Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 2 # [Theodore]

-Łap mnie!
Theodore sapnął coś gniewnie pod nosem, zaciskając mocniej powieki i wtulił głowę w poduszki.
-Mirtha!
-Ał… Ała! Ej! To akurat bolało!
-Przepraszam!
Co do licha…?
Theodore podniósł się na łokciach i niezbyt przytomnie jeszcze rozejrzał się po pomieszczeniu, wsłuchując się w odgłosy zabawy i śmiechu dochodzące zapewne z dworu. Przetarł twarz i wstał z łóżka, nakładając na siebie szlafrok, po czym podszedł do okna, otwierając je niemalże odruchowo. Od razu uderzyła go fala lodowatego, grudniowego powietrza. Zamknął je z cichym syknięciem i odsunął się nieco.
Och, czemu od razu się nie zorientował?
Ten gówniarz i jedna z pokojówek. Jasne, że tak. Przedzierali się przez liście i co jakiś czas rzucali się nimi, co indywidualnym i na szczęście nie wyrażonym na głos zdaniem Theodore’a nadawało im wyglądu dzieciaków co najmniej niedorozwiniętych. I o ile dziewczyna była jeszcze jako tako ciepło ubrana, o tyle chłopak miał na sobie ledwie cienką, dżinsową kurtkę.
Co on, zwariował?
Nikt jeszcze nie był na tyle łaskaw poinformować go, że już grudzień?
Theodore powinien.
Ale tego nie zrobi, bo i po co? Co go to wszystko właściwie obchodzi?
Westchnął cicho, po czym skierował się do łazienki, by wziąć kojąco ciepły prysznic i ubrać się, a następnie zszedł do kuchni, jak co rano przygotowując sobie niewielkie śniadanie.
W momencie, kiedy Carmen weszła do kuchni, już był pewien, co zaraz się stanie. Szczególnie, że już po chwili, przyciągnięta okrzykami z zewnątrz, zatrzymała się przed oknem ze zmarszczonymi brwiami, po czym przeniosła spojrzenie na mężczyznę.
-Widziałeś?
-Widziałem- potwierdził, skinąwszy lekko głową.
-Głupi smarkacz! Od rana robić tyle szumu! A to taka spokojna okolica!
-Ogród jest duży. Nie sądzę, żeby sąsiedzi coś słyszeli…- mruknął, serwując sobie poranną dawkę kofeiny w postaci pokaźnego kubka kawy- A nawet jeśli, to nie będzie tragedii. Też w końcu mają dzieci.
-Ale… Ale nie takie nieokrzesane!- Carmen spojrzała na niego z jawnym oburzeniem- I jeszcze Mirtha! Czy ona nie ma żadnych obowiązków?!
-Najwyraźniej nie.
-Nie powinna się z nim spoufalać! Za kogo ona się właściwie ma?!- kobieta mamrotała coś jeszcze pod nosem przez dłuższą chwilę, po czym ponownie przeniosła spojrzenie na Thedore’a- A ty co? Nic z tym nie zrobisz?
-A co mam zrobić?- zapytał bez większego zainteresowania, sącząc kawę.
-Zobacz, jak ten chłopak jest ubrany! Zupełnie nie jak na tą pogodę! Zachoruje i co wtedy?! Jeszcze tylko dodatkowy problem, użerać się z nim będzie trzeba…
-Już mówiłem, że nie jestem od tego, żeby go wychowywać…- odparł beznamiętnie, odchylając się nieznacznie na krześle- Jestem od tego, żeby spełniać jego życzenia. A jeśli życzeniem mojego panicza jest zapewnienie sobie zapalenia płuc, to ja przecież nie będę mu w tym przeszkadzał…- na jego wargach pojawił się paskudny uśmiech.
W tym momencie do kuchni wbiegł nikt inny, jak ów przybłęda, lekko zdyszany jeszcze, z rumieńcami malującymi się wyraźnie na bladych policzkach. Uśmiechnął się szeroko w stronę Theodore’a i rzucił pogodnie:
-Dzień dobry, Theo. Smacznego.
-Theodore…- wycedził przez zęby, ale chłopak chyba to zignorował, bo jedynie porwał mu z talerza jednego tosta i uścisnął go krótko, przez co mężczyzna wydał z siebie dźwięk pomiędzy zdziwionym jękiem a pełnym zażenowania chrząknięciem i ostatecznie zerknął jedynie na chłopca z lekkim poirytowaniem. Wyczuwał na swoich plecach karcące spojrzenie Carmen, ale nie rzucił na ten temat ani jednego słowa.
