas, ale dziwnym trafem okazało się, że jednak jestem w stanie z nimi zamienić kilka zdań bez zbędnego poirytowania i wcale nie wszystkie są takimi kretynkami, za jakie je uważałem. Kiedy mijałem się z Nathanem gdzieś na korytarzu, uśmiechałem się do niego, a on uśmiechał się do mnie i czułem się tak fantastycznie, jak chyba jeszcze nigdy w całym moim życiu. I w ogóle wszystko było tak cudowne, kolorowe i wspaniałe, że po prostu lepsze być nie mogło.
Dopiero, gdy wielkimi krokami zaczynało się zbliżać moje spotkanie z Nathanem, pojawiły się zwyczajowe wątpliwości. No wiecie, dokładnie takie, jak zawsze. Czy on nie zmieni zdania, czy nie zrobię czegoś głupiego, czy zupełnie nie pogrążę się w jego oczach… Ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że lepiej nie stresować się na zapas i po prostu ograniczyłem ponure myśli i skupiłem się na tych pozytywnych.
A szczególnie na jednej.
Nathan mnie kocha.
I tego faktu (mam nadzieję) nic już w najbliższym czasie nie zmieni.
Gdy w końcu zegar wskazał piętnastą, dosłownie poderwałem się z miejsca i szybko wyszedłem z biura. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie będę musiał trochę zaczekać na Nathana, bo miał zwyczaj zostawania w pracy długo po ustalonych godzinach, ale ledwie kilka minut później zamknął swój gabinet, a następnie podszedł do mnie z lekkim uśmiechem. Nie zwracał nawet uwagi na to, że mijają nas pozostali pracownicy (czy raczej pracownice) i nie starał się jakoś specjalnie ukrywać.
-To co?- zapytał jedynie, wpatrując się we mnie uważnie- Chcesz pojechać w jakieś konkretne miejsce?
-Obojętnie mi- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo szczerze mówiąc mało interesowało mnie to, gdzie się znajdziemy. Chciałem z nim po prostu porozmawiać. Albo nawet nie, chciałem po prostu być blisko niego i tyle, więcej wymagań nie miałem.
-Może pojedziemy do mnie?- zaproponował nieśmiało Nathan, a ja mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko. Jak dla mnie brzmiało wprost idealnie.
-Może być- zgodziłem się bez wahania, a Nathan również uśmiechnął się pogodnie i ruszył wraz ze mną w stronę windy. Zjechaliśmy na dół, razem z kilkoma kobietami z naszego oddziału i pewnie przez to nie odzywaliśmy się do siebie zbytnio. Znowu jedynie wymienialiśmy uśmiechy, jakbyśmy byli jakimiś nastolatkami, którzy poznali się wczoraj na dyskotece i przypadli sobie do gustu, a w życiu nie zamienili ze sobą ani słowa.
Zresztą czułem się równie onieśmielony jak nastolatek, bo nawet gdy zeszliśmy na dół, a później wsiedliśmy do cudownego samochodu Nathana i ruszyliśmy w kierunku jego domu – nie wiedziałem, co powiedzieć.
A coś powiedzieć powinienem, sami rozumiecie. W końcu jeszcze nie tak dawno wyznał mi miłość, wypadałoby się odwdzięczyć tym samym albo przynajmniej o tym podyskutować, ale jakoś nie potrafiłem zacząć tego tematu i skończyło się na tym, że rozmawialiśmy o jakichś głupotach. Chociaż to w sumie też było całkiem przyjemne. No i udało mi się przy tym trochę zrelaksować i nie zastanawiać się nad każdym swoim słowem.
Dojazd na miejsce zajął nam jakieś czterdzieści minut, z czego połowę spędziliśmy stojąc w korku w centrum miasta. W końcu jednak Nathan skręcił w jedną z uliczek i wjechał na teren jakiegoś osiedla, a następnie zaparkował samochód. Wysiadłem z niego i rozejrzałem się wokoło. Okolica była wyjątkowo ładna i przyjemna. Wydawała mi się spokojna i zupełnie nie przypominała blokowiska, w jakim mieszkałem ja. Klatki schodowe były idealnie czyste, a przy każdym bloku znajdował się dodatkowo otoczony płotem ogródek. Całość sprawiała naprawdę miłe dla oka wrażenie.
