Strony

niedziela, 22 maja 2011

§ 2 § [YFM]

Absalom poruszył się delikatnie, po czym uchylił powieki, uśmiechając się błogo. Przez krótką chwilę miał wrażenie, jakby wciąż jeszcze tkwił w swoim śnie, ale poranne promienie słońca, wkradające się przez okno, przywróciły go do rzeczywistości. Niemal odruchowo zerknął na łóżko stojące naprzeciwko niego. Puste. Dokładnie tak jak zawsze. Teraz jednak kołdra była odrzucona gdzieś na bok, a pościel wygnieciona, co stanowiło dowód obecności mężczyzny. Mortalis zawsze wstawał wcześnie i wymykał się rankiem nad jezioro albo do lasu, nigdy nie budząc przy tym chłopaka.
Absalom parsknął śmiechem i przewrócił się na brzuch, wciąż wpatrując się w łóżko mężczyzny. Uśmiech nadal nie znikał z jego twarzy. Czuł się dobrze. Dokładnie tak jak zawsze, gdy Mortalis był na miejscu. Nie chodziło nawet o samą jego obecność, o samą bliskość, o jakieś nadmierne poświęcanie czasu i uwagi, chociaż Absalom skłamałby, gdyby stwierdził, że za tym nie tęsknił... Wystarczyła jednak sama świadomość, że Mortalis jest w pobliżu, sama atmosfera, która towarzyszyła jego osobie, wszystkie te drobne znaki, które zawsze rzucały się chłopakowi w oczy i świadczyły o jego obecności... Nawet jego zapach. Absalom chyba mógłby się z nim nie rozstawać na krok. To była strasznie dziwna myśl, która ostatnimi czasy coraz częściej pojawiała się w jego głowie i mimo tego, że zdawała mu się kompletnie nierealna, wciąż nie mógł się jej pozbyć. Czasem nawet zastanawiał się nad tym, czy nie mógłby podróżować razem z mężczyzną. Zawsze jednak dochodziło do wniosku, że wówczas nie miałby się kto zająć domem ani majątkiem. A poza tym... Bardzo wątpił, by Mortalis na to pozwolił. Nigdy nie mieszał go w swoje sprawy, a pytanie o to teraz, gdy w Absalomie narastało przeczucie, że ten w ogóle może nie chcieć jego towarzystwa...
Chłopak nie zdążył się nawet zasmucić, bo w tym momencie usłyszał znajome kroki i odruchowo poderwał się do pozycji siedzącej, wyczekując mężczyzny jak dziecko. Chwilę później drzwi skrzypnęły donośnie i do pomieszczenia wszedł Mortalis. Absalom zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu, zupełnie nie mogąc się powstrzymać. Już sam widok mężczyzny napawał go tak niezrozumiałą radością, że ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że cieszy się zupełnie niczym pies na powrót swego pana.
-Wstałeś- ocenił Mortalis, spoglądając na niego przez dłuższą chwilę, po czym podszedł do półki i zaczął przygotowywać coś na śniadanie- Dzień dobry.
-Dzień dobry...- odparł Absalom, wciąż uśmiechając się do siebie i aż wzdychając cichutko z rozmarzeniem. Wciąż jeszcze rozpamiętywał swój sen.
-Dobrze ci się spało...?
-Nawet bardzo- odparł z zadowoleniem. Nie zdarzało mu się to często. Zazwyczaj śniły mu się jakieś koszmary. Spalone domy, martwi ludzie, zastygłe w wyrazie przerażenia twarze... Zresztą, nie tylko jemu. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że Mortalis ma bardzo podobne doświadczenia.
-Dobry sen...?