-Fajnie tu jest- dzieciak odetchnął głęboko, odgarniając rude pasemka z czoła i usadowił się na krześle tuż obok czarnowłosego- Duży ogród.
-Nie było ci zimno?- mruknął neutralnie, popijając kawy i raz jeszcze zerkając na jego wyświechtaną kurtkę. Phie. I tak nic go to nie obchodziło.
-Niee, za dużo biegałem, żeby było mi zimno- odpowiedział z pogodnym uśmiechem- Teraz trochę jest. Mogę?
Theodore chyba z zupełnego osłupienia po prostu nie zaprotestował, a ten już po chwili wziął jego kubek i upił z niego łyk kawy, po czym skrzywił się nieznacznie.
-Uch. Nie słodzisz?
-Nie…- odparł, wciąż nieco zbity z tropu, zabierając od niego kubek- Wolę gorzką.
Do kuchni weszła również dziewczyna i spojrzała na przybłędę z jawnym oburzeniem.
-Nie mogłam się otrzepać z tych wszystkich liści przez ciebie!- rzuciła z wyrzutem, a rudzielec zachichotał złośliwie.
-I dobrze ci tak.
-Och, zrewanżuję ci się! Na pewno!
-To chodź!- powiedział wesoło, wstając.
-Mirtha!
Dziewczynę przywrócił do porządku głos Carmen, która wpatrywała się w nią surowo.
-Nie masz swoich obowiązków?- zapytała chłodno- Nie spoufalaj się z paniczem. I nie mów do niego w ten sposób. Jesteś służącą, nie zapominaj, gdzie twoje miejsce. I bierz się do roboty. Nie masz teraz czasu na głupie zabawy.
Dziewczyna skuliła się nieco i odpowiedziała skruszona:
-Tak, proszę pani. Przepraszam.
-Nie mnie powinnaś przepraszać, a panicza!- fuknęła Carmen, pocierając skronie.
-To prawda… Przepraszam, paniczu.
-Nie ma takiej potrzeby!- powiedział prędko chłopak, rzucając krótkie, jak gdyby wyczekujące na jakiekolwiek poparcie spojrzenie Theodore’owi. Nie zareagował. Miał to gdzieś. Właściwie nawet nie podniósł wzroku- No bo… Ja chciałbym się trochę pobawić z Mirthą… I bardzo ją lubię… I nie musi się do mnie tak zwracać, jest ode mnie o rok młodsza, to trochę głupia sprawa…
-Te zasady, drogi paniczu, są w tym domu od wieków- głos Carmen był bardziej lodowaty niż zimowe powietrze- I jeśli twoi prapraprzodkowie tak nie sądzili, to wypada, byś i ty, chociażby dla dobra tradycji, się im podporządkował.
-Tak, ale…
-Mirtha ma pracę- przerwała mu kobieta- Nie ma całego dnia wolnego, tak jak ty, paniczu. Więc bądź na tyle łaskaw, by nie utrudniać wszystkiego i nie przeszkadzać jej w obowiązkach.
Chłopak otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, ale ostatecznie umilkł spłoszony, zagryzając wargę, i jedynie wydał z siebie ciche, pełne zrezygnowania westchnienie, po czym wzruszył ramionami.
-Trudno- stwierdził, a następnie wyszedł z pomieszczenia.
Theodore zerknął kątem oka na Carmen i spłoszoną Mirthę. Ta pierwsza wydawała się wyjątkowo zadowolona z siebie. Ta druga wyglądała bardziej na przerażoną całą sytuacją.
-A ty na co czekasz?- warknęła Carmen- Za mało masz pracy?

Theodore nigdy nie był zbytnio zżyty ze służbą w tym domu. Znał Carmen od dłuższego czasu i żywił do niej swego rodzaju sympatię, ale nie był z nią mocno związany, chociaż nie dało się ukryć, że była jedną z niewielu osób w tym domu, z którymi umiał przynajmniej porozmawiać. Oprócz tego były kucharki, z którymi rzadko zamieniał chociaż słowo, i pokojówki, które ciągle się zmieniały, więc przyzwyczajony do określonego ładu i porządku, właściwie ich nie zauważał i nawet nie starał się spamiętać. Carol, szofer, był obcokrajowcem i słabo mówił po angielsku, chociaż doskonale ów język rozumiał, co wykluczało ewentualne rozmowy i zawsze prezentowało go w oczach domowników jako milczka i samotnika, natomiast nieszczęsny majordomus, Richard, zawsze irytował go ponad wszelką miarę i dlatego nigdy nie nawiązała się między nimi jakakolwiek więź, mimo tego, że znał go praktycznie od dziecka.