Ale nie miałem czasu ani na zachwycanie się schludnymi uliczkami, ani na podziwianie idealnie wypielęgnowanych grządek.
Jedyne, czym tak naprawdę się interesowałem, to osoba Nathana.
Chyba dobrze znał się z sąsiadami, bo z każdym przechodniem witał się serdecznie, a ja czułem się trochę skrępowany. Miałem wrażenie, że skoro to taka dobra dzielnica, zaraz ludzie zaczną się dziwić, że Nathan przyjechał tutaj z kimś takim jak ja. Ale wbrew moim obawom, nikt nie patrzył na mnie krzywo ani nie czynił żadnych uwag. Ludzie uśmiechali się do mnie przyjaźnie i od razu zrobiło mi się jeszcze weselej, o ile to w ogóle było możliwe.
Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, a następnie zatrzymaliśmy się przy pierwszych drzwiach na parterze. Mój szef wyjął kluczyki i otworzył drzwi, a następnie przepuścił mnie w nich i sam wszedł do środka tuż za mną.
Boże jedyny.
Gdy zobaczyłem, że to pozornie zwykłe osiedle, a nie jakaś dzielnica pełna willi, wydawało mi się, że mieszkanie Nathana też takie będzie. Owszem, spodziewałem się, że pewnie nie wygląda tak, jak moje, ale sądziłem, że będzie raczej nieduże i urządzone dość skromnie. Ale było inaczej. Zatrzymałem się na przedpokoju, zaglądając ledwie do dwóch, pierwszych pomieszczeń, a mieszkanie sprawiało wrażenie naprawdę ogromnego. Nie mogłem, co prawda, powiedzieć, by było urządzone z jakimś przesadnym przepychem, ale wyglądało bardzo stylowo i elegancko, aż trudno było uwierzyć, że mieszkał w nim samotny mężczyzna. Poszczególne pokoje były bardzo ładnie umeblowane i zadbane. Owszem, Nathan sprawia wrażenie osoby dbającej o szczegóły, ale sądziłem, że to tyczy się jedynie pracy.
-Mogę prosić o twój płaszcz…?- dotarło do mnie w końcu jego pytanie, więc pozbierałem szczękę z podłogi i przestałem się idiotycznie rozglądać dookoła i po prostu zdjąłem z siebie wierzchnie okrycie, a następnie mu je podałem.
Odwiesił mój płaszcz na wieszak i gestem dłoni zaprosił mnie do salonu.
-Przepraszam za bałagan- rzucił pospiesznie i zabrał zalegające stolik książki, a ja aż parsknąłem z niedowierzaniem. Bałagan?! Dobre sobie! Chyba raczej jedyny znak, że ktokolwiek rzeczywiście tu mieszka!- Napijesz się czegoś?
-Herbaty- odpowiedziałem odrobinę nieśmiało, zupełnie jak nie ja i przysiadłem na brzegu kanapy, mocno skrępowany.
-Zaraz zrobię- Nathan uśmiechnął się lekko i wyszedł z pomieszczenia, a ja odetchnąłem głęboko, starając się zrelaksować. Już sama otoczka tego miejsca sprawiała, że czułem się mało komfortowo. Wiecie, jakbym nie do końca pasował do tego mieszkania, jego elegancji, stylowego wystroju i tak dalej…
… Ale z drugiej strony...
Chyba po prostu cieszyłem się, że wreszcie tu trafiłem. Zawsze zastanawiałem się, w jakim miejscu mieszka Nathan, byłem ciekawy, czy w jego domu panuje raczej bałagan (zważywszy na czas, jaki spędza w pracy), czy wprost przeciwnie, jest równie uporządkowany jak zawsze. Teraz wreszcie tu byłem i powinienem się z tego powodu cieszyć, a nie zastanawiać nad tym, czy wyglądam interesująco na tej, zapewne, cholernie drogiej kanapie i czy ktoś przypadkowy w ogóle by mnie dostrzegł, zbyt zachwycony wnętrzem pokoju.
