Strony

niedziela, 22 maja 2011

` 2 ` [AFY]

Miałem zły sen.
Prawie tak okropny, jak wszystko to, co się wokół mnie działo przez ostatnich kilka dni. Znowu śnili mi się rodzice. Dom, to wszystko, co się zdarzyło… Nieustanne kłótnie i spory, aż w końcu ten wypadek… To wszystko mnie przerażało, napawało jeszcze większym lękiem.
Podniosłem się na łokciach, rozglądając po pokoju i czując się kompletnie osowiały i wyczerpany. Rudowłosego już przy mnie nie było. Pościel wciąż jeszcze nosiła zapach jego intensywnych, niemal ostrych perfum. Nie wiedziałem nawet, kiedy stąd wyszedł.
Nie wiedziałem nawet, po co przyszedł.
Nie zapytałem.
Nie rozmawiałem z nim wcale.
Zszedłem z łóżka i narzuciłem na siebie ubrania. Wczorajsze, nie miałem ochoty na wyszukiwanie czegoś nowego. I tak do wieczora było jeszcze daleko, ledwie dochodziła piętnasta. Wyszedłem z pokoju i zszedłem po schodach na dół. Bez problemów trafiłem do sali. Z lekkim zdziwieniem dostrzegłem całkiem spory tłum. Z tego, co mówił Fenicio, wszyscy zbierali się dużo później.
Rozejrzałem się za rudowłosym, ale nigdzie go nie dostrzegłem.
Od razu za to rzucili mi się w oczy Fenicio i Bello. Siedzieli dokładnie tam, gdzie zawsze, przy barze, to chyba stanowiło ich stałe miejsce. Ruszyłem w tamtą stronę chwiejnym krokiem. Byli chyba jedynymi osobami tutaj, do których mogłem się zwrócić. Reszta wciąż wydawała się dziwna, obca i zniechęcająca.
-Och… Nasza Cissy wstała…- usłyszałem chichot Fenicia i przystanąłem na dłuższą chwilę, gdy serce odrobinę szybciej zabiło mi z przerażenia. Bello trzymał na kolanach jakiegoś chłopaka i przez krótką chwilę przeszło mi przez myśl, że może to już czas. Sama myśl o tym napawała mnie paniką. Po krótkiej chwili jednak szybko się opamiętałem. Chłopak był bardzo młody i z pewnością nie wyglądał na kogoś, kto zaglądałby w takie miejsca. W dodatku był bardzo chudy, niemal anorektycznie, i nienaturalnie blady, z ciemnymi, lekko postrzępionymi włosami i brązowymi oczyma. Uśmiechnął się przyjaźnie w moim kierunku, zarzucając patykowate ręce na szyję Bella.
Kolejna rzecz, której zupełnie nie rozumiałem.
-Siadaj- Fenicio ściągnął mnie na miejsce obok siebie, widząc chyba moje zdezorientowanie.
-Cześć- przeraźliwie chudy chłopak pochylił się w moim kierunku, by podać mi rękę- Keisy.
-Cissy- przedstawił mnie Fenicio, a ja jedynie skinąłem niemrawo głową, ściskając jego dłoń- Obleśne, co?- zwrócił się bezpośrednio do mnie, a ja dopiero po chwili zrozumiałem, że zapewne chodzi mu o Keisy’ego i Bella.
-Hm…- mruknąłem jedynie, po czym zapytałem ze zdumieniem- Wy… Jesteście razem?
-Aha- potwierdził wesoło Keisy, podczas gdy małomówny Bello uśmiechnął się jedynie lekko- Prawie trzy miesiące- dodał, muskając krótko wargami skroń mężczyzny. Zaskoczyło mnie to. To, jak o tym mówił. Nie zdziwiłbym się, gdybym podobną deklarację usłyszał od jakiejś spotkanej na ulicy pary, ale… Ale nie tutaj.
-I… Nie przeszkadza wam to, co tutaj robicie…? To, że jesteście z innymi mężczyznami?
Keisy zmieszał się wyraźnie.
-No… To tylko praca- stwierdził, wzruszywszy ramionami, uśmiechając się jakby niepewnie- Nic wielkiego.
Nic wielkiego.
Jak to możliwe…?
-Nic wielkiego, że… Po prostu to chyba jest zdrada, prawda?- zapytałem w końcu, wciąż nie potrafiąc ogarnąć, jak w takim miejscu jak to można się związać czy być ze sobą. To było po prostu niemożliwe, z pewnością nie na moje siły.
-Niekoniecznie- odezwał się w końcu Bello- To raczej… Mówiłem ci już o swoistym przewartościowaniu, prawda? Wychowując się, ustalamy sobie jakiś porządek rzeczy, coś jest dla nas bardziej intymne, coś mniej, coś naturalne, a coś innego wymuszone. Tutaj chodzi tylko o to i aż o to. O zmianę punktu widzenia, zmianę swoistego systemu wartości, wewnętrznego porządku. Z czasem się przyzwyczaisz i zrozumiesz. To miejsce, w którym trzeba się trochę zmienić, wykreować na nowo. Tak, jak imię, które dotąd było sprawą normalną, wręcz pierwszorzędną, tutaj odchodzi na dalszy plan. Pozostaje dla ciebie, jak swoiste oderwanie się od wszystkiego, jakiś punkt intymności, prywatności. Seks z kolei, który być może wcześniej jawił się jako całkowicie dobrowolny, powodowany uczuciem albo przynajmniej fascynacją, staje się naturalny, codzienny, zwykły. Tak jest ze wszystkim. Nie traktujemy tutaj tego, co robimy, jako zdrady. Zdradą byłoby odejście do kogoś innego. Obdarzenie kogoś uczuciem. To, co robimy, nią nie jest.
-Sranie w banie…- usłyszałem cichy, wyraźnie niezadowolony pomruk Fenicia, który jednak pozostał bez wyraźnego komentarza z ich strony.
-Naprawdę… Naprawdę chcecie? Sądziłem, że jeżeli robi się coś takiego, to…- zawahałem się lekko, nie wiedząc, jak to określić- Sądziłem po prostu, że jeżeli seks traktuje się w taki sposób… I… No… Po prostu nie chce mi się wierzyć w to, że po tym wszystkim chcecie być ze sobą blisko.
-Owszem, seks przestaje smakować, wierz mi- Bello uśmiechnął się łagodnie, a Fenicio spojrzał na niego, jakby ten oszalał.
-Seks nigdy nie przestaje smakować!- żachnął się, kręcąc z niedowierzaniem głową- Co za brednie…
-Fenicio raczej ci tego nie wyjaśni, ale tak po prostu się dzieje- kontynuował Bello, najwyraźniej wcale niezrażony- Seks przestaje być częścią intymności, przestaje być czymś zarezerwowanym tylko dla ludzi, których darzymy uczuciem albo którzy nam się zwyczajnie podobają, nie jest już więc formą bliskości. Stają się nią raczej pocałunki, zwykłe gesty. Jak mówiłem, chodzi o przewartościowanie.
-To tutaj normalne- dodał Keisy, uśmiechając się do mnie delikatnie- Jest dużo osób, które są ze sobą blisko.
-… Dużo popaprańców.
-Fenicio nie zrozumie- prychnął cicho chłopak- Jego nikt tutaj nie chce.
-Mylisz się, to JA nikogo nie chcę- sprostował Fenicio, przenosząc na Keisy’ego niechętne spojrzenie. Chyba niezbyt się lubili- I nikogo nie potrzebuję. Nie jestem jak ty. Nie potrzebuję niczyjej litości…- uśmiechnął się złośliwie, widząc chyba niepewność pojawiającą się na twarzy chłopaka. Zrobiło mi się go szkoda. Sądziłem, że Bello coś powie, coś wyjaśni, ale ten wciąż milczał.
-Bello nie jest ze mną z litości- stwierdził cicho Keisy, tak jakby jego partner nie był tuż obok- I ja też nie.
-To oczywiste… Ty łaski nikomu nie robisz, w końcu i tak każdy wie, że niezbyt się do czegokolwiek nadajesz… Dlatego sam fakt, że ktoś, kto w innych okolicznościach nie zwróciłby na ciebie uwagi, zajmuje się tobą, żebyś nie skończył jak…
-Dosyć- syknął cicho Bello- Nie przeciągaj struny, Fenicio.
Wpatrywałem się w twarz Keisy’ego. Zagryzł wargę, jakby powstrzymywał się od płaczu, lekko zaczerwieniony z zażenowania, po czym wtulił twarz w szyję Bella i chyba coś mu powiedział, bo już po chwili, właściwie bez słowa, podnieśli się obaj i wyszli.
-O co chodzi?- zmarszczyłem brwi, spoglądając na Fenicia bez większego zrozumienia.
-O bezdenną głupotę, Cissy- odparł chłopak, parsknąwszy cicho, po czym usiadł przodem do mnie, niemalże stykając się ze mną kolanami. Pochylił się w moją stronę, przesuwając opuszkami wzdłuż mojego policzka, by w końcu zaczesać mi zbłąkane pasemko włosów za ucho- Ty nie musisz się tak wygłupiać. Keisy to tylko głupi dzieciak, który potrzebuje kogoś, żeby tworzyć swój własny świat, w którym wszystko jest inne niż naprawdę, ale w rzeczywistości skończy tak jak wszyscy. Bo jest słaby. Dlatego nie powinieneś słuchać ani jego, ani Bella, ale trzymać się ze mną. Jeżeli będziesz robił to, co do ciebie należy, nauczysz się w końcu czerpać z tego przyjemność. Zamiast wsłuchiwać się w wielkie opowieści o nieskończonej miłości, skup się na tym, co realne. Tutaj nie ma miejsca na miłość, mówiłem ci. Bello nie ma problemu z tym, żeby patrzeć, jak jego chłopaczka bzykają na prawo i lewo, a Keisy, że jego facet spotyka się z innymi. Gdzie tu uczucie? To po prostu farsa.
-Sam nie wiem…- odpowiedziałem cicho, odrobinę spłoszony jego bliskością. Jego druga dłoń wylądowała na moim biodrze, a on przysunął mnie do siebie bliżej wraz z krzesłem.
-Ze mną wszystko jest proste, Cissy- mówił dalej, wciąż gładząc mnie delikatnie po twarzy- Ja cię nie okłamię. Nie zwiodę. Nie będę ci opowiadał bajek, żebyś czuł się dobrze. Ale przez to szybciej się tutaj ogarniesz i zrozumiesz.
-Dlaczego wydaje ci się, że kłamią…?- zapytałem niepewnie- Może tak akurat czują. Może tutaj nie da się inaczej.
-Cissy- Fenicio zachichotał cicho, kręcąc głową z politowaniem- Uwierz mi, widziałem już kilka tych wielkich miłości i ich finałów. Nie wyglądało to równie brawurowo i melodramatycznie, jak w filmach. Było po prostu żałosne. To wszystko fałsz, kpina i okłamywanie samego siebie. Staranie się sobie wmówić, że wszystko jest w porządku, że panuje tu jakiś ład, że jesteśmy normalni i normalnie żyjemy, ale tak nie jest. Choćbyś znalazł sobie najbardziej zręczną dziwkę, jeżeli coś się stanie, nikt ci tutaj nie pomoże. Jeżeli jutro ktoś zdecyduje, że ma cię tu nie być, zechce zrobić ci krzywdę, wywieźć cię gdzieś, zabić, nikt się za tobą nie wstawi… Nie martw się, nie robią tego często- dodał z rozbawieniem, widząc chyba przerażenie malujące się na mojej twarzy- Ale od czasu do czasu muszą. Szczególnie, gdy ktoś nie chce się podporządkować albo próbuje uciec. A kto robi takie rzeczy, Cissy? Marzyciele. Jeżeli sądzisz, że ktokolwiek jest tu w stanie za kogoś nadstawić karku, to się mylisz.
Milczałem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
To nie było dla mnie. Zupełnie nie. Nie chciałem robić tego wszystkiego, spotykać się z obcymi mężczyznami ani… Ani naruszać własnej intymności. Czy też przewartościowywać swój świat. Nie chciałem. Ale z drugiej strony wszystko to, co mówił Fenicio, brzmiało przekonująco. Autentycznie. Nie rozumiałem, jak ludzie mogą być ze sobą, wyznawać sobie uczucia, jednocześnie uprawiając seks z kimś innym, wiodąc taki tryb życia. To było dla mnie nie do pojęcia, sztuczne, nieprawdziwe. Nie tego mnie w życiu uczono, nie do tego byłem przyzwyczajony.
Ale nie byłem taki jak Fenicio.
Nie szukałem łatwego życia.
Może rzeczywiście byłem marzycielem.
Ale wolałem swoje urojenia niż prawdę, o której mi mówił.
-Jesteś śliczny, Cissy…- usłyszałem, jak mruczy cicho, błądząc wargami po moim policzku- Dasz sobie radę. Lepiej niż on.
Westchnąłem mimowolnie, zagryzając wargę, a Fenicio uśmiechnął się z zadowoleniem, siadając prosto. Wpatrywałem się w niego jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zszedłem z krzesła i ruszyłem do wyjścia. Wszedłem po schodach na górę i znalazłem się na korytarzu. Nim dotarłem do swojego pokoju, z jednego z rozgałęzień wyszedł Keisy. Spojrzał na mnie lekko zdumiony, po czym uśmiechnął się pogodnie. Odwzajemniłem ów uśmiech nieco niepewnie.
Skręcił gdzieś w bok, a ja wszedłem do swojego pokoju i aż uniosłem brwi w geście zdumienia, dostrzegając na komodzie talerz z jakimiś kanapkami i batonem oraz szklankę wody.
-Ostatni raz- usłyszałem i odwróciłem się w stronę Thomasa, który stał w progu, opierając się lekko o futrynę.
-Słucham?
-To ostatni raz. Nie licz na taryfę ulgową- stwierdził szorstko- Jeżeli dzisiaj na siebie nie zapracujesz, jutro nic nie dostaniesz.
-W porządku- odpowiedziałem cicho, zaczesując nerwowo pasemko włosów za ucho. Na szczęście nie zamierzał powiedzieć mi nic więcej i po prostu odszedł, zamykając za sobą drzwi. Chwyciłem za talerz i opadłem ciężko na łóżko, starając się zachować spokój. Każda najmniejsza wzmianka, nawet myśl o tym, co czeka mnie dziś wieczorem, napawała mnie paniką. Ale już teraz, w tym momencie, wiedziałem.
Nie zrobię tego.
Zdawałem sobie sprawę z konsekwencji, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Już sam widok sprawiał, że czułem się fatalnie. Obrzydzony, zniechęcony, wytrącony z równowagi. Nie wierzyłem w to, że w pewnym momencie rzeczywiście może się to dla mnie stać normalne.
Zabrałem się za jedzenie. Mimo tego, że byłem głodny, każdy kolejny kęs ledwie przechodził mi przez gardło. Może przez to, że ciągle zdawałem sobie sprawę z tego, za co to dostałem. A raczej, co będę musiał zrobić, żeby sobie zapracować na kolejny posiłek.
Nie mogę.
Odłożyłem talerz, a następnie skierowałem się do łazienki.
Otworzyłem szafkę, chyba z czystej ciekawości. Prezerwatywy, które wziąłem ze sobą wczoraj, a które nadal zalegały gdzieś w moich kieszeniach, zostały wymienione na nowe. Ktoś musiał tutaj przychodzić, gdy nas nie było, i pilnować wszystkiego.
Dziwaczne.
Prawie jak w jakimś hotelu, gdyby nie fakt, że zazwyczaj hotelowi goście nie są zmuszani do zaspokajania potrzeb pozostałych klientów.
… Ani personelu.
Nie wiem, dlaczego ponownie przyszedł mi do głowy Red. Fenicio mówił o tym, że… Że… Jest z szefem tego miejsca.
Cały czas miałem pewien problem z nazywaniem pewnych rzeczy po imieniu.
W każdym razie to miejsce sprawiało wrażenie zupełnie przewrotnego i skomplikowanego. Nie przypominało tych wszystkich, które znałem z filmów albo wiadomości, gdy mówiło się o prześladowanych kobietach, bitych, zmuszanych, przetrzymywanych w nieludzkich warunkach… Tutaj wszystko wyglądało inaczej.
Ale Fenicio chyba miał rację.
Nie liczą się czas, okoliczności, przyczyny ani miejsce.
Dziwka jest dziwką.

Zszedłem na dół, mając już w myślach konkretny plan. Chciałem dokładnie tak jak wczoraj, przejść od razu do toalety i tam przeczekać do końca wieczora. Nie szukałem nawet Fenicia ani Bella. Rozglądałem się raczej za kimś innym…
Zatrzymałem się na środku sali, wpatrując się w miejsce, w którym wczoraj dostrzegłem rudowłosego. Dziś jednak siedział tam już ktoś zupełnie inny. Nie odnalazłem go wzrokiem, więc w końcu oszczędziłem sobie rozglądania się i od razu skierowałem się do łazienki. Zupełnie tak jak wczorajszego wieczoru, zamknąłem się w kabinie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że z chwili na chwilę jest coraz więcej klientów. Że zapewne Thomas i cała reszta liczą na to, że dzisiaj przyniosę jakiś zysk. Nie chciałem wpadać mu w oczy. Wolałem zostać tutaj.
Wolałem zostać sobą.
Nie chciałem się zastanawiać dokładnie nad tym, co mnie czeka. Wcale nie byłem przekonany, co do swojej niezłomności. Pamiętałem jeszcze swoje myśli, gdy byłem przetrzymywany, gdy jechałem tą furgonetką. Wtedy byłem chyba gotowy na wszystko, byleby tylko nikt nie zrobił mi krzywdy.
Nie wiem, ile dokładnie siedziałem w środku. Starałem się oderwać od wszystkiego, co słyszałem, ale dziś w łazience i tak było stosunkowo spokojnie. Przynajmniej w porównaniu z tym, co działo się wczoraj. Dopiero po chwili usłyszałem trzaśnięcie drzwiczek od kabiny tuż obok mnie. Ale tym razem z jej wnętrza dobiegło mnie zupełnie coś innego.
Coś w rodzaju przytłumionego łkania.
Uchyliłem drzwi, odrobinę zdumiony, po czym zastukałem do sąsiedniej kabiny. Drzwiczki uchyliły się i dostrzegłem zza nich zaczerwienioną od płaczu twarz Keisy’ego.
-Keisy…- rzuciłem cicho, spoglądając na niego ze zdziwieniem- Co się stało?
-Nic wielkiego- odpowiedział, starając się uśmiechnąć, ale kompletnie mu to nie wyszło. Cały się trząsł.
Zagryzłem niepewnie wargę.
-Przejdziesz… Przejdziesz do mnie?- zapytałem w końcu, wskazując na kabinę. Pewnie w każdych innych okolicznościach podobne pytanie wdałoby się każdemu wręcz idiotyczne, ale Keisy jedynie zastanowił się chwilę, ale ostatecznie pokiwał głową, a ja odsunąłem się odrobinę, dając mu możliwość wejścia do środka.
Usiadł na zamkniętym sedesie, wpatrując się we mnie wciąż załzawionymi oczyma.
Zamknąłem za nami drzwi i sam usiadłem na posadzce przed nim, opierając się o nie.
Keisy podkulił nogi pod siebie, obejmując je ramionami.
Przez chwilę milczeliśmy obaj, chyba nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
-Ktoś zrobił ci krzywdę?- zacząłem, spoglądając na niego pytająco. Uśmiechnął się odrobinę nieśmiało i pokręcił głową.
-Nie, nic z tych rzeczy.
-Więc dlaczego płaczesz?
-Po prostu… Jest ciężko- stwierdził, czerwieniąc się przy tym, jakby wstydził się własnych słów. W końcu wzruszył jedynie ramionami i dodał- Trudno się przyzwyczaić.
-Długo tu jesteś?
-Siedem miesięcy.
Siedem miesięcy…
Siedem miesięcy.
Przerażające.
Siedem miesięcy, przez które wcale nie dało się przyzwyczaić, wbrew temu, co mówił Fenicio.
-Hm… A teraz…? Dziś? Nie stało się nic konkretnego?
-Niezupełnie…- odpowiedział cicho- Czasami ma się dość wszystkiego.
Skinąłem głową. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.
-Nieważne- parsknął w końcu Keisy, zagryzając wargę i siląc się na uśmiech- A ty? Czemu siedzisz tutaj?
-Hm… Nie chcę wychodzić- odparłem niepewnie- Nie chcę tego robić.
Keisy wpatrywał się we mnie ze zdumieniem przez dłuższą chwilę, po czym rzucił:
-Musisz! Musisz to robić! Jeżeli nie, to…
-Wiem. Fenicio mi powiedział- przerwałem mu, o dziwo aż nazbyt spokojnym głosem. Nie, nie pogodziłem się z tym jeszcze. Nie wiedziałem nawet, co będzie mnie czekało kolejnego ranka, jeżeli nie wezmę się w garść. Ale tutaj było bezpiecznie. W męskiej toalecie. W kabinie. Dość przewrotne miejsce na znalezienie sobie swojej prywatnej małej wyspy, przestrzeni z dala od wszystkich, ale tak było dobrze.
-Na początku jest trudno- przyznał Keisy- Ale później się zmienia.
-Tobie się nie zmieniło. Ty się nie przyzwyczaiłeś.
-O nie, nie- Keisy parsknął odrobinę nerwowo, kręcąc gwałtownie głową- Jeżeli chodzi… O moje problemy… Nie dotyczą wcale seksu ani tego, co tutaj robimy… Naprawdę- dodał, widząc chyba moje pełne niedowierzania spojrzenie- To coś, co z czasem staje się normalne. Czasem nawet jest miło. Innym razem mniej, ale to nic strasznego.
-Chodzi o Bella…?
-Skąd!- zaprzeczył ponownie, tym razem uśmiechając się niemal wesoło- Bello jest wspaniały! Bardzo mnie wspiera i zawsze jest dla mnie strasznie dobry! Nie daje mi powodów do smutku, a wprost przeciwnie.
-Więc czego dotyczą twoje problemy?- zapytałem bez większego zrozumienia, a on odkaszlnął cicho, jakby odrobinę spłoszony, po czym rzucił:
-Chciałbym stąd wyjść.
-Opuścić to miejsce?
-N… Nie na stałe- zastrzegł prędko, jakby sama myśl o tym była czymś niedopuszczalnym czy wręcz absurdalnym- Po prostu… Co jakiś czas…
-Nie wychodzicie nigdy?
-Na podwórze możemy. Raczej, gdy jest cieplej. Ale nie możemy opuszczać terenu ośrodka- … ośrodka… Brzmiało dużo lepiej w porównaniu z „burdelem”- Jedynie niektórzy, ale ja do nich nie należę.
-Chciałbyś kogoś zobaczyć?- zapytałem, bo to właściwie było pierwszym, co przyszło mi do głowy- Rodzinę, przyjaciół…?
-Chciałbym zobaczyć wschód słońca- zachichotał Keisy, jakby rozbawiony moimi słowami- Gdzieś daleko, daleko stąd. Na jakiejś plaży. Tak jak w romantycznych filmach. Najlepiej z Bello…- dodał, uśmiechając się z rozmarzeniem- Jeżeli chodzi o rodzinę, to nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu. Jeszcze długo przed tym, nim znalazłem się tutaj.
-Dlaczego?
-Po prostu- wzruszył ramionami i zakołysał się lekko- Jak byłem młody to trochę eksperymentowałem… Z alkoholem, narkotykami… Mieli ze mną dużo kłopotów. Często uciekałem z domu, sprowadzałem im policję na głowę… Któregoś dnia po prostu się wyprowadzili… Bez słowa, bez zostawienia adresu, bez żadnej informacji. Ale wtedy jeszcze mnie to cieszyło, bo wydawało mi się, że tak właśnie wygląda wolność… Bez ich wiecznego nadzoru…- uśmiechnął się lekko.
-Więc… Więc jak wylądowałeś tutaj?- byłem chyba zwyczajnie ciekaw. Chciałem wiedzieć, czy trafił tu tak samo jak ja. W taki sam sposób. Czy również nie miał żadnego wyboru.
-Och… Hm… Po prostu nie miałem gdzie mieszkać i nie mogłem znaleźć normalnej pracy, więc kumpel zaproponował mi… No wiesz… Seks za pieniądze- przewrócił oczyma i parsknął cicho- Zgodziłem się. Było fajnie. Później samo się potoczyło i znalazłem sobie miejsca, do których przyjeżdżali starsi panowie zainteresowani mężczyznami. Potrafiłem sobie na tym dorobić, ale i tak nie na tyle, żeby było mnie stać na mieszkanie. Poza tym… Wtedy kupowałem też prochy… No i… Teraz nie biorę- dodał prędko, jakby spłoszony- Po prostu któregoś dnia podjechał samochód, ale zamiast klienta wysiedli jacyś goście i zaczęli ze mną rozmawiać o tym, że mogę trafić w zupełnie inne miejsce, że w zamian za to, co robiłem tam, będę miał dodatkowo dach nad głową, ubrania, jedzenie, wszystko… Skojarzyło mi się to ze sponsoringiem i myślałem, że chodzi o coś w tym stylu… No ale wylądowałem tutaj.
-I nie przyszło ci do głowy, żeby odejść? Nigdy?- wpatrywałem się w niego uważnie. Dla mnie było to coś, co właściwie uderzyło mnie od pierwszej chwili. Zamknięcie tego rodzaju… Praca… To wszystko kompletnie nie dla mnie.
-Nigdy!- zapewnił gorliwie- Tu jest naprawdę fantastycznie. Jeszcze tego nie widzisz, ale się przekonasz. Nigdzie nie było mi tak dobrze. Wszystko jest pod ręką, jest ciepło, zawsze masz świeże ubrania, ktoś dba o to, żebyś był czysty, najedzony i niczego nie złapał. To coś, czego tam nie było. Jest niewiele miejsc, w których uświadczysz czegoś podobnego. Zdecydowana większość osób, które tutaj są, nigdy nie miałaby życia na tym poziomie, gdyby została na ulicy. Na przykład ja.
Ja chyba nie zaliczałem się do owych osób. Co prawda w moim rodzinnym domu z pieniędzmi zaczynało być coraz gorzej, ale…
-W każdym razie jest niesamowicie- podsumował, uśmiechając się szeroko.
-Więc dlaczego płaczesz?- zapytałem bez zrozumienia.
Keisy spłoszył się natychmiast.
-M-mówiłem przecież, że nie z tego powodu- wyjąkał w końcu, czerwieniąc się wyraźnie- Zresztą… Nie chcę o tym mówić. To niełatwy temat. Ale dzięki- uśmiechnął się nieśmiało- Pewnie nikt inny nie zwróciłby na to uwagi, od razu widać, że jesteś nowy.
-Na co?
-Na to, że ktoś inny płacze. Tutaj to normalna sprawa, każdy przechodzi jakieś kryzysy…
Normalna sprawa.
Słyszałem to już któryś raz, tymczasem miałem nieodparte wrażenie, że w tym miejscu przymiotnik „normalny” nie pasuje zupełnie do niczego.
Znowu zapadła pomiędzy nami cisza, ale tym razem przerwał ją Keisy, zaczynając odrobinę nieśmiało:
-Dlaczego nie chcesz na siebie zarobić…?
-Ja… Ja po prostu… Nie uważam, żeby to było dobre- odpowiedziałem niepewnie- Nie widzę tego w taki sposób. Dla mnie to nie ma nic wspólnego z normalnością.
-To kwestia przełamania się- uśmiechnął się pogodnie, najwyraźniej próbując mnie przekonać- Mówię ci. Pierwszy raz jest trudny, ale później leci już z górki. Powinieneś z kimś spróbować. Możesz nawet podotykać mnie- stwierdził, najwyraźniej całkowicie poważnie, bo już po chwili rozchylił lekko nogi i uśmiechnął się zachęcająco.
-N… Nie- pokręciłem głową, mocno zażenowany- Raczej nie.
-Okej- wzruszył ramionami, najwyraźniej tym niezrażony, po czym podniósł się z miejsca, a ja zrobiłem dokładnie to samo- Muszę spadać.
-W porządku- odpowiedziałem, odsuwając się od drzwi, by zrobić mu przejście. Uchylił je, ale ostatecznie zatrzymał się w progu i rzucił tylko:
-Jeżeli nie zamierzasz nic robić, lepiej wróć do pokoju. Tutaj nie jest najlepiej. Toalety rzadko pilnują i czasem przychodzą tu naprawdę nieciekawe typy- stwierdził, po czym uśmiechnął się do mnie lekko i odszedł.
Nic chyba w tym momencie nie mogło mnie bardziej przekonać do tego, że jednak powinienem się stąd jak najszybciej wynieść, nawet, jeżeli miałbym oglądać to wszystko, co dzieje się na sali. Wyszedłem prędko z łazienki, a następnie szybko przeszedłem na korytarz. Wydawało mi się, że Thomas oraz ci wszyscy mężczyźni, którzy kręcili się gdzieś w pobliżu, natychmiast zwrócą na mnie uwagę i każą mi wracać, ale wcale tak nie było. Zresztą nie wracałem sam, w korytarzu znajdowało się także kilku innych mężczyzn, idących w kierunku sali albo wychodzących z nich. Chyba na tym polu też mieli dużo swobody.
Rozpamiętywałem zapewnienia Keisy’ego o tym, że wszystko jest w porządku, że to miejsce jest fantastyczne, że czuje się tutaj naprawdę dobrze… Rozpamiętywałem je i jednocześnie nie dawałem im wiary. Nie chodziło o to, że nie brzmiał wiarygodnie. Brzmiał. Pewnie nawet wierzył w to, co mówi. Ale lepsze chyba było już życie na ulicy, bez domu, bez dachu nad głową, niż życie tutaj. Może rzeczywiście nigdy nie miałem okazji, żeby to porównać. Może rzeczywiście nie powinienem go oceniać, nie powinienem oceniać kogokolwiek, kto się tutaj znalazł. Moja sytuacja domowa ostatnimi czasy nie była najlepsza, ale nigdy nie cierpiałem z tego powodu fizycznie. Nie głodowałem, nie marzłem, miałem gdzie spać i co robić.
Ale jednak. Nawet, gdyby było to najwspanialsze miejsce na świecie, nie było w nim przestrzeni, nie było wolności. Swoboda, luz, brak przymusu – to wszystko brzmi pięknie, ale w połączeniu z tym, co się tutaj naprawdę działo przestało mieć jakikolwiek sens. Wciąż słyszałem Keisy’ego, który zachwalał to miejsce tylko dlatego, że miał gdzie spać, w co się ubrać, co jeść… Za cenę tego, co robił tu każdego dnia. Fenicio miał chyba rację. Chyba chodzi o sam seks i o nic więcej. Chyba nie należy do tego dorabiać żadnych innych historii. Chyba to jedynie piękne kłamstwo, wytłumaczenie siebie. Być może nawet próba wmówienia samemu sobie, że wylądowało się w dobrym miejscu. W godnym miejscu. W miejscu, w którym można żyć.
Tu nie było takiej możliwości.
Keisy się cieszył, ale jednocześnie, tak jak ja i wszyscy pozostali, kręcił się w jakimś zamkniętym kole, niemającym zupełnie żadnego sensu i nic wspólnego z wolnością. Był niczym zwierzę zamknięte w klatce, które teoretycznie ma gdzie mieszkać, ma jedzenia pod dostatkiem i ciepło i niby samo może decydować o tym, co w danej chwili zrobi, ale jedynie w obrębie zamkniętych czterech ścian, przestrzeni, z której nigdy się nie wydostanie.
Nie chciałem dojść do takiego absurdu, żeby myśleć o tym, co mi się przytrafiło, w kategoriach jakiejś łaski, czegoś dobrego. Lepszego wyjścia. Mniejszego zła. Chociaż właściwie mogłem. Nie wiedziałem, co czekałoby mnie, gdybym został z tamtymi facetami. Dziś równie dobrze mógłbym być martwy albo nadal przytrzymywany, w warunkach znacznie gorszych niż te tutaj. Ewentualnie trafić do innego miejsca o podobnym charakterze, w którym mógłbym się nie odnaleźć wcale.
Wszedłem do swojego pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Dopiero na widok niedokończonego śniadania zdałem sobie sprawę z tego, jak potwornie jestem głodny. Dokończyłem kanapki, batona wrzucając do jednej z szuflad. Jeżeli jutro miałem nie dostać nic do jedzenia, z pewnością się przyda. O ile ktoś nie zrobi mi czegoś gorszego…
Nie mogłem być pewien.
Wziąłem prysznic, a następnie przeszedłem do pokoju. Z ubrań, które wybrałem sobie dzień wcześniej, wynalazłem jakieś luźne spodnie, które nadawały się na coś w rodzaju piżamy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że właściwie nie było mi to tutaj potrzebne, ale…
… Ale…
Może ktoś mógłby wejść…
… Ktoś …
No dobrze, miałem na myśli kogoś aż nazbyt konkretnego.
Nie wiem, z jakich powodów.
To chyba nieistotne.
Zgasiłem światło i położyłem się do łóżka.
Jak strasznie banalne mogło być to, że z jednej strony bałem się, czy ktoś nie zrobi mi krzywdy, a z drugiej strony oczekiwałem, że pojawi się tutaj zaraz rudowłosy. Czy to w ogóle miało jakiś sens…?
Albo chociaż to, że będąc z nim wówczas, tak blisko, wszystko wydawało się prostsze, skoncentrowane na tym jednym momencie. Bez wybiegania w przyszłość. W tej jednej chwili, kiedy czułem go tuż przy sobie, kiedy ten oderwał się od moich warg i po prostu we mnie wtulił, poczułem się naprawdę bezpieczny. Odrobinę skołowany i niepewny, ale bezpieczny. Nie musiałem się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego ani analizować jego zachowania. Wystarczało mi po prostu to, że jakimś cudem znalazł się tuż obok, w momencie, gdy potrzebowałem tego najbardziej. I nie wiem, czy chodziło akurat o niego. Może zareagowałbym tak samo, gdyby to był ktokolwiek inny. Ktokolwiek, kto tylko akurat by się pojawił. Kto zdecydowałby się zostać.
Nie wiem, ile minęło czasu. Godzina, może pół…
Ale w końcu ciche skrzypnięcie drzwi wyrwało mnie z półsnu. Uchyliłem powieki, podnosząc się do pozycji siedzącej i dostrzegając w progu rudowłosego. Przetarłem oczy, wpatrując się w niego uważnie. Serce zabiło mi szybciej.
-Cześć- usłyszałem jego cichy, melodyjny głos. Dziś wyglądał równie imponująco. Słabo widziałem go w bladym świetle padającym z korytarza, ale byłem w stanie dostrzec jego szatę, tym razem nieco jaśniejszą, ale również utrzymaną w barwach czerwieni, przeplataną złotymi zdobieniami. Jego makijaż był równie intensywny, co poprzedniego dnia.
-Cześć- szepnąłem niepewnie. Pierwszy raz w ogóle się do mnie odezwał.
-Mogę wejść?
Wczoraj nie zapytał.
… Wczoraj bym odmówił.
-Tak…- odpowiedziałem, zagryzając wargę i jednocześnie przesuwając się odrobinę, by zrobić mu miejsce. Red zamknął za sobą drzwi i podszedł do łóżka, by usiąść na jego brzegu. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić, ani jak zareagować. Wydawało mi się, że jakieś wspomnienie tego, co zaszło między nami wczoraj, byłoby na miejscu, ale nie potrafiłem wydobyć z siebie niczego konstruktywnego.
To on był tym, który przerwał panującą pomiędzy nami ciszę.
-Jak masz na imię…?- Red pochylił się lekko w moim kierunku, a ja zupełnie się spłoszyłem, w pierwszym odruchu chcąc się odsunąć, zaraz jednak przysuwając się bliżej. Nie byłem pewien tego, co się ze mną działo. Nie mogłem czuć się bezpiecznym w takim miejscu, jak to, i zaufanie do kogoś, kogo wcale nie znałem, było najzwyczajniej w świecie irracjonalne. Ale z drugiej strony w sposób zupełnie abstrakcyjny, tęskniłem za jego ciepłem i zapachem.
-Cissy- odpowiedziałem spłoszony, czując, jak obejmuje mnie powoli, bez zbytniej gwałtowności, zupełnie nie tak, jak wczoraj.
-Cissy?- rudowłosy parsknął z rozbawieniem- Kto wymyślił ci takie imię?
-Fenicio- zaczerwieniłem się nieznacznie- Naprawdę mam na imię…
-Ćś… Nieważne- szepnął miękko, uśmiechając się łagodnie- Nieważne, Piękny- powtórzył, składając na moich wargach krótki, delikatny pocałunek. Oddałem go niepewnie, zaciskając jednocześnie dłonie na jego ramionach. Wahałem się, czułem się wewnętrznie rozdarty. Wraz z uczuciem spokoju nachodziło mnie zupełnie inne i sprzeczne z nim. Lęk, niepokój. Sam nie wiedziałem, czym dokładnie spowodowany. Trzymałem go mocno, ale ciągle pozostawałem czujny.
Tak, bym w dowolnym momencie mógł się zacząć bronić, odepchnąć go, odsunąć się jak najdalej.
… I tak, by nie pozwolić mu nagle odejść.
-Dlaczego…?- zacząłem niepewnie, ale nim zdążyłem o cokolwiek zapytać, pocałował mnie ponownie, równie subtelnie. Westchnąłem cicho, a mój uścisk na jego ramionach zelżał. I tak wiedziałem, że nie będę w stanie w żaden sposób mu się oprzeć- Dlaczego przyszedłeś wczoraj…?- udało mi się w końcu wyartykułować pomiędzy kolejnymi pocałunkami.
Red uśmiechnął się łagodnie, układając się na pościeli, tuż obok mnie.
-Nie ma nic gorszego niż samotna noc tutaj, Piękny- szepnął miękko, przesuwając delikatnie dłonią wzdłuż mojego policzka.
-Noc…?
Rudowłosy zaśmiał się cicho.
-Przyzwyczaisz się.
Słyszałem to już nie po raz pierwszy, a mimo to wątpiłem.
A mimo to nie wierzyłem, że można w pewnym momencie wyrażać zgodę, akceptować coś, co jest sprzeczne ze mną samym. Co wprawia w obrzydzenie, zniechęca, odpycha. Ale może tak właśnie będzie…? Skoro innym się udało…?
Rudowłosy nie całował mnie ani nie dotykał więcej. Po prostu leżał tuż obok, wpatrując się we mnie z uwagą. Czekałem aż zaśnie, ale on chyba wcale nie zamierzał tutaj spać. Chyba zupełnie tak jak dnia wczorajszego, oczekiwał na to, aż zasnę ja.
Nie rozmawialiśmy ze sobą więcej, tak jakby rzeczywiście nie było innych kwestii do wyjaśnienia. Tak jakby sama jego obecność tutaj była… normalna.
A może, wśród tych wszystkich chorych sytuacji, taka właśnie się stała? Może rzeczywiście to kwestia jedynie systemu wartości? Jedynie tego, co uzna się za właściwe…?
Nie wiedziałem.
Nie wytrzymałem długo.
Zasnąłem.

1 komentarz:

  1. Coraz bardziej się przekonuję do tego opowiadania, czytając pierwszy rozdział nie byłam pewna czy może zmienić na inne opowiadanie ale teraz jednak mogę stwierdzić że podoba mi się ono.

    OdpowiedzUsuń