-Tak...- potwierdził chłopak, skinąwszy lekko głową i położył się z powrotem, starając się przypomnieć sobie szczegóły swojego sennego marzenia, ale te w większości zdążyły mu już umknąć- Śniło mi się, że... Stałem na środku jakiejś skarpy... Może pagórka... Sam nie wiem...- parsknął cicho. Zawsze czuł się jakoś dziwnie, opowiadając podobne rzeczy mężczyźnie. Miał wrażenie, że zachowuje się jak dziecko. Ale z drugiej strony, zupełnie nie mógł się powstrzymać- W każdym razie, na jakimś podwyższeniu... Na polanie, w lesie... Wokół stali ludzie. Klaskali i skandowali moje imię...Wiem, że to głupie- speszył się nieco, dostrzegając spojrzenie Mortalisa- Nie chodzi właściwie o samo ich zachowanie... Tylko... Tylko o to, co czułem... Jakąś taką... Radość... I zadowolenie z samego siebie... Sam nie wiem, jak to określić- zamotał się w końcu, zawstydzony- Po prostu jakoś mnie to cieszyło.
-Za dużo czytasz, Absa- skwitował jedynie mężczyzna, po czym stuknął lekko stojący przy oknie stolik, a ten zachwiał się wyraźnie- Znowu to samo... Przecież niedawno go spiłowałem, dlaczego wiecznie się chybocze...?
-Ty też tam byłeś- wtrącił nieśmiało Absalom.
-Ja...?
-Tak...- potwierdził, uśmiechając się odrobinę niepewnie- Stałeś przy jednym z drzew... Trochę daleko, ale widziałem cię bardzo wyraźnie... Patrzyłeś na mnie tak... Jakoś... Inaczej...- dokończył kulawo- Już sam nie wiem, jak to wszystko było... Ale... Byłeś ze mnie dumny... Tak mi się wydaje... Chciałem, żebyś był ze mnie dumny- dodał, już nieco ciszej. Sam nie wiedział, dlaczego nagle zrobiło mu się przykro. To nie tyczyło się przecież tylko snu. Nadal chciał czuć, że Mortalis jest z niego dumny. Ale niby z czego...? Skoro nie zrobił niczego wyjątkowego, niczego nie dokonał, w niczym nie był specjalnie dobry...?
-Jestem z ciebie dumny, Absa- odparł mężczyzna, zupełnie tak, jakby wyczuł, że słowa chłopaka nie odnoszą się jedynie do płaszczyzny snu.
-Z czego?- parsknął chłopak z nutką rozgoryczenia w głosie- Z tego, że posprzątam dom, czy że od czasu do czasu przejdę się do miasta...?
Ledwie wypowiedział te słowa, a natychmiast spuścił wzrok, zawstydzony ich brzmieniem. Nic dziwnego, że Mortalis miał go dość, skoro rzucał tego rodzaju uwagi, zachowując się przy tym jak nadąsany dzieciak.
Mężczyzna spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, po czym, jak gdyby nigdy nic, zajął się felernym stolikiem. Odwrócił go do góry nogami i zniknął na moment w bocznym pomieszczeniu.
Absalom podniósł się z łóżka i odetchnął głęboko, podchodząc do szafy. Był przekonany, że to już koniec tematu.
-Z tego, że dorosłeś...- usłyszał słowa Mortalisa i aż uniósł brwi w geście zdumienia, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, do czego się one odnoszą.
-Każdy dorasta- odparł cichutko, niewiele pocieszony.
-Nie każdy, Absa...- odmruknął w odpowiedzi mężczyzna- Nie każdy.
A później zamilkł.

-Jestem!- rzucił wesoło Absalom, wchodząc do domu i odkładając na półkę zakupione przez siebie przedmioty, po czym skręcił do drugiego pomieszczenia i uśmiechnął się delikatnie w kierunku siedzącego na podłodze mężczyzny.
-Co tak długo...?- mruknął Mortalis, ostrząc broń. Absalom podejrzewał, że ta należała do jednej z wielu, których nigdy nie użyje, ale już dawno zdążył zauważyć, że mężczyzna chyba po prostu musiał się czymś zajmować. A do różnego rodzaju oręża zawsze miał szczególny stosunek.