Nathan pojawił się w pomieszczeniu kilka minut później i postawił przede mną kubek z herbatą. Sam, jak zawsze, przygotował sobie kawę.
Ku mojemu zdumieniu, on też wydawał się skrępowany. Mimo tego, że to było jego mieszkanie i sam mnie tu zabrał, sprawiał wrażenie niepewnego i dziwnie nieśmiałego. Nie do takiego Nathana Masona byłem przyzwyczajony.
-Słodzisz?- zapytał, przerywając uciążliwą ciszę i podając mi cukiernicę.
-Nie- odpowiedziałem, chociaż w rzeczywistości słodziłem i po cztery łyżeczki, ale tym razem nie zamierzałem bynajmniej skupiać się na beztroskim piciu herbatki. Po coś tu w końcu byłem, u licha.
Nathan odłożył cukiernicę z powrotem na stolik z cichym stuknięciem.
I znowu zapanowała cisza.
Upiłem łyka herbaty i skrzywiłem się mimowolnie, starając się to jednak zamaskować sztucznym uśmiechem. Nathan również sączył powoli kawę. Sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, czy patrzeć na mnie, czy rozglądać się gdzieś po kątach. Ja też nie wiedziałem, więc raz po raz, to patrzyłem na niego, to znów wodziłem wzrokiem po całym pomieszczeniu.
-Ładnie tutaj- odezwałem się w końcu.
-Dziękuję.
Och, do diabła!
Jeżeli nasza rozmowa dalej będzie wyglądała w ten właśnie sposób, to naprawdę nie wróżę nam długiej i romantycznej przyszłości!
-Hm…- odkaszlnął w końcu Nathan, po czym zaczął cicho- Chciałeś ze mną o czymś porozmawiać.
-Ja?- uniosłem pytająco brew- Raczej ty chciałeś.
-Ja chyba powiedziałem już dość- odparł Nathan, spuszczając wzrok w jakimś wyjątkowo nieśmiałym, ale przy tym uroczym wyrazie.
-A ja chyba nie mam nic więcej do dodania- odpowiedziałem, wzruszając bezradnie ramionami.
Znowu nasze spojrzenia się spotkały.
Nathan odkaszlnął ponownie i odłożył filiżankę na spodek. Ja również odstawiłem kubek i mimowolnie zwilżyłem wargi, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem. Mój szef przysunął się do mnie powoli, a ja zrobiłem dokładnie to samo i po chwili wahania, objąłem go delikatnie wokół szyi i wpiłem się w jego wargi. Oddał pocałunek z całą mocą, otaczając mnie ramionami wokół pasa i przyciągając do siebie jeszcze bardziej. Uśmiechnąłem się mimowolnie, wyjątkowo zadowolony z siebie.
No dobrze.
Co by nie mówić, ten rodzaj rozmowy lubiłem najbardziej.
-Wiesz, że do niedawna byłem przekonany, że nic z tego nie będzie…?- zapytałem na bezdechu, ośmielony całą sytuacją i przechyliłem się lekko do tyłu, ciągnąc mojego szefa za sobą. Że też w takich chwilach zawsze znajdowałem idealne tematy do dyskusji…
-Ja też- odparł, siadając okrakiem na moich biodrach i pochylając się do mnie, by ponownie wycisnąć na moich wargach przeciągły pocałunek- Sądziłem, że jesteś na mnie wściekły.
-Co?- zapytałem ze zdumieniem. No dobra, trochę byłem. Ale tylko na samym początku. Później byłem już jedynie trochę rozżalony i zły na samego siebie, a nie wściekły na niego- Niby za co?
-Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że być może to wszystko, co się tam wydarzyło nie potoczyło się po twojej myśli…- że jak?! Boże, właśnie wszystko prócz końcówki było jak najbardziej po mojej myśli!- I że nie będziesz chciał tego w żaden sposób kontynuować. To wszystko.
-Co?!- parsknąłem, jeszcze bardziej zaskoczony- Ja myślałem o tobie dokładnie to samo!
-Słucham?- Nathan uniósł brwi i ku mojemu rozczarowaniu, przestał rozpinać moją koszulę, a podniósł się lekko, spoglądając na mnie ze zdziwieniem- Dlaczego?