Ale jemu to specjalnie nie przeszkadzało.
Bo on nikogo nie potrzebował.
Nikogo prócz…
Coś ścisnęło go za gardło, wywołując dziwne, bolesne, pełne rozgoryczenia uczucie.
Do licha.
Odetchnął głęboko, starając się uspokoić.
Musiał coś ze sobą zrobić.
Szybko.
Coś, co by go zajęło, odwiodło skutecznie od wszystkich myśli…
Tylko co?
Co, cholera?
Przybłęda.
Och, tak.
Kto jak kto, ale przybłęda szokował i irytował go na tyle, że w jego obecności wszystkie myśli odchodziły gdzieś na dalszy plan.
Tylko gdzie on się właściwie podziewał? Zbliżała się już pora obiadu, a Theodore nie zastał go w pokoju ani w kuchni. W ogrodzie chyba też go nie było. Tak na dobrą sprawę nie miał pojęcia, gdzie mógłby go szukać. Chłopak nie rzucił mu się w oczy już od porannej rozmowy i jeszcze chwilę temu był z tego faktu całkiem zadowolony, a teraz…
Cholera. Jeszcze się okaże, że się gdzieś gówniarz zgubił, i co wtedy?
Dodatkowy problem na karku.
Sapnął cicho z poirytowaniem, mamrocząc coś pod nosem o nieodpowiedzialnych bękartach, i ruszył wzdłuż korytarza, zastanawiając się, gdzie też ten smarkacz mógłby się podziewać. I zapewne za nic w świecie by go nie znalazł, gdyby nie to, że nagle dobiegł go jego głos:
-Wow! Wyglądam jak książę!
Zmarszczył brwi i ruszył w kierunku, z którego się dobywał. Uchylił drzwi do jednego z dawno już nieużywanych pomieszczeń, służącego niegdyś za garderobę. Do tej pory jedną ze ścian pokrywały lustra, mimo, że po bogatym wypełnieniu szaf nie było już śladu. A teraz przed owym lustrem stał nikt inny, jak rudowłosy, oglądając się w garniturze. Obok, na fotelu, leżały jeszcze inne ubrania, jakieś koszulki i dżinsy, a razem z chłopcem w pomieszczeniu znajdowali się majordomus i kierowca.
Theodore zmarszczył brwi.
Co się tam wyprawiało, do licha? Byli na zakupach bez jego zgody? Nie, na pewno nie. Nie ma szans, żeby nie zauważył zniknięcia samochodu z podjazdu. Więc co…?
-Albo jak dzieciak milionera!- kontynuował chłopiec, uśmiechając się szeroko.
-No cóż… Jakby nie patrzeć, jesteś dzieckiem milionera, Felix…- zaśmiał się lekko Richard, co wywołało automatyczne niemalże prychnięcie u czarnowłosego. Felix. Też coś.
Stary dziad. Nie nadawał się na swoje miejsce.
-No… Chyba trochę jestem…- rzucił chłopak stosunkowo niepewnie- Ale… Och, to wszystko jest takie super! Jesteś pewien, że twojemu siostrzeńcowi nie będzie już potrzebne?
-Stu procentowo. Już dawno zdążył z tego wyrosnąć. Gdy zobaczyłem, z czym tutaj przyjechałeś, od razu przyszło mi do głowy, żeby wynaleźć ci jego ubrania. Zostawił je tutaj kiedyś i nie było już okazji, żeby je odebrał.
Theodore parsknął z politowaniem. Czy ten stary idiota zupełnie zmysły postradał? Dzieciak może sobie wykupić od machnięcia ręką cały sklep, a on mu daje używane ubrania? Och, czego innego mógłby się po nim właściwie spodziewać…
-Ale… To na pewno w porządku?- upewnił się raz jeszcze przybłęda, a gdy starzec skinął mu głową, uśmiechnął się radośnie- To świetnie! O rany! Nigdy nie miałem aż tylu ubrań! Dziękuję ci, Richard. I tobie też dziękuję, Carol, za twoje opinie.
