Strony

niedziela, 22 maja 2011

2. Johnny wkracza do akcji

Johnny Bradley wstał. Była to informacja doprawdy szokująca, biorąc pod uwagę fakt, o której się wczoraj położył. Na szczęście nie przesadził z alkoholem i jedyne z czym musiał walczyć to chęć wrócenia do łóżka i spania do południa. Co najmniej.
Zegar wskazywał czwartą. Poszedł spać o drugiej.
Nie wiedział, jak to przeżyje.
Oczywiście Sant Preston, mimo swojej opinii najbardziej wymagającej szkoły, przeznaczonej wyłącznie dla najinteligentniejszych (tudzież najbogatszych) uczniów, nie torturowała ich jakimiś przesadnymi porami rozpoczęcia lekcji. Najwcześniejsze zajęcia rozpoczynały się wpół do ósmej, ale Johnny nie mógł sobie pozwolić na to, żeby wstać godzinę przed czasem.
Nie, nie.
Godzina nie wystarczała nawet, żeby się naszykować.
Ba.
Johnny powlókł się do łazienki i stanął przed lustrem, wzdychając głęboko. Miał podkrążone oczy, a jego zwyczajowo perfekcyjnie ułożone włosy pozostawały teraz w zupełnym nieładzie. Samo doprowadzenie ich do porządku pochłaniało masę czasu.
Johnny nie dopuszczał nawet myśli, że mógłby się pokazać komukolwiek w takim stanie. Wyobrażanie sobie, że ktoś mógłby złożyć mu z samego rana niezapowiedzianą wizytę, stanowiło jego najgorszy koszmar.
Wystarczyło jednak ułożyć fryzurę, ukryć pod niewielką warstwą makijażu niekoniecznie dzisiejszy wygląd i już stawał się dobrze znanym wszystkim naokoło Johnny’m.
Sporo czasu każdego ranka zajmowało mu także dobranie odpowiedniego stroju. Zawsze zastanawiał się, czy aby na pewno nie miał już podobnego zestawu w tym samym tygodniu, uważał to za wyjątkowo mało oryginalne i nie pasujące do kogoś tak genialnego jak on. Tego dnia zdecydował się na czarne dżinsy i błękitną koszulę, którą ledwie po wyjęciu z szafy pozwolił sobie wygnieść (Rose go zabije), a tuż po założeniu nie zapiął jej do końca, pozostawiając kilka pierwszych guzików wolnymi. Dodawało mu to nonszalancji, swoistego uroku i sprawiało wrażenie, że wcale się tym nie przejmuje.
Zazwyczaj, gdy Johnny kończył swoje przygotowania, było wpół do siódmej. Tego dnia było dokładnie tak samo. Wówczas zszedł na dół po schodach i od razu skierował swoje kroki do kuchni.
-Rose…? Jesteś tam?
Rose była starszą kobietą po pięćdziesiątce, a Johnny znał ją bardzo długo, właściwie od wczesnego dzieciństwa. Wówczas jeszcze była jego nianią. Miała swoją rodzinę, męża, dwójkę dzieci… Później mąż Rose umarł, jej dzieci wyprowadziły się do innego miasta, ale jakoś tak się stało, że mimo upływu czasu i tego, że Johnny teoretycznie wcale niani nie potrzebował, prócz zmieniania mu pieluch i robienia kilku innych, kluczowo związanych z okresem niemowlęcych rzeczy, jej pozycja w domu niezbyt się zmieniła.
-Jestem, jestem- odparła Rose, wyraźnie zniecierpliwiona. Miała krótko ścięte, pofarbowane na czarno włosy, z których gdzieniegdzie przebijały się jednak siwe pasma. Była niska i raczej daleka od modelki, ale Johnny kochał ją chyba jak nikogo innego. Stanął przy niej i uścisnął ją krótko, by uwalić się w końcu na kuchennym krześle- Zrobiłam ci jajecznicę- dodała, wypakowując z torby plastikowe naczynie- Przygotowałam też od razu coś na obiad, dziś kurczak. I zrobiłam zakupy- wkrótce kuchenną ladę zalegały już różnego rodzaju warzywa i owoce, trochę pieczywa, wodę mineralną, mleko, jogurt, chipsy i różne drobne słodkości. Johnny zawsze zostawiał Rose kartkę, na której pisał to, co jest mu aktualnie potrzebne. Najczęściej nie była ona długa i liczyła ze trzy punkty, takie jak: coś do picia, coś słodkiego, chipsy. Rose jednak i tak zawsze taszczyła do niego dwie ogromne reklamówki pełne dosłownie wszystkiego i Johnny aż czasami dziwił się, że w jej wieku można mieć tyle werwy.
