Strony

niedziela, 22 maja 2011

2. Kłamca [LPoH]

Oparłem się o futrynę drzwi, żeby nie upaść z wrażenia.
Jak…
… To…
… W ogóle…
… Możliwe?!
Oderwał się od czytania, po czym skierował na mnie swoje duże, zielone oczy i uśmiechnął się lekko.
-Jubilat?- zapytał, niedbale odrzucając gazetę na bok i podnosząc się z łóżka, a następnie podchodząc do mnie.
Wciąż wpatrywałem się w niego z osłupieniem.
-Pójdę się tylko odlać i mogę się panem zająć- powiedział z szerokim uśmiechem- Siedzenie tych kilku godzin tutaj naprawdę było męczące… To jak? Gdzie łazienka?
Nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, wskazałem jedynie na drzwi naprzeciwko sypialni. Uśmiechnął się do mnie wdzięcznie, by zaraz zniknąć za nimi, co wcale nie zlikwidowało mojego zupełnego osłupienia całą sytuacją.
No nie…
Hugo chyba nie chciał…
Czyżby coś mu się pomyliło…?
Aż złapałem się za głowę.
Już samo znajdywanie w mojej sypialni roznegliżowanych kobiet bywało kłopotliwe. Trzeba było wyjaśniać, odsyłać, spławiać… Ale… Ale chłopak?!
I to… Jaki chłopak?!
Ile ten dzieciak w ogóle miał lat?!
Zanim zdążyłem się na dobrą sprawę zorientować co się dzieje, już był przy mnie. Niemalże podskoczyłem z przestrachu, kiedy poczułem jak zaczyna niespiesznie rozpinać moją koszulę.
I przysięgam na wszystko, fakt, że go nie odepchnąłem, był po prostu spowodowany moim szokiem wywołanym przez zaistniałą sytuację! Kiedy moja koszula została całkowicie rozpięta, a on pchnął mnie w kierunku łóżka…
… Na co zareagowałem stosunkowo biernie, bo po prostu się na nim położyłem, a on zaraz usiadł okrakiem na moich biodrach…
Dopiero, gdy sprawnym ruchem ściągnął własną koszulkę, spojrzałem na niego z przerażeniem niemalże i odepchnąłem go od siebie prędko, przesuwając się na sam koniec łóżka.
Spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
-C… Co ty robisz?!- syknąłem, przecierając twarz dłońmi i starając się przywrócić do porządku.
-Och… Nie lubi pan tak?- uniósł brwi, wpatrując się we mnie pytająco- Jeśli woli pan przejąć więcej inicjatywy, to w porządku…
-Co? Ja… Nie!
-Ach. A więc pan z takich, co lubią sobie popatrzeć?
-N… Nie, nie, nie!- zaprzeczyłem gwałtownie- Ja w ogóle nie jestem z takich… Kto… Jak w ogóle… Co tu robisz?!- jęknąłem w końcu mało konstruktywnie, doskonale znając jednak odpowiedź i w myślach ćwiartując niemalże Hugo i jego przeklęte pomysły.
-No… Podszedł do mnie taki facet… Powiedział, że mam tutaj przyjść… Później mnie tutaj zamknął… No i miałem czekać na jubilata… Jak wnioskuję… Pana- stwierdził wreszcie, wpatrując się we mnie nieco zdezorientowany- Czegoś nie zrozumiałem?
-Nie… Ja… Och! Co on… Pedofila ze mnie robi?!- krzyknąłem z niedowierzaniem.
-Ej!- obruszył się rudzielec, prychnąwszy donośnie- Mam szesnaście lat, okej?! Jestem dorosły!
-Na pewno nie w tym kraju!- odpowiedziałem, grożąc mu palcem niczym krnąbrnemu dziecku- A zresztą… Zresztą… Boże!- jęknąłem w końcu iście dramatycznie- Co mu znowu odbiło?!
-Nie wiem- odparł obojętnie chłopak, wzruszywszy ramionami- Ja tylko robię to co mi kazał… Mam rozumieć, że pan w ogóle… No wie pan?
-Co „wie pan”?- spojrzałem na niego z niezrozumieniem.
-No… Nie gustuje pan w facetach?
-Oczywiście, że nie gustuję w facetach!- obruszyłem się z donośnym prychnięciem- A w chłopcach tym bardziej nie gustuję!- dodałem, a tym razem to on wydał z siebie pełen oburzenia odgłos- Zresztą… Do licha… Masz szesnaście lat i już pracujesz na ulicy?
-Hej!- burknął z urazą niemalże- Nie życzę sobie żadnych insynuacji! Nie jestem żadną dziwką, okej?!
-No nie, tylko chłopcem…
-Wujku pedofilu… Chłopakiem przynajmniej!
-Niech będzie… Chłopakiem… Który daje się zaciągnąć do zupełnie obcego mieszkania! Gdzie są w ogóle twoi rodzice?!
Spojrzał na mnie i zaraz posmutniał wyraźnie, po czym pokręcił głową z cichym westchnieniem.
-Nie żyją…- odparł, zagryzając wargę- Od kilku lat… Wychowywałem się w domu dziecka, ale… Ale to było straszne. Narkotyki, seks, molestowanie… Po prostu uciekłem.
Wpatrywałem się w niego z jawnym przerażeniem.
-Och…- odparłem cicho- Tak mi przykro.
Spoglądał na mnie jeszcze przez chwilę, po czym… Wybuchnął głośnym śmiechem.
-No nie wyrobię!- krzyknął, wciąż chichocąc donośnie- Naprawdę w to uwierzyłeś?
-P… Phie!- prychnąłem cicho, nieco zawstydzony, nie będąc w stanie zdobyć się na jakąkolwiek bardziej konstruktywną reakcję.
-Moi rodzice są w White Land. Tam się urodziłem, ale chciałem być bardziej samodzielny, więc przeniosłem się tutaj. I tyle- wzruszył obojętnie ramionami- Tak właśnie jak na razie wygląda moja samodzielność. Ot, cała historia.
-Niezbyt budujące… I tylko o to chodziło? O samodzielność?
-Tak. Miałem dość matki pijącej po kątach i wyżywającego się na wszystkich ojca… Widoku pobitych braci…
Spojrzałem na niego z osłupieniem.
-Ja… Bardzo mi przykro…
Gwałtownie wybuchnął jeszcze donośniejszym śmiechem i przetoczył się na drugą stronę łóżka.
-Ty naprawdę jesteś niemożliwy… Jak możesz kupować takie tanie bajki?- spojrzał na mnie z politowaniem niemalże i pokręcił głową- Oczywiście, że chodziło o samodzielność. Jestem jedynakiem, a moi starzy nie byli patologicznymi rodzicami. Po prostu poznałem pewnego chłopaka i postanowiliśmy razem wyjechać.
-Tak?- burknąłem, wciąż urażony faktem, że po raz kolejny mnie nabrał- I gdzie on teraz jest, gdy ty szlajasz się po cudzych domach, co?
Dopiero wtedy nachmurzył się wyraźnie i wzruszył ramionami, odwracając wzrok.
Westchnąłem ciężko i wstałem z łóżka, zapinając wreszcie koszulę.
-Zapłacił ci?- mruknąłem wreszcie, mając ochotę chociaż raz tego wieczoru zachować się w pełni odpowiedzialnie i świadomie.
-Hm?
-Hugo… Ten mężczyzna znaczy… Zapłacił ci, żebyś tu przyszedł?
-Nie- zaprzeczył gwałtownie.
Westchnąłem ponownie i sięgnąłem do szuflady, by wyjąć z niej portfel i podać mocno zdumionemu chłopakowi kilka banknotów.
-Ekhem…- odkaszlnął cicho, wpatrując się w nie niepewnie.
-Co?- zapytałem nieco zdezorientowany- Obiecał ci więcej?
-Nie, nie, to nie to… Po prostu…- wyciągnął pieniądze z powrotem w moim kierunku- Nie mogę ich wziąć.
-Daj spokój, byłeś tu, więc ci się należy, to nie twoja wina, że…
-Nie o to chodzi- odparł, pokręciwszy głową- Po prostu skłamałem. Tak naprawdę to on mi już zapłacił.
-Ale…- spojrzałem na niego jawnie osłupiały- Czemu skłamałeś?
-Po prostu sądziłem, że jeśli się przyznam, to każesz mi oddać pieniądze- odparł z wyraźną skruchą- Przepraszam.
-Nic nie szkodzi…- odparłem, wciąż mocno zdziwiony- Weź pieniądze.
Spojrzał na mnie nieco niepewnie, ale ostatecznie zdecydowanie nie należał do ludzi, których należało długo prosić i wziął pieniądze, po czym uśmiechnął się krótko, by zejść z łóżka, ubierając pospiesznie koszulkę.
-To ja będę spadał- rzucił krótko, przeczesując palcami rude włosy.
Bardzo ładne, rude włosy.
Co muszę… Czysto obiektywnie, rzecz jasna… Przyznać.
-No… Jasne- odparłem powoli, obserwując, jak rusza w kierunku drzwi. I dopiero wtedy zacząłem odrobinę niepewnie- A może…
Zerknął na mnie przez ramię, lekko zdziwiony.
-A może chciałbyś coś zjeść…? Długo tu siedziałeś… Został jeszcze tort urodzinowy…- kontynuowałem, czując się wyjątkowo dziwnie. Właściwie nie miałem pojęcia, czemu chcę go jeszcze zatrzymać.
Spoglądał na mnie niepewnie, najwyraźniej mocno się wahając.
-A… Jaki to tort…?- zapytał w końcu, spoglądając na mnie z ciekawością.
-Czy ja wiem… Chyba jakiś sernik…- widziałem jak oczy mu rozbłysły…- z galaretką…- …a na jego wargach pojawił się uśmiech…- malinową…- który poszerzył się jeszcze bardziej.
-Więc… W drodze wyjątku… Mogę zostać- mruknął z udawaną obojętnością, chociaż na jego wargach wciąż gościł pogodny uśmiech- To gdzie…?
-Hm? Ach, w kuchni- odpowiedziałem, wychodząc z sypialni i przechodząc do kolejnego pomieszczenia, a on wszedł tuż za mną.
Wyjąłem z lodówki resztę prawie nietkniętego tortu. Ach, nie moja wina, że cała urocza gromadka moich gości skupiła się na alkoholu, a nie na jedzeniu. Sam i tak musiałbym to wyrzucić, nie przepadałem zbytnio za słodyczami.
Za to ledwie postawiłem tort na stole, a rudzielcowi na powrót rozbłysły oczy i uśmiechnął się niepohamowanie.
-Smacznego- rzuciłem i zaraz z lekkim zaskoczeniem odnotowałem, że nawet nie zadał sobie trudu, żeby ukroić sobie kawałek, a od razu uciął widelcem spory kęs, wsuwając go w sobie w usta- Ekhem… Lubisz sernik?
-Bardzo- wymamrotał z pełnymi ustami- Moja babcia mi taki robiła zanim umarła.
Spojrzałem na niego odrobinę sceptycznie.
-No co?- uniósł brwi, spoglądając na mnie pytająco- Tym razem mówię serio.
-Ach. Więc przykro mi.
-E tam, byłem mały, niewiele ją pamiętam- odparł, wzruszywszy ramionami- Ale strasznie tęsknie za jej ciastami.
-Ach… No tak… Więc smacznego.
-Dziękuję.
-Hm… Czemu przyszedłeś?
Uniósł brwi, ponownie przenosząc na mnie pytające spojrzenie.
-No… Tutaj. Mówisz, że nie jesteś… Sam wiesz kim…- słowo „dziwka” nie przechodziło jakoś przez moje gardło- A w zamian za pieniądze chciałeś… O ile dobrze zrozumiałem… Robić ze mną… Różne rzeczy…- … do licha. Słowo „seks” też nie chciało.
-W sumie nie zastanowiłem się nad tym tak dobrze… I kiedy na ciebie czekałem, to trochę się bałem…- przyznał, a ja dostrzegłem, że z tacy zniknęła już znaczna część tortu- No ale nie jesteś taki najgorszy, nie?
-No tak, nie jestem- mruknąłem odrobinę drwiąco, a on parsknął cicho.
-Wiesz, o co mi chodzi. Spodziewałem się, że będziesz starszy i w ogóle. Albo nawalony. I dopiero wtedy zacząłem się na dobrą sprawę zastanawiać. Ale jak widać po prostu mam szczęście- wzruszył ramionami.
-Tym razem.
-Innego razu nie będzie. To miała być… Taka próba.
-Nie bałeś się…?
-Czego?- zapytał, spoglądając na mnie pytająco.
-No nie wiem… Przecież mogłeś natrafić na kogoś kto jest na przykład na coś chory… Albo coś w tym stylu. Ja bym się bał.
-E tam- machnął obojętnie dłonią i pokręcił głową- Ten facet, który do mnie podszedł…
-Hugo- podsunąłem.
-Tak, on… Na pierwszy rzut oka widać było, że pachnie kasą. A sam wiesz, jak jest. Skoro jest bogaty, to na pewno nie ma żadnego syfa, nie?
-To przecież zupełnie od tego nie zależy…- zauważyłem ze zmarszczonymi brwiami.
-Och, no i?- prychnął cicho, jak gdyby naburmuszony i zabrał się do jedzenia- Po prostu potrzebowałem pieniędzy, okej?
-Na co?
-Jak to na co?- żachnął się, przewracając oczyma- Na jedzenie chociażby? Nie pracuję, nikt nie chce mnie nawet przyjąć. Okradli mnie, ledwie się tutaj pojawiłem, a teraz… A teraz często jestem głodny… I spragniony… I muszę robić różne rzeczy, żeby się utrzymać… Oczywiście ty nie możesz mieć o tym pojęcia…
Wpatrywałem się w niego z obawą. Rzeczywiście był bardzo szczupły, chociaż nie nadałbym mu miana anemicznego. A jednak… A jednak to przecież niebezpieczne, żeby źle się odżywiać w jego wieku, prawda?
Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę…
… I ku mojemu głębokiemu oburzeniu, po raz kolejny wybuchnął śmiechem.
-Jesteś niemożliwy. Tobie naprawdę da się wcisnąć każdą bajkę- stwierdził, a ja prychnąłem donośnie.
… Naprawdę, przestanę mu wierzyć, do licha!
-Nie jestem sierotką, nie martw się…- stwierdził, uśmiechając się bezczelnie- Mam co jeść. Nie pracuję co prawda, ale nie chodzę głodny.
-A więc po co te pieniądze…?
-Na inne rzeczy, nie?- prychnął szorstko- Nie samym jedzeniem się żyje.
-No tak, zazwyczaj potrzebne jest jeszcze powietrze, ale spodziewałem się, że to jest za darmo…- wysiliłem się na żart, ale chyba go nie rozbawił.
Poprawka.
Zdecydowanie go nie rozbawił.
Zerknął na mnie z politowaniem.
-Chciałbym zobaczyć, jak ty odcinasz się od pieniędzy, panie architekcie i żyjesz samym jedzeniem i powietrzem.
-Skąd wiesz, czym się zajmuję?- zapytałem z zaskoczeniem.
-Przeglądałem magazyny w twojej sypialni… A poza tym masz tam też dużo szkiców… No co tak patrzysz, trochę się porozglądałem, nudziło mi się- mruknął z wyrzutem- A pieniędzy potrzebuję na przykład na ubrania. I w ogóle. Na wszystko, jak to zwykle bywa. Nie gadajmy już o tym.
I rzeczywiście, nie gadaliśmy.
Właściwie trudno mi dokładnie powiedzieć, na jaki temat zeszliśmy. Opowiadał coś o spotkaniu z Hugo, ja coś o urodzinach. O tym, jak bardzo ich nie cierpię. Śmiał się. Ładnie. Delikatnie. Chociaż w pozostałej gestykulacji daleko mu było do szeroko rozumianej subtelności.
Tort zniknął w mgnieniu oka, a rudowłosy odchylił się wygodnie na krześle, spoglądając na mnie z lekkim uśmiechem.
-Jeszcze głodny?- zapytałem z rozbawieniem.
-Ej- mruknął, nieco urażony- Jestem nastolatkiem! Dopiero dojrzewam! Potrzebuję dużo kalorii!
-Na pewno- parsknąłem cicho, podnosząc się z miejsca- A może napijesz się czegoś… Szampana?
Posłał mi wyjątkowo podejrzliwe spojrzenie.
-Na pewno nie jesteś…-  zaczął, po czym zawahał się wyraźnie- Nie chcesz mnie upić, a później mimo wszystko zgwałcić? Albo gdzieś wywieźć?
-Nie- odparłem, nieco zdezorientowany- Dlaczego miałbym?
-Nie wiem- burknął, wzruszywszy ramionami- Zachowujesz się jak dobry wujek.
-To źle?
-To podejrzane- odparł, ale w końcu uśmiechnął się lekko- Dobra, dawaj tego szampana.
Pierwszy raz w takiej sytuacji skorzystałem wreszcie z moich nowych kieliszków i do jednego z nich nalałem chłopakowi szampana, podając mu go.
-Zdajesz sobie sprawę z konsekwencji upijania nieletnich…?- zapytał z wyraźnym rozbawieniem, po czym wypił całą zawartość praktycznie na raz.
-Nie bardzo… Jak sam zauważyłeś, jestem architektem. Prawo karne jakoś niezbyt mnie interesuje- odparłem z lekkim uśmiechem.
-Dobrze wiedzieć- odparł rudzielec, dopijając do końca, po czym podniósł się z miejsca- Chyba naprawdę będę już spadał.
-Jest ciemno…- zauważyłem cicho. Och, świetnie! Nie ma to jak zatrzymywanie go przy sobie cały czas pod innym i coraz bardziej banalnym pretekstem!
-E tam, poradzę sobie- machnął obojętnie dłonią- Wiem jak iść.
Skinąłem jedynie krótko głową, odprowadzając go do przedpokoju. Chłopak zatrzymał się przy drzwiach, spoglądając na mnie niemalże z wahaniem, po czym wyciągnął dłoń w moim kierunku. Uścisnąłem ją krótko, a on uśmiechnął się pogodnie i rzucił:
-To będę już spadał.
-Bez kurtki?- zapytałem niemalże z niedowierzaniem- Na dworze jest okropnie zimno!
-E tam…- po raz kolejny wzruszył ramionami i stwierdził- Nie mam daleko.
Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej jedną ze swoich kurtek, po czym podałem mu ją. Spojrzał na mnie z osłupieniem niemalże i pokręcił głową:
-Nie, nie, naprawdę nie trzeba… Zresztą nie sądzę, żebym mógł mieć okazję ją oddać.
-Nie musisz- stwierdziłem stosunkowo niepewnie- Mam inne.
Naprawdę nie trzeba go było długo przekonywać. Wziął ode mnie kurtkę, chociaż może w owym geście czaiła się pewna nutka niepewności i w końcu ubrał się w nią.
-Dzięki- uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością- To… Mogę już iść?
-Tak, tak- odparłem prędko, nieco speszony faktem, że naprawdę (cholera!) staram się go zatrzymać na siłę.
… Zaraz naprawdę wyjdę w jego oczach na jakiegoś zboczeńca.
Otworzył drzwi i wyszedł na klatkę, oglądając się na mnie jeszcze krótko przez ramię.
-Jak masz na imię?- zapytałem niemalże w przypływie nagłej pewności siebie, natychmiast zgaszonej przez jego autentycznie zdziwione spojrzenie.
-Ja?- zapytał i zaraz parsknął cicho- Andrew. Andy po prostu- zreflektował się po chwili, wpatrując się we mnie jeszcze przez moment, aż w końcu chyba uznał, że o nic więcej nie zapytam, bo uśmiechnął się tylko lekko i popędził schodami na dół.
… Andy.
Westchnąłem cicho, zamykając za nim drzwi.
Niech to diabli.
Chyba naprawdę zbyt dużo dzisiaj wypiłem…

2 komentarze:

  1. Anonimowy11:59 PM

    Muszę nadrobić całe LPoH - to jedn z dwóch Twoich opowiadań, których ne czytałam jeszcze.
    Niewele mi było trzeba by polubić Twoich bohaterów :D Pierwsze skojarzenia? Mitch - bezinteresowny, dobry. Andy - uroczy. W ogóle jakoś tak uwielbiam imię Andy :)
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Mitchell, nie wiedział o co może chodzić jego przyjacielowi ;P No taak, nie odepchnął go, bo był w szoku. Chociaż w sumie w to mogę uwierzyć, ja pewnie też bym była.
    Ogólnie ten rozdział podobał mi się bardziej od poprzedniego, ale może to dlatego, że Andy naprawdę mnie rozbawił.
    A teraz kilka cytatów które naprawdę mi się spodobały i rozbawiły:
    "-Nie… Ja… Och! Co on… Pedofila ze mnie robi?!- krzyknąłem z niedowierzaniem.
    -Ej!- obruszył się rudzielec, prychnąwszy donośnie- Mam szesnaście lat, okej?! Jestem dorosły!"
    No tak, nie ma to jak 'dorosła' szesnastka. Idealnie połowa wieku głównego bohatera :P
    "-Hej!- burknął z urazą niemalże- Nie życzę sobie żadnych insynuacji! Nie jestem żadną dziwką, okej?!
    -No nie, tylko chłopcem…
    -Wujku pedofilu… Chłopakiem przynajmniej!
    -Niech będzie… Chłopakiem… Który daje się zaciągnąć do zupełnie obcego mieszkania! Gdzie są w ogóle twoi rodzice?!
    Spojrzał na mnie i zaraz posmutniał wyraźnie, po czym pokręcił głową z cichym westchnieniem.
    -Nie żyją…- odparł, zagryzając wargę- Od kilku lat… Wychowywałem się w domu dziecka, ale… Ale to było straszne. Narkotyki, seks, molestowanie… Po prostu uciekłem.
    Wpatrywałem się w niego z jawnym przerażeniem.
    -Och…- odparłem cicho- Tak mi przykro.
    Spoglądał na mnie jeszcze przez chwilę, po czym… Wybuchnął głośnym śmiechem.
    -No nie wyrobię!- krzyknął, wciąż chichocąc donośnie- Naprawdę w to uwierzyłeś?"
    Wredna bestia z niego. Z tego co pamiętam, jest rudy...?
    "Na pewno nie jesteś…- zaczął, po czym zawahał się wyraźnie- Nie chcesz mnie upić, a później mimo wszystko zgwałcić? Albo gdzieś wywieźć?
    -Nie- odparłem, nieco zdezorientowany- Dlaczego miałbym?
    -Nie wiem- burknął, wzruszywszy ramionami- Zachowujesz się jak dobry wujek.
    -To źle?
    -To podejrzane- odparł, ale w końcu uśmiechnął się lekko- Dobra, dawaj tego szampana."
    Dobra, lecę czytać dalej, bo naprawdę jestem ciekawa co nam przygotowałaś. Szczerze mówiąc strasznie żałuje, że tak późno trafiłam na twoje bloga ;)

    OdpowiedzUsuń