Strony

niedziela, 22 maja 2011

. 2 . [Nathaniel & Louis]

Godziny zdawały się niewyobrażalnie dłużyć. Właściwie każda sekunda ze świadomością, że nie ma go gdzieś obok, że nie jest zamknięty, że nie mogę go kontrolować i zawołać w każdym momencie była uciążliwa, niewyobrażalnie trudna do zniesienia.
A do tego dochodził jeszcze strach.
Strach, że odejdzie. I boleśnie kiełkujące w sercu uczucie, że właściwie sam dałem mu do owej ucieczki prawo i przyzwolenie, ledwie wczorajszego wieczoru. A dzisiaj dodatkowo dałem mu ku temu doskonałą możliwość.
Ale przecież powiedział… Powiedział ale…
Cholera!
A jeśli to wszystko było tylko po to?!
Tylko po to, żebym się nad nim ulitował, żebym pozwolił mu odejść?!
Przeklęty Nathaniel!
Przez cały ten czas oczekiwałem na niego z niecierpliwością, szarpiąc nerwowo pościel, w końcu podnosząc się z łóżka i krążąc po pokoju, nie mogąc już wytrzymać, czując jak coś w środku mnie niemalże płonie, ze strachu, z obawy, z wściekłości…
A jeśli nie wróci?
Co zrobię jeśli nie wróci?
Będę go szukał?
Ale gdzie?
A jeśli już go znajdę?
Co zrobię?
Zostawię go tam?
Zabiorę go ze sobą z powrotem, na siłę, nie zważając na protesty?
… Zabiję?
Ale wraca.
Nie mijają nawet dwie godziny, kiedy ponownie pojawia się w domu.
Ledwie usłyszałem trzaśnięcie drzwi wejściowych, a niemalże podskoczyłem i dosłownie wypadłem na przedpokój, żeby się upewnić, że naprawdę jest.
Był. Wygładził nieco nerwowo brzegi białej koszuli i zatrzymał się na chwilę przed lustrem, żeby przejrzeć się w nim dokładnie.
Nie ma się co zresztą dziwić, wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle, w normalnych ubraniach, a nie tych, które zazwyczaj każę mu na siebie wkładać.
Inaczej, normalnie, ale nie mniej pięknie.
Odetchnął cicho i uśmiechnął się lekko do swojego odbicia, by przeczesać palcami zmierzwione ówcześnie przez wiatr włosy i odwrócił się w moją stronę.
-Panie!- wykrzyknął nieco przerażony.
Prychnąłem cicho.
-Już jesteś? Doprawdy Nathaniel, niezbyt długi urządziłeś sobie spacer…
Uśmiechnął się w moją stronę przepraszająco i odparł:
-Wystarczająco długi. Zresztą najwyższy już czas na zmianę opatrunku- podszedł do mnie i chwycił mnie delikatnie za rękę, by poprowadzić mnie w stronę kuchni i usadzić przy stole.
Przez cały ten czas patrzyłem się na niego, nie kryjąc zdumienia.
Gdy zdejmował ze mnie koszulę.
Gdy zmieniał opatrunek.
Gdy jak gdyby nigdy nic, uśmiechał się w moim kierunku pogodnie.
-Nathaniel…- mruknąłem w końcu, kręcąc z niedowierzaniem głową- Odbiło ci? Raz w życiu pozwalam ci wyjść, a ty wracasz po kilku godzinach, bo musisz mi zmienić opatrunek?
-Najwyższy czas, mój panie… Z takimi ranami nie ma żartów, im lepiej się o to zadba, tym szybciej się zagoi…
-Nathaniel, do licha!- syknąłem, łupnąwszy dłonią w stół, a on odsunął się gwałtownie. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Przełknął ślinę i odetchnął cicho, odpowiadając:
-Tak, mój panie?
Boi się mnie.
Kurwa.
Przecież doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
Dlaczego mnie to dziwi?
Dlaczego dziwi mnie to, że reaguje w ten sposób nawet wtedy, kiedy właściwie nie chcę mu nic zrobić, skoro do tego właśnie go przyzwyczaiłem.
Westchnąłem głęboko i oparłem się ciężko o stół, przecierając skronie, po czym zapytałem, siląc się na spokój:
-I gdzie byłeś?
-W parku, mój panie- odparł, ponownie przywołując na swoją twarz lekki uśmiech- Tutaj, całkiem niedaleko stąd. Jest tam piękny staw. I kaczki.
-Co robiłeś?
-Spacerowałem, mój panie… Tu i tam… Chciałem nakarmić kaczki, ale nie miałem chleba…
-Ach. Następnym razem weźmiesz- odpowiedziałem, zanim na dobrą sprawę zdążyłem się zastanowić.
Spojrzał na mnie nieco zaniepokojony, po czym skinął głową i odparł:
-Jak sobie życzysz, panie. Pozwolisz, że zajmę się obiadem?
Skinąłem głową i machnąłem dłonią, dając mu znak, żeby odszedł.
Do licha.
Naprawdę nie mam pojęcia co ja najlepszego wyprawiam…

Nie do końca to wszystko rozumiem.
Jego intencje, jego motywacje, fakt, że ciągle jest obok.
Wcześniej było inaczej.
Wcześniej po prostu nie dawałem mu wyboru.
Był, bo musiał być.
Jasno określiłem, co czeka go za próbę ucieczki.
Śmierć.
A jednak nigdy nawet nie próbował uciekać.
To oczywiste. Groźba jest wysoce przekonującym czynnikiem.
Ale jeśli nie pozostał ze strachu? Tylko z jakiegoś dziwacznego przywiązania, którego ciągle nie potrafię pojąć?
Powiedział, że mnie kocha.
Głupi dzieciak.
Czy ma w ogóle jakiekolwiek pojęcie o tym co mówi?
A może to ja nie mam pojęcia o jego prawdziwych uczuciach?
Może naprawdę został z innego powodu…
… A jeśli?
A nawet jeśli to co to właściwie zmienia?
Czy mam jakiegokolwiek zobowiązania względem niego?
Czy muszę brać odpowiedzialność za to, że w swojej naiwności obdarzył mnie uczuciem, którego nie chcę odwzajemniać?
Obserwowałem go jak wszedł do jadalni, stawiając przede mną talerz i sztućce, wyciągając serwetki i przygotowując wszystko. Przebrał się, znowu miał na sobie dziewczęcą sukienkę.
-Proszę, mój panie- rzucił krótko, gotów wyjść, dopóki nie zatrzymałem go pytaniem:
-Po co się przebrałeś?
Spojrzał na mnie nieco spłoszony i odpowiedział:
-Sądziłem, że tak będzie lepiej, mój panie.
-Aha- mruknąłem cicho, zabierając się do jedzenia.
-Zresztą…- zaczął nieco niepewnie, podchodząc bliżej- Zresztą to ta którą mi ostatnio kupiłeś, panie- powiedział, wskazując na sukienkę.
-Wyglądasz pięknie- odparłem sucho, właściwie tak jak zwykle i z jakimż to zdziwieniem przyszło mi obserwować wpełzający na jego białą twarz delikatny rumieniec.
Cóż to za cholerna ironia losu…
-Siadaj- powiedziałem cicho, odsuwając mu jedno z krzeseł.
-Słucham?- spojrzał na mnie ze zdumieniem.
-Siadaj. Przynieś tu sobie obiad i siadaj. Dzisiaj zjemy razem.
Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę w zupełnym milczeniu.
-Do licha, Nathaniel…- zirytowałem się, prychnąwszy cicho- Jeśli każę ci coś zrobić to po prostu to robisz i już. Zapomniałeś jaka obowiązuje między nami umowa?
-Tak, panie!- potwierdził prędko i zniknął na chwilę za drzwiami prowadzącymi do kuchni, by zaraz przynieść posiłek też sobie, siadając na wskazanym przeze mnie miejscu.
Jedzenie posiłku upłynęło nam jako tako cicho i właściwie zupełnie spokojnie. Wpatrywałem się w niego z uwagą, jakbym chciał z jego ruchów wyczytać potwierdzenie wypowiedzianych ledwie wcześnie słów, a on za każdym razem, kiedy to dostrzegał, zamierał na dłuższą chwilę, jakby spodziewał się, że zaraz się na niego rzucę. Dopiero kiedy odwracałem wzrok, zaczynał spokojnie jeść. I tak ciągle.
W końcu kiedy skończyliśmy, poderwał się z miejsca, by wziąć się za sprzątanie, ale chwyciłem go za nadgarstek i ściągnąłem z powrotem na miejsce.
-Siadaj- rzuciłem krótko, przecierając skronie- Porozmawiamy.
Milczał, zaciskając nerwowo wargi i spoglądając na mnie z napięciem.
Westchnąłem cicho.
-Chodzi mi o to co mi wczoraj powiedziałeś. Nie myśl, że nie pamiętam.
-Mówiłem ci wczoraj wiele rzeczy, mój panie- odezwał się cicho, szarpiąc niespokojnie brzegi sukienki i wpatrując się w swoje kolana.
-Przecież wiesz o co mi chodzi, do licha- syknąłem, odsuwając się nieznacznie od stołu- Chodzi mi o twoje raczej nietypowe… Wyznanie.
-O to, że powiedziałem ci, że cię kocham, panie?
Drgnąłem lekko.
Jak strasznie bezproblemowo przychodziło mu o tym mówić.
-Tak- odpowiedziałem w końcu- Właśnie o to. Wczorajszy dzień był wyjątkowo dziwny. Sam… Nie mówiłem do końca od rzeczy. Właściwie wręcz bredziłem w gorączce. I moich słów nie należy brać na poważnie- zastrzegłem, zerkając na niego uważnie.
-Wiem, panie. Zdążyłem to dostrzec.
-A jak jest z twoimi słowami… Nathaniel?- rzuciłem, odchylając się lekko na krześle, a on spojrzał na mnie bez wcześniejszej obawy, raczej z jakąś dziwną determinacją i zapytał:
-Chcesz żebym powtórzył ci moje słowa, mój panie?
Zmarszczyłem brwi.
Nie wiem dlaczego chciałem, dlaczego podejrzewałem, że się wycofa.
A wręcz miałem taką nadzieję.
Bo wtedy można by było cofnąć to do przegródki pod tytułem „stało się i nie ma większego sensu o tym wspominać”, jak wiele rzeczy, które się między nami wydarzyły. Umieścić to pod rangą niedopowiedzenia. Zapomnieć, albo schować gdzieś głęboko w pamięci i nigdy już na ten temat nie rozmawiać.
Ale jak mogę zapomnieć, skoro to co powiedział wisi ciągle w powietrzu tak niecierpliwie i niespokojnie, że nie potrafię w żaden sposób odrzucić tego na dalszy plan?
Nie bez wyjaśnienia.
-O ile były prawdziwe… Powtórz je- odpowiedziałem chłodno- Wiesz, że nie znoszę kłamstwa, prawda? Tamto jedno mogę ci darować. Ale jeżeli skłamiesz teraz, pożałujesz tego.
… Nawet nie masz pojęcia jak bardzo chciałbym, żebyś po prostu potwierdził moje słowa.
-Nie kłamałem, panie. I teraz również nie kłamię. Kocham cię.
I ponownie czuję jak coś boleśnie drga we mnie.
-Ach tak?- parsknąłem, nie mogąc powstrzymać jakiegoś dziwnego rozgoryczenia pobrzmiewającego w moim głosie- Więc mnie kochasz, Nathaniel?- rzuciłem, spoglądając na niego uważnie.
Milczał, wpatrując się jednak we mnie z jakąś dziwną zaciętością, której wcześniej u niego nie widziałem.
-Kochasz mnie, Nathaniel?- kontynuowałem drwiąco, podnosząc się powoli z miejsca- Kochasz mnie i dlatego nie chcesz żebym pracował, czyż nie? Kochasz mnie i dlatego to wszystko dla mnie robisz? Kochasz mnie i dlatego się o mnie troszczysz, opatrujesz mi rany i pomagasz? Kochasz mnie i dlatego mnie nie zostawisz? Tak? Czyż nie właśnie tak, Nathaniel?
Zbliżyłem się do niego o kilka kroków. Doskonale wiedział co się szykuje.
Gwałtownie, niemalże mimowolnie poderwał się do ucieczki, ale chwyciłem go za nadgarstek i pchnąłem brutalnie na stół. Przewrócił się na niego i wierzgnął gwałtownie nogami, jakby chciał się szybko odsunąć, ale chwyciłem go za biodra, przyszpilając do blatu i nachyliłem się nad nim, by wgryźć się w jego usta.
Mocno, brutalnie, nie zważając na jego głuchy jęk protestu.
Niemalże wdarłem się językiem pomiędzy jego wargi, czując jednocześnie smak jego krwi i poczułem jak drży pode mną, zaciskając mocno dłonie na materiale mojej koszuli.
Oderwałem się w końcu od jego ust i chwyciłem go za szyję, przyciskając wciąż mocno do stołowego blatu.
-I co, Nathaniel?- syknąłem mu cicho do ucha- Teraz też mnie kochasz?
Nie odpowiadał, z trudem łapiąc oddech.
Prychnąłem rozjuszony, wsuwając dłoń pod materiał jego sukienki i poczułem jak znieruchomiał, zaciskając mocno powieki.
Wyczułem pod materiałem bielizny jego stwardniałą męskość i uśmiechnąłem się podle. Jęknął cicho i wierzgnął się po raz kolejny, zupełnie bez efektów.
-Co, Nathaniel…?- mruknąłem mu do ucha, by zaraz wgryźć się brutalnie w jego szyję- I teraz mnie kochasz? I jak cię tutaj zerżnę też będziesz mnie kochał? Będziesz, Nathaniel? Odpowiedz!
Milczał, zacięcie zagryzając wargę i nie spoglądając na mnie nawet przez chwilę.
Syknąłem coś cicho z poirytowaniem i zdarłem z niego bieliznę, by zaraz chwycić jego męskość i rozpocząć intensywne pieszczoty.
Wydał z siebie gardłowy jęk i odrzucił głowę do tyłu, dając mi tym samym większy dostęp do swojej szyi. Przesunąłem po niej językiem, by zaraz zacząć go kąsać boleśnie i głęboko, słysząc jego wtórujące mi jęki bólu i protestu, połączone z cichym łkaniem.
Poczułem jego łzy na swojej dłoni, ale nie przestałem.
Ze zdumieniem obserwowałem jak miota się pode mną, płacząc coraz donośniej, niemalże rozpaczliwie, ale nie odsunąłem się od niego.
Pierwszy raz właściwie zdarza mu się coś takiego w takiej sytuacji. Wcześniej nieważne jak mocno bym go pieprzył, zawsze był cicho, powstrzymywał łzy, nawet nie zaszlochał… A teraz przecież nic mu nie robiłem, prawda?
Bo rzeczywiście, to było nic w porównaniu z tym jak zwykle go traktowałem.
Dlaczego reagował na to w ten sposób?
Tak jakby sprawiało mu to ból, tak jakby sprawiało mu to ból większy niż ten, który zwykle mu zadawałem, a przecież nie miał z nim nawet porównania.
Doszedł w mojej dłoni z donośnym krzykiem i zakrył twarz dłońmi, a ja puściłem go i odsunąłem się nieznacznie.
-Niczego w ten sposób nie osiągniesz- rzuciłem jeszcze cicho na odchodnym, by zaraz opuścić pomieszczenie, oglądając się na niego krótko przez ramię.
Widziałem jak osunął się ze stołu na posadzkę, wciąż łkając donośnie i nieprzerwanie.
Wpatrywałem się w niego z nieustającym zdziwieniem, czując jak coś zaciska się na moim gardle, ale ostatecznie odwróciłem się i wróciłem szybko do swojego gabinetu.
Co się z tobą do licha dzieje, Nathaniel?
I co właściwie dzieje się ze mną?

Nie pojawił się już u mnie do późnego wieczora, chociaż zazwyczaj przynosi mi również kolację i ścieli łóżko. Ale tym razem nie przyszedł.
A ja nie naciskałem, nie szedłem po niego, nie wołałem go…
Sam nie wiem dlaczego.
Nie mam pojęcia, czy chciałem mu dać spokój i czas na ogarnięcie się, czy po prostu bałem się, że po raz kolejny zobaczę go takiego.
Zapłakanego.
Zupełnie wyprowadzonego ze zwyczajowej równowagi i spokoju.
Westchnąłem cicho i wstałem od biurka, by ruszyć w kierunku łazienki.
Tej samej, która ledwie wczorajszej nocy była miejscem rozgrywania się mojego najgorszego i jednego z najczęściej powtarzalnych koszmarów. Zrzuciłem z siebie ubrania, by wziąć prysznic i w końcu zacząć przebierać się w piżamę.
Syknąłem cicho z bólu, gdy niechcący zahaczyłem dłonią o opatrunek i zerknąłem na niego przelotnie.
Do licha.
Cały wczorajszy dzień krążył za mną pytając o tą cholerną ranę.
I wieczorem był przy mnie.
Więcej.
Został na całą noc.
I dzisiejszego ranka był również.
I nawet wrócił wcześniej tylko po to, żeby zmienić mi opatrunek.
Kurwa mać, jakby nie mógł po prostu zachowywać się jak zawsze!
Jakby nie mógł reagować jedynie tak, jak każę mu reagować!
Dlaczego zawsze musi mnie doprowadzać do stanu, w którym właściwie sam już przestaję się orientować w tym co robię?
Westchnąłem cicho, kończąc przebieranie się i wyszedłem z łazienki, by ruszyć powoli schodami na górę. Do jego pokoju.
Tylko po to, żeby sprawdzić co się z nim dzieje. Po prostu.
Uchyliłem drzwi i wszedłem powoli do środka.
Księżyc zza rozsuniętych żaluzji oświetlał wnętrze pomieszczenia. Szare ściany. Prawie opróżnione półki. Kilka malowideł, stojących niedbale w kącie. Sztalugę na środku pokoju.
Podszedłem bliżej i obejrzałem płótno. Burza nad parkiem. Jego kolejne dzieło.
Dziwne. Chyba kiedy tam szedł pogoda była dobra?
-Panie?
Drgnąłem lekko i odwróciłem się w kierunku jego łóżka, widząc jak unosi się na łokciach, nieco zdezorientowany i spogląda na mnie uważnie. Podszedłem do niego powoli i przysiadłem na brzegu łóżka, by zatopić dłoń w jego włosach z cichym westchnieniem.
-Panie… Coś się stało?- powtórzył, skubiąc nerwowo wargę.
-Nie. Nic się nie stało… Nathaniel. Po prostu…- głos uwiązł w gardle. I nawet nie miałem pojęcia co powiedzieć, czemu przyszedłem. Tak jakbym w ogóle musiał się przed nim tłumaczyć.
I znowu wbijał we mnie jawnie przerażone spojrzenie, podnosząc się do pozycji siedzącej i wpatrując we mnie z napięciem.
-Panie… Mam zejść do ciebie?- zapytał po dłuższej chwili ciszy- Przyjść do twojego pokoju? Albo do salonu?
Gniotłem w dłoniach materiał kołdry, nie wiedząc właściwie co mam powiedzieć.
Będąc bardziej zdezorientowanym niż wcześniej, bo właściwie nie wiedziałem nawet po co przyszedłem.
Chyba po nic konkretnego.
-Panie? Co się dzieje?
Teraz wydawał się być bardziej zaniepokojony. Przysunął się do mnie bliżej i dotknął opatrunku przez materiał koszuli.
-Boli cię, panie?
Pokręciłem głową i nachyliłem się do niego, by musnąć delikatnie wargami jego usta. Zamarł w bezruchu, oddychając płytko i chyba odruchowo odsunął się nieznacznie. Nie przytrzymałem go. Wpatrywałem się po prostu przez niego dłuższą chwilę i…
Sam przysunął się do mnie ponownie, chwytając moją twarz w dłonie i wyciskając na ustach delikatny, czuły pocałunek. Tak różny od naszych zwyczajowych pocałunków.
Było inaczej, zupełnie inaczej. I całe moje ciało też reagowało w inny sposób. Zazwyczaj kiedy się z nim całowałem, kiedy go dotykałem, pieprzyłem, miałem w sobie uczucie dziwacznej adrenaliny, chaosu. Teraz była po prostu wewnętrzna cisza. I jakieś wpół przyjemne, wpół bolesne ciepło rozlewające się gdzieś w okolicach żołądka.
Nie do końca wiedziałem co robić. Mimowolnie chyba oddałem pocałunek, czując jak jego dłonie ześlizgują się na moją klatkę piersiową i rozpinają powoli guziki koszuli od piżamy. Nathaniel nigdy wcześniej tego nie robił. Nie dotykał mnie sam w taki sposób. Nie rozbierał. Nie, jeżeli nie kazałem mu tego robić. To ja byłem zawsze tym, który wszystko inicjował, wymuszał niemalże czasami. On mógł się jedynie poddać, skapitulować po chwili bezsensownej szarpaniny lub nie. Więc czemu teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej?
Czemu to ja byłem praktycznie nieruchomy, czując jego dłonie błądzące po moim odsłoniętym już torsie i język pieszczący wnętrze moich warg? Oderwał się ode mnie na chwilę i odsunął się, by zdjąć z siebie piżamową koszulę i odrzucić ją gdzieś na bok, pozostając przy mnie całkowicie nagim. Ponownie chwycił mnie za ramiona, przyciągając mnie do siebie, a ja wpiłem się w jego wargi, czując się tak cholernie niedoświadczonym. Nie w takim pocałunku.
Z jego udziałem pocałunek przeszedł z rangi nieporadnego w niemalże subtelny. Nie odrywając się od moich warg położył się na pościeli, ciągnąc mnie za sobą i przesunął dłońmi wzdłuż mojego torsu, zatrzymując je na spodniach i zsuwając je z moich ud.
Ale mnie nie stać było w tym momencie na żadną brutalność. Jego błyszczące oczy, lekko rozchylone, malinowe usta, przyspieszony oddech, twarz wyrażająca podniecenie, każdy jęk jakim reagował gdy ocierałem się o jego erekcję… To wszystko było inne. Inne niż zwykle. Jego reakcje, dotyk, brak bierności, odwzajemnianie pieszczot…
Coś co nigdy zdawało się mnie nie interesować z jego strony teraz nabierało zupełnie innego wyrazu.
Pieściłem językiem jego ciało, czując jak drży pode mną, dla odmiany nie ze strachu i z bólu, a z przyjemności, jak wygina się pode mną w łuk, słysząc jego miarowe jęki i westchnienia.
Czułem się niemalże upojony jego bliskością, smakiem jego skóry, zapachem…
W końcu uniosłem lekko jego biodra i wszedłem w niego głęboko. Wydał z siebie gardłowy jęk i ogarnął mnie ramionami, przyciskając do siebie mocniej.
Kochałem się z nim powoli, delektując się każdym jękiem, szeptem, dotykiem dłoni.
-Louis…- po raz pierwszy usłyszałem jak wymawia moje imię, głosem igrającym pomiędzy zbliżającym się spełnieniem, a czułością niemalże. Raz jeszcze łączy nasze usta w przeciągłym pocałunku, a ja wykonuję kilka ostatnich pchnięć i dochodzę w jego wnętrzu. Niemalże w tej samej chwili czuję ciepło jego spermy na brzuchu.
Opadłem na niego bezwładnie, muskając nosem jego szyję i wzdychając cicho. Od razu poczułem jak obejmuje mnie kurczowo ramionami.
-Jesteś piękny, Nathaniel…- wymruczałem mu chrapliwie do ucha, zahaczając o nie wargami- Masz twarz anioła… Kocham twoją twarz…- powtarzałem mu niemalże jak w gorączce, czując się zupełnie otępiały jego bliskością.
A on jedynie głaskał mnie uspokajająco po plecach dopóki nie zasnąłem.

Obudziłem się z samego rana.
Tej nocy nie miałem żadnych koszmarów. Cały czas czułem, że jest obok mnie, nic nie mogło mnie przerazić.
Nie wiem co mam robić.
Czuję, że to co powiedział jest prawdą, ale wcale nie jest to przyjemna świadomość. Bardziej bolesna, gorzka. Czuję, że nie mogę go dłużej traktować w taki sposób, jakby jego wyznanie mogło zmienić całe moje nastawienie.
Nie mogło.
Ale wywoływało dziwne uczucie, otwierało oczy na zupełnie co innego.
Kocha mnie.
Głupi dzieciak.
Kocha mnie, więc nie odejdzie. Kocha mnie, więc nie może mnie zostawić. Kocha mnie, więc będzie ze mną tak czy inaczej.
Ale nie mogło być już jak dawniej. Drążyła mnie świadomość, jeszcze bardziej dotkliwsza niż zwykle, że robię mu krzywdę. Nie fizyczną jak zwykle. Dręczyła mnie wizja jego płaczącego, wtedy, przy stole. I nie mogłem się jej w żaden sposób pozbyć.
-Mój panie…?- usłyszałem jego cichy głos i przypomniałem sobie jak słodko układały się jego wargi gdy wymawiał moje imię ledwie tej samej nocy. Ale to nic. Musi rozumieć, że to nie zmienia całej naszej sytuacji. Dobrze, że wciąż pojmuje na jakim miejscu się znajduje.
-Nathaniel…- sapnąłem ze zniecierpliwieniem, podnosząc się z łóżka, a on prędko uczynił to samo- Nie musisz wstawać. Chcę z tobą ustalić pewne rzeczy.
-Jakie…?- zapytał wyraźnie zaniepokojony, siadając z powrotem w pościeli.
-Pewne- powtórzyłem z cichym prychnięciem, zakładając na siebie jedynie spodnie od piżamy- Doszedłem do wniosku, że nie wszystkie moje kroki… Ostrożności… Podejmowane względem ciebie są konieczne. Mieszkasz już ze mną dużo czasu i uważam, że powinieneś mieć trochę… Wolności- to słowo ledwie przeszło mi przez gardło.
-Co masz na myśli, mój panie?
-To, że od tej pory możesz wychodzić. Codziennie.
Spojrzał na mnie zupełnie zaszokowany.
-Ale… Panie…
-Oczywiście nie w dowolnych porach- sprostowałem natychmiast chłodno- Jedynie rano. Masz wstać, a później przygotować śniadanie i przynieść mi je do pokoju, nieważne o której będzie to porze. A później masz prawo wyjść. Gdzie chcesz, nie będę w to wnikał. Do trzynastej, góra wpół do drugiej masz być w domu i zajmować się obiadem. I tak co dnia. Zrozumiano?
-Tak, mój panie- uśmiechnął się z wdzięcznością, zaczesując pasemko włosów za ucho- Dziękuję…
-Proszę- odpowiedziałem sucho- Za kwadrans chcę widzieć cię na dole.

Zszedł po schodach, ubrany już w zupełnie normalne ciuchy i stanął przede mną, wpatrując się we mnie z oczekiwaniem. Westchnąłem cicho i wyjąłem z kieszeni spodni portfel, po czym podałem mu kilka banknotów.
Cofnął się jawnie zaszokowany.
-Panie?
-To Nathaniel, są pieniądze- poczułem go cierpliwie, a on parsknął cichutko i pokręcił głową.
-Ja wiem, ale… Po co?
-Żebyś sobie coś kupił. Wstąp gdzieś. Do jakiegoś sklepu, wybierz sobie ubrania. Nie możesz ciągle chodzić w tym samym…- westchnąłem cicho, przecierając skronie- Dobrze się czujesz w takich ubraniach?
-Tak… Mój panie…- potwierdził, wciąż wpatrując się we mnie stosunkowo niepewnie.
-Więc wszystkie pozostałe możesz wyrzucić.
Rozchylił oczy ze zdziwienia.
-I czego się patrzysz, Nathaniel? Wybierz sobie ubrania jakie chcesz i tyle- zerknąłem na zegarek- Masz cztery godziny. To akuratnie, prawda?
-Ale panie… Śniadanie i…
-Dzisiaj nie obowiązuje. Idź- machnąłem niedbale dłonią, a on ku mojemu osłupieniu wtulił się we mnie krótko i odparł:
-Dziękuję.
Nie minął kwadrans, a wyszedł.
Westchnąłem ciężko, przecierając skronie.
Czułem się dziwnie.
Sam nie mogłem tego sklasyfikować.
Podobała mi się jego radość. I to, że jest szczęśliwy.
A z drugiej strony…
Miałem wrażenie…
Że staram się mu zrekompensować fakt…
Że ja go nigdy nie obdarzę takim uczuciem.

2 komentarze:

  1. Coraz bardziej mi się wszystko podoba ^.^ uwielbiam twoje opowiadania *.*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooch, to ich kochanie bez przemocy było urocze wręcz.
    Co do ostatnich akapitów, mam nadzieję, że jednak obdarzy Nathaniela "takim" uczuciem.

    OdpowiedzUsuń