Już po chwili Johnny dostał talerz jajecznicy i poranny jogurt.
-Dzięki, Rose- wymamrotał z pełnymi ustami.
-Jedz i nie gadaj- upomniała go kobieta, zajmując się wkładaniem kupionych przez siebie produktów do odpowiednich miejsc.
Rose pracowała na bardzo jasnych zasadach. Przychodziła do mieszkania punkt ósma, by zrobić mu śniadanie, chociaż najczęściej takowe już miała gotowe i kończyła o czternastej, zostawiając mu obiad i kolację. W ten sposób Johnny miał pewne poczucie niezależności i wolności, nikt nie mógł go kontrolować i sprawdzać, dokąd chodzi i o której wraca. Jego rodzice byli w Ameryce. Ojciec był agentem nieruchomości, a matka wyjechała w sprawach biznesowych pół roku temu. Bardzo rzadko gościli w domu, ale to nigdy nie była ich zaleta, więc Johnny nie tęsknił za nimi ani trochę.
-Jak w szkole?- zagadnęła go Rose, zmywając pozostawione przez niego wczoraj w zlewie naczynia, ale nim Johnny zdążył odpowiedzieć, dodała zaraz- Chyba mało spałeś. Facet nie powinien się malować, w moich czasach nie było takich atrakcji… Nie spóźnisz się do szkoły?
Johnny parsknął cicho pod nosem i jedynie pokręcił głową, kończąc jeść.
-Dzięki, Rose- rzucił raz jeszcze, po czym podniósł się, by cmoknąć ją w policzek, a następnie wyjął z kieszeni kluczyki do samochodu- Nie martw się, będę na czas. Jak wyglądam?- wykonał przed nią ostatni, iście teatralny obrót, a ona zacmokała z niezadowoleniem, ale ostatecznie odpowiedziała jedynie:
-Masz niedopiętą koszulę.
-Ma być niedopięta- wyjaśnił cierpliwie Johnny.
-Niby dlaczego?
-Taka jest moda, Rose.
-Moda, moda…- westchnęła ciężko i pokręciła głową- Ta moda stała się zupełnie absurdalna… W moich czasach tak nie było. W moich czasach…
-Pa, Rose!- zawołał jeszcze, po czym wybiegł z domu i wsiadł do samochodu.
Uwielbiał Rose, ale jej opowieści o różnicach kulturowych ludzi dzisiaj a ludzi z „jej czasów” zawsze strasznie go bawiły. Można było odnieść wrażenie, jakby żyła w zupełnie innej galaktyce, gdzie wszyscy byli kulturalni, dobrze ubrani, dobrze wychowani, wyedukowani i Bóg wie co jeszcze, a dziś, lata świetlne później, wszyscy stali się zupełnie nieokrzesani.
Dotarcie do szkoły zajęło mu zaledwie kwadrans. Od razu wszedł do budynku i odnalazł wzrokiem Benny’ego, który mocował się z zamkiem swojej szafki.
-Hej- rzucił pogodnie, a Benny spojrzał na niego iście wymęczonym wzrokiem.
-Cześć- odparł, zupełnie bez życia- Poniedziałkowe poranki nie powinny istnieć.
Johnny zachichotał cicho i skinął głową.
-Nie powinni. Jak tam Maicy?
-Nie pytaj- Benny machnął obojętnie dłonią- Odwiozłem ją wczoraj do domu, po tej całej imprezie.
-I…?
Zazwyczaj w tym momencie następował opis tego, co ze sobą robili, ale tym razem Benny westchnął jedynie głęboko, otwierając wreszcie szafkę i wyjmując z niej podręczniki, po czym zatrzasnął ją ponownie.
-Fatalnie, nie wiem zupełnie, o co jej chodzi. Siedzieliśmy chwilę w samochodzie, pocałowałem ją, wszystko było w porządku, a ona nagle naskoczyła na mnie, jakbym niewiadomo co zrobił! Zaraz zarzucała mi, że chciałem z nią uprawiać seks w samochodzie i w ogóle… No totalny szał. A później wzięła swoją torebkę i po prostu wyszła, obrażona.
-Tak po prostu?- Johnny spojrzał na niego z niedowierzaniem- Nie powiedziałeś jej nic dziwnego…?