-Nazwałeś mnie dziwakiem- burknąłem niechętnie.
-Co takiego?- mój szef aż parsknął z niedowierzaniem- Alex, w życiu cię tak nie nazwałem. A ja, w przeciwieństwie do ciebie, przez cały czas byłem trzeźwy- dodał uszczypliwie, a ja posłałem mu mordercze spojrzenie.
-No dobra, może nie powiedziałeś tego wprost…- przyznałem ostrożnie- Ale o to ci właśnie chodziło! Mówiłeś, że nie chcesz nikogo mieć, że nie chcesz się wyróżniać, boisz się tego, co powiedzą ludzie… Tak właśnie powiedziałeś.
-I jakim cudem wyniosłeś z tego wywodu to, że uważam cię za dziwaka?- zapytał bez większego zrozumienia.
-Och, Nathan…- jęknąłem cichutko- Po prostu… Skoro nie chcesz się wyróżniać to uznałem, że nie ma żadnych szans, żebyś zechciał ze mną być. Bo ze mną wyróżniałbyś się z pewnością, bądź co bądź stanowimy doskonały kontrast- parsknąłem z nutką rozgoryczenia- Ty jesteś taki… taki… elegancki! I poważny! I budzisz zaufanie i szacunek! A na mnie zwraca się uwagę jedynie w ten negatywny sposób. Przy tobie na pewno będę rzucał się w oczy i wszyscy będą się zastanawiać, co ja właściwie z tobą robię i jakim cudem ktoś taki jak ty, zainteresował się kimś takim jak ja. Przecież sam dobrze zdajesz sobie sprawę z tego, że tak właśnie będzie.
-Och, Carlton, na litość boską…- nazwisko. Oj, niedobrze, zdecydowanie niedobrze. Ale ku mojemu zaskoczeniu, na wargach mojego szefa pojawił się delikatny, wręcz rozbawiony uśmiech- Mogłeś mi powiedzieć od razu, że przyszło ci do głowy coś tak niedorzecznego… Kiedy o tym mówiłem, wcale nie miałem na myśli ciebie…- och, jasne. W końcu kto jest bardziej nienormalny i dziwaczny ode mnie…?- Po prostu… Po prostu… Alex, to jest mój problem- stwierdził w końcu z głębokim westchnieniem- To mój problem, że nie potrafię nikomu zaufać i cały czas zastanawiam się nad tym, co pomyślą sobie o mnie ludzie… Ale odkąd znam ciebie… A raczej odkąd znamy się lepiej… Zacząłem zauważać, że tak naprawdę obchodzi mnie to mniej niż dotychczas, więc…
-Och, chodź tutaj- mruknąłem niemal z rozczuleniem, ponownie przyciągając go do pocałunku. Nawet nie wiecie, jak strasznie lekko na sercu poczułem się w tej jednej chwili. A jednak Sarah miała rację. Po prostu jak zwykle źle wszystko zinterpretowałem. Może nawet łatwiej było mi uznać, że mój szef po prostu jakoś mnie wykorzystał czy coś w tym stylu (… no dobrze, wykorzystywaliśmy się z wzajemnością i to bardzo owocnie) niż z nim porozmawiać. Naprawdę cholernie bałem się tego, że mógłby mnie zwyczajnie odrzucić.
Kolejna dobra informacja tego dnia : Nathan wcale nie uważa mnie za kompletnego dziwaka.
Nawet ja się za takiego uważam, więc jest to informacja wyjątkowo pozytywna.
… Wiecie co, może i ta kanapa jest diabelnie droga, ale równie niewygodna jak moja.
Stęknąłem głucho, starając się ułożyć się jakoś wygodniej, ale ostatecznie dałem sobie spokój i postanowiłem nie zwracać uwagi na ten drobny dyskomfort i skupiłem się na pozbawianiu mojego szefa garderoby. Nathan zdjął swoją koszulę i przewiesił ją przez oparcie kanapy, najwyraźniej również szukając sobie jakiejś dogodniejszej pozycji, bo wiercił się niesamowicie, chociaż mi to akurat niespecjalnie przeszkadzało…
-Może powinienem rozłożyć kanapę…?- zapytał z rozbawieniem, ale ja zaprotestowałem pełnym niezadowolenia pomrukiem i uniosłem się na łokciach, by ponownie wycisnąć na jego wargach przeciągły pocałunek. Nie chciałem sobie teraz przerywać, szczególnie, że moje ciało coraz wyraźniej domagało się jego bliskości.
Rozpiąłem rozporek jego spodni, a on zsunął koszulę z moich ramion i przeniósł pocałunki na moją szyję. Westchnąłem mimowolnie, obejmując go jeszcze mocniej i pomrukując cicho z zadowoleniem. I właśnie w tamtym momencie przestałem już zwracać uwagę na mało komfortową ciasnotę i na myśl o tym, że pewnie za chwilę sturlam się razem z nim na podłogę. Przymknąłem powieki, rozkoszując się jego pocałunkami, a sam wyswobodziłem jego męskość i zacząłem ją stymulować szybkimi ruchami.
-Alex…- usłyszałem jego rozkoszny pomruk i aż uśmiechnąłem się delikatnie.
-Mhm…?
-Mogę cię zapytać o coś jeszcze…?- zapytał, oddychając płytko, pomiędzy kolejnymi pocałunkami i cichymi westchnieniami.
-Nie, o ile to nie będzie pytanie w stylu: „Czy chcesz zostać na noc?”- odparłem, a on parsknął z rozbawieniem i odpowiedział:
-Tak, możesz zostać na noc.
-Więc ty możesz zapytać- zgodziłem się łaskawie.
-Czy my… jesteśmy… już teraz… razem…?- zapytał odrobinę niepewnie, a ja uśmiechnąłem się pod nosem i odparłem z całą stanowczością:
-Na pewno. Nie licz na to, że teraz wypuszczę cię ze swoich sideł.
-Nic licz na to, że dam się  z nich uwolnić- odpowiedział przewrotnie i ponownie wpił się w moje wargi, nie dając mi już możliwości powiedzenia czegokolwiek.
Już po chwili sprawnym ruchem ściągnął ze mnie spodnie wraz z bielizną i przesunął się odrobinę, by usiąść pomiędzy moimi nogami. Uśmiechnąłem się zachęcająco i rozchyliłem lekko uda, a on najwyraźniej od razu zrozumiał ów gest, bo chwycił mnie lekko pod kolanami i uniósł moje biodra, by wejść we mnie delikatnie. Jęknąłem cicho, po czym zagryzłem wargę i zacisnąłem powieki. Początkowo skarciłem się w duchu za to, że nie pomyślałem o żadnym nawilżaczu, ale już po chwili ból minął, zastąpiony przez rozlewającą się po całym ciele przyjemność.
Kochaliśmy się ze sobą delikatnie, chociaż stosunkowo szybko, zapewne przez ów brak komfortu, który raczej nie zachęcał do jakichś dłuższych gier wstępnych. Ale i tak było naprawdę wspaniale. Zresztą z Nathanem chyba zawsze jest wspaniale i jakoś mało obchodzi mnie to, że może nie mam zbyt wielu doświadczeń do porównania. Wystarczał mi on i w momencie, gdy byłem obok, przestawałem się zastanawiać nad czymkolwiek innym. Było mi po prostu dobrze. I ciepło. I miło. I w ogóle jakoś tak fantastycznie z myślą, że jestem dla niego ważny. Teraz już bardzo ważny, bo…
… Nathan mnie kocha.
Po wszystkim leżeliśmy jeszcze dłuższą chwilę tuż przy sobie, właściwie kurczowo do siebie wtuleni, bo pewnie gdybym przesunął się chociaż o centymetr, od razu bym zleciał, ale uczucie dyskomfortu odeszło w niepamięć.
-I co teraz…?- zapytałem w końcu.
-Czy ja wiem…?- Nathan zastanowił się wyraźnie, uśmiechając się przy tym rozkosznie- Może dokończysz herbatę…?
Zaśmiałem się niemal złowieszczo.
Och, tak, Nathanie Mason.