-Czekałem aż Edalis skończy pisać list- odparł z pogodnym uśmiechem- Jak stolik?
-Spiłowany. I coraz niższy. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli przy nim klęczeć.
-Więc zaoszczędzimy na krzesłach- skwitował raźno Absalom, po czym wyciągnął list w kierunku mężczyzny z krótkim- Proszę.
Mortalis zerknął na niego ukradkiem, nie przerywając jednak wykonywanej przez siebie czynności i w końcu mruknął jedynie:
-Co pisze...?
-Nie wiem- odparł Absalom, zdumiony jego pytaniem- Przecież nie czytałem.
-Mhm...
-Dobrze mnie wychowałeś- parsknął z rozbawieniem chłopak, wciąż czekając z wyciągniętą dłonią, aż mężczyzna weźmie od niego list. Ten jednak najwyraźniej wcale się z tym nie spieszył.
-Dobrze...- powtórzył głucho, zamierając na chwilę w bezruchu. Absalom wpatrywał się w niego bez większego zrozumienia, nie bardzo wiedząc, o co może chodzić- Dobrze ci tutaj, Absa...?
To pytanie zupełnie go sparaliżowało.
Kompletnie się go nie spodziewał i w pierwszej chwili zamotał się zupełnie, wyjąkawszy jedynie mało zrozumiałe:
-S-Słucham...?
-Pytałem, czy ci tutaj dobrze...- powtórzył spokojnie mężczyzna, wpatrując się w niego z uwagą- Z dala od miasta... Od ludzi...
Absalom poczuł panikę. Miał wrażenie, że zaraz Mortalis zaproponuje mu, żeby się wyprowadził. A wtedy on się zgodzi, bo przecież nie mógł mu wiecznie siedzieć na głowie i obciążać go swoją obecnością. Odetchnął płytko i zagryzł nerwowo wargę. Zebrało mu się na łzy i chociaż usilnie starał się nie dać tego po sobie poznać, doskonale wiedział, że mężczyzna i tak spostrzegł, co się z nim dzieje.
-Bardzo mi tu dobrze!- zapewnił natychmiast chłopak. Mortalis zmarszczył brwi, spoglądając na niego jakoś dziwnie- Naprawdę... Ja... Ja...- aż sam nie wiedział, co powiedzieć z nerwów. Zdawać by się mogło, że jeszcze wczoraj, tuż przed snem, powtarzał sobie w myślach niczym mantrę słowa, które chciałby powiedzieć mężczyźnie, by przekonać go, by ten jednak pozwolił mu tutaj zostać... Teraz jednak nie pamiętał ani jednego zdania- Mi się tutaj podoba... Wszystko... Wszystko, ja...
-W porządku- przerwał mu cicho Mortalis. Odwrócił wzrok i powrócił do swojej wcześniejszej czynności, jakby niczego nie zauważył.
Absalom wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę z napięciem, mając wrażenie, że ten jednak powróci do tematu. Tak się jednak nie stało. Chłopak odetchnął z ulgą w duchu. Może tylko mu się wydawało...? Może Mortalis wcale nie zamierzał go wyrzucić, a to było jedynie niewinne pytanie, które on opacznie odebrał...?
Ale dlaczego?
Przecież nigdy wcześniej nie pytał go o podobne rzeczy!
-Przeczytaj i powiedz, co pisze- odezwał się nagle Mortalis, wyrywając chłopaka z zamyślenia. Ten zdumiał się po raz kolejny, spoglądając na niego z zaskoczeniem.
-Na głos...?- bąknął jedynie, nie do końca odnajdując się w całej tej sytuacji.
-Jak wolisz.
Chłopak zerknął niepewnie na mężczyznę, po czym rozwinął pergamin i zaczął rozszyfrowywać koślawe pismo Edalisa. Nie czytał jeszcze na głos. Stwierdził, że skoro mężczyzna go o to poprosił, pewnie w liście nie znajdzie się nic istotnego i ten po prostu chce znać jego ogólny sens. Ale linijka za linijką, oczy Absaloma robiły się coraz większe, a on sam zdawał się być niemal przerażony tym, co przyszło mu czytać.
-O, Stwórco...- szepnął w pewnym momencie zduszonym głosem.
-Hm...?- mruknął pytająco Mortalis, nie wyglądając jednak na specjalnie zainteresowanego.
-Nie wierzę!
-O co chodzi?
-O jego zięcia!- wyjaśnił Absalom, kompletnie wzburzony- On naprawdę chce mu zrobić krzywdę! Sądziłem, że żartuje!
-Ach, tak...- wymamrotał jedynie mężczyzna, odkładając broń na bok i sięgając po sztylet, który zaczął oglądać uważnie z każdej strony. On bynajmniej nie wydawał się być tą informacją jakkolwiek zadziwiony.
Absalom tymczasem czytał i czytał, i zupełnie nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Jak Edalis w ogóle mógł napisać coś tak okropnego?! I jak mógłby zrobić coś podobnego swojej córce?! Aż nie mieściło mu się to w głowie! Był przyzwyczajony, że właściciel gospody miał bardzo dziwaczne poczucie humoru, ale zawsze wydawało mu się, że wszystkie jego złorzeczące obietnice to tylko żarty, których nie należy traktować poważnie!
-Mortalis!- rzucił w pewnym momencie, a mężczyzna zerknął na niego ukradkiem.
-Hm...?
-Nie możesz tego zrobić!- stwierdził z determinacją chłopak.
-Dlaczego...?
Och, co to w ogóle było za pytanie!
-Ma żonę!
-To ma jakiekolwiek znaczenie...?- Mortalis uniósł brew w pytającym geście, spoglądając na chłopaka bez większego zrozumienia.
-Oczywiście, że ma!- wykrzyknął w odpowiedzi Absalom- Przecież to córka Edalisa! Nie możesz jej tego zrobić!
-Skoro jej własny ojciec może, to dlaczego ja miałbym się wahać...?
Doprawdy, nietypowa moralność Mortalisa budziła czasem w chłopaku dość skrajne odczucia.
-Bo ona jest z nim szczęśliwa!- odparł z pełnym przekonaniem. Byłby w stanie to zrozumieć, gdyby był złym mężem, gdyby działa jej się krzywda... Nie aprobowałby tego, ale by zrozumiał. Ale przecież w tym wypadku chodziło tylko i wyłącznie o interesy Edalisa!
Z listu nawet nie wynikało jasno jakie, bo był pisany w tak dziwny sposób, że Absalom nie rozumiał sensu większości zdań, które zdawały się być zupełnie absurdalne. Doszedł do wniosku, że to musiał być jakiś dziwny szyfr. Tak czy inaczej, Absalom niejednokrotnie widywał Georginę i wybranka jej serca. Zawsze dobrze się ze sobą dogadywali i sprawiali wrażenie naprawdę zakochanych!
-Nie- odpowiedział sucho Mortalis- Ona po prostu jeszcze nie wie, że jest nieszczęśliwa. A to zasadnicza różnica.
-Mortalis! Nie możesz!- zaprotestował po raz kolejny- Jest w nim zakochana!
Mężczyzna westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą.
-Absa, proszę...- mruknął cicho- Edalis nie szuka sobie wrogów na siłę... Jeżeli tak bardzo mu przeszkadza to znaczy, że ma coś na sumieniu... A jeżeli ma coś na sumieniu, to tym lepiej dla tej dziewczyny, jeżeli szybko się go pozbędzie... Teraz, gdy jest jeszcze odpowiednio młoda i urodziwa... Znajdzie innego.