-Tak, tak po prostu- potwierdził Benny- Nic jej nie mówiłem, właśnie o to chodzi. Zresztą, wcale nie chciałem z nią uprawiać seksu. Nie wiem, co jej nagle odbiło.
-Przecież już się kochaliście w samochodzie- zauważył trzeźwo chłopak.
-Mnie to mówisz?- Benny zaśmiał się odrobinę ponuro i wzruszył ramionami- Kobiety nie zrozumiesz.
Ruszyli obaj w kierunku szafki Johnny’ego.
-A propos dziewczyn, Linda gada o tobie cały czas- stwierdził Benny, uśmiechając się lekko pod nosem- Maicy mi mówiła- dodał, widząc pytające spojrzenie Johnny’ego- Chyba chciałaby się z tobą znowu umówić, ale brak jej odwagi. Zaprosisz ją?
Ostatnie, o co Johnny mógł podejrzewać Lindę to brak odwagi, ale nie skomentował jego słów.
-Cóż…- odparł jedynie- Chyba tak. Lubię ją.
-A… Ten…- Benny odkaszlnął, wyraźnie zażenowany- A ten zakład?
-Zakład?
-Wyzwanie- przypomniał Benny, spoglądając na niego znacząco- Chyba nie byłeś aż tak pijany, że nie pamiętasz? Chociaż to by zresztą wyjaśniało twoją zgodę…
-Ach, to…- Johnny zaśmiał się lekko i pokręcił głową, wyciągając z szafki zeszyty- Nie, jasne, że pamiętam. To przecież nic takiego.
-Nic takiego…?- Benny mówił dużo ciszej, tak jakby rzeczywiście ktoś miał ochotę ich podsłuchiwać. Właściwie jego słowa były tak ciche, jakby ów ktoś stał tuż przy nim, Johnny miał problem, żeby je dosłyszeć- Żartujesz, prawda? Sądziłem, że odmówisz. Wiesz, nawet tak sobie pomyślałem, że możemy ci darować te punkty. To naprawdę głupi pomysł. Nie wiem, co temu Ericowi przyszło do głowy.
-Daj spokój, Benny… Wyzwanie to wyzwanie. Ja zawsze się ich podejmuję- Johnny uśmiechnął się z wyższością godną mistrza- Eric po prostu koniecznie chce zrobić coś, żebym się wreszcie wycofał.
-Może najwyższa pora.
-Przestań, to tylko głupia gra.
-No właśnie- Benny spojrzał na niego znacząco- A ty… No wiesz… Dla tej głupiej gry chcesz coś wyczyniać z tamtym gościem? Wiem, że nie jesteś… Ekhem… No… Ale jednak… Zamierzasz udawać, że ci się podoba?
-Udawanie to moja specjalność- odparł gładko Johnny.
-Mam tylko nadzieję, że naprawdę wiesz, co robisz. I że nie zamierzasz tego rozgrywać, no wiesz… Zbyt publicznie… To byłby straszny wstyd.
-Daj spokój- parsknął Johnny- Nie jestem aż taki głupi. Zawsze wiem, co robię. Rozegram to jak zwykle, po cichu i bez świadków.
-Co rozegrasz bez świadków?- usłyszał za sobą znajomy głos i odwrócił się, stając twarzą w twarz z Lindą. Była szczupłą blondynką o piwnych oczach,  przejawiającą dziwne umiłowanie do ubierania się w wyjątkowo jaskrawych kolorach- Rany, brzmicie, jakbyście planowali jakieś morderstwo czy coś…
-Jeśli ktoś się dowie, to będziesz go musiał zamordować- wymamrotał grobowo Benny, a Johnny jedynie uśmiechnął się do niej lekko i pokręcił głową.
-To nic takiego. Sprawy między nami.
-Ciągle gracie w te głupie wyzwania?- zapytała, krzywiąc się z niezadowolenia- Mam nadzieję, że któregoś razu nie przesadzicie.
-Przecież sama założyłaś się o to, że poderwiesz tego kujona- wtrącił Benny- To jest… Eee… Keitha.
-Ale to był tylko zakład, my się za to nie punktujemy. Dla nas to tylko zabawa, a wy to traktujecie strasznie serio- westchnęła cicho, ale zaraz na jej twarzy na powrót zagościł pogodny uśmiech- W każdym razie… Przyszłam ci tylko powiedzieć cześć, Johnny.
-Cześć, Linda- odparł więc, a ona raz jeszcze uśmiechnęła się ładnie, po czym wyminęła go, otarłszy się o niego lekko, i ruszyła w kierunku klasy, kołysząc biodrami i nie odwracając się ani na chwilę.