Opinie? Theodore zmarszczył brwi. Przecież ten facet nawet nie mówił po angielsku.
Carol spojrzał na chłopca i jedynie uśmiechnął się krótko, skinąwszy mu głową. Ha. Dobre i tyle.
-Już nie mogę się doczekać, aż pokażę się Theo- rzucił chłopak, a czarnowłosy poczuł, jak coś w nim drgnęło.
Wspomniał… Go?
Ale jak to? Po co? Dlaczego? Dlaczego chciał pokazać się akurat jemu? Zamarł w oczekiwaniu na kolejne słowa.
Dostrzegł, że Carol i Richard wymienili pomiędzy sobą znaczące spojrzenia. Starzec odchrząknął i zaczął:
-Skoro jesteśmy przy temacie Theodore’a… Jak się z nim czujesz?
-Bardzo dobrze…- powiedział z lekkim uśmiechem błądzącym na wargach- Jest bardzo miły. To znaczy może nie „miły” w tym sensie…- dodał, widząc niemalże pełne osłupienia spojrzenie Richarda. Zresztą nie było to dziwne. Samemu zainteresowanemu wyrwało się zdziwione „och”. On? Miły?- Stara się być opanowany i traktować mnie z dystansem, ale w gruncie rzeczy jest bardzo… No… Nie wiem, jak to ubrać w słowa… Mimo tej całej oficjalnej otoczki i chłodu, to w rzeczywistości jest dobry. I lubię go.
-Niezupełnie tego się spodziewałem- przyznał majordomus po chwili ociągania, a Theodore niemalże prychnął pod nosem. Och, jasne. Ciekawe, czego ten stary pryk mógł się spodziewać.
-Tak?- zdziwił się rudowłosy- Dlaczego? Theodore jest naprawdę bardzo fajny. Nie lubisz go?
-Nie w tym rzecz, Felix… Po prostu… Theodore jest teraz w bardzo ciężkiej sytuacji… Widzisz, zanim tu przybyłeś…
Gwałtowne rąbnięcie drzwi o futrynę przerwało rozmowę. Majordomus spojrzał z lekkim zdziwieniem w stronę Theodore’a, którzy niemalże wparował do pomieszczenia i zatrzymał się na środku, wpatrując się w staruszka z nieskrywaną niechęcią.
-Theo!- rzucił ze zdziwieniem chłopak.
-Paniczu… Obiad czeka. Nie chcesz chyba, żeby ci wystygnął?- rzucił iście lodowato, nie odrywając wzroku od twarzy Richarda. Przybłęda jedynie rzucił krótkie: „jasne”, wyczuwając chyba, że nie powinno go tu teraz być, i zgarnął szybko wszystkie ubrania, po czym wyszedł z pomieszczenia.
-Theodore…- zaczął spokojnie zarządca, ale czarnowłosy prychnął donośnie.
-Nie waż się o mnie mówić pod moją nieobecność, starcze…- wycedził przez zęby- Za kogo ty się właściwie uważasz? Nie myśl sobie, że masz prawo rozpowiadać na prawo i lewo te twoje nędzne ploteczki…
-Theodore…
-Zajmij się swoim życiem!- warknął z poirytowaniem- To, co się tutaj wydarzyło, nie jest sprawą ani twoją, ani tego dzieciaka. Skoro twoje życie jest tak nudne, że musisz wściubiać nos w cudze, to je sobie jakoś urozmaić póki czas i módl się, żebym to ja nie był tym urozmaiceniem, bo źle się to dla ciebie skończy… A jeśli nie, to wracaj pod swoje drzwi i zajmuj się tym, co zawsze. Głupcze…- syknął, mierząc go pełnym pogardy spojrzeniem i wykrzywiając lekko wargi- Zaczepiasz tego dzieciaka niczym dobry wujek i dajesz mu ubrania po siostrzeńcu? Pewnie raz w życiu tylko widziałeś go na oczy, niedziwne wcale, że nie wrócił, skoro twoim jedynym zajęciem jest wylizywanie klamek… A teraz co? Na starość szukasz sobie wnuczka? Nie rozumiesz, że wszystko to, co mu dałeś jest bezwartościowe? Nie rozumiesz, że chociaż jeszcze dzisiaj ma mentalność sierotki, to już za tydzień będzie się pławił w swoim bogactwie? I gdzieś będzie miał twoje podarki rodem z podrzędnych lumpeksów?
Richard milczał, a Theodore prychnął raz jeszcze donośnie, spoglądając na niego z nieustającą pogardą, po czym ruszył do wyjścia, zatrzymując się jeszcze na chwilę przy Carolu, którzy nie odrywał od niego badawczego spojrzenia.
-A ty na co się patrzysz?- parsknął z politowaniem- Zbieraj swoje cztery litery do garażu, gdzie twoje miejsce.
-Theodore…- padło jeszcze ze strony majordomusa.
-Czego?- warknął mężczyzna, odwracając się w jego stronę z impetem.
-Nie mścij się na Felixie. To, co się stało, nie było jego winą.
Czarnowłosy uśmiechnął się paskudnie i prychnął.
-A co ty możesz o tym wiedzieć, starcze?

Wieczorne bóle głowy po raz kolejny dawały o sobie znać. Minął już czas, w którym tabletki mogły cokolwiek na to poradzić. W takich chwilach jak ta, Theodore najczęściej po prostu zwijał się na łóżku i czuł, jak zdycha wewnętrznie z bólu. Albo serwował sobie taką dawkę leków, po której nie czuł praktycznie żadnej części ciała, ale nie należało to do bezpiecznych rozwiązań.
Do kuchni wpadł rudowłosy, rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia, po czym…
-Co ci się stało?- zapytał z niepokojem, dostrzegając Theodore’a- Boli cię coś? Theo?
-Nic…- warknął mężczyzna, przecierając skronie- Wszystko w jak najlepszym porządku…
-Ale…
-Życzyłeś sobie czegoś, paniczu?- przerwała mu z chłodem Carmen, zaprzestając na chwilę mycia naczyń.
-Właściwie to chciałem zapytać, czy ktoś mógłby mi puścić wodę…- zaczął nieco nieśmiało- Sam chciałem, ale nie do końca potrafię uregulować tą termę i ciągle leci zimna… A chciałbym wziąć kąpiel, więc…
Theodore podniósł się z miejsca bez słowa, czując niemalże jak całe jego ciało krzyczy w ramach protestu, ale ostatecznie stłumił ból, gotów ruszyć w kierunku łazienki, ale poczuł na ramieniu dłoń Carmen.
-Co?- mruknął nieco nieprzytomnie.
-Dopilnuj go- syknęła mu do ucha- Niewiadomo, czego go tam uczyli, to w końcu zwykły bękart… Posiedź z nim i dopilnuj, żeby dokładnie się umył…
-Chyba żartujesz…- sapnął niemalże z poirytowaniem, czując na sobie uważny wzrok chłopaka czekającego w drzwiach.
-Lona!- skierowała się Carmen do jednej z pokojówek, która akurat weszła do pomieszczenia- Zaprowadź panicza do łazienki, napuść mu wody i przygotuj wszystko, co potrzebne do kąpieli, dobrze?
Już po chwili dziewczyna wraz z rudzielcem opuściła pomieszczenie, a Carmen kontynuowała:
-Mam dziwne poczucie… Sama nie wiem. Wolę, żeby ktoś tego dzieciaka pilnował i sprawdził, żeby trzymał higienę… Nie mam zaufania do tych wszystkich sierot… Theodore, to przecież nie jest aż taki wielki problem. Znajdź sobie jakiś pretekst i zadbaj o to, żeby się umył, dobrze?
Mężczyzna warknął coś pod nosem, ale ostatecznie skinął głową.
Do licha.
Same problemy z tym dzieciakiem.

Theodore wszedł do łazienki, pomijając grzecznościowe pukanie, i zamknął za sobą drzwi. Felix leżał wygodnie wyciągnięty w wannie, oddychając miarowo. Nie, w tym momencie, bez zwyczajowo rozszarpanych ubrań, nie wyglądał już jak sierota. Idealna, gładka, skóra, łabędzia szyja, zwilżane miarowo językiem malinowe wargi…
 I chłopak dopiero po chwili najwyraźniej zdał sobie sprawę z tego, że do pomieszczenia ktoś wszedł.
-Theo!- pisnął nieco spanikowany, czerwieniejąc wyraźnie z zażenowania i podnosząc się do siadu.
-Przyszedłem umyć ci plecy- oznajmił cicho mężczyzna, przecierając skronie, po czym sięgnął po gąbkę i nalał na nią żelu. Chciał załatwić to najszybciej, jak było możliwe, i mieć święty spokój.
Rudowłosy skinął głową i przesunął się nieznacznie do przodu, by udostępnić mu swoje plecy. I wtedy… Theodore wstrzymał oddech na dłuższą chwilę. Jasne plecy chłopaka przecinała ukośna, długa blizna. Nie była jedyną. Obok niej było kilka mniejszych, ale równie głębokich śladów. Czarnowłosy przełknął ślinę.
-Obrzydza cię to?
Drgnął lekko, po czym przeniósł spojrzenie na twarz chłopca.
-Obrzydza cię to?- powtórzył spokojnie pytanie rudowłosy i uśmiechnął się leciutko- Jeśli tak, to w porządku. Ja sam się umyję. Nie musisz mi pomagać.
-Nie obrzydza- mruknął cicho w odpowiedzi, po czym odrzucił szorstką gąbkę i namydlił dłonie. Nie potrafił sam sobie wyjaśnić, dlaczego wywarło to na nim aż takie wrażenie, że zechciał być dla niego niemalże… Delikatny? Przesunął dłońmi po jego ramionach, by przejść na plecy, muskając je zaledwie opuszkami palców.
-Nie boli mnie to- szepnął chłopiec z lekkim rozbawieniem- Nie musisz tego robić w ten sposób.
-Wiem, że nie muszę- obruszył się nieznacznie Theodore, nie zaprzestając jednak ruchów, którym daleko było do jakkolwiek stanowczych. To były raczej delikatne muśnięcia, namydlające jego ciało. Czarnowłosy z lekkim zdziwieniem obserwował, jak na skórze chłopaka, mimo tego, że woda była przyjemnie ciepła, pojawiała się gęsia skórka.
-Ona kazała ci przyjść?
-Słucham?
-No… Pani Carmen… Ona ci kazała, prawda?
-Skąd- odparł chłodno, wzruszywszy ramionami, i zaczął opłukiwać skórę rudowłosego- Po prostu taka już moja praca. To również należy do moich obowiązków.
-Mycie pleców?- parsknął cichutko z rozbawieniem, przymykając leniwie powieki- Zapamiętam… Przyjemnie- stwierdził, zagryzając wargę.
-Na pewno- skomentował to jedynie krótko Theodore.
-Theo?
-Tak?
-Widziałem tamtą łazienkę na parterze.
-I…?
-Jest bardzo mała- zauważył chłopak- Tak mała, jak ta u nas, w sierocińcu. Bez sensu, żeby cała służba korzystała z tamtej, podczas gdy ta jest duża… I… Sam rozumiesz… Jeśli byś chciał… Wziąć kąpiel albo cokolwiek… To śmiało możesz korzystać z tej łazienki.
-Nie ma takiej potrzeby, paniczu- odpowiedział sucho, kończąc mycie jego pleców i opierając się o brzeg wanny- Radzę sobie- podniósł się w końcu na nogi i już miał wyjść, kiedy usłyszał:
-Theo…?
-Theodore…- mruknął, jednak tym razem bez zbytniej nadziei, że przyniesie to jakikolwiek efekt, i spojrzał na chłopaka z wyczekiwaniem.
-Umyłbyś mi jeszcze włosy?- zapytał cichutko, zagryzając niepewnie wargę.
Theodore zdziwił się nieco, ale starał się nie dać tego po sobie poznać, i odparł jedynie neutralnie:
-Oczywiście, paniczu. Jak sobie życzysz.
Skłamałby, jeśli miałby powiedzieć, że nie sprawiło mu to jakiejś dziwacznej, wewnętrznej przyjemności. Skłamałby, ale on lubił kłamać, więc zrobił to bez najmniejszego problemu. A najskuteczniejszym rodzajem kłamstwa, jaki preferował, było okłamywanie samego siebie. Na myciu włosów się jednak nie skończyło. Rudowłosy rozpoczął z nim rozmowę na jakiś, zdawać by się mogło, zupełnie banalny temat, a jednocześnie zajął go czymś skutecznie na kolejny kwadrans, w trakcie którego wylegiwał się bezkarnie w wodzie, dopóki ta nie zaczęła robić się chłodna.
-Wychodź. Nie mnóżmy twoich szans na i tak wysoce prawdopodobne przeziębienie…- rzucił w końcu Theodore, wyciągając z szafki puchaty ręcznik.
-E, tam!- odparł rześko chłopak, uśmiechając się szeroko- Nie przeziębię się! Naprawdę! Zawsze biegaliśmy w takich ubraniach, można by powiedzieć, że jestem… yyy… Zahartowany.
-Ta…- parsknął Theodore bez przekonania, przewróciwszy oczyma- Jeśli jutro wylądujesz w łóżku z czterdziestostopniową gorączką, to każę ci to powtarzać do usranej śmierci.
Rudowłosy zachichotał.
-Zgoda.
-Wychodź- powtórzył mężczyzna, rozkładając ręcznik na całej długości jego ramion.
Felix zmierzył go iście podejrzliwym spojrzeniem, po czym rzucił:
-Ale nie podglądaj.
Theodore prychnął.
-Tak jakbym miał co.
-A żebyś wiedział, że masz!
-Zamknę oczy. Wychodź.
-Więc zamknij.
Theodore przewrócił oczyma, sapnąwszy z niecierpliwością, ale rzeczywiście przymknął powieki. Już po chwili usłyszał charakterystyczny chlupot oznaczający, że chłopak zapewne wyszedł już z wody, a następnie poczuł, że rąbki ręcznika wyślizgują się z jego dłoni, a Felix oplata się nim dokładnie.
-Już możesz otworzyć- szepnął teatralnie i ledwie Theodore uchylił powieki, a natychmiast rzucił mu się w oczy jego uśmieszek.
-Czego?- burknął z lekkim zaniepokojeniem.
-Niczego- odparł chłopak iście niewinnie- Idziemy?
-Idziemy- przytaknął mężczyzna z cichym westchnieniem i puścił chłopaka przodem, by samemu ruszyć w ślad za nim- I co?- rzucił w końcu, jak gdyby od niechcenia- Jak wczorajsza noc? Przerażająca?
-Przerażająca- odparł Felix, zerkając na niego przez ramię- W ogóle nie mogłem zasnąć. Cały czas miałem przed oczyma urywki z tego filmu, o którym ci mówiłem i… No… No nie spałem.
-Trzeba było mnie zawołać.
-Nie wiedziałem, czy mogę.
-Możesz.
-Nie chciałem cię budzić. Zresztą zawsze tak mam w nowym miejscu.
-Ta?- mruknął od niechcenia- A ile to razy zmieniasz to miejsce, że o tym wiesz, co?
-No… Łącznie z tym to w sumie siedem.
Theodore umilkł. Chyba zdał sobie sprawę z tego, że zadał nie do końca właściwe pytanie. Siedem razy odsyłali go z domu do domu? No cóż…
W końcu zatrzymali się przed drzwiami sypialni chłopaka. Felix wszedł do środka, wciąż trzymając rąbki ręcznika, żeby ten przypadkiem nie opadł, i podszedł do szafy, wyciągając z niej wyświechtaną piżamę.
-Nie patrzę- oświadczył natychmiast Theodore, ale chłopak zachichotał cicho i odparł:
-Możesz… Jeśli chcesz…
-Nie chcę- odpowiedział błyskawicznie mężczyzna z iście dziecięcym zacięciem, ale ostatecznie skierował wzrok na chłopaka. Widział, jak ręcznik opada łagodnie na posadzkę, ale szybko przeniósł spojrzenie do góry, mimo silnych chęci nie spuszczając go jednak z twarzy rudowłosego.
W końcu przebrany już chłopak wylądował pod kołdrą, wpatrując się tymi dużymi oczyma wprost w Theodore’a, który nie wiedzieć czemu wciąż stał w tym samym miejscu. W końcu ogarnął się jako tako i rzucił już z normalnym dla siebie chłodem:
-Tak więc… Dobranoc, paniczu.
-Theo!- krzyknął prędko, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Słucham?
-Opowiedziałbyś mi o… O panu Grekchu?
Theodore odwrócił się w jego stronę odrobinę zdziwiony i raz jeszcze powtórzył nieco osłupiały:
-Słucham?
-No… O moim ojcu…
Czarnowłosy zmierzył chłopaka badawczym spojrzeniem, gotów chyba w pierwszej chwili zaprzeczyć, ale ostatecznie zawrócił i przysiadł na brzegu łóżka, napotykając jego uważne spojrzenie.
-O Grekchu?- powtórzył, zamyśliwszy się na chwilę- Cóż. Sir Grekch był… Hmmm…
-Chodzi mi o twoją opinię…- wtrącił nieco nieśmiało rudowłosy- Bo cała służba wypowiada się o nim bardzo dobrze…
-Bo podobno tak wypada. W końcu zdechł niedawno, jakby nie patrzeć- syknął mężczyzna, skrzywiwszy się lekko- Chociaż może oni rzeczywiście tak myślą. Sir Grekch był kimś, kto doskonale odgrywał swoją rolę dobrego pana na włościach, który wszystkim równo rozdaje. A tak naprawdę owo „równo” doskonale równało się z „gówno”- prychnął cicho, przecierając skronie- Jeśli chcesz mojej opinii, to proszę… W mojej opinii był starym, zramolałym lowelasem, mimo tego, że niedawno stuknęła mu czterdziestka. Nie nadawał się do niczego. Niczego nie potrafił zrobić. Miał więcej kochanic niż butelek whisky, a to już w jego przypadku spore osiągnięcie. Mówił, że nie jest alkoholikiem, tylko lubi sobie popić. Tak, lubił. Trzy albo cztery razy dziennie. I zanim zapytasz, od razu odpowiem, że nie. Nie lubiłem go. I wcale mi go nie żal.
-W porządku- odparł spokojnie chłopak, skinąwszy głową- Tego mniej więcej chciałem się dowiedzieć.
-Niezbyt miło usłyszeć coś takiego o ukochanym tatusiu milionerze, co?- zadrwił Theodore, ale Felix uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi:
-Nie był moim tatą- oznajmił bez najmniejszego zdenerwowania- Nie miałem taty, nigdy. I to się chyba nie zmieni.
-Za duży jesteś na to- stwierdził sucho mężczyzna- W twoim wieku ojciec nie jest już potrzebny do szczęścia.
-A ty?
-Co ja?
-A gdzie jest twój ojciec?- rudowłosy przechylił lekko głowę, wpatrując się w niego z uwagą.
-Nie ma- odparł Theodore, wzruszywszy ramionami- Nie znałem go.
-Nie?- zdziwił się Felix- Więc…
-Nie chcę o tym rozmawiać- przerwał mu chłodno, podnosząc się z łóżka- Poza tym najwyższy czas, żebyś poszedł spać, paniczu.
-W porządku… Nie musisz mówić… I… Co do tego, co usłyszałem po południu… Na twój temat… A raczej co do tego, czego nie usłyszałem…- Felix spoglądał na niego badawczo- Przepraszam. To znaczy, ja nie będę rozmawiał na twój temat za twoimi plecami. Poczekam, aż sam mi powiesz.
-A jak to nigdy nie nastąpi?- parsknął z politowaniem mężczyzna.
Felix uśmiechnął się całkiem pogodnie, wtulając w poduszkę.
-Nastąpi. Uwierz mi na słowo- szepnął, przymykając powieki- Zostaw uchylone drzwi, dobrze, Theo?
-Dobrze.
-Dobranoc.
-Dobranoc.
Theodore wyszedł powoli z sypialni, zamykając za sobą cicho drzwi i oparł się o ścianę, przecierając skronie. Właściwie… Gdyby uważnie się przyjrzeć całej sytuacji… Był do niego na pewien sposób podobny. Niemalże zapomniał już o tym, że sam był kiedyś w Domu Dziecka. Ale tylko na chwilę! To przecież nie to samo! On był zupełnym bękartem, który miał szczęście, a Theodore… A Theodore został zabrany i powołany do służby w tym domu, z którym był bardziej związany niż z czymkolwiek innym. Który był jego całym życiem. I tak właśnie miało być. On zapracował sobie na to, kim jest. Nie zawdzięcza wszystkiego jedynie przypadkowi, bo jak inaczej nazwać narodzenie takiego bękarta?
Westchnął cicho i zszedł na dół, by wziąć prysznic, a następnie położył się do łóżka. Sen jednak nie mógł nadejść. Zastanawiał się nad tym, czy także chłopak nie może spać.
Z cichym jękiem niemalże protestu wobec samego siebie wstał i powlókł się do pokoju Felixa, uchylając drzwi. Wszedł do środka i stanął przy łóżku chłopaka.
Felix spał, rozkosznie wtulony w poduszki, oddychając miarowo. Theodore z cichym westchnieniem przesunął jedynie palcami po jego rudych kosmykach i wyszedł.
Tak.
Teraz mógł już spać spokojnie.

1 komentarz:

  1. Anonimowy7:44 PM

    "A ty na co się patrzysz ?" - haha, nie mogłam z tego xD

    Świetne

    OdpowiedzUsuń