Z chęcią dokończę herbatę.
… O ile tak TO się teraz nazywa.

-Jak wyglądam?- zapytałem odrobinę niepewnie, prezentując się mojemu szefowi w jego własnych i nieco na mnie za dużych (… co przyznaję wyjątkowo niechętnie) bokserkach.
-A jak miałbyś wyglądać?- Nathan parsknął cicho, leżąc już w łóżku i przypatrując mi się z uwagą- Alex, na litość boską. Idziemy spać.
-To się jeszcze okaże- zachichotałem cicho, a on zawtórował mi śmiechem, chociaż szczerze mówiąc na dziś chyba nie miałem już żadnych większych planów. Wykorzystywałem go bardzo skutecznie przez cały dzień, więc sami rozumiecie… Lepiej, żeby miał trochę odpoczynku. Musi w końcu nabrać sił na jutro, bo odkąd mam świadomość tego, że jesteśmy razem, Nathan ma ze mną kompletnie przerąbane pod tym względem- Naprawdę nie masz czegoś… Eee… No sam nie wiem…
… Czegoś nie wzbudzającego moich kompleksów…?
-Niestety, nie dysponuję niestety żadną piżamą w misie…- rzucił z rozbawieniem, a ja prychnąłem cicho i zdzieliłem go pod bok.
-To tylko pamiątka, okej?- burknąłem, czerwieniąc się odrobinę- Nic wielkiego.
-Oczywiście.
Westchnąłem głęboko, wtulając się w niego jeszcze bardziej.
I kto by pomyślał, że cały dzisiejszy dzień będzie wyglądał w taki właśnie sposób…?
Ja na pewno nie.
Spodziewałem się raczej tego, że w ogóle nie uda mi się z nim porozmawiać, a jeżeli już, wszystko będzie toczyło się koszmarnie wolno i pewnie minie jeszcze dużo czasu, zanim Nathan się przede mną w pełni otworzy. Ale wszystko stało się tak szybko…
-Ciągle nie mogę uwierzyć w to, że sądziłeś, że uważam cię za dziwaka…- rzucił Nathan, zerkając na mnie ukradkiem.
-Sęk w tym, że ja jestem dziwakiem- odpowiedziałem szczerze. No dajcie spokój! Jestem urzędasem nie lubiącym swojej pracy, ale z drugiej strony zwariowałbym, gdyby ktoś znalazł mi inną, bo podkochuję się w swoim szefie, a w dodatku nie mam prawie życia towarzyskiego, nie licząc znajomości z nocnego klubu, w którym występuję jako kobieta. Czy znacie kogoś równie normalnego…?- Po prostu jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Nathanie Mason…- stwierdziłem z leniwym uśmieszkiem.
-Więc mi powiedz.
-Co?- spojrzałem na niego odrobinę zbity z tropu.
-Powiedz mi- powtórzył, wpatrując się we mnie z uwagą, po czym uśmiechnął się lekko- Co jest takiego dziwacznego w Alexandrze Carltonie, o czym nie wiem…? Chciałbym się dowiedzieć.
Oj, nie chciałbyś.
… Mam jakieś dziwne wrażenie, że informacja o tym, że ja to Roxanne, a Roxanne to ja, wcale by mu się nie spodobała.
-E tam, e tam- machnąłem lekceważąco dłonią i zachichotałem nerwowo- Mam dziwne hobby… Zbieram znaczki… I tak dalej… Zresztą, mniejsza o to.
Nathan uniósł brwi w geście zdumienia, ale najwyraźniej postanowił darować sobie dalsze pytania za co byłem mu wyjątkowo wdzięczny.
Wiecie, dzisiaj dowiedziałem się tylu miłych rzeczy, że chciałbym w jego oczach uchodzić za kogoś normalnego. Przynajmniej przez najbliższe kilka dni.
A potem…
A potem się zobaczy.

1 komentarz:

  1. Anonimowy11:19 AM

    O.O
    A z pięć linijek przed "Muszę wiedzieć na czym stoję!" pomyślałam: A za pięć linijek powie mu "chcę wiedzieć na czym stoję." ;))

    OdpowiedzUsuń