Absalom aż prychnął z nieskrywanym oburzeniem. Mortalis naprawdę sądził, że to wszystko jest takie banalnie proste?!
Chłopak początkowo sądził, że mężczyzna zwyczajnie się usprawiedliwia, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że wcale nie musiał tego robić. Jemu było to zupełnie obojętne. Owszem, Absalom chciał wierzyć, że zabija tylko tych złych, tym dobrym nie robiąc krzywdy i sam zawsze dochodził do wniosku, że jeżeli komuś tak bardzo zależy na szybkiej śmierci jakiegoś człowieka, to z pewnością nie jest niewiniątkiem, ale i tak... Mortalis nie sprawiał wrażenia kogoś, kogo dręczą wyrzuty sumienia. Nie wydawał się być człowiekiem, który zastanawia się nad własnym postępowaniem. Nie był jak ci nawróceni złoczyńcy, z książek Absaloma, którzy w pewnym momencie dochodzili do wniosku, że robią coś złego i całkowicie zmieniali swoje życie. Nie. On naprawdę nie miał potrzeby szukania wymówek dla swojego postępowania. Mówił to zapewne tylko i wyłącznie po to, by w jakiś sposób uspokoić Absaloma.
Ale ostatnimi czasy było o to nadzwyczaj trudno.
-A ci inni ludzie, których wymienia w tym liście...?- dopytywał uparcie- Kim oni są? O czym on właściwie pisze? Ich też masz zabić?
Mortalis westchnął ciężko, odkładając cały oręż na właściwe miejsce. Absalomowi zrobiło się głupio. Wiedział, że nie powinien był pytać o podobne rzeczy, ale nie mógł się powstrzymać. A poza tym mężczyzna musiał się spodziewać, że dojdzie do takiej sytuacji, skoro kazał mu przeczytać ten list...
A może o to właśnie chodziło...?
Może to był jakiś test...?
Absalom ponownie poczuł ukłucie niepokoju. Jeszcze niedawno zastanawiał się nad tym, czy mężczyzna pozwoliłby mu podróżować ze sobą, a teraz zachowywał się w taki sposób...? Przecież on się zupełnie do tego nie nadawał. Nie nadawał się do patrzenia na czyjąś śmierć. Nawet te imiona i nazwiska, puste litery na papierze, przywodziły mu na myśl twarze jakichś ludzi, ich żony, dzieci... Nie znał tych wszystkich ludzi, a i tak czuł się źle na samą myśl o tym, że Mortalis, jego najlepszy, godzien podziwu Mortalis, mógłby im zrobić coś złego. Już teraz wiedział, że te imiona pewnie na długo zostaną w jego pamięci i będą go jeszcze niejednokrotnie niepokoić.
Mortalis wytarł dłonie w spodnie i podniósł się niespiesznie.
-Daj...- mruknął cicho, wyciągając dłoń po list, ale w tym momencie wzrok Absaloma spoczął na jego ostatnim akapicie i ten niemal skamieniał z przerażenia.
-N... Nie...- wydukał w końcu, chowając pergamin za plecy i wycofując się odrobinę, blady niczym ściana- Lepiej nie...
-Słucham...?- mężczyzna spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
-M... Może będzie lepiej, jeśli podyktuję ci te wszystkie nazwiska...? Albo ci je zapiszę...?- zaproponował z nieco wymuszonym uśmiechem, a Mortalis zmarszczył brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-To przecież list do mnie- przypomniał z politowaniem.
-T-Tak... Niby tak, ale...
-Absa...?
Absalom wykorzystał ową chwilę zdezorientowania mężczyzny i rzucił się gwałtownie do drzwi wejściowych, po czym wydostał się na zewnątrz. Niemal natychmiast ruszył biegiem w głąb lasu, nie zatrzymując się ani na chwilę. I tak zdawał sobie sprawę z tego, że pewnie za kilka sekund mężczyzna pobiegnie za nim, a na dłuższy dystans nie miał z nim żadnych szans, ale to było jedyne, co przyszło mu w tym momencie do głowy. Nie była to zresztą jego pierwsza tego typu ucieczka.
Wbiegł w leśną gęstwinę i już po chwili usłyszał za sobą kroki.
-Absa...!- syknął Mortalis, zdawać by się mogło, że tuż przy jego uchu.
Chłopak przyspieszył odruchowo, wybiegając wreszcie na polanę otaczającą jezioro, ale dalsza ucieczka nie była już możliwa, bo mężczyzna chwycił go mocno w pasie, zatrzymując przy sobie, wbrew protestom i nieszczęśliwym jękom.
-Mortalis! Mortalis, zostaw! Zostaw, proszę!- chłopak nie mógł już dłużej wytrzymać i aż rozpłakał się z przerażenia i zdenerwowania. Tak bardzo nie chciał, by mężczyzna przeczytał ten list!
-Absa...- Mortalis puścił go, wpatrując się w niego z uwagą- Co się stało?
-N... Nic- wydusił z siebie z trudem, kręcąc odmownie głową i starając się pohamować płacz- Nic, po prostu... Po prostu... Po prostu...- próbował coś powiedzieć, ale w ostatecznie zamilkł, wciąż łkając cichutko. Sam nie wiedział, co wywołało u niego taką reakcję. Chyba sama obawa, że mężczyzna mógłby przeczytać to, co Edalis do niego napisał.
Potrzebował kilku minut, żeby się uspokoić. Przez cały ten czas, Mortalis milczał po prostu, wpatrując się w niego badawczo, po czym zaczął ostrożnie:
-Chodzi o ten list, prawda...? Napisał coś o tobie. Coś, czego nie chcesz mi powiedzieć...
-Powiem...- stwierdził z całą pewnością chłopak, pociągając nosem. Oderwał skrawek pergaminu i oddał mężczyźnie „bezpieczną” część listu- Powiem, ale jeszcze nie teraz.
-Co się stało?- głos mężczyzny pobrzmiewał autentycznym zaniepokojeniem.
Absalom uśmiechnął się przez łzy i parsknął cichutko.
-Nic... Nic, czym powinieneś się martwić... Obiecuję, że ci powiem. W swoim czasie.
Mortalis wpatrywał się w niego tak, jakby zamierzał nadal dopytywać, ale ostatecznie odparł jedynie zwyczajowe:
-W porządku- po czym odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w kierunku domu, zatrzymując się ledwie na chwilę, by rzucić krótkie- Chodź do domu, Absa.
Absalom uśmiechnął się do siebie niemal z rozczuleniem, ale ów uśmiech już po chwili został zastąpiony grymasem niepewności.
Tak bardzo nie chciał stąd odchodzić...

Głupi Edalis.
Absalom aż fuknął cichutko pod nosem, krążąc po sypialni, po raz setny czytając ów fragment listu. Zdawał sobie sprawę z tego, że mężczyzna zapewne chciał dobrze, ale mimo wszystko... Nie powinien o nim pisać bez jego wiedzy! Nie powinien o nim pisać w ten sposób! O, Stwórco! Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby Mortalis dostał cały list w swoje ręce!
Absalom w pierwszej chwili stwierdził nawet, że może dobrze by się stało. Wtedy mężczyzna przynajmniej zdawałby sobie sprawę z jego obaw i wątpliwości o których pisał Edalis. Jednak dalsza część owego listu była już zdecydowanie mniej adekwatna do sytuacji... Po przeczytaniu całego fragmentu, ktoś nie znający całej sytuacji tak dobrze jak Absalom, mógłby pomyśleć, że to właśnie on chce stąd odejść, a jedynie boi się reakcji Mortalisa i ich ewentualnego zerwania kontaktu. A tak przecież nie było! Chłopak nie wątpił, że Edalis starał się mu pomóc, ale za tego rodzaju pomoc wolał zawczasu podziękować.
Jeśli Mortalis naprawdę chce go wyrzucić, to... To... To niech przynajmniej ma wyrzuty sumienia z tego powodu! A nie myśli, że Absalom tego właśnie chce! O tak właśnie!
… Stwórco, jakie to żałosne.
A wystarczyłoby jedynie zapytać...
Absalom westchnął ciężko, zatrzymując się przy jednej ze świec i przypalając nią kawałek pergaminu. Obserwował, jak wątły płomień tli się powoli, a fragment listu znika stopniowo w jego blasku.
W tym momencie drzwi od bocznego pomieszczenia otworzyły się i wyszedł z nich Mortalis. Absalom odskoczył gwałtownie, mocno spłoszony.
-Absa...- mężczyzna posłał mu pełne dezaprobaty spojrzenie- Nie rób tego.
-Dlaczego?
-Bo coś się zapali i będzie problem- odmruknął w odpowiedzi, wychodząc na zewnątrz.
-No cóż...- parsknął z rozbawieniem chłopak, wzruszywszy ramionami- Na coś trzeba umrzeć.
-Absa!- Mortalis zajrzał przez drzwi, raz jeszcze spoglądając na niego karcąco.
-No co?
-... Ja nie jestem dobrym wzorem do naśladowania.
-Mnie się podobasz- odparł niemal odruchowo Absalom.
… I dziękował Stwórcy, że mężczyzna nie dostrzegł już rumieńca, który wpełznął na jego lica, gdy ten tylko wypowiedział owe słowa...

Absalom przewracał się z boku na bok. Zupełnie nie mógł zasnąć. Myśli kłębiły się w jego głowie i nie dawały mu spokoju. Czuł, że powinien porozmawiać z mężczyzną. Być z nim szczery, bo przecież tego właśnie zawsze był uczony. Mówić otwarcie.
No właśnie. Ale o czym?
Mortalis był szczery i bezpośredni. Nie koloryzował rzeczywistości, nie przebarwiał jej, niczego nie udawał ani nie grał... Jego świat był bardzo prawdziwy i pozbawiony złudzeń, choć przy tym wyjątkowo smutny i ponury. Absalom czasem zazdrościł mężczyźnie jego chłodnego spojrzenia na wszystko dookoła, ale w głębi serca bardzo mu współczuł. On chyba nie potrafiłby żyć bez swoich dziecinnych marzeń, wyobrażeń i naiwnych snów... Były mu potrzebne, nawet jeżeli nie pasowały do szarej codzienności. Ale w świecie Mortalisa nie było żadnych uczuć. Mężczyzna nigdy o nich nie mówił. Nigdy. Absalom nigdy nie słyszał, by ten mówił o swojej złości czy irytacji, cóż więc nawet wspominać o jakichkolwiek odczuciach pozytywnych. Momentami zdawało mu się nawet, że może Mortalis nie czuje zupełnie nic. Że może widziany przez niego świat uformował go tak bardzo, że stał się obojętny. Że odsunął od siebie wszystko, co można było uznać za ludzkie.
Zawsze jednak dochodził do wniosku, że nie mogło tak być.
W końcu o uczuciach wcale nie świadczą słowa.
Cóż ma za znaczenie matka, która powtarza wszem i wobec, że troskliwie opiekuje się swoim dzieckiem, a później katuje je w zaciszu domu?
A kochanek, który najpierw obiecuje dozgonną miłość swej wybrance serca, a ledwie chwilę później wymyka się do łoża innej?
Nie, słowa nie miały znaczenia.
Liczyły się tylko czyny, gesty, nawet te najdrobniejsze i pozornie niezauważalne...
A Mortalis już niejednokrotnie dał mu odczuć, że los Absaloma nie jest mu obojętny, a nawet więcej.
Ale jakby nie było, Absalom nie zawsze mógł się przełamać by powiedzieć mężczyźnie to, co leżało mu na sercu. Nie zawsze mógł też po prostu się do niego przytulić albo dać mu do zrozumienia, że jest dla niego ważny. Co z tego, że Mortalis pewnie i tak zdawał sobie z tego sprawę? Co z tego, skoro on ostatnimi czasy chciał z nim przebywać ciągle i ciągle, i czerpać z jego obecności jak najwięcej, a ilekroć go widział, miał dziecinną ochotę paść mu w ramiona i wtulić się mocno w jego ciało...?
Idiotyczne.
Drzwi od bocznego pomieszczenia uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Absalom zamarł w bezruchu, starając się udawać, że śpi, ale w gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę z tego, że przed Mortalisem nic się nie ukryje. Czasem wystarczyło jedno skrzypnięcie łóżka, nieco płytszy oddech, by mężczyzna zorientował się, że chłopak nie jest w stanie zasnąć. Tym razem także. Już po chwili zapłonęła jedna ze świec, oświetlając łóżko Absaloma na brzegu którego przysiadł Mortalis.
Milczał, wpatrując się gdzieś przed siebie.
Często tak właśnie robił. Siadał przy Absalomie i po prostu czekał, aż ten coś powie.
Znał chłopaka zbyt dobrze, by nie zorientować się, że ten czasami najzwyczajniej w świecie potrzebował rozmowy.
Tym bardziej, że jeżeli Absalom nie mógł zasnąć, zazwyczaj oznaczało to tylko jedno. To, że coś wyjątkowo go dręczy i nie daje mu spokoju. Dokładnie tak, jak teraz.
Chłopak również nie odzywał się przez dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w sylwetkę mężczyzny. Po raz kolejny poczuł w sobie owo dziwne uczucie. Jakby chciał po prostu przysunąć się do mężczyzny i wtulić się w jego plecy, bez żadnych pytań, wyjaśnień, niczego...
Byleby tylko być blisko.
W końcu otrząsnął się jednak i zaczął cicho:
-Kiedy wyruszasz...?- to pytanie zawsze przychodziło mu z największą trudnością.
-Pojutrze- padła krótka odpowiedź.
-Co?- chłopak spojrzał na niego z niedowierzaniem- Tak szybko...? Przecież dopiero co wróciłeś!
Mężczyzna milczał.
Absalom zagryzł nerwowo wargę.
Po raz kolejny zrobiło mu się przykro.
Nie chciał, by Mortalis odchodził.
A szczególnie teraz, gdy miał mu jeszcze coś ważnego do wyjaśnienia...
-Dokąd idziesz?- zapytał w końcu, zupełnie nie mogąc się powstrzymać.
-Absa...- mruknął jedynie ostrzegawczo mężczyzna.
-Powiedz chociaż, ile cię nie będzie!- rzucił chłopak, wpatrując się w niego błagalnie.
Mortalis jednak znowu nie odezwał się ani słowem.
Nigdy mu nie mówił.
Nigdy nawet nie obiecywał, że wróci...
-Po co to robisz...?- Absalom wpatrywał się w niego bez zrozumienia- Po co...? To zupełnie bezsensu! Masz przecież złoto! Byłbyś w stanie żyć! Tutaj, a nawet w mieście, gdziekolwiek... Po co ci to wszystko...? Te problemy...? Niebezpieczeństwo...? Mortalis! Odpowiedz!- wykrzyknął niemal rozpaczliwie, widząc, że mężczyzna podnosi się z miejsca.
Mortalis posłał mu ukradkowe spojrzenie, po czym szepnął jedynie ledwie słyszalne:
-Czym innym miałbym się zająć...?- a następnie zdmuchnął świece.
W pomieszczeniu znów zapanowała ciemność.
Absalom wykrzywił z rozgoryczeniem wargi i przewrócił się na drugi bok.
„Może mną...” - pomyślał.
Chwilę później zasnął niespokojnym snem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz