Strony

niedziela, 22 maja 2011

18. Niepokój [Sunrise]

Westchnąłem głęboko, zerkając na zegarek i odliczając w myślach kolejny kwadrans. Usadowiłem się wygodniej na ławce, rozglądając się jednocześnie dookoła. Naprawdę liczyłem na to, że Jenna nie zapomniała o naszym spotkaniu. Zwłaszcza, że dawno już nie mieliśmy okazji porozmawiać na spokojnie. Czasem spotykaliśmy się w szkole, ale to nie było to samo, co kiedyś.
Nie rozczarowała mnie. Niecałe pięć minut później dostrzegłem, jak niespiesznie idzie parkową alejką w moim kierunku, uśmiechając się pogodnie. Wyglądała bardzo dobrze.
-No nareszcie- również odpowiedziałem uśmiechem, nawet nie kryjąc ulgi- Już myślałem, że nie przyjdziesz...
-Daj spokój, Josh, ja zawsze przychodzę- zaśmiała się perliście, chowając okulary słoneczne do torebki i siadając na miejsce obok mnie- Modnie spóźniona, ale przychodzę... To ja myślałam, że nie przyjdziesz- dodała, a ja spojrzałem na nią ze zdumieniem- A właściwie to od kilku dni sądziłam, że w ogóle nie uda mi się z tobą skontaktować...
-Dlaczego?- zapytałem bez zrozumienia.
-Och, nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi...- parsknęła cicho, machnąwszy dłonią w lekceważącym geście- Od dłuższego czasu nie odbierasz moich telefonów i nie odpisujesz na sms-y... Zresztą nie tylko na moje. Reszta mówi to samo.
-Nie przesadzaj... Jasne, parę razy zdarzyło mi się, że nie usłyszałem jak dzwoniłaś, albo...
-Parę razy...?- przerwała mi, unosząc brew w geście politowania.
Umilkłem. Dopiero w tym momencie zacząłem zliczać w myślach wszystkie te razy, gdy chwytałem w końcu za swoją komórkę i widziałem na jej wyświetlaczu kilka, a nawet kilkanaście nieodebranych połączeń i sms-ów. To nie zdarzało się rzadko. Raczej nie oddzwaniałem, bo najczęściej orientowałem się w tym wszystkim sporo po czyimś telefonie, więc uznawałem, że sprawa w której mógł dzwonić i tak była nieaktualna... Nie odpisywałem też na wszystkie sms-y. Ostatnimi czasy byłem chyba zbyt zajęty Amadeuszem.
Zrobiło mi się wstyd.
-... Okej- skapitulowałem w końcu z cichym westchnieniem- Przepraszam. Mam ostatnio trochę rzeczy na głowie i...
-Tak, tak, zdążyłam zauważyć- odparła Jenna bez cienia zdenerwowania czy pretensji. Wydawała się raczej nieco... zaniepokojona. A przynajmniej taki mi się przez chwilę wydawało, za nim po raz kolejny uśmiechnęła się szeroko, maskując wszelkie tego oznaki- Do szkoły też chodzisz rzadko. Zaczynasz mieć problemy. Dobrze wiesz, że jak tak dalej pójdzie, Worner cię nie przepuści.
-Nie każdy jest geniuszem, który nadrabia wszystkie zaległości w jeden wieczór- odpowiedziałem jedynie, uśmiechając się wymuszenie i doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to żaden argument.
-No właśnie- Jenna posłała mi znaczące spojrzenie- Więc jeżeli nie jest się geniuszem, który nadrabia wszystkie zaległości w jeden wieczór, to nie należy ich sobie robić, prawda...?
Znowu tylko się uśmiechnąłem.
Poczułem się trochę nieswojo.
Brakowało mi jakiegoś pomysłu na to, co mógłbym powiedzieć albo jak mógłbym logicznie wytłumaczyć to wszystko, co się ostatnimi czasy wokół mnie dzieje, ale czułem, że to bez sensu. Jenna i tak nie zrozumie. Nigdy nie będę mógł jej powiedzieć prawdy, a nawet jeśli by ją poznała – nie uwierzyła by. Bądźmy szczerzy, nikt by nie uwierzył.
-Strasznie się zmieniłeś, Josh- rzuciła niespodziewanie, a ja wbiłem w nią pełne zaskoczenia spojrzenie.
-Zmieniłem...?- powtórzyłem niepewnie.
-Tak mi się wydaje- odparła, wzruszywszy ramionami- W ogóle, wszystko się zmieniło. Wiesz, zawsze dobrze się dogadywaliśmy, dzwoniliśmy do siebie, czasem się spotykaliśmy, nawet bez reszty... Teraz to wszystko jakoś się posypało, nie masz wrażenia...? Nie żebym narzekała...- dodała natychmiast, jakby samo przyznanie się do takiego stanu było czymś złym- Wiesz, ja mam swoje sprawy, swoich znajomych, nie umrę z tęsknoty, ale Jack i Katy... Sam rozumiesz, zawsze spotykaliśmy się grupowo. No dobrze, wy się spotykaliście. W każdym razie, Jack jak Jack, ale Katy zawsze ci się zwierzała i w ogóle... Sądziłam, że jesteście w bardzo dobrych relacjach, a ostatnio prawie nie rozmawiacie. Jasne, ja i tak rzadko uczestniczyłam w waszych wypadach, ale sam wiesz, jak to ze mną jest... Ale wy we troje widywaliście się niemal codziennie. Byliście prawie nierozłączni. A teraz, Jack i Katy spotykają się sami. I chociaż ci tego nie mówią, strasznie im się to nie podoba.
-Katy raczej nie narzeka- odpowiedziałem, uśmiechając się blado.
-Fakt...- Jenna parsknęła śmiechem i pokiwała głową, zagryzając figlarnie wargę- Tak czy inaczej, to jej oficjalna wersja. Co się tak właściwie dzieje, Josh?- zapytała nagle, wyjątkowo poważnie- Serio masz nas dosyć?
Zmieszałem się jeszcze bardziej.
W życiu nie chciałbym, żeby to tak wyglądało. Uwielbiałem moich przyjaciół. Zrobiłbym dla nich niemal wszystko, ale ostatnio...
Okej, spójrzmy prawdzie w oczy.
Ostatnio nie byłem w stanie nawet odpisać na ich sms-y.
Oto jest właśnie „wszystko” w wykonaniu Josha Cartera!
-Daj spokój, Jenna...- odezwałem się w końcu cicho- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi... Jestem z kimś i w ogóle... Sama wiesz, jak to jest... Chłopak zabiera mnóstwo czasu...
-Rozumiem to doskonale... Ale czy nie spędzasz go z nim zbyt wiele...?- dopytała ostrożnie, unosząc pytająco brew- Wiesz, nic mi do tego, ale chyba za szybko się sobą znudzicie, nie? Może i nie znam się na gejowskim pożyciu, ale wiesz mi na słowo, każdy facet jest w gruncie rzeczy taki sami, potrzebuje trochę czasu dla siebie i...
-Jenna, wiadomość z ostatniej chwili...- parsknąłem, spoglądając na nią z rozbawieniem- Ja jestem facetem.
-Wiem, Josh, nie bierz tego do siebie!- zaśmiała się pogodnie- Mnie naprawdę nic do tego, ja mam swoje życie, swoje sprawy... Swoich znajomych, jak mówiłam...- dodała po raz kolejny, ponad wszelką wątpliwość- Ale Jack i Katy sprawiają wrażenie naprawdę zdołowanych, zdajesz sobie sprawę? W końcu wymówki o facecie brzmią trochę dziwnie... Gdy byłeś z Ricky'm miałeś masę czasu i wcale ci to nie przeszkadzało w spotkaniu się z nami...
-Jenna... Nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek byłem z Ricky'm- stwierdziłem stanowczo- I nie wiem, czy w ogóle mogłem go nazywać swoim chłopakiem.
-Racja- przyznała cicho brunetka- Nie mogłeś.
Milczeliśmy oboje przez dłuższą chwilę. Naprawdę było mi głupio. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tak wiele się między nami zmieniło... Jasne, dawno ich nie widziałem. Jasne, nasz kontakt stał się mocno ograniczony, w porównaniu z tym, do czego byłem przyzwyczajony... Ale tak naprawdę, dostrzegłem to dopiero w tym momencie. Z drugiej strony, czy naprawdę powinienem czuć się winny...? Jenna odkąd tylko pamiętam spotykała się z różnymi facetami, a im bardziej się angażowała, tym mniej miała czasu dla nas. Więc czy ja nie mogłem sobie pozwolić na tę chwilkę oderwania się od rzeczywistości teraz, kiedy wreszcie miałem Amadeusza...?
-Ach, miałam cię zapytać... Jeżeli chodzi o Adriana...
-Wiem, wiem!- jęknąłem głucho, czując się jeszcze bardziej zażenowany niż jeszcze chwilę wcześniej- Chciałem ci opowiedzieć, ale...- Boże. Ale po raz wtóry uświadomiłem sobie, że w ogóle nie miałem dla ciebie czasu- Zostawiłem go wtedy- rzuciłem w końcu- Wiem, że to było kompletnie głupie i dziecinne... Strasznie mi z tym źle, naprawdę, ale coś wpadło mi do głowy i... Naprawdę mi przykro.
-Właśnie o tym chcę ci powiedzieć!- wykrzyknęła z nieskrywanym entuzjazmem, a ja wbiłem w nią nieco zagubione spojrzenie- Nie mogłam się do ciebie dodzwonić po tym balu, więc przeszłam się do Adriana i zapytałam jak minął wieczór... Sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego! Opowiadał mi wszystko od początku z taką ekscytacją, że tylko czekałam na moment, aż dojdzie do jakichś pikantnych szczegółów... A on nagle stwierdził, że go tam zostawiłeś!- aż pokręciła głową z niedowierzaniem- Skamieniałam! Ale on nie wydawał się być z tego powodu zły albo smutny... Nic w tym rodzaju... Wprost przeciwnie, mówił o tobie bardzo dobre rzeczy, był zachwycony... Podobno powiedziałeś mu bardzo miłe rzeczy... Coś ty mu nagadał?
-Powiedziałem mu po prostu prawdę, to nic wielkiego.
-Nic wielkiego?! Facet dostał kosza i to w naprawdę kiepskim stylu, a zachowywał się tak, jakby przeżył najlepszą randkę w życiu! Rany! Nie wiem, jak tego dokonałeś, ale jeżeli będę musiała kiedyś kogoś bezceremonialnie olać, poproszę cię, żebyś mnie wyręczył... Jesteś w tym mistrzem!
-Jenna... Proszę...- mruknąłem jedynie, spuszczając wzrok. Mimo wszystko, nie czułem się dobrze z tą całą sytuacją z Adrianem. Wydawało mi się, że tak czy inaczej musiało mu być przykro. I wcale nie sądziłem, że jego zadowolenie było moją zasługą. On po prostu miał o sobie strasznie niskie mniemanie. Możliwe, że trochę podniosłem go na duchu i stąd jego radość.
-Właściwie to dlaczego nie chciałeś się z nim umówić...?- Jenna wpatrywała się we mnie przenikliwie- Chodzi o wygląd, o charakter...?
-Nie!- zaprotestowałem natychmiast z głuchym jękiem- Wszystko z nim w porządku, naprawdę! Aż byłem zdziwiony, że umówiłaś mnie z kimś takim...
-Dlaczego...?- uniosła brew w pytającym geście.
-Ekhem... No wiesz, Jenna...- przewróciłem oczyma i parsknąłem znacząco- Powiedzmy, że zdaję sobie sprawę z tego, że zbyt dużą uwagę przywiązujesz do powierzchowności... Sądziłem, że przyprowadzisz mi jakiegoś piłkarza... Albo niespełnionego modela... Ale Adrian... Adrian był naprawdę świetny- stwierdziłem zgodnie z prawdą- Sympatyczny, drobny, delikatny, bardzo nieśmiały, cichy... To naprawdę uroczy chłopak.
-Więc o co chodziło?- zapytała bez cienia zrozumienia- Sądziłam, że po aferze z Ricky'm przyda ci się ktoś właśnie taki. Dla jakiegoś wyciszenia, wyważenia sytuacji i w ogóle... To nie był twój typ? Potrzebujesz kogoś bardziej dominującego...?
-Nie, to zupełnie nie to.... Adrian jest naprawdę...- Boże, nawet nie potrafiłem wypowiedzieć tego, co miałem na myśli. Całym sobą czułem, że Adrian był prześwietnym chłopakiem. I że byłby idealnym kandydatem dla kogoś takiego jak ja. I uznałbym za głupca każdego, kto odrzuciłby go na moim miejscu, ale... Ale ja przecież miałem Amadeusza. I nie potrafiłem nic poradzić na to, że Adrian zupełnie przestawał się przy nim liczyć- … Naprawdę świetnym chłopakiem- dokończyłem wreszcie- Pewnie gdybym był sam, wciąż nie mógłbym wyjść z podziwu, że nas zapoznałaś i na pewno od razu bym się z nim umówił, gdyby tylko zechciał... No... Ale nie jestem- skwitowałem, wzruszywszy nieco bezradnie ramionami.
-Daj spokój, Josh!- żachnęła się, machnąwszy obojętnie dłonią- Jesteś młody! Szalej! Nic ci się nie stanie, jeżeli przez chwilę będziesz grał na dwa fronty! Obu przyda się szczypta niepewności i rywalizacji...
-Nie, nie...- wycofałem się natychmiast- Wolę nie.
Jenna wpatrywała się we mnie z zupełnym niezrozumieniem. W końcu westchnęła głęboko i uniosła dłonie w geście bezradności i rzuciła:
-Boże! Ten twój facet musi być doskonały, że go się tak trzymasz! To chyba jakiś demon seksu!
Odkaszlnąłem ociupinę nerwowo.
-Taaaak... Demonem...
To był zdecydowanie zbyt celny strzał.
-Więc pomiędzy tobą i Adrianem na pewno nic nie będzie...?- dopytała podejrzliwie.
-Na pewno.
-Bo wiesz... Jeżeli chcesz, mogę was jeszcze gdzieś spiknąć... To będzie wyglądało na zupełny przypadek i...
-Jenna... To nie dla mnie- stwierdziłem z pełną stanowczością- Ja naprawdę nie chcę przelotnych miłostek i romansów... Nie jestem taki.
Brunetka spojrzała się na mnie jakoś tak... dziwnie. Z mieszaniną zdumienia i politowania jednocześnie. Po chwili pokręciła głową i jedynie westchnęła głęboko.
-N... No co...?- bąknąłem.
-Boże, Josh, wpadłeś po uszy... Zakochałeś się.
-Z... Zakochałem...?- wydukałem, cały się czerwieniąc. Odruchowo rozejrzałem się dookoła, w obawie, że gdzieś w pobliżu, zupełnie niezauważony, mógłby się czaić Amadeusz i słuchać tego wszystkiego- E, tam, Jenna, co ty mówisz...
-Przecież to widać gołym okiem! Rany, myślałam, że to przelotny romans albo dopiero rozwijający się związek, ale widzę, że chyba jednak jest inaczej.
-Jest- potwierdziłem cicho.
Właściwie nie było już czego ukrywać ani udawać. Sam już dawno zdałem sobie sprawę z tego, że Amadeusz jest dla mnie kimś ogromnie ważnym. I że chciałbym być z nim tak długo, jak to tylko możliwie, najlepiej przez cały czas. Szczerze mówiąc, nie miałem jednak pojęcia, co z tą świadomością zrobić.
-Czemu jeszcze go nie poznałam, co?- zapytała, posyłając mi nieco gniewne spojrzenie, a ja westchnąłem, uśmiechając się niemal smutno. W takich chwilach najbardziej na świecie chciałem, by Amadeusz był widzialny dla wszystkich.
-To nie takie proste.
-Tak, tak, wiem... Mieszka w innym mieście i tak dalej, i tak dalej...- Jenna chyba sądziła, że to kolejna wymówka- Ale skoro jest w stanie przyjeżdżać do ciebie z taką częstotliwością, że zapominasz o całym świecie, to chyba możesz mi go odstąpić na chwilę, chociażby po to, żebym mu się przedstawiła...?
-Nie o to chodzi...
-A o co...?
-Nasza sytuacja jest trochę... skomplikowana- szepnąłem niepewnie.
-To znaczy...?- uniosła pytająco brew.
Już otworzyłem usta, by coś odpowiedzieć, ale w tym momencie mój wzrok padł na ławkę, stojącą ledwie kilkanaście metrów dalej. Siedział na niej jakiś mężczyzna i pewnie nie zwróciłbym na niego najmniejszej uwagi, gdyby nie jego nietypowy wygląd. Mimo dwudziestoparo stopniowej temperatury, miał na sobie długi, brązowy płaszcz. Na jego nogach znajdowały się czubiaste, turkusowe buty, które właściwie nie pasowały mu do niczego, a głowę nakrywał pasiasty kapelusz, spod którego spoglądał na mnie z uwagą. Ledwie się zorientowałem, a niemalże odruchowo spuściłem wzrok. Jednak gdy zdecydowałem się spojrzeć na niego po raz kolejny, zorientowałem się, że on wciąż nie przestawał na mnie patrzeć.
-Josh!
-Hm...?- mruknąłem nieprzytomnie, przenosząc wzrok na Jennę i cały czas czując na sobie spojrzenie tego mężczyzny.
-Co się stało?
-Nic, zagapiłem się- wyjaśniłem pospiesznie, sam nieco zaskoczony swoją reakcją. Nie do końca zrozumiałem, dlaczego jakiś gapiący się na mnie dziwak wywołał we mnie tak niepokojące odczucia- O co pytałaś?- starałem się skoncentrować na Jennie, ale mój wzrok stale uciekał w kierunku nieznajomego. Czekałem na moment, aż w końcu odwróci spojrzenie chociażby na sekundę, ale nic takiego nie nastąpiło.
-Pytałam, o co chodzi z tym, że wasza sytuacja jest „trochę skomplikowana”- parsknęła, najwyraźniej lekko rozbawiona moim zdezorientowaniem, które poczytała sobie pewnie za zamyślenie.
-Chodzi o to, że nie jestem pewien, czy on czuje względem mnie to samo- odpowiedziałem bez zastanowienia, całkowicie zgodnie z prawdą.
-Raczej tak, skoro tak często wpada.
-Raczej nie ma wyjścia...- westchnąłem głęboko, a ona spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
-Jak to?
-Po prostu...- speszyłem się nieco, czując, że po raz kolejny powiedziałem coś, czego prawdopodobnie mówić nie powinienem- On inaczej podchodzi do kwestii związków.
-Ach...- Jenna pokiwała głową ze zrozumieniem- Woli luźne relacje...?
-Można to tak ująć- uciąłem.
Czego ten facet ode mnie chciał...?
-No tak, znam ten typ... To nawet lepiej. Wiesz, Josh, stałe związki są nudne... Ale skoro już się zakochałeś... No cóż, nie wiem, co zrobiłabym na twoim miejscu... Chociaż kiedyś wpadłam po uszy, chodziłam z takim jednym Timem i...- kolejne słowa Jenny zdawały się do mnie docierać jak przez mgłę. Właściwie w ogóle jej nie słuchałem. Cały czas czułem w sobie jakiś kompletnie irracjonalny, pozbawiony sensu niepokój. Kim był ten przeklęty mężczyzna...? Patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego, coraz bardziej przerażony. Jego twarz nie zdawała się zmieniać ani trochę- Josh... Josh, słuchasz mnie w ogóle...?- jęknęła marudnie brunetka, wyraźnie zirytowana- Jeżeli tak zrobisz, jestem pewna, że twój chłopak oszaleje na twoim punkcie... To zawsze działa...
-Tak, tak, Jenna, tak właśnie zrobię- wymamrotałem mechanicznie.
-Co z tobą?- zapytała z niezrozumieniem, a ja spuściłem wzrok i zagryzłem nerwowo wargę.
-Ten facet wciąż się na mnie gapi- szepnąłem ledwie słyszalnie. Czułem się tak, jakby ten mężczyzna stał tuż za moim ramieniem i mógł bez problemu usłyszeć to, co mówię.
-Który?- zapytała głośno Jenna, rozglądając się dookoła z wyraźnym zaciekawieniem.
-Jenna!- syknąłem ostrzegawczo- Przestań się tak miotać, do diabła! Ten na ławce...
-Ten z psem...?
-Nie, ten... Dziwnie ubrany. W płaszczu.
-W płaszczu?!- aż parsknęła śmiechem i wbrew moim słowom, zaczęła się wychylać jeszcze mocniej- Gdzie? Rany, muszę zobaczyć tego wariata! To jakiś bezdomny...?
-Nie... Chyba nie.
-Ale gdzie on jest?!
-Tutaj!- szepnąłem, zaskoczony tym, że jeszcze go nie zobaczyła- Na tej ławce, niedaleko nas...
-Przy fontannie...?
-Nie- rzuciłem niecierpliwie, odwracając ją twarzą wprost do tego faceta- Tutaj, widzisz?
-Gdzie?- zapytała ze zdziwieniem.
Znieruchomiałem.
-Naprawdę go nie widzisz...?- wpatrywałem się w nią z niedowierzaniem. Ja widziałem go aż nazbyt wyraźnie.
-Ale gdzie on jest?!- dopytywała nadal, mimo tego, że siedziała naprzeciwko niego.
Odetchnąłem odrobinę płytko. Poczułem się jeszcze bardziej przerażony, a przy tym kompletnie nie wiedziałem, co się tak naprawdę dzieje... To była jakaś halucynacja...? Moje wyobrażenie...?
-O co chodzi, Josh...?- zapytała bez zrozumienia brunetka.
-O nic...- odparłem, uśmiechając się blado- Jenna... Może przeszlibyśmy się do jakiejś kawiarni...?
-Okej- odpowiedziała, wciąż wyraźnie lekko zaskoczona, ale już po chwili przestała się rozglądać i uśmiechnęła się pogodnie, wstając- Ale pamiętaj, Josh... Po takiej przerwie, ty stawiasz.
-Tak, tak...- zaśmiałem się wymuszenie, również podnosząc się z miejsca i ruszając tuż za nią.
Gdy przeszliśmy obok tego mężczyzny przeszył mnie dziwny dreszcz.
Nie minęło kilka minut, aż usłyszałem za sobą uciążliwy, charakterystyczny stukot butów...

Nie miałem pojęcia, kim był ten człowiek ani czy rzeczywiście mnie śledził. Nie odwracałem się przez całą drogę do knajpy. Chyba instynktownie wolałem nie wiedzieć, czy za mną idzie, czy nie. Zdecydowałem się rozejrzeć dopiero, gdy znaleźliśmy się na miejscu, ale nigdzie go nie dostrzegłem. Ulżyło mi. Cała ta sytuacja niewyobrażalnie mnie zdenerwowała, sam nie wiedziałem dlaczego. No dobrze. Fakt, że widzi się kogoś, kogo nie widzi nikt inny jest zdecydowanie niepokojący, ale ja przecież jestem do tego przyzwyczajony, prawda...?
No właśnie.
Czy to mógł być...?
Nie, to nie był demon. Amadeusz powiedział przecież, że nikt taki nie powinien się do mnie zbliżyć dopóki on jest niedaleko. Oczywiście nie byłem pewien, co w jego mniemaniu znaczyło „niedaleko”, ale skoro nie wlókł się za mną krok w krok, to znaczy, że byłem bezpieczny.
Poza tym... Chyba inny demon powinien wyglądać tak jak Amadeusz, prawda...? Właściwie nie mogłem być tego pewien, ale... Cholera, to nie mogło być to.
Więc dlaczego Jenna nie widziała tego człowieka...?
Pożegnałem się z Jenną około piętnastej i ruszyłem do domu. Przez ten czas zdążyłem się już mocno stęsknić za Amadeuszem i jednocześnie wewnętrznie uspokoić. Przecież to mógł być przypadek. Albo przywidzenie. Owszem, bardzo realne przywidzenie, ale... Dobra, nawet, jeżeli ten facet rzeczywiście tam był, co tak bardzo mnie przerażało? Nie mógł mi niczego zrobić. Byliśmy w miejscu publicznym, a on tylko na mnie patrzył. To mógł być właściwie każdy. Jakiś zwykły przechodzeń albo ktoś, kto nie ma całkiem po kolei w głowie...
Jednak gdy tylko wszedłem do klatki schodowej, zmieniłem zdanie. Zamarłem w bezruchu, widząc owego mężczyznę z parku. Stał tuż przy schodach, wpatrując się we mnie badawczo, z równie nieruchomą i pozbawioną emocji twarzą. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować. Poczułem dziwną panikę. Śledził mnie...? Spuściłem wzrok, nie będąc w stanie wytrzymać jego spojrzenia i wydusiłem z siebie ledwie słyszalne:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry- odpowiedziała spokojnie moja rzekoma mara, ani na chwilę nie odrywając ode mnie spojrzenia. Zdenerwowałem się jeszcze bardziej. Ruszyłem szybko na górę i wszedłem do mieszkania.
Zupełnie nie wiedziałem, co sobie o tym myśleć.
Nadal miałem wierzyć, że to tylko przypadek...?
-No jesteś!- rzucił na mój widok Amadeusz, pojawiając się tuż obok mnie, a ja aż podskoczyłem z nerwów. Spojrzał na mnie zdziwiony- Co z tobą, Josh? Ostatnio jesteś jakiś płochliwy...
-Nic... Nic- odparłem jedynie, uśmiechając się wymuszenie, po czym wyminąłem go i wszedłem do sypialni, od razu podchodząc do okna. Wyjrzałem przez nie i serce zabiło mi szybciej. Znowu ten mężczyzna. Tuż przed blokiem. Niemożliwe, do diabła, niemożliwe... Czego on mógł ode mnie chcieć...?
-Josh- mruknął Amadeusz z wyraźnym niezadowoleniem, podchodząc do mnie i oplatając mnie kurczowo ramionami- Skoro nie było cię aż tak długo, może przynajmniej zainteresowałbyś się mną teraz troszeczkę...?
-Mhm...- odparłem jedynie w zamyśleniu, ledwie słysząc jego słowa.
-Co jest?- zapytał bez zrozumienia demon, marszcząc brwi- Coś nie tak z tym spotkaniem?
Chciałem mu powiedzieć.
Już otwierałem usta, by zacząć, ale...
-Nie- rzuciłem jedynie w odpowiedzi, uśmiechając się przepraszająco- Wszystko jest w porządku.

Nie chciałem nic mówić Amadeuszowi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że się zdenerwuje, pewnie zacznie dopytywać o co chodzi, sprawdzi kto to taki... Może tak byłoby lepiej. Wtedy przynajmniej wiedziałbym, czego mam się spodziewać i kim jest ten mężczyzna. Ale z drugiej strony... To nie była jego sprawa. Nie było potrzeby go tym denerwować. A przynajmniej tak właśnie myślałem. Jednak, gdy wieczorem wyjrzałem przez okno, a ten facet stał tam ciągle, dokładnie w tym samym miejscu, wpatrując się w górę – zmieniłem zdanie. Bałem się coraz bardziej, chociaż jeszcze nie wiedziałem czego.
-Amadeusz...- zacząłem cicho, ściągając z siebie koszulę.
Demon zamruczał jedynie w odpowiedzi i przylgnął do moich pleców w kurczowym uścisku, prawie jak zawsze, gdy przebierałem się w piżamę. Parsknąłem z rozbawieniem, kładąc swoje dłonie na jego i uśmiechając się lekko do siebie, chociaż zdecydowanie daleko było mi do stanu ulgi. Wciąż czułem nieustający niepokój.
-Myślisz, że Ricky mógłby kogoś wynająć, żeby mnie śledził...?- zapytałem w końcu po dłuższej chwili, wyczuwając na swojej szyi jego delikatne pocałunki.
Przyszło mi to do głowy, bo w końcu mi groził, prawda? A znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że mógł się jakoś zemścić. W tej sytuacji, miałem wręcz nadzieję, że tak właśnie było. W końcu on na pewno nie mógł znaleźć kogoś szczególnie groźnego.
Amadeusz odsunął się nieco, spoglądając na mnie ze zdumieniem. Wykorzystałem tę chwilę, by naciągnąć na siebie koszulę od piżamy. Zapiąłem ją, wpatrując się w jego z uwagą, ciekawy jego odpowiedzi.
-Pytasz czysto teoretycznie...?
-Czysto teoretycznie- potwierdziłem, nie całkiem zgodnie z prawdą.
-Nie sądzę- parsknął w odpowiedzi demon, wzruszywszy ramionami- Nie byłoby go na to stać, jest na to za głupi...- stwierdził kategorycznie, przywierając do mnie z powrotem i dobierając się do moich guzików. Strzepnąłem jego dłoń- A poza tym... Ma kolegów, nie? Niby dlaczego miałby kogoś wynajmować, równie dobrze mógłby zrobić to sam.
-Fakt- potwierdziłem cicho.
Wcale mi nie ulżyło. Wprost przeciwnie. Ricky mógłby być doskonałym wyjaśnieniem wszystkiego, co się działo. No dobrze. Na pewno nie wyjaśniał tego, że Jenna nie widziała tego człowieka, ale mógłbym to uznać za jakiś kompletny zbieg okoliczności. Ale rzeczywiście, do mojego byłego nie pasowały podobne zagrywki. Należał do zgranej grupki, gdyby rzeczywiście chcieli mi coś zrobić – zrobiliby to. Nie mieliby potrzeby kogoś wynajmować. A już na pewno nie kogoś takiego. Przecież ten mężczyzna nie mógł mieć z nimi nic wspólnego.
Boże, czemu mnie to tak strasznie przerażało? Przecież nic mi do tej pory nie zrobił. Był ze mną sam na sam, nie zaatakował mnie, nie powiedział ani słowa. Ale przecież po coś tutaj był. Cholera, dawno już nie czułem podobnego niepokoju. Jakby zaraz miało zdarzyć się coś złego, chociaż nawet nie wiedziałem co.
-Znowu do ciebie dzwonił...?- głos Amadeusza pobrzmiewał nieco złowrogo.
-Nie, nie- zaprzeczyłem natychmiast, uśmiechając się wymuszenie, po czym dałem mu znak dłonią, żeby się odwrócił. Udawał chyba, że nie zrozumiał, a ja sapnąłem z niecierpliwością i rzuciłem- Nie patrz.
-Nie rozumiem- mruknął bez zrozumienia demon, odwracając się ode mnie z chmurną miną- Przecież tyle razy widziałem cię nago, nie możesz przy mnie przebrać spodni?
-Jestem człowiekiem- odparłem jedynie, ściągając z siebie dżinsy i bieliznę, a następnie naciągając na siebie dół od piżamy.
Ominąłem Amadeusza i przeszedłem do łazienki, by włożyć wszystkie rzeczy do pralki, a gdy wróciłem do pokoju, demon leżał już w łóżku, wpatrując się we mnie z wyraźnym zadowoleniem. Uśmiechnąłem się jedynie, wślizgując się pod kołdrę i wtulając się w niego. Dzisiaj naprawdę nie miałem ochoty na nic więcej.
Rany. Jeden facet tak strasznie potrafił wytrącić mnie z równowagi...
-Co z tobą dzisiaj, co...?- zaniepokoił się wyraźnie demon- Jesteś jakiś niemrawy...
-Nic...- szepnąłem ledwie słyszalnie. To wszystko mnie zastanawiało. Przycisnąłem się jeszcze bardziej do klatki piersiowej Amadeusza- Może... Może mógłbyś przez kilka dni mi potowarzyszyć?- zapytałem w końcu po chwili wyraźnego wahania- No wiesz...- odkaszlnąłem odrobinę nerwowo, widząc zdumienie demona- Pochodzić ze mną do szkoły, do miasta... To nie zajmie ci zbyt dużo czasu...
-Serio...?- Amadeusz sprawiał wrażenie mocno zaskoczonego.
-Mhm...- potwierdziłem cicho.
-Nigdy mnie o to nie prosiłeś- zauważył ze zdziwieniem- Wprost przeciwnie. Zakazałeś mi za tobą łazić, powiedziałeś, że czujesz się niezręcznie, kiedy na ciebie patrzę... Skąd ta zmiana zdania?
Milczałem przez dłuższą chwilę.
I co miałem mu odpowiedzieć?
Że widziałem w parku jakiegoś dziwaka?
Że pewnie mnie śledzi, chociaż nie wiem dlaczego?
I że tak naprawdę niczego mi nie zrobił, a wszystko może być właściwie wymysłem mojej wyobraźni?
-Po prostu... Mam jakieś złe przeczucia- przyznałem w końcu, wzdychając głęboko.
-Złe przeczucia...?- powtórzył niemal rozbawiony, po czym cmoknął mnie w czoło i zachichotał cicho- Oj, Josh, wariacie... To ja tu jestem specjalistą od złych przeczuć, pamiętasz?
-Więc gdyby coś mi się stało... Wiedziałbyś o tym?- zapytałem ostrożnie.
-Jasne, że bym wiedział. Wyczułbym to, pewnie jeszcze bardziej intensywnie niż wtedy, gdy coś stało się Katy... Dlaczego pytasz?- dopytał podejrzliwie, a ja pokręciłem głową i uśmiechnąłem się lekko.
-Mniejsza z tym- stwierdziłem, odwracając się do niego plecami i wciskając głowę w poduszkę.
-Josh...?- jego głos pobrzmiewał wyraźnym niepokojem- Czemu ma ci się właściwie coś stać, co?
-Dobranoc, Amadeusz- odparłem jedynie, chociaż tak naprawdę wcale nie chciało mi się spać.
Długo jeszcze leżałem nieruchomo z przymkniętymi powiekami, rozważając to wszystko, a gdy wreszcie przysnąłem, miałem jakiś koszmar. Śniło mi się, że wróciłem do domu i znalazłem wszystkie swoje rzeczy porozrzucane na ziemi, jakby ktoś czegoś tam szukał. W pewnym momencie usłyszałem czyjeś kroki i przeszedłem do kuchni, przekonany o tym, że to Amadeusz, ale to nie był on. To był ten mężczyzna z parku. Trzymał coś w dłoni, jakiś pakunek, coś, co przypominało prezent i wpatrywał się we mnie intensywnie. Wybiegłem stamtąd natychmiast. Wiem, że pobiegł za mną. Wołałem na pomoc Amadeusza, ale nie było go nigdzie w pobliżu. Nie wiem, dlaczego, ale byłem przerażony jak diabli. Czułem, że zaraz stanie się coś złego, a nikt nie chciał mi pomóc. Zostałem zupełnie sam.
Obudziłem się zlany potem, odwracając się gwałtownie, by niemal odruchowo wtulić się w ciało demona, ale miejsce obok mnie było puste.
Amadeusza jak na złość nie było.
Odetchnąłem płytko i zagryzłem nerwowo wargę, zakrywając twarz dłońmi i starając się uspokoić.
Wszystko było nie tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz