Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 2 . ~ [Drag Queen]

Wejście od tylnej strony do klubu Scylla, niejednokrotnie było bardziej zatłoczone niż samo główne wejście. Pełno kobiet, miotających się od garderoby do garderoby, pożyczających sobie nawzajem błyszczyki, cienie do powiek i różne inne pierdółki, głośno gadające, komentujące, a obok nich ich wielbiciele, mężowie i inne męskie pomioty, które przychodziły tylko po to, by wesprzeć swoją kobietę w walce o tusz do rzęs.
Potworne.
A ja, mały, niepozorny, zawsze przemykałem gdzieś obok, raczej omijany, bądź też obdarzany mało zainteresowanymi spojrzeniami.
Ach! Tylko do czasu!
-Alex!- rzuciła Sarah, ledwie wszedłem do naszej garderoby, zamykając jednocześnie drzwi na klucz. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, wierzcie mi. Już raz przeżyłem tutaj stan bliski zawału, kiedy wparowała tutaj banda rozochoconych kobiet, a ja jeszcze nie do końca poradziłem sobie z umocowaniem mojego biustu na właściwym miejscu- Chodź, zabieramy się do roboty?
-Hm?- rzuciłem, jeszcze nie całkiem ogarnięcie.
-No rozbieraj się, na co czekasz!- przewróciła oczyma, kręcąc z rozbawieniem głową- Przecież ci mówiłam, że dzisiaj zaczynamy wcześniej. Nie mogłeś się wyrwać z pracy?
-Nie- wycedziłem przez zęby, powoli zrzucając z siebie ubrania na posadzkę.
Głupi Nathan.
A następnie czekała mnie seria nie całkiem przyjemnych, ale jakże zadowalających w efektach zabiegów.
…Naprawdę nie wiem gdzie są plusy woskowej depilacji.
Doczepiła mi mój sztuczny, ale jakże obfity biust (ha! Panno miseczko F! Możesz się schować!), a następnie wcisnęła na mnie zwyczajowy gorset, do którego mimo wszystko nadal trudno było mi się przyzwyczaić. Później podała mi mój aktualny, wieczorowy strój, ściągnęła okulary, a ja szybko zamieniłem je na szkła kontaktowe (niewygodne cholerstwo), a następnie posadziła mnie przed lustrem i odwróciła w swoją stronę, by przystąpić do robienia mi makijażu.
Och, nawet nie wiecie ile trzeba włożyć pracy w to, żeby mężczyzna stał się kobietą…
Bolesne. Ale również nawet nie wiecie, jak trudno to rozpoznać.
Bo ja chociażby jestem jedyną… jedynym… jedyną… Och! Nieważne! Jestem jedyną Drag Queen w klubie Scylla. Cała reszta tutaj to często początkujące tancerki, czasem piosenkarki, w każdym bądź razie masa kobiet, które uważają, że mają talent i zamierzają to udowodnić. A co za tym idzie jest bardzo duże ciśnienie na to która będzie lepsza, która pierwsza wyczytana, która dostanie większy aplauz…
A ja pojawiłem się tutaj przypadkowo, trzy lata temu, w dniu swoich urodzin, z moją przyjaciółką Sarah właśnie. Występowała akuratnie na scenie i zabrakło jej do choreografii jednej tancerki.
Bolesne.
I na co wtedy w swej genialnej głowie wpadła?
Na to, żeby na kobietę przerobić mnie.
… Do dziś zastanawiam się jak bardzo wstawiony musiałem być, że się na to zgodziłem.
Ale tak jakoś wyszło. A później sam właściciel klubu zapytał, czy nie zechciałbym tutaj występować.
Powiedział, że byłbym ich „jajkiem niespodzianką”.
… Słowo daję, nie wiem co miał na myśli.
W każdym bądź razie zgodziłem się. Uwierzcie mi, jestem łasy na wszelkiego rodzaju publikę. Zresztą odcięcie się od kariery biurowego smutasa jest czasem naprawdę zbawienne.
I prócz Sarah właśnie i właściciela klubu, nikt nie ma pojęcia, że występująca co wieczór i z pewnością wciąż będąca największą atrakcją Roxanne, jest w rzeczywistości skromnym (ach jakże) i cichutkim Alexandrem Carltonem z oddziału Banku Narodowego.
Właściwie nikt prócz nich nie wiedział też co owa Roxanne ma rzeczywiście pod sukienką…
… Ale to nawet dobrze.
-Co tak milczysz, Alex?- zagadnęła mnie Sarah, spoglądając na mnie z lekkim rozbawieniem i doczepiając mi właśnie sztuczne rzęsy.
-A co mam mówić?- zdziwiłem się.
-No… Czy ja wiem… Jak tam Nathan?
Odkaszlnąłem cicho.
-Czemu o niego pytasz?
-Bo zazwyczaj o nim opowiadasz- parsknęła cicho, pozostawiając jeszcze ślad błyszczyka na moich wargach, po czym zajęła się doczepianiem mi pasemek włosów- Coś się stało?
-Ja? Opowiadam?- obruszyłem się z cichym prychnięciem- E tam… Znaczy… Rozmawialiśmy dzisiaj w sumie…
-Jak co dzień…
-Noo…
-No i co?- dopytała się z nieskrywaną ciekawością.
-No i… Sama wiesz jak to jest. Pogadaliśmy trochę. Mieliśmy zebranie. Pytałem go, czy pozwoli mi się wyrwać o godzinę wcześniej. Zarzucił mi brak ambicji. Powiedział, że nie podoba mu się jak się ubieram… Poszedłem do domu.
-Co powiedział?- zdziwiła się, spoglądając na mnie pytająco.
-Że nie podoba mu się jak się ubieram- wycedziłem przez zęby, podpierając głowę na dłoni i spoglądając na nią przez ramię- I że nie wykazuję inwencji do zmian.
Zachichotała cicho.
-Chciałabym, żeby powtórzył ci to teraz.
Zawtórowałem jej śmiechem, spoglądając na swoje odbicie w lustrze.
A może już nie całkiem moje?
Cóż. Rzeczywiście średnio przypominałem siebie, bez okularów, za to z półmetrowymi rzęsami, długimi paznokciami no biustem rzecz jasna. Ale… Czego się nie robi dla sławy?
-Chodź- Sarah uśmiechnęła się do mnie pogodnie, po czym chwyciła mnie za rękę, otwierając drzwi i wyprowadzając mnie na korytarz.
Pamiętam, że jeszcze gdy zaczynałem, nie mogłem się utrzymać na obcasach.
A teraz?
Och, po prostu kwestia przyzwyczajenia.
I teraz kolejne kobiety, które mijałem ścigały mnie wyjątkowo ciekawskimi spojrzeniami. Zaintrygowanymi. Pewnie nawet zazdrosnymi.
Jakby nie patrzeć stałem się jedną z największych zagadek klubu. Wszyscy zastanawiają się kiedy dokładnie Roxanne przychodzi do klubu. Czy może nawet tu mieszka, bo nikt nigdy nie widzi jej ani wychodzącej, ani wchodzącej. Ach, ach, ach!
Chciałbym któregoś dnia powiedzieć im, że to tak naprawdę ja.
-Zaraz wchodzicie- poinformował nas krótko Jake, zerkając ukradkiem na scenę i dając jakiś znak Evanowi, który zaraz zaczął:
-A teraz… Przed publiką klubu Scylla… Wystąpi nasza najjaśniej świecąca gwiazda! Powitajcie Roxanne!
Brawa i pisk gdzieś ze sceny. Nogi, które jeszcze drżą tak jak na samym początku, ale ostatecznie przestają. Muzyka. I głos Sarah, puszczany z magnetofonu, głos Sarah, który dla całej publiczności jest właściwie realnie moim głosem.
Nieważne.
Nieważne.
Przedstawienie czas zacząć.

-Byłeś niesamowity- rzuciła Sarah, uśmiechając się pogodnie, kiedy wracaliśmy nocą przez park.
-No co ty…- odparłem skromnie- Co by to było bez ciebie…
-Nic- zachichotała, odgarniając jasne włosy do tyłu- Udawałbyś niemą. I tak robiłbyś wrażenie.
Parsknąłem cicho.
Bo widzicie, tamten układ Sarah nie był do końca… Udany. To znaczy nie udał się jej, bo mną się zainteresowano, gorzej z nią. Ona spadła w końcu po prostu na miejsce kelnerki. Ale Sarah ma świetny głos. I kiedy oczywistym się stało, że raczej JA nie zaśpiewam w taki sposób, żeby nie przerazić jednocześnie całej publiczności, ona zaczęła podkładać głos. A ja po prostu musiałem się z nią jako tako zgrać.
-Ale… To na pewno w porządku? Że wciąż właściwie jadę na twoich nagraniach?- spojrzałem na nią ociupinkę niepewnie, a ona skinęła głową.
-Wszyscy tutaj śpiewają z playbacku.
-No tak. Ale to nie jest mój playback.
-E tam- machnęła dłonią i wzruszyła ramionami- Cieszę się, że przynajmniej w taki sposób ludzie mogą mnie słuchać. Zresztą…- sprzedała mi kuksańca w żebra i parsknęła cicho- Na początku autentycznie miałam cię ochotę zamordować. Albo przynajmniej powiedzieć wszystkim jak bardzo dosłowny był szef mówiąc: „jajko niespodzianka”.
Zaśmialiśmy się zgodnie, a ona chwyciła mnie pod ramię, przyspieszywszy kroku.
-Ale teraz właściwie… Właściwie to się nawet cieszę, że tak się stało. Za występy praktycznie nie płacą. A ja muszę przecież jakoś na siebie zarabiać, nie?
O tak. Wiem coś o tym.

O mój Boże, o mój Boże, o mój Boże!!!
Jestem spóźniony!
… Nie żeby było to rzeczywiście coś dziwnego.
Zdarza mi się zaspać, szczególnie po bardziej intensywnej nocy. Spóźnić się dziesięć minut, kwadrans, czasem pół godziny…
Ale cholera! Teraz jestem absolutnie spóźniony! Prawie o półtora godziny!
Wypadłem gwałtownie z windy, poprawiając jeszcze w biegu okulary na nosie i mając szczerą nadzieję, że Nathan nie zdążył mnie jeszcze zawołać, zrobić ogólnego zebrania, czy po prostu odwiedzić i że rzeczywiście uda mi się mu wcisnąć, że spóźniłem się chociażby ociupinkę mniej.
Ale niestety. Ledwie wybiegam zza roku, a wpadam z impetem na nikogo innego jak na Nathana właśnie. Upadliśmy oboje na posadzkę, a wokół nas rozsypały się niesione przez niego wcześniej dokumenty.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam- rzuciłem chaotycznie, zabierając się do sprzątania.
Sapnął z poirytowaniem.
-Znowu spóźniony? TYLE spóźniony? Miałeś rano dwóch klientów, nie jestem zadowolony z tego, że musiałem ich przepisać komuś innemu… A poza tym… Carlton, spójrz na mnie.
Oderwałem się na chwilę od porządkowania kartek i podniosłem wzrok na Nathana, a on drgnął dziwacznie, po czym wpatrywał się we mnie badawczo przez dłuższą chwilę, a następnie odkaszlnął i rzucił:
-Zostaw już. Idź do siebie. Poradzę sobie.
I tyle?!
A gdzie opieprz?!
A gdzie wykład o wydajności?!
A gdzie groźba potrącenia z pensji?!
… No cóż.

Nathan rzecz jasna pojawił się w moim gabinecie ponownie, gdzieś koło południa. Spojrzałem na niego nieco spłoszony, błyskawicznie ściągając na pasek włączoną przeze mnie wcześniej stronę z typowo kobiecymi ubraniami i rzuciłem prędko:
-Tym razem naprawdę nic nie słyszałem! I możesz sprawdzić. Nie odłączałem kabla.
Parsknął coś cicho i pokręcił głową.
-Wiem. Nie wzywałem cię do siebie- odpowiedział, wzruszywszy ramionami, po czym podszedł bliżej, opierając się udem o biurko i spoglądając na mnie z góry.
… Spoglądając na mnie z góry tak bardzo przenikliwym i tak bardzo Nathanowatym wzrokiem, że poważnie rozważałem coś pomiędzy rozpłynięciem się i wsiąknięciem w krzesło, a zakopaniem pod ziemią i nie wychodzeniem, dopóki nie przestanie.
-Byłeś u tego lekarza?
... Popieram zakopanie.
-Nie- odparłem, wzruszając ramionami- Nie miałem czasu. A co?
-Nic. Po prostu źle wyglądasz.
Zagotowało się we mnie.
Ooooch!
-Co ty masz do moich okularów?!- prychnąłem, kręcąc z niedowierzaniem głową- I do moich swetrów?! Co cię to właściwie obchodzi?!
-Alex…
-Ubieram się tak jak się ubieram i to moja sprawa! Nie każdego stać na wykupienie markowego sklepu. Ja mogę go co najwyżej obrobić, a tego byśmy chyba nie chcieli. Zresztą ja się sobie podobam i to jest najważniejsze…
-Alex… Przecież mi nie o to chodzi…
-Ta! Znowu sobie zaprzeczasz- sapnąłem z poirytowaniem- Tak samo jak wczoraj. Zaraz rzucisz coś w stylu: „Alex, nic nie mam do tego jak się ubieraaasz”! Oooch! Właśnie widzę jak nic nie masz!
-Alexandrze… Carlton…- Nathan nachylił się do mnie, a ja niemalże wstrzymałem oddech, widząc jego twarz z tak bliskiej odległości. On i te jego cholerne oczy! Kurwa!
-Hm…?- rzuciłem stosunkowo słabo, a on uśmiechnął się najwyraźniej usatysfakcjonowany.
-Nic nie mam do tego jak się ubierasz. Chodzi mi o to, że masz podkrążone oczy. I powiększone źrenice. I dlatego właśnie… Nie wyglądasz dobrze. W sensie zdrowo.
-Och- wyrwało mi się.
Dajcie mi łopatę! Mówię poważnie, dajcie mi łopatę! Idę!
-Co to?- zainteresował się nagle wyświetlaczem mojego komputera, a ja pisnąłem coś cicho w geście protestu, ale zanim zdążyłem go powstrzymać, już przywrócił oglądaną przeze mnie wcześniej stronę. Zmarszczył brwi- Ubrania damskie…? Rozmiar S…?- zerknął na mnie badawczo, a ja zaczerwieniłem się nieznacznie.
-Co się patrzysz?! Nie na mnie przecież…
-No nie wiem właśnie… Czyżby spodobała ci się któraś z naszych pracownic, co?
-Jasne… Te cycate babsztyle… Jeszcze co…
Uśmiechnął się pod nosem ociupinkę drwiąco.
-Więc po co ci to?
-Ehm… Prezent.
-Dla kogo?
-Dla siostry.
-Dziwne…- rzucił z udawanym zastanowieniem- Wydawało mi się, że jeszcze do wczoraj miałeś samych braci…
Z lekkim poirytowaniem odnotowałem jego wyjątkowo ironiczne spostrzeżenie, po czym westchnąłem głęboko i odpowiedziałem:
-Dobra… Masz mnie.
-Mam cię?- powtórzył, unosząc brwi.
-No. Szukam prezentu dla dziewczyny.
-Dla dziewczyny?- powtórzył nie mniej zdziwiony.
-No dla dziewczyny- uśmiechnąłem się słodko, podpierając twarz na dłoni- Chciałeś wiedzieć więc już wiesz.
-A od kiedy ty masz dziewczynę co, Carlton?- zapytał, a ja z niekłamanym zadowoleniem obserwowałem jak jego drwiący uśmiech przeradza się w grymas niedowierzania, a następnie lekkiego zirytowania.
-A od kiedy to interesujesz się moim życiem prywatnym?- odpowiedziałem, spoglądając na niego iście uroczo.
-Twoje życie prywatne to ostatnie co mnie obchodzi- odparł sucho- O ile nie przeszkadza ci w pełnieniu obowiązków. Wyłącz to.
Spełniłem jego polecenie, decydując się go nie denerwować jeszcze bardziej, po czym zaczął:
-Alex... I jeszcze…
Ale zanim zdąża, jak podejrzewam, wygłosić kolejne kazanie, słyszę dźwięk telefonu. Posyłam mu krótkie, acz znaczące spojrzenie i odbieram.
-Synciu?!- dobiega mnie z telefonu, na co mimowolnie niemalże wyrywa mi się głębokie westchnienie.
I oto jest ten rodzaj życia prywatnego, który zdecydowanie ma tendencję do kolidowania z moimi obowiązkami.
Ach, matki.
-Pani Lantan?- rzuciłem do słuchawki- Coś się stało?
-Nie możesz teraz rozmawiać?- zdziwiła się moja rodzicielka- Ten drań słucha?
Zerknąłem dyskretnie na „drania” w osobie nikogo innego jak Nathana Masona i uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
No cóż.
Na kogoś trzeba było zwalić mój brak awansów, prawda?
-Tak. Rzeczywiście wynikły pewne… Problemy…- mruknąłem do telefonu, po czym spojrzałem na Nathana z lekkim poirytowaniem i machnąłem dłonią w kierunku drzwi, dając mu dość oczywisty sygnał.
Prychnął coś cicho, zapewne mając mi jeszcze ochotę zrobić stosowną uwagę na ten temat, ale ostatecznie opuścił pomieszczenie, mamrocąc coś jeszcze pod nosem o bezczelności.
Odchyliłem się wygodniej na fotelu, kładąc nogi na biurku.
-No mamo? Co tam?

-Alex…
Mruknąłem coś przez sen, odpychając natrętną dłoń, która chwyciła mnie za ramię. I już po chwili poczułem jak ta sama natrętna dłoń zanurkowała w moje włosy… I… Och…
Uchyliłem powieki, czując jak ktoś w wyjątkowo przyjemny sposób przeczesuje delikatnie palcami moje włosy i miauknąłem coś mimowolnie, nie mając się jeszcze ochoty ruszyć ani na krok.
-Alex…- usłyszałem po raz kolejny, tym razem jednakże pewien rozbawienia głos.
-Co?- wychrypiałem z pewnym trudem.
… Chwila.
Czyj głos?!
-Nathan!- syknąłem, podrywając się gwałtownie, wywracając jeszcze przy okazji na szczęście zimną już kawę.
Spojrzał na mnie z politowaniem, cofnąwszy rękę.
-Naprawdę trudno jest cię dobudzić…- mruknął, odgarniając pasemko włosów za ucho.
-Co… Która godzina właściwie?- wycedziłem z pewnym trudem, ledwie poznając swój głos.
-Siedemnasta. Właśnie miałem zamykać, gdy zauważyłem, że pali się u ciebie światło i…
-Co?! Siedemnasta?!- wykrzyknąłem z jawnym przerażeniem, wstając szybko i ogarniając jako tako biurko.
-Spokojnie…- Nathan uniósł brew, uśmiechając się lekko- Dziewczyna poczeka.
Zerknąłem na niego przelotnie i prychnąłem cicho.
-Ta… Poczeka…
Publika nie może czekać do licha!
Niedbale wrzuciłem wszystkie dokumenty do torby i ruszyłem szybko w kierunku wyjścia, ale w tym momencie poczułem jak chwyta mnie za ramię, przyciągając do siebie z powrotem.
-No co?
-Może najpierw przejrzyj się w lustrze?- zaproponował, mierząc mnie rozbawionym spojrzeniem.
Zmarszczyłem brwi.
Czy mi się zdaje, czy ten dupek znowu bije w kierunku mojego wyglądu?!
Poczułem jak pociera delikatnie opuszkami mój policzek i wbiłem w niego nieco zażenowane i zdziwione spojrzenie.
-N-no co?- pisnąłem w końcu.
-Nic. Tusz odbił ci się na policzku.
Odetchnąłem cicho, czekając cierpliwie aż skończy, po czym odsunąłem się nieznacznie, zupełnie nie wiedząc co mam ze sobą zrobić.
-No… To ten… No… Dzięki!- mruknąłem w końcu, starając się, żeby to brzmiało niedbale, ale chyba średnio mi to wyszło.
-Proszę- odpowiedział zwyczajowo.
I przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie wpatrując się w siebie w zupełnym milczeniu.
Ja – zupełnie zapominając o tym, że się spieszę, on najwyraźniej olewając fakt, że powinien zamknąć biuro i doprowadzić wszystko do porządku.
I właśnie w tym momencie – och kurwa cholera- zebrało mi się na wyjaśnienie pewnej kwestii.
-Nathan… Co do tej dziewczyny…
Och Boże! Najwyraźniej jednak istnieje jakiś Bóg i nade mną czuwa, bo gdy zdałem sobie sprawę jak idiotycznie zabrzmi wyznanie, że żadnej dziewczyny nie ma w takich okolicznościach, rozdzwonił się akuratnie telefon Nathana i nie musiałem mówić już nic więcej.
-Słucham?- rzucił do telefonu, po czym uśmiechnął się lekko pod nosem- W porządku, Allan. Nie, już zamykam…
Zmarszczyłem brwi.
Allan…?
Jaki Allan?!
-Tak, tak, skoro powiedziałem, że będę to przyjdę. Mogę się tylko odrobinę spóźnić. Tak, mam coś na głowie.
Ruszyłem powoli w stronę wyjścia, po czym zawahałem się i obróciłem w kierunku Nathana jeszcze w samych drzwiach, spoglądając na niego nieco zaniepokojony.
Uniósł brew, przenosząc na mnie pytające spojrzenie, a ja odkaszlnąłem z zażenowaniem i rzuciłem najbardziej możliwe pogodne w tej chwili:
-Do jutra!
I wyszedłem.

Kiedy wszedłem do klubu, występy już dawno zdążyły się zacząć. Zakląłem cicho pod nosem i pognałem do garderoby, starając się jako tako przyszykować, ale nie da się ukryć, że bez Sarah nie szło mi to zbyt wprawnie.
W końcu po jakimś kwadransie rozległo się pukanie do drzwi.
-Alex? Jesteś tam? To ja! Otwórz!
Wpuściłem blondynkę do środka i spojrzałem na nią iście umęczenie z jedną sztuczną rzęsą, spoczywającą gdzieś na policzku i smętnie wiszącym lokiem.
Parsknęła śmiechem i posadziła mnie na krześle, powoli doprowadzając mnie do porządku i zajmując się wszystkim.
-Co tak późno?- rzuciła, zabierając się za mój makijaż- Szef się niepokoił…
-Następny?!- wykrzyknąłem, wciąż ochryple, a ona spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Jak to następny? Co z twoim gardłem?
-Nic- burknąłem, wzruszywszy ramionami- Po prostu Nathan pofatygował się dzisiaj i stwierdził, że źle wyglądam. Tym razem nie w sensie mojego braku stylu, a w sensie zdrowotnym.
-Wiesz…- przyjrzała mi się uważniej, nieco zaniepokojona- Miał trochę racji… Twoje oczy…
-Są podkrążone.
-Tak i…
-Mają powiększone źrenice- przewróciłem oczyma i skinąłem głową- Tak, tak, wiem, doktor Mason o wszystkim zdążył mnie łaskawie poinformować.
-Więc czemu się spóźniłeś?
-Bo zasnąłem- sapnąłem z poirytowaniem- A on przypomniał sobie o mnie dopiero jak skończył.
-Pracuje dłużej niż wy?
-Teoretycznie nie…- mruknąłem w zamyśleniu, po czym wzruszyłem ramionami- Chyba zostaje po godzinach.
-Skoro i tak miałeś się spóźnić to co ci szkodziło zostać trochę po godzinach z nim?- uśmiechnęła się ciut złośliwie, a ja szczypnąłem ją w bok i parsknąłem cicho.
Oczywiście, że mi szkodziło.
Śpieszyłem się.
Zresztą nie tylko ja.
On też.
Bo jest już umówiony.
Z jakimś… Allanem…
To klient?
Nie, do klientów nie mówi po imieniu.
I nie spotyka się z nimi o tej porze.
I nie dzwonią do niego na prywatny telefon.
Więc kto?
Kto do licha?!
Wiecie, nie żeby mnie to cokolwiek obchodziło. Życie prywatne Nathana, o ile zbytnio nie wkracza w moje, naprawdę niewiele mnie interesuje.
Tak samo jak moje jego.
Tylko wiecie…
… Albo i nie wiecie.
Nieważne.
W końcu gotowy ruszyłem w kierunku kulisów sceny, gotów do wyjścia.
Sarah dała cynk Jake’owi i już po chwili usłyszałem Evana, który ogłosił:
-A teraz najbardziej oczekiwany występ dzisiejszego wieczoru… Dostaliśmy wiadomość, że ze sporym opóźnieniem, ale jednak, Roxanne udało się w końcu dotrzeć na miejsce… I teraz wystąpi właśnie dla was! Powitajcie Roxanne!
Ledwie zrobiłem krok na scenie, a dosłownie mnie wmurowało.
Kiedy w końcu odzyskałem jako taką świadomość, cofnąłem się błyskawicznie za kulisy.
-Wychodzisz- syknął do mnie Jake, a Sarah spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Co jest?
Pokręciłem jedynie głową, nie będąc w stanie skonstruować nic logicznego i wskazałem jej palcem jeden z najbliższych scenie stolików.
Stolików, przy którym niczym nie skrępowanie, w swoim nieskazitelnym garniturze, siedział nikt inny jak mój szef.
Nathan Mason.

1 komentarz:

  1. Anonimowy1:18 AM

    heh podoba mi sie rozwoj akcji, juz rozumiem czemu taki tytul opowiadania xD

    OdpowiedzUsuń