-Mówiłem?- parsknął cicho Benny- Leci na ciebie.
-Przecież twierdziłeś, że kobiet nie da się zrozumieć.
-Kobiet w pewnym stadium rozwoju. Związkowego w sensie- zaśmiał się lekko- Prócz tego, są najbardziej prostymi stworzeniami na świecie.
-Doprawdy?
-Serio. Na przykład Linda usilnie daje ci sygnał, że jest zainteresowana i chce z twojej strony jasnej odpowiedzi. Więc zabierz ją w jakieś mega przewidywalne miejsce, jak na przykład romantyczna knajpa, i kup jej coś tak mega przewidywalnego, jak jakieś zielsko. Różę w sensie. A później zacznij od lekkich pocałunków, powiedz, że nie chodzi ci tylko o seks, że ci się podoba i wygląda ładnie. Nie uderzaj z grubej rury i nigdy, pod żadnym pozorem, nie mów od razu „seksownie”, bo lubią grać niedostępne. Z drugiej strony, musisz ją subtelnie pomacać, bo powie, że jesteś oziębły. Jeśli wszystko dobrze rozegrasz, na drugi dzień wszystkie jej koleżanki będą mówić o tym, jakim jesteś ciepłym, miłym, serdecznym i kulturalnym facetem i jednocześnie wyrzucać własnym, że tacy nie są. Oczywiście, ja dowiem się tego od Maicy.
-Hm… Brzmi strasznie prosto.
-Jest strasznie proste- odparł Benny, kręcąc głową- Aż nie do wiary, że to one zawsze rozpowiadają, że jesteśmy przewidywalni i… O! Cześć, Maicy, kochanie!- zawołał od razu, ledwie ta pojawiła się na widoku.
Brunetka podeszła do niego, uśmiechając się lekko, i natychmiast przyssała się niemal do jego boku.
-Cześć, Johnny- rzuciła do szatyna, obdarowując jednocześnie Benny’ego namiętnym pocałunkiem.
Zdecydowanie nie wyglądali na skłóconych.
-Chodź, skarbie- mruknęła w końcu, ciągnąc Benny’ego za rękę w odwrotnym kierunku- Musimy pogadać.
Gdy nie patrzyła, Benny uniósł wolną dłoń w iście desperackim geście, jakby chciał oznajmić: „nie wiem, o co chodzi”, ale ostatecznie specjalista od przewidywalnych kobiet został przez nią wyciągnięty na zewnątrz. Johnny parsknął cicho i właściwie w tym momencie rozbrzmiał dzwonek. Ruszył w kierunku klasy, do której wchodzili już poszczególni uczniowie. Od razu rzucił mu się w oczy także przedmiot jego wyzwania…
-Cześć, Keith!- krzyknął pogodnie, a chłopak odwrócił się, tak zaszokowany, że omal nie przywalił w drzwi. Ostatecznie jednak zrobił gwałtowny unik, i nie odpowiadając nawet, wszedł do klasy, zajmując swoje miejsce w ostatniej ławce pod oknem.
Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem i postanowił przypuścić od razu zmasowany atak. Podszedł do niego pewnym krokiem i natychmiast usiadł tuż przy nim, budząc przy tym niebagatelne zainteresowanie i zaszokowanie całej klasy, z Keithem na czele, który po prostu gapił się na niego dłuższą chwilę, jakby widział go po raz pierwszy w swoim życiu.
-Co…?- zaczął wreszcie, ale nie dokończył, gdyż do klasy zaraz wszedł nauczyciel, a Keith natychmiast umilkł.
Niecałe pięć minut później w klasie pojawiła się także Maicy razem z Benny’m, który zerknął w stronę Johnny’ego i zatrzymał się jak wryty, by w końcu pokręcić głową w wyrazie niezadowolenia i usiąść samemu, w dotychczas zajmowanej przez nich obu ławce.
Johnny właściwie nie miał żadnej konkretnej taktyki. Nie zastanawiał się nad tym, co zrobić, żeby wygrać. Zawsze udawało mu się to bez większych problemów, niezależnie od tego, co to było, teraz też sądził, że mu się uda, chociaż nie brał pod uwagę tego, że Keith może nie być nim zainteresowany.
Co będzie równe temu, że nie jest gejem, bo KAŻDY byłby w takim wypadku nim zainteresowany.
Ale właściwie…
Och, dajcie spokój.
To w końcu Johnny Bradley.
Nie było rzeczy, która by mu nie wychodziła.
