Strony

niedziela, 22 maja 2011

17. Pierwsza randka [Sunrise]

Przebudziłem się i uchyliłem powieki, po czym podniosłem się lekko na łokciach i rozejrzałem dookoła. Od razu zorientowałem się, że Amadeusza przy mnie nie ma. Skierowałem wzrok w stronę okna i zagryzłem niepewnie wargę. Siedział na parapecie, tak jak niemal każdego ranka i wpatrywał się w dal z zamyśloną miną, mimo tego, że słońce dawno już wstało.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czy w ogóle powinienem coś mówić. Nie wyglądał na szczególnie radosnego - wprost przeciwnie. Wydawało mi się, że był równie przybity, co wczorajszego wieczora. Nie miałem pojęcia, czy był wściekły, zdenerwowany, czy może zwyczajnie smutny... Po prostu patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę z zupełną bezradnością, uświadamiając sobie, że z dnia na dzień rozumiem go coraz mniej. Non stop wracała do mnie nasza wczorajsza kłótnia, a ja nadal nie potrafiłem pojąć... Dlaczego? Po co to wszystko? Skąd te złe emocje, skąd krzyki, skąd jego niechęć i usilna chęć zrobienia mi na złość? Skrzywdzenia mnie? Bo przecież to miał na celu. Bo przecież musiał wiedzieć, że to, co mówi nie jest mi obojętne. Więc...? Chciał mnie zranić? Ale po co?
Byłem w stanie zrozumieć zazdrość, nawet tę najbardziej chorobliwą.
Byłem w stanie zrozumieć, że jako istota, która nie ma na co dzień kontaktu z ludźmi, nie wszystko jest w stanie pojąć.
Ale nie rozumiałem zupełnie jego słów.
Nie tylko tych na temat Ricky'ego, nie tylko tych, na mój temat... Jego słów na temat własnej wyższości, jego pogardy do ludzi... Nigdy wcześniej nie słyszałem z jego ust niczego podobnego. Owszem, byłem w stanie wyobrazić sobie, że nasze istnienie mogło wydawać mu się błahe, bezsensowne, idiotyczne, ale po co to wszystko? Po co ten spór, który nie wnosił niczego, prócz tony złych emocji, które ostatnio zdawały się nas otaczać z każdej strony?
Miałem wrażenie, że wystarczyłoby moje jedno, nieuważne słowo, by rozpętać kolejną wojnę.
Mimo tego, że przyszedł do mnie w nocy, że się do mnie przytulił... Mimo owego pozornego pojednania, czułem, że nic nie było w porządku i bolało mnie to coraz bardziej. Miałem wrażenie, że to on oddala się ode mnie, wbrew temu, co mi zarzucał. Ta cała sytuacja z Adrianem już się skończyła i wiedziałem, że więcej się nie powtórzy, ale to zdawało się nie załatwiać problemu. Amadeusz wciąż wydawał się taki... inny. I nie byłem nawet w stanie tego nazwać.
Wściekły...? Zdenerwowany, poirytowany? Rozżalony? Smutny? Rozczarowany...?
-Cześć- odezwałem się w końcu, czując, że powinienem coś powiedzieć. Podniosłem się powoli z łóżka, po czym zacząłem składać pościel, bojąc się spojrzeć w jego stronę.
-Cześć- odparł równie lakonicznie i jakoś tak... pusto. Cicho. Bez wyrazu.
Odwróciłem się w jego stronę i zawahałem na chwilę, zagryzając wargę, po czym zapytałem:
-Nadal jesteś na mnie zły...?
-Nie.
Nie brzmiało to zbyt przekonująco.
Podszedłem do niego ostrożnie, zatrzymując się kilka kroków przed nim i wpatrując się w niego z uwagą.
-Na pewno...? Posłuchaj, jeżeli chcesz, możemy to sobie jeszcze raz wyjaśnić... Powoli, na spokojnie...
-Nie jestem na ciebie zły- powtórzył raz jeszcze Amadeusz, nawet nie spoglądając w moim kierunku.
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę z poczuciem bezsilności. Nie miałem pojęcia, jak mógłbym zwrócić jego uwagę. Było chyba nawet gorzej niż wczoraj. Wtedy jeszcze zachowywał się w miarę normalnie. Owszem, robił mi na złość, denerwował się, kłócił, ale przynajmniej zachowywał się jak ktoś żywy, a nie jak mechaniczna kukła, która po prostu powtarza to, co ktoś chce usłyszeć.
-Przepraszam- szepnąłem w końcu. Nie czułem się niczemu winien. Nie miałem wyrzutów sumienia. Doskonale wiedziałem, jak się zachowywałem i co robiłem, i doskonale wiedziałem, z jakimi zamiarami poszedłem na tamtą zabawę. Od początku miałem czyste intencje i nigdy nie zrobiłem niczego przeciwko niemu. Niczego, czego mógłbym się teraz wstydzić. Ale potrafiłem uznać, że mogło go to zdenerwować. I potrafiłem wycisnąć z siebie to słowo, nawet, jeżeli czułem, że to on jest tym, który w tym przypadku nie ma racji, bo chciałem wreszcie prawdziwego pojednania. A przecież nie mogłem liczyć na to, że on będzie pierwszym, który wyciągnie dłoń, prawda...?
-Mówiłem ci Josh, nie jestem na ciebie zły- odmruknął Amadeusz, tym razem z nutą wyraźnej irytacji.
Westchnąłem ciężko w duchu.
Co jeszcze mogłem zrobić, żebyśmy zwyczajnie się pogodzili...?
-Przecież widzę, że coś jest nie tak- stwierdziłem w końcu. Na litość boską, ileż można uciekać od tematu?!- Po prostu powiedz, o co chodzi.
Amadeusz sapnął coś pod nosem i pokręcił głową, jakby w wyrazie zniecierpliwienia, po czym odparł jedynie wymijające:
-Jestem zmęczony.
-Zmęczony...?- parsknąłem cicho- Amadeusz, ty przecież się nie męczysz!
Posłał mi takie spojrzenie, że aż zamarłem.
-Jasne...- wycedził jadowicie- Ja w ogóle niczego nie czuję...
-Nie powiedziałem tego.
-Ale tak myślisz.
-Amadeusz! To nieprawda!- wykrzyknąłem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Naprawdę tak sądził, czy po prostu znowu chciał mi zrobić na złość?
-Oczywiście...- wykrzywił wargi w coś na kształt drwiącego uśmiechu i pokiwał głową- Jasne, Josh... Ty zawsze jesteś dobry. Krystalicznie dobry. I zawsze o wszystkich dbasz. I zawsze o wszystkich myślisz... Prawdziwy altruista z ciebie. Serio.
-Skąd ta ironia...?- zapytałem bez zrozumienia, z pozornym spokojem przyjmując jego kolejny atak. W środku aż wszystko we mnie drżało. Czułem, że zaraz wyniknie z tego nieprzyjemny spór.
-Ironia...? Ależ skąd! Przecież tak właśnie jest, prawda...?- parsknął niemal z rozgoryczeniem, wciąż nawet na mnie nie patrząc- Katy ma kłopoty...? Ratujemy Katy. To bardzo szlachetne i iście bohaterskie... Szkoda tylko, że zapominasz, dzięki komu ona żyje. I ty też, o wielki bohaterze.
Słowo daję, on chyba zwariował.
-Nie zapominam. Jestem ci za to wdzięczny, nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. Ale chyba nie oczekujesz, że będę ci bił pokłony każdego dnia...?
-A twoja druga koleżanka, Jenna...- kontynuował, jakby zupełnie mnie nie usłyszał- Urządza imprezę. To dopiero problem wagi państwowej. Ona urządza imprezę! Na której oczywiście musisz być, bo pewnie interesuje się tobą tak bardzo, że zauważyłaby, że cię nie ma. Ba. Oczywiście musisz tam iść z kimś, bo jakbyś poszedł sam, to z pewnością czułbyś się bardzo osamotniony... To nie jest zbyt miłe uczucie, prawda...?- wykrzywił wargi w pełnym niechęci grymasie i pokręcił głową- Jakby tego było mało, musisz tam iść z facetem. No pewnie. Dlaczego nie? Nikt się tym przecież nie przejmie i nie poczuje się upokorzony, prawda...?
-Amadeusz, ja nie...
-Więc przestań mi wmawiać, że mam tutaj siedzieć i udawać, że wszystko jest w porządku- przerwał mi zbolałym głosem. Wpatrywałem się w niego z coraz większym zaskoczeniem. Słowo daję, nie rozumiałem ani jednego zdania. To przecież on od początku upierał się, że jego to w ogóle nic nie obchodzi. To on odwalał tutaj te wszystkie sceny, te wszystkie pokazówki... To on groził mi odejściem, zniknięciem, zajęciem się kimś innym... Ja tego nie powiedziałem. Mnie nie było ledwie jednego wieczora. I wróciłem nim impreza zdążyła się rozkręcić, bo czułem, że powinienem przy nim być- Bo nie jest. Nic nie jest w porządku, Josh, rozumiesz? Bo obchodzą cię tylko twoi przyjaciele.
-Co proszę?- aż parsknąłem. Odkąd się przy mnie pojawił, spotykałem się z nimi coraz rzadziej. Olewałem wszystko, łącznie ze szkołą, a on próbował mi wmówić, że w ogóle się nim nie interesuje...?
-To, co słyszysz, Josh... Tylko oni się liczą. A wiesz dlaczego? Bo są ludźmi. Ludźmi. I mają te same, iście ogromne problemy, jak ty... W co się ubrać, z kim porozmawiać, kogo wybrać... Doprawdy, wyjątkowo istotne... Ale dbasz o nich, bo wiesz, że może im się stać krzywda i możesz ich stracić. A mnie nie możesz. Bo mi nigdy nic się nie stanie i jesteś jedynym, który mnie widzi... To fajne uczucie, Josh...? Uczucie pełnej kontroli...?
Wpatrywałem się w niego z zupełnym osłupieniem.
O czym on bredził...?
O czym on bredził, na litość boską...?
-O co ci chodzi...?- zapytałem w końcu, zupełnie zszokowany- O co masz pretensje? O to, że troszczyłem się o Katy zaraz po wypadku, czy o całą tą błahostkę związaną z balem Jenny...?
-O to, że nie traktujesz mnie jak człowieka!- warknął gniewnie w odpowiedzi.
-Bo nie jesteś człowiekiem!- odparłem z poirytowaniem, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Usłyszałem jedynie jego donośne prychnięcie i nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, już go nie było.
Westchnąłem ciężko, kompletnie rozbity.
Dlaczego w ogóle mnie nie rozumiał...?
I dlaczego ja nie byłem w stanie zrozumieć jego...?

Leżałem od kilku godzin na łóżku, kompletnie bez energii. Wykrzesałem z siebie jedynie tyle siły, by wstać i zrobić sobie jakieś prowizoryczne śniadanie, ale po jego zjedzeniu nie poczułem się lepiej. Nawet nie chciało mi się przebrać w coś normalnego. Ciągle miałem na sobie piżamę.
Czułem się autentycznie zdołowany. Nie miałem pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Każda spokojna rozmowa i tak kończyła się kłótnią, i coraz częściej wydawało mi się, że nie ma już mowy o pojednaniu. Byliśmy jak stare małżeństwo, które z jednej strony ciągle toczy spory i kłóci się o każdą błahostkę, a z drugiej jest na siebie skazane. Bo coraz częściej dopadało mnie takie wrażenie. Wrażenie, że Amadeusz jest przy mnie dlatego, że nie ma innego wyboru. I że gdyby rzeczywiście był ktoś inny, kto go widzi, pewnie w ogóle nie zawracałby sobie mną głowy. To ja, głupi Josh, zawsze coś sobie roiłem, doszukiwałem się szczerych uczuć i intencji tam, gdzie wcale ich nie było. Bo czy Amadeusz kiedykolwiek powiedział, że coś do mnie czuje...? Niejednokrotnie protestował, gdy w pewnego rodzaju odruchu nazywałem go swoim chłopakiem. Wszystko sprowadzał do seksu. Tylko na tym mu zależało. Tylko na cielesnym doświadczeniu, bo było to dla niego nowe, ciekawe. I tak chyba wyglądała jego natura. Natura demona, która kazała mu zajmować się tym, co interesujące i inne. To właśnie dlatego jeszcze nie odszedł. Gdybym go nie widział, znudziłbym mu się w przeciągu sekundy.
Więc po co te wszystkie kłótnie...?
Jeżeli rzeczywiście chodzi tylko o seks, skąd spory, skąd jego wściekłość...?
Skąd ta niezrozumiała zazdrość?
Mogłem rozumieć zaborczość istoty, która nigdy niczym nie umiała się dzielić.
Ale jemu nie chodziło jedynie o ten jeden wieczór, o towarzystwo Adriana. On był zazdrosny o wszystko. O moich przyjaciół, o moje środowisko, o moje uczucia, o wszystko to, co powinno mu zwisać i powiewać, jeżeli rzeczywiście nie byłem dla niego nikim ważnym.
Miał do mnie pretensje, że nie traktuję go jak człowieka!
Aż nie mogłem w to uwierzyć!
Nie traktuję go jak człowieka, rozumiecie?!
Co miałbym niby robić?! Chodzić z nim za rękę po parku?! Gotować mu obiad po przyjściu do domu?! Czy może przedstawić moim znajomym i liczyć na to, że nie wsadzą mnie do psychiatryka?!
Amadeusz nie był człowiekiem i nie mogłem go tak traktować. Początkowo mnie fascynował. Ciekawił. Jego natura, jego pochodzenie, wyjątkowość... Wszystko. Miałem ochotę ciągle go o coś pytać, dowiadywać się coraz więcej i więcej, ale teraz... Ale teraz myślę, że gdyby był człowiekiem,  byłoby znacznie prościej. Poznalibyśmy się któregoś dnia. Polubili, zaprzyjaźnili... Wszystko toczyłoby się swoim tempem, bez tego całego chaosu, tych wszystkich obaw, niepotrzebnych napięć... Na pewno zajęłoby nam to więcej czasu, ale przecież z czymś takim nie trzeba się spieszyć, prawda? I wszystko byłoby w porządku. Zupełnie inaczej. Spotykałbym się z nim normalnie. Przedstawił go znajomym. Zabierał ze sobą na imprezy... Nie mielibyśmy się o co kłócić. A już na pewno nie o takie głupoty. Bylibyśmy zwykłą, ale szczęśliwą parą.
A może nie...?
Skąd w ogóle taka pewność...?
Gdyby Amadeusz był człowiekiem, miałby miliardy innych ludzi do wyboru.
Jak mogłem sobie roić, że wybrałby akurat mnie? Niby dlaczego? Z jakiej przyczyny?
Nie byłem przecież jakkolwiek wyjątkowy. Moja jedyna wyjątkowość polegała na tym, że widzę jakieś przeklęte demony i to wszystko. Gdyby nie to, nie zwróciłby na mnie uwagi.
A nawet gdyby...
A nawet gdyby, to i tak nie mogłem mieć pewności, że ja zainteresowałbym się nim.
Owszem, Amadeusz był przystojny, potrafił być czarujący, zawsze stawiał na swoim, ale i tak... Gdyby był człowiekiem, nic nie byłoby takie samo! Ja pewnie nadal byłbym z Ricky'm, bo przecież nie dowiedziałbym się o jego prawdziwych intencjach. Niby skąd? Katy mogłaby już nie żyć, bo nikt by mnie nie ostrzegł o tym, co się dzieje. Nikt nie uratowałby mnie, gdybym ruszył jej na pomoc... No i przegapiłbym cudowny widok wściekłej do granic możliwości Worner i jej przepięknego, uwalanego w białkach i żółtkach samochodu...
Nie, gdyby Amadeusz był człowiekiem, to wszystko by się po prostu nie wydarzyło.
Moje aktualne życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Chyba nawet nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, jak wiele w nim zmienił... Dostrzegałem te wszystkie porozbijane naczynia, poniszczone sprzęty, a zapominałem o najważniejszym. O tym, co do tej pory dla mnie zrobił i jak wiele to znaczyło. Nie mogłem stwierdzić, że mu na mnie nie zależy. Przecież nie robiłby tego wszystkiego, gdybym nie był dla niego ważny. Nie troszczył by się o mnie, niezależnie od tego, jak to okazywał. Nie złościł, gdy późno wracałem lub wychodziłem.
Chciałem sobie wmówić, że zależy mu tylko na jednym, a on na każdym kroku zdawał mi się udowadniać, że jest inaczej.
Ale mimo wszystko, ja nie mogłem go traktować jak człowieka. Bo nie był człowiekiem. Bo nie potrzebował aż tak mojej opieki. Bo nic nie mogło mu się stać, nie mógł zginąć, nie mógł zrobić sobie krzywdy... Denerwowałbym się, gdyby długo się nie pojawiał, ale póki co był obok, więc jak niby miałem mu okazać to, że jednak jest dla mnie ważny...? On nigdy tego nie mówił. Mi łatwiej byłoby to powiedzieć niż udowodnić. Łatwo jest pokazać człowiekowi, że traktuje się go wyjątkowo. Ale demonowi...?
Podniosłem się gwałtownie do pozycji siedzącej, jak rażony piorunem.
Aż odetchnąłem głębiej i przeczesałem gwałtownie włosy, nagle wszystko rozumiejąc.
Josh, ty cholerny idioto!
Nagle wszystko mi się przypomniało i nabrało zupełnie innego znaczenia. Przypomniały mi się jego słowa. Słowa o tym, że nigdy nie będzie miał paczki znajomych, że nie pójdzie na żadną potańcówkę... Słowa, które najpierw zdawały się być słowami pogardy, ale teraz zaczęły nabierać zupełnie innego wrażenia. On nie starał się mówić tego wszystkiego, żeby zadrwić ze mnie i mnie zranić. Mówił to wszystko, bo chciał wmówić samemu sobie, że czuje się dobrze z samym sobą.
Ale nie czuł się.
Przypomniało mi się, jak powiedział, że chciałby się kiedyś zamienić ze mną miejscami.
Przypomniało mi się, jak leżał tuż przy mnie i milczał, jak pytał mnie, co czuję, jak mówił, że stara się wczuć...
Amadeusz był nieśmiertelny.
Amadeusz był kimś, kogo nie dotyczyły żadne ograniczenia, żadne ludzkie prawa.
Kimś, kto widział w ciągu swego istnienia więcej, niż jakikolwiek inny człowiek, kimś, kto w tym momencie mógłby być nawet na drugim końcu świata, bo nie obowiązywały go reguły czasu i przestrzeni.
Ale miał jedną wadę.
Nie był człowiekiem.
Cóż mu po jego wiedzy, po jego doświadczeniach? Cóż mu po tym wszystkim, co oglądał każdego dnia, skoro zazwyczaj nie mógł w tym uczestniczyć? Był jedynie widzem, bierną postacią. Nawet, jeżeli czasem jakoś reagował, to tak naprawdę nie miało większego znaczenia. Nikt nigdy nie przypisywał mu żadnych win ani zasług. On po prostu nie istniał.
Miał rację. Nigdy nie będzie wiedział, jak to jest mieć przy sobie grupkę ludzi, którą darzy się zaufaniem i do której czuje się owo wyjątkowe zaufanie, które sprawia, że można bez ogródek i grama niepewności nazwać ich przyjaciółmi. Nigdy nie będzie wiedział, jak to jest być w tłumie ludzi, gdzieś na koncercie, imprezie, czuć ten nastrój, klimat, nieziemską atmosferę... Nie będzie w stanie się nigdzie ze mną pokazać, nie będzie w stanie przedstawić się moim znajomym, nie będzie w stanie zrobić czegokolwiek, bo jego po prostu nie ma. Nie ma go dla ludzi. Choćby rozniósł pół świata – nikt by się nie zorientował, że to on. Nikt prócz mnie.
I tego mu chyba brakowało.
Czegoś, co pozwoliłoby mu się poczuć niemal tak jak człowiekowi.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że on nie wściekł się na tą imprezę. Ani nawet na to, że poszedłem tam z Adrianem. Wściekł się, bo powoli zaczynało do niego dochodzić, że między nami zawsze będzie przepaść, która wydaje się być nie do pokonanie. I że on nigdy nie doświadczy czegoś podobnego. Bo życie jest ceną za którą płaci się śmiercią.
Ale jeżeli istniał jakiś sposób...?
Jakikolwiek, nawet najbardziej banalny sposób na to, by poprawić mu nastrój i pokazać, że jest w tym momencie kimś najważniejszym...?
Wstałem i rozejrzałem się uważnie po sypialni, zastanawiając się, jak wszystko zorganizować, po czym zabrałem się do roboty. Nie wiedziałem jeszcze, na ile to będzie skuteczne, i na ile efektowne, ale liczyłem na to, że choć trochę mu się poprawi. Posprzątałem wszystkie niepotrzebne rzeczy z podłogi. Stół i całą resztę mebli, znajdujących się w centralnej części pomieszczenia, poprzesuwałem do ściany. Złożyłem łóżko, a następnie odnalazłem w szafie jakiś wyjątkowo stary odtwarzacz płyt, ostatni, jaki jeszcze działał w tym domu i postawiłem go na posadzkę. Przejrzałem wszystkie swoje płyty i w końcu udało mi się odnaleźć jakąś z nieco rzewnymi, powolnymi piosenkami. Włożyłem płytę do odtwarzacza, a następnie ruszyłem prędko do łazienki i odnalazłem w rzeczach do prania swoje spodnie do garnituru i marynarkę. Wyjąłem z szafy świeżą koszulę i krawat w idiotyczne wzorki, a następnie przebrałem się, martwiąc się tym, że mogę nie zdążyć nim demon ponownie się pojawi. Wróciłem do sypialni.
Przez pierwsze pół godziny chodziłem w kółko, trochę podekscytowany, a bardziej zdenerwowany. Nie byłem w stanie usiąść na miejscu. Starałem się wszystko zaplanować – co zrobię, co powiem, jak się zachowam... Czekałem na moment, w którym demon wreszcie przybędzie, ale kolejne minuty mijały i czas zaczynał się dłużyć, a jego wciąż nie było.
W końcu usiadłem na fotelu, wpatrując się niecierpliwie w zegarek i żałując, że telewizor nie działa. Chociaż i tak nie wiem, czy byłbym w stanie choć trochę się skupić.
Przez kolejne godziny to siedziałem, to snułem się po domu jak cień, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić.
Amadeusz pojawił się dopiero wieczorem.
Prawie przysypiałem na tym cholernym fotelu, gdy zobaczyłem go tuż przed sobą. Stał i wpatrywał się we mnie jakoś dziwnie. Wymamrotałem coś niezrozumiale, starając się doprowadzić do porządku i podniosłem się z miejsca. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie, ale nie odpowiedział tym samym.
-Co jest, Josh...?- zapytał lodowato- Kolejna impreza...?
-Tak- potwierdziłem cicho.
Prychnął pogardliwie i odwrócił się na pięcie, ale ja chwyciłem go za dłoń i przyciągnąłem do siebie z powrotem. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
Zagryzłem wargę i odkaszlnąłem odrobinę nerwowo, po czym pochyliłem się i włączyłem odtwarzacz. Już po chwili pokój wypełniły niezbyt radosne dźwięki, jakiejś miłosnej piosenki, a ja poczułem, że się czerwienię. To było trochę krępujące.
-Co to ma być, Josh...?- parsknął demon, unosząc brew w pytającym geście- Bawimy się w potańcówkę...?
-Poczekaj- odparłem jedynie, przypomniawszy sobie o czymś w ostatniej chwili i prędko skoczyłem do kuchni, po czym wróciłem do sypialni z różą w dłoni. Sztuczną, iście wiekową różą, która kiedyś stała u mnie na przedpokoju w wazonie, ale po wyczynach Amadeusza musiałem ją schować.
-Co to ma być, Josh...?- bąknął, wyraźnie zdumiony.
-To dla ciebie- stwierdziłem, czując coraz większe zażenowanie.
Amadeusz wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę tak, że miałem wrażenie, że zaraz wybuchnie śmiechem albo rzuci jakąś drwiącą uwagę i całą atmosferę szlag trafi, a ja przekonam się, jak beznadziejny był ten pomysł.
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Twarz demona złagodniała nagle.
Przyjął kwiat w milczeniu i obrócił go w dłoniach, patrząc mi prosto w oczy z tak charakterystyczną dla niego ciekawością, a nawet fascynacją.
-Mógłbym... Mógłbym cię prosić do tańca...?- zagadnąłem w końcu. Język mi się plątał i czułem, że  palą mnie policzki. Och, do licha! Zaplanowałem to wszystko dla niego, a sam czułem się jak na pierwszej randce!
Demon milczał przez dłuższą chwilę, po czym jedynie parsknął cichutko i odłożył różę na bok, a następnie przysunął się do mnie i objął mnie delikatnie w pasie. Ja również ogarnąłem go ramionami, wtulając twarz w jego szyję. Aż odetchnąłem z ulgą w duchu. Zgodził się! Boże, zgodził się! Naprawdę zachowywałem się jak nastolatek, który pierwszy raz spotkał się ze swoim wymarzonym chłopakiem i boi się, że zaraz coś spieprzy... Cholera! Skąd w ogóle to skrępowanie?!
Kolejne minuty i piosenki mijały. Moje zawstydzenie również. Czułem się dobrze w jego ramionach. Swobodnie. I wiedziałem, że on też się tak czuje.
-Och, Josh, Josh...- mruknął w pewnym momencie, gdy po raz setny nadepnąłem mu na stopę- Wcale się nie dziwię, że źle się wczoraj bawiłeś... Pewnie ten chłopak od ciebie uciekł, co...?
-Nikt ode mnie nie uciekał- odparłem z rozbawieniem.
-No tak... Trudno jest uciekać, gdy ma się połamane palce...
Zaśmiałem się głośno, wtulając w niego jeszcze mocniej.
Mój stary, dobry Amadeusz...
Chyba sam nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mi tego brakowało.
Odrobiny jego bliskości, czułości... Nie takiej w łóżku. Nie zwykłych pieszczot. Czegoś... innego.
-Dobrze zrozumiałem, że... To miała być nasza pierwsza, prawdziwa randka...? Ludzka randka...?-zagadnął mnie w pewnym momencie demon, zsuwając swoje dłonie niżej, na moje pośladki. Zagryzłem figlarnie wargę i musnąłem lekko nosem jego policzek.
-Raczej tak.
-To dlaczego wybrałeś takie pogrzebowe piosenki...?
-Sądziłem, że przypadną ci do gustu- zaśmiałem się cicho, po czym wsunąłem mu dłoń pod koszulkę i zacząłem gładzić jego plecy.
-Nie mogłeś zorganizować naszej pierwszej randki w dyskotekowym stylu...? Czułbym się bardziej żywo.
-Och, przymknij się...- mruknąłem wpijając się w jego wargi. Oddał pocałunek z pełnym zadowolenia pomrukiem, przyciskając mnie do siebie kurczowo.
-No, no... Szybko przechodzisz do rzeczy, Josh...- zwilżył wargi, wpatrując się we mnie iście prowokująco- Ładnie to tak...?
-Nie dziw się, jesteś moim chłopakiem- zażartowałem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że mógł to źle odebrać i jak zwykle zaprotestować, co nie było zbyt miłe- W sensie... No sam wiesz... Na tej randce akurat...- poprawiłem się pospiesznie, nieco speszony.
-A poza randką...?
Tego się nie spodziewałem.
Zazwyczaj złościł się, gdy nazywałem go swoim chłopakiem, nawet, gdy jedynie chciałem mu zobrazować konkretną sytuację, a teraz... Zaśmiałem się nerwowo, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Z jeden strony byłem niepewny, bo nie wiedziałem, jak zareaguje. Czy powie coś, co mnie w pewien sposób zadowoli, czy raczej zacznie się śmiać i obróci to wszystko w żart, a ja poczuję się jak ostatni kretyn. Ale z drugiej strony... Z drugiej strony miałem wątpliwości co do samego siebie. W sensie... Ricky był moim chłopakiem. Adrian mógłby być moim chłopakiem. Ale Amadeusz... To brzmiało w odniesieniu do niego co najmniej dziwacznie.
-No nie wiem...- przyznałem w końcu, wciąż uśmiechając się delikatnie, chociaż nie było w tym ani krztyny żartu, za to więcej jakże charakterystycznej dla niego prowokacji. Chciałem zobaczyć, jak zareaguje- Dziwnie jest umawiać się z demonem...
-Raczej dziwnie jest umawiać się z człowiekiem- parsknął cicho Amadeusz- Dziwnie jest umawiać się z kimkolwiek... Ale skoro już jesteś pod ręką...
-Skoro już jestem pod ręką to co...?- uniosłem brew, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.
Amadeusz wpił się ponownie w moje wargi i ruszył ze mną w kierunku łóżka, po czym pchnął mnie na nie, by już po chwili wylądować na moich biodrach. Zaśmiałem się głośno, gdy zaczął mnie łaskotać, całując mnie jednocześnie po twarzy.
-Amadeusz...!- krzyknąłem, starając się oswobodzić i wciąż chichocąc nieprzerwanie.
-Uwielbiam cię, Josh...- szepnął mi do ucha, przestając mnie łaskotać i luzując mój krawat- Uwielbiam...
-Ja ciebie bardziej- odparłem z rozbawieniem, zupełnie nie rozumiejąc, skąd ten nagły wybuch czułości.
-Obrzydliwy kłamca- skwitował moją odpowiedź i ponownie powrócił do łaskotek. Próbowałem go z siebie zepchnąć, ale ostatecznie obaj po prostu przeturlaliśmy się na bok, przez dobre kilkanaście minut szamocąc się ze sobą, śmiejąc i całując na przemian.
Dopiero w pewnym momencie, zszedł ze mnie i położył się tuż obok, przytulając się do mnie i muskając delikatnie wargami mój policzek. Spojrzałem na niego ukradkiem, uśmiechając się leciutko do siebie. Wydawał się taki wyciszony, zupełnie inny, niż jeszcze chwilę temu. Jakby się nad czymś zastanawiał. Wyglądał uroczo.
Zacząłem przeczesywać miarowo jego włosy palcami, wsłuchując się w swoje własne bicie serca i równy oddech. Nie wiedziałem, czy to już rzeczywiście koniec naszych kłótni, ale czułem, że zrobiłem coś, czego Amadeusz bardzo potrzebował. Niby nie było to nic szczególnego, ale mimo wszystko... Chyba czuł się lepiej. Dużo lepiej niż rano. Miałem wrażenie, że jest szczęśliwy.
-Widziałem kiedyś taką dziewczynę...- zaczął nagle ledwie słyszalnie.
Spojrzałem na niego pytająco.
-Mieszkała w pięknym domu i miała piękną, złotą zastawę... Piękny pokój... Sukienkę... Cała była piękna...- westchnął z rozmarzeniem, uśmiechając się łagodnie. Zupełnie jak nie on...- I tańczyła też pięknie... Tak pięknie... Tak pięknie...- powtarzał raz po raz coraz ciszej i ciszej, z chwili na chwilę przyciskając się do mnie coraz bardziej. W pewnym momencie przymknął powieki.
Wyglądał tak spokojnie i pięknie, jakby spał.
Złożyłem krótki pocałunek na jego skroni, nie mówiąc już ani słowa.
Nigdy tak bardzo, jak w tym właśnie momencie nie czułem, że mnie potrzebuje.
Nigdy tak bardzo nie czułem, że jestem dla niego ważny.
… Nigdy tak bardzo nie czułem, że jestem dla niego jedyny.
A on jest jedyny dla mnie.
I nikogo innego już nie będzie.

1 komentarz:

  1. Anonimowy9:25 PM

    To jest takie piękne! :) Cudowne..

    OdpowiedzUsuń