… Pomijając matmę, czytanie lektur i dostrzeganie w ludziach głębszych wartości.
Lekcja skończyła się i wszyscy ruszyli do wyjścia. Johnny również spakował się, gotów wyjść, ale powstrzymał go głos Keitha:
-O co ci chodzi?
-Hm?- spojrzał na niego, z iście niewinnym uśmiechem- Jak to o co?
-Nie ma sprawdzianu, nie miałeś się po co dosiadać. Jeśli chodzi o zadanie domowe albo napisanie ściągi, nie musiałeś się tak kłopotać. Wystarczyło zapytać.
-Och. I napisałbyś?- zapytał ze zdumieniem.
-Nie- odparł szorstko Keith, zarzucając sobie torbę na ramię- Ale wtedy wiedziałbyś to od razu.
-Tak tylko pytam- wycofał się natychmiast- Nie chodziło mi o ściągę.
-A o co?- chłopak uniósł pytająco brwi- Nie zamierzam być niczyim okresowym kolegą. Wiem, że zbliżają się zaliczenia, ale nie licz na mnie. Ani ty, ani twoi znajomi. Nie szukam przyjaciół.
-Może ja szukam- odparł jedynie Johnny, uśmiechając się lekko.
-Nie masz po co. Już ich masz- mruknął Keith, wymijając go.
-Słuchaj, chciałem cię po prostu zapytać o to, czy nie dałbyś mi korków z matmy…- zaczął ostrożnie- Niedługo test, a ja… Nie jestem w tym najlepszy.
-Nie. Żadnego wspólnego siadania i żadnego ściągania.
-Naprawdę mam na myśli tylko korki- starał się go przekonać- Serio. Zależy mi- rany. Z żadną dziewczyną nie musiał się aż tak gimnastykować- Nie możemy się po prostu spotkać po szkole? Wyjaśniłbyś mi parę tematów i tyle. Co ty na to?
Keith wpatrywał się w niego odrobinę podejrzliwie, jakby nie do końca wierzył w to, co słyszy.
-Przecież zdasz- stwierdził z niezrozumieniem.
-N-no… Ale wolałbym mieć odrobinę lepszą ocenę… Naprawdę, nie zajmę ci wiele czasu- Johnny uśmiechnął się przekonująco i nim brunet zdążył chociażby otworzyć usta, zapytał prędko- To co? Dziś po szkole? W tej kawiarni naprzeciwko?
Keith spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, najwyraźniej się wahając, ale ostatecznie westchnął cicho i skinął głową.
-Niech będzie. Ale niczego nie obiecuję, nie wiem, jak dużo mam czasu.
-W porządku. Dzięki.
-Mhm…- mruknął niemal grobowo Keith, ruszając w kierunku drzwi, i przystanął przed nimi ledwie na chwilę, by rzucić jeszcze- Aha… I jeszcze… Naprawdę, nie musisz ze mną siadać na pozostałych lekcjach.

Johnny rzeczywiście nie dosiadł się do niego więcej. Trudno powiedzieć, czy z uwagi na fakt, że Benny spoglądał na niego wyjątkowo karcąco, czy może chodziło raczej o to, że na wolnym siedzeniu obok Keitha zaczęła spoczywać regularnie jego torba. W każdym razie Johnny się nie dziwił.
Też nie mógłby się skupić, mając obok siebie takiego przystojniaka, jak on sam.
W końcu jednak nadszedł koniec lekcji i wszyscy uczniowie wyszli na korytarz. Johnny zatrzymał się przed klasą, czekając na Keitha.
-Nie jedziesz do domu?- Benny zerknął na niego, a Johnny uśmiechnął się jedynie i pokręcił głową.
-Nie. Mam jeszcze… Coś do załatwienia…
-Jak chcesz… Chodź, Carl.
-Johnny!- usłyszał i zaraz dostrzegł Lindę, która podeszła do niego z malującym się na wargach wesołym uśmiechem- Jak tam?
-W porządku- odparł, również uśmiechając się lekko- A u ciebie?
-Bardzo dobrze. Czemu usiadłeś z tym całym Keithem na pierwszej lekcji?- Linda zmarszczyła prześmiesznie nos, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.
-Och… To nic takiego…- Johnny podrapał się po głowie, odrobinę zakłopotany- Długo by gadać.
-To może znajdziesz dzisiaj trochę czasu, żeby mi opowiedzieć, co? Tak sobie tylko pomyślałam, bo wiesz, ostatnimi czasy…
Ale w tym momencie z klasy wyszedł Keith, próbujący się uporać z zapięciem swojej torby, nie zatrzymując się przy nich ani na chwilę.
-Wybacz, muszę lecieć- rzucił tylko Johnny w kierunku Lindy i popędził za chłopakiem- Ej, Keith!
Brunet zerknął na niego przez ramię, z miną wyrażającą absolutne zrezygnowanie, ale ostatecznie zatrzymał się i zaczekał na niego chwilę.
-Co tam?- zapytał pogodnie Johnny.
-Nic interesującego- uciął chłopak- Ciągle chcesz iść na te korki?
-No jasne. Pa, Linda- rzucił jeszcze przez ramię do zupełnie osłupiałej dziewczyny i razem z Keithem wyszedł ze szkoły, a następnie przeszli na drugą stronę ulicy, by wreszcie znaleźć się w niewielkiej kawiarni. Zajęli jeden ze stolików, a Keith natychmiast wypakował zeszyt i podręcznik, podczas gdy Johnny skupił się na zupełnie innej czynności.
Przeglądaniu tamtejszego menu.
-Wezmę chyba koktajl truskawkowy i może kawałek sernika… A ty?
Keith zupełnie zaniemówił, po czym westchnął głęboko, modląc się chyba o cierpliwość.
-A ja przyszedłem cię tutaj uczyć matmy, więc byłbym wdzięczny, gdybyś…
-Co podać?- zapytała kelnerka, która znalazła się błyskawicznie przy ich stoliku.
-Dla mnie koktajl i sernik, a dla Keitha…- zaczął, ale widząc, że brunet wciąż milczy, dodał prędko- No dalej, Keith. Dziś ja stawiam. Zamów coś sobie.
-Kawę…- wymamrotał jedynie chłopak, nie chcąc się chyba dłużej upierać i w końcu kelnerka odeszła- Wracając do matematyki…
-Jak ci minął dzień, Keith?
Brunet wpatrywał się w niego, zupełnie zbity z tropu.
-Co…? Normalnie, jak miał mi minąć?- przez dłuższą chwilę wyglądał tak, jakby zastanawiał się nad tym, czy coś mu się nie przyśniło- Aby na pewno jesteśmy tu z powodu twojego nagłego zamiłowania do matematyki?
-Jasne- odparł Johnny, uśmiechając się iście czarująco- Chciałem się tylko dowiedzieć, jak twoje samopoczucie…
-Doskonale. Możemy już?
-Pewnie.
-Więc może najpierw powiedziałbyś mi, które tematy cię najbardziej interesują? Rozumiem, że chodzi o przygotowanie do testu, ale nie mamy dużo czasu, więc lepiej, żebym wyjaśnił ci to, co najmniej rozumiesz…
-Dobra.
-Więc?- ponaglił go Keith.
-Powiem ci jutro- odparł Johnny, wzruszywszy ramionami, a Keith po raz kolejny zupełnie zdębiał.
-Jak to jutro?
-Jutro. Dzisiaj chciałem się po prostu z tobą poumawiać na konkretne dni i godziny- odparł gładko szatyn- Przecież jedna lekcja mi nie wystarczy, no nie? No wreszcie!- zaśmiał się z zadowoleniem, zabierając się za swój sernik- Smacznego, Keith.
-Słuchaj, ja nie mam czasu na podobne rzeczy…- stwierdził brunet, prychając cicho- Sądziłem, że chodzi ci tylko o dziś. Jeśli nie, będziesz musiał sobie znaleźć kogoś innego, na korki z prawdziwego zdarzenia z pewnością cię stać… Ja odpadam. Nie ma takiej opcji.
-Nie chcę prywatnego nauczyciela. Wolę się uczyć z kimś, kogo znam i lubię, wtedy lepiej to przyswajam.
-Och. I ja jestem tą osobą?- Keith przewrócił oczyma i westchnął zniecierpliwiony- Nie żartuję. Naprawdę nie mam czasu.
-Dużo zajęć pozalekcyjnych?
-Można to tak ująć.
-Spoko- Johnny uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami- Ja się dostosuję.
-Ale…- Keith aż jęknął cicho- Nie mogę, rozumiesz? Mój dzień wygląda bardzo chaotycznie, nie będę mógł się z tobą umawiać na konkretne godziny! Zresztą w klasie jest o wiele więcej osób, które znają się na rzeczy… I które znasz i lubisz. Więc w czym problem?
-Po prostu chcę, żebyś to był ty, okej?- zapytał Johnny, wpatrując się w niego iście błagalnie- Och, Keith, nie daj się prosić. Każdy wie, że jesteś klasowym geniuszem. Naprawdę czuję, że jeśli to ty będziesz mi coś wyjaśniać, to wszystko zrozumiem. Możemy się umawiać w różnych godzinach, ja nie mam zbyt wiele zajęć za dnia… Więc po prostu dam ci swój numer, okej?- zapytał, widząc już wahanie na twarzy bruneta, a to zawsze było dobrym znakiem- Jak będziesz miał wolną chwilę, to napiszesz. Ja nie będę naciskał ani nic.
-No… Niech będzie…- zgodził się w końcu ostrożnie Keith- Ale niczego nie obiecuję- zastrzegł natychmiast- Naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić, ile będę miał czasu i kiedy.
-Poczekam- odparł gładko Johnny i zaraz przedyktował mu swój numer- To co? Dostanę teraz twój?- wyszczerzył się pogodnie, a Keith zerknął na niego z politowaniem i mruknął:
-Po co ci? To ja mam dzwonić.
-Na wypadek sytuacji awaryjnych.
-Cyferki wyjdą z książki i cię pobiją?- zironizował brunet, kręcąc głową, ale ostatecznie westchnął cicho i również podał mu swój numer- Zadzwonię, jak będę miał czas. Chociaż jak już mówiłem, to nic pewnego- podniósł się powoli z miejsca i zarzucił sobie torbę na ramię.
-Dokąd idziesz?- zdumiał się Johnny- Nie wypiłeś jeszcze kawy.
-Chyba sobie daruję.
-Ale zadzwonisz?- upewnił się jeszcze szatyn, a Keith skinął głową, wyraźnie zrezygnowany.
-Zadzwonię.
-W porządku. Cześć, Keith.
Chłopak nie odpowiedział, wychodząc z kawiarni.
A Johnny naprawdę nie potrafił ocenić, czy ich spotkanie można było zaliczyć jako jego swoisty sukces, czy może raczej porażkę…

Gdy wrócił do domu, Rose dawno już nie było. Odgrzał sobie obiad, później pokręcił się trochę, podzwonił do znajomych z pytaniem o ewentualne spotkanie. Ostatecznie jednak wylądował przed telewizorem, z paczką chipsów, oglądając powtórkę jakiegoś meczu. Johnny właściwie niezbyt interesował się sportem, ale był to temat uniwersalny, zawsze poruszany w jego paczce, co zresztą niedziwne. Eric należał do drużyny lekkoatletycznej, a Benny trenował piłkę nożną. Jeśli chodzi o Carla, jedynym sportem, jaki uprawiał, było jedzenie na czas. O ile można było to tak zakwalifikować.
Johnny wolał być zatem na bieżąco. Przyznanie się, że nie lubi się sportu, było w tym wypadku haniebnym niemal wykroczeniem. To tak, jakby jakaś dziewczyna w paczce Maicy, stwierdziła nagle, że nie interesuje jej moda i chłopacy. Było to po prostu towarzyskie samobójstwo.
Naprawdę nie pojmował wszystkich zasad tej gry i właściwie nie widział jej głębszego sensu. Nie rozumiał też, jak obserwowanie kilku zawodników biegających w te i wewte przez dziewięćdziesiąt minut meczu, z czego najczęściej trzy czwarte były nudne jak flaki z olejem, mogło dostarczać komukolwiek głębokich emocji i przeżyć. Westchnął cicho i zerknął na wyświetlacz telefonu.
Strasznie mu się nudziło. Benny nie miał czasu, bo spotykał się z Maicy, a Carl musiał zostać z młodszym rodzeństwem. Jeśli zaś chodzi o towarzystwo samego Erica, Johnny nie zamierzał nawet pytać. Nie przeszkadzał mu w połączeniu z resztą paczki, bo ktoś zawsze studził jego temperament, ale sam na sam zdecydowanie był trudny do wytrzymania. Johnny zresztą podejrzewał, że tak naprawdę tamten nie pała do niego głęboką sympatią, więc nie zamierzał nawet próbować.
I właściwie nie miał do kogo więcej pisać czy dzwonić.
Chociaż…
Zerknął raz jeszcze na wyświetlacz telefonu i odszukał w książce telefonicznej numer Keitha. Powiedział, że sam zadzwoni, ale… O sms-ach nie było mowy, prawda?
Hej. Co robisz? : )” – napisał więc, uśmiechając się lekko z zadowoleniem i odłożył telefon, czekając na odpowiedź.
Tymczasem zawodnik jednej z drużyn podał piłkę na prawe skrzydło, co zaowocowało golem, przyjętym przez Johnny’ego bez wielkich emocji. Kolejne pięć minut meczu upłynęło bez większych rewelacji.
Wciąż nie dostawał odpowiedzi. Westchnął cicho i spróbował raz jeszcze:
„Czemu nie odpisujesz?”
Taka sytuacja zdarzyła mu się chyba po raz pierwszy w życiu. Jeśli chodziło o którąkolwiek z dziewczyn, nie musiał się specjalnie starać. Dziewczyn. No właśnie. Johnny chyba właśnie zaczynał dostrzegać w tym problem.
Tym razem jednak na odpowiedź nie musiał czekać długo.
A to było do mnie?” – odczytał i parsknął cicho pod nosem.
„No jasne : ). A do kogo niby innego miałoby być?”
„Bo ja wiem? Zazwyczaj nie pisujesz do mnie wiadomości, sądziłem, że się pomyliłeś”.
„Wcześniej nie miałem twojego numeru”.
„Rzeczywiście, szkoda”.
Johnny udał, że w ostatnim sms-ie wcale nie wyczuł owej mało subtelnej nutki ironii i pisał dalej:
„Więc? Jak ci mija wieczór?”
„Mało owocnie. A jak u ciebie?” – zdawać by się mogło, że drugie pytanie Keith zadał jedynie z grzeczności. Odpisanie na kolejne wiadomości naprawdę zajmowało mu dużo czasu.
„Oglądam mecz. Lubisz piłkę nożną?”
„Nie bardzo”.
To już jakiś plus.
„A inne sporty?”
„Nie znam się na tym”.
Boże, jeszcze chwila, a zacznie go darzyć głęboką sympatią.
„Aha : )”. 
„Więc chyba nie znajdziesz ze mną ciekawych tematów do rozmowy : P. Tak czy inaczej, muszę już kończyć”.
Johnny westchnął cicho, odczytując ostatnią wiadomość.
„Idziesz spać?”
„Można tak powiedzieć”.
„W takim razie dobranoc ;*”. 
Ostatniego buziaka dodał po wyjątkowo długim zastanowieniu. Ostatecznie jednak wysłał wiadomość wraz z nim. Stwierdził, że to w końcu nic takiego, wiele osób pisało takie rzeczy. Oczywiście raczej jemu nie zdarzyło się wysyłanie czegoś podobnego do Benny’ego czy Carla, ale jednak… Och, no. Jego sytuacja wymaga twardych metod działania. Nadal nie był pewien, czy ostatnią wiadomością Keith po prostu go nie zbył.
Nie odpisał już więcej.
Szkoda. Johnny westchnął cicho, układając się wygodniej na kanapie, i ściszył telewizor, by nie słyszeć komentarzy sędziów, z których i tak przyswajał jedynie połowę, i obserwował biegających w tę i z powrotem piłkarzy, właściwie myślami będąc daleko od świata sportu.
Może się pomylił?
Może zawarcie z Keithem jakichkolwiek większych relacji będzie rzeczywiście ponad jego siły?
Ledwie to pomyślał, a aż parsknął śmiechem. Niemożliwe! Nikt mu dotąd nie uległ. Oczywiście nigdy nie starał się użyć swojego uroku na facetach, ale jednak… Keith go po prostu zaskoczył. Jak na razie. Johnny nigdy z nim nie rozmawiał, przynajmniej nie z tego, co pamiętał, a nawet jeśli, to owa rozmowa pewnie ograniczała się do spytania o gabinet, w którym mają lekcje, albo prośby o zadanie domowe. Keith zawsze wydawał mu się nieśmiałym, zahukanym chłopakiem, który mało się odzywa właśnie dlatego, że wiecznie się wstydzi, a tymczasem pokazał zupełnie inną twarz. Nie wydawał się nawet specjalnie zadowolony z faktu, że Johnny nawiązuje z nim bliższy kontakt, chociaż KAŻDY na jego miejscu by się cieszył.
Naprawdę każdy.
Johnny westchnął cicho, raz jeszcze odczytując jego ostatnią wiadomość i pokręcił głową.
Cóż.
Może trzeba było wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że jego urok może nie działać na każdego?
…Hm…
Nie!
To przecież zakrawa o absurd!
Keith po prostu jeszcze nie wie, ile może zyskać.
… Tudzież stracić.
Ale kto by się tam przejmował konsekwencjami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz