Strony

niedziela, 22 maja 2011

~~ 2 ~~

` Tańcz ze mną
Do ostatniej kropli krwi
Nim zniknę o poranku
Stracony przez słońce
Tańcz, synu gwiazd 
Nauczmy się od nowa
Umierać. 

Książę wpatrywał się w swoje nieruchome odbicie.
Lubił ten moment.
Niezmienny, powtarzalny, rutynowy.
Każdego poranka stawał w tym samym miejscu, w swojej komnacie, przed tym samym lustrem, wpatrując się w swoją niezmiennie pozbawioną jakichkolwiek emocji twarz, czekając biernie aż Amon skończy go ubierać.
Książę był piękny.
Miał jasną, niemal mlecznobiałą skórę, szczupłą, owalną twarz, duże, zielone oczy, lekko zadarty nos, blade, wydatne usta i czarne włosy, opadające na jego czoło. Urodę miał typowo młodzieńczą, a może i wręcz dziecięcą, pasującą jednak idealnie do jego wieku.
Pięknu, które go cechowało blisko jednak było do piękna lalki lub marmurowego posągu - idealnego, ale pozbawionego tchnienia i emocji, chłodno obojętnego i martwo-niezmiennego, jakby był przedmiotem, ledwie tworem ludzkich rąk, jakby z dnia na dzień nie zmieniał się wcale.
Jakby nie miał duszy.
Książę lubił ten moment, bo lubił patrzeć na swoją twarz pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Lubił ten moment, bo zawsze utwierdzał się w swoim przekonaniu, że tak naprawdę prócz tego ciała, nie ma w nim już nic ludzkiego. Że to ostatnie, co mu pozostało.
Książę czasem uśmiechał się do własnego odbicia, by dostrzec na swojej twarzy chociażby ślad emocji, cień tego, co widział u innych ludzi. Jednak nawet jego uśmiech był sztuczny i nieprawdziwy, wypracowany niczym u słabego aktora, który nie potrafi oddać realizmu powierzonej mu roli.
Ale książę był z tego powodu zadowolony.
Wcale nie chciał czuć.
-Uważaj, do licha- syknął z bólu, gdy dłoń jego opiekuna nieopacznie zacisnęła się nazbyt mocno w okolicach jego biodra.
-Boli cię, książę…?- zmartwił się Amon, z typową dla siebie przesadą, natychmiast cofając rękę. Zabawne, doprawdy zabawne… Że też w jego fałszu i zakłamaniu więcej było człowieczeństwa i realizmu niż w uśmiechu księcia…- Znowu źle spałeś, poobijałeś się w nocy? Ach, książę, jesteś taki niewiarygodnie kruchy i delikatny!
Potomek monarchy jedynie skrzywił się lekko.
Ależ skąd…
Noc miał wprost doskonałą.
Czyż nie, Amonie?
-Panie- książę nie odwrócił nawet wzroku od lustra, usłyszawszy głos swojego sługi. Już po chwili dostrzegł jego odbicie w tafli. Elijah skłonił się przed nim lekko.
-Co z niewolnikiem…?- zapytał spokojnie następca tronu- Jest dziś w stanie mnie uczyć?
-Nie jestem przekonany, panie- odparł cicho Elijah- Jest gotów, czeka już na ciebie na arenie, ale nie pozwolił mi się przebadać ani zmienić sobie opatrunków… Nie wiem, na ile jest sprawny.
Książę uśmiechnął się lekko pod nosem.
Widać jego nowy nabytek nie stracił jeszcze swojej zadziorności, uporu oraz dość nietypowej odwagi… Najwyraźniej królewskie luksusy nie zrobiły na nim wystarczającego wrażenia. Jeszcze nie.
Niezwykłe, doprawdy niezwykłe…
-W porządku. Możesz odejść.
Elijah skłonił się usłużnie po raz wtóry i opuścił pomieszczenie.
-Mój książę, to takie nierozsądne!- jęknął niespodziewanie Amon, wpatrując się w swojego pana niemal błagalnym wzrokiem. Najwyraźniej on również miał coś z aktora. Aktora z tanich, podmiejskich teatrzyków. Wyjątkowo tandetnego i kompletnie pozbawionego talentu, ale jednocześnie idiotycznie wierzącego w swoją wyjątkowość- Przecież to zbrodniarz, potwór! Och, panie! Chociażby zważywszy na dzisiejszy dzień… Pogoda jest nieciekawa, zimno, szaro, deszczowo… Zostań z nim w zamku, pośród służby! Dla bezpieczeństwa i z rozwagi! Mamy przecież duże sale, cóż ci szkodzi, książę! Po cóż ci ta arena!
-Jest najlepiej przystosowana- odparł sucho potomek monarchy.
Nie zamierzał wdawać się w czcze dyskusje.
-Więc pozwól mi tobie towarzyszyć, mój książę!
-Nie.
-Książę, ach, książę!- Amon zawył dramatycznie, obejmując następcę tronu mocno w pasie i przyciskając się do niego- A jeżeli spotka cię jakaś krzywda?! Cóż ja nieszczęsny zrobię?!
-Nic- mruknął w odpowiedzi potomek monarchy, wykrzywiając wargi w pogardliwym wyrazie- Trupy nie mają zbyt wiele do roboty…
W oczach Amona pojawił się strach.
Zabawne, niezwykle zabawne…
Że też najwięksi tchórze najchętniej deklarowali ręczenie za kogoś życiem…
Świat bywa doprawdy przewrotny.
-Znasz zasady, Amonie…- usta księcia ułożyły się w pełen politowania uśmiech- Jeżeli cokolwiek stanie mi się pod twoją opieką, zginiesz. To prosta zależność.
-K… Książę! Ależ… Ależ wiem, ale… Och, na bogów wszelkich!- Amon aż jęknął z trwogą, kręcąc gwałtownie głową, jakby chciał zaprotestować- Przecież to zupełnie nie tak! Przecież ja bym nigdy… Zasłoniłbym cię własnym ciałem, gdybym mógł! Uchroniłbym cię przed każdą krzywdą, gdybym miał możliwość! Dlaczego więc traktujesz mnie z takim chłodem i niechęcią…?
Z twarzy księcia wciąż nie schodził drwiący uśmiech.
-Chcesz mi udowodnić swoją wierność, Amonie…?
-Całym sercem, mój książę!- zapewnił gorliwie jego opiekun.
Następca tronu pochylił się nad swym klęczącym sługą i wplótł palce w jego włosy, wciąż uśmiechając się w ów charakterystyczny, lodowaty sposób.
-Idź więc do mojego ojca- szepnął miękko, przeczesując delikatnie ciemnorude kosmyki Amona- Powiedz, że wypowiadasz mu posłuszeństwo… Że nie podoba ci się to, jak włada krajem… Że nie podoba ci się jego postępowanie… Powiedz mu to wszystko, a wówczas zdobędziesz moje zaufanie.
Książę z gorzką satysfakcją obserwował, jak po każdym jego słowie, oczy Amona rozszerzały się coraz bardziej i jak pojawiało się w nich przerażenie. Wiedział aż nazbyt dobrze, że tego nie zrobi. Nie stać go było nawet na to… Nawet na słowa.
-A-Ależ… Ależ książę…- wyjąkał Amon, blady niczym śmierć- Przecież… Przecież król mnie zabije…
-E, tam… Najwyżej wychłoszcze…- uśmiech księcia poszerzył się jeszcze, stając się niemal szyderczym- O co chodzi, Amonie…? Czyż jeszcze chwilę temu nie deklarowałeś, że jesteś gotów zrobić dla mnie wszystko…?
-T-Tak, m-mój panie… Ale… Ale to… To jest…
-… To jest dowód wierności- przerwał mu lodowato potomek monarchy, spoglądając na niego srogo- Jeżeli rzeczywiście jesteś w stanie to dla mnie zrobić, idź. Nie pozwolę cię zabić. A twoje rany, twoja krew, staną się dla mnie potwierdzeniem twoich słów i sprawią, że będę w stanie ci zaufać… Natomiast, jeżeli nie stać cię nawet na to, lepiej milcz.
I Amon milczał.
Książę wpatrywał się w swoje nieruchome odbicie.
Był sam.

Książę przybył na arenę, starając się wypatrzeć na niej swojego niewolnika. I rzeczywiście, dostrzegł go już po chwili, niedaleko przed sobą. Klęczał przy jakiejś płachcie, na której rozłożona była różnego rodzaju oręż, począwszy od długich mieczy, po sztylety, a nawet miecz drzewcową.
Potomek monarchy był w tym miejscu zaledwie kilka razy w swoim życiu, głównie w okresie wczesnego dzieciństwa. Wtedy bowiem arena cieszyła się jeszcze dużym prestiżem i odbywały się tutaj popisowe walki królewskich wojowników, ściągające tłumy możnowładców i bogatych mieszczan, stanowiły swoistą rozrywkę i bezinwazyjną metodę ukazania własnej potęgi.
Z czasem jednak powstawały nowe, podobne temu miejsca, a arena, będąca częścią królewskich włości, przestała cieszyć się popularnością i stopniowo przekształcała się w miejsce treningu, a od kilku lat i tę rolę spełniała stosunkowo rzadko.
Świat się zmieniał.
Książę jednak lubił to miejsce. Kojarzyło mu się ono z dzieciństwem, minionymi czasami beztroski… A może nigdy nie był tak naprawdę beztroski? Już nawet nie pamiętał. Wiedział jedynie, że arena będzie odpowiednim miejscem na odizolowanie się od tej całej, zwykle śledzącej go krok w krok hałastry i na lepsze poznanie jego nowego nabytku. Lepsze, niż pozwalałyby na to mury zamku…
Była odpowiednim miejscem, by nauczyć się walczyć.
By nauczyć się zabijać.
-Książę- niewolnik dostrzegł go dopiero po chwili. Uśmiechnął się w stronę następcy tronu, po czym wstał i skinął mu lekko głową na znak powitania. Dziś nie sprawiał wrażenia tak osłabionego i wyczerpanego jak wczoraj. Prezentował się też zupełnie inaczej. Miał na sobie zwyczajne ubrania, włosy splątał w kucyk na czubku głowy, a jego twarz nabrała zdrowego koloru… Oczy nadal połyskiwały szkarłatem, przyciągając wzrok księcia skuteczniej niż cokolwiek innego.
-Witaj- odpowiedział spokojnie potomek monarchy- Mam nadzieję, że dostałeś wszystko, czego potrzebujesz…?
-Cóż, powiedziałbym, że nawet więcej…- odparł niewolnik, obracając się na chwilę i raz jeszcze spoglądając na leżące za nim uzbrojenie- Dobra broń- ocenił, przenosząc wzrok na twarz następcy tronu- Nawet bardzo dobra… Nie spodziewałem się jednak, że dostanę ją ot tak, bez żadnej kontroli nad tym, co zamierzam z nią zrobić…
-Jak mówiłeś…- na wargach księcia pojawił się lekko pobłażliwy uśmiech- Nierozsądek.
-Albo misterny plan.
-Jak wolisz.
Spojrzenie niewolnika było uważne i przenikliwe. Jakby z beznamiętnej, pozbawionej emocji twarzy księcia zamierzał coś wyczytać, jakby oczekiwał, że uda mu się poznać odpowiedź na dręczącą go wątpliwość.
Ale książę nie zamierzał mu niczego ułatwiać.
A kto wie… Może dla swojego niewolnika stanie się równie doskonałą rozrywką, jak i on dla niego…?
-Z tego wszystkiego nie zapytałem nawet wczoraj, jak powinienem się do ciebie zwracać- odezwał się w końcu książę, wpatrując się w mężczyznę z wyczekiwaniem.
-Immriel, książę. Mam na imię Immriel.
-W porządku, Immriel…- przytaknął następca tronu, bezbarwnym głosem- Jak się czujesz?
-Doskonale - jakby na potwierdzenie tych słów, na wargi niewolnika wstąpił łagodny uśmiech- Twoi słudzy spisali się tak, jak należy.
-Od tego są- rzucił sucho potomek monarchy, a Immriel uśmiechnął się do niego raz jeszcze, po czym ponownie przyklęknął na piasku areny, po raz kolejny oglądając uważnie oręż. Książę dostrzegł, że każdej broni poświęcał tyle samo czasu, jakby badając ją dokładnie, i traktował ją z dziwacznym namaszczeniem, odkładając delikatnie na miejsce.
W końcu jednak chwycił za jeden z mieczy i wyprostował się, po czym podał go księciu.
-Proszę- potomek monarchy przyjął go z lekkim zaskoczeniem- Ten będzie dla ciebie doskonały, książę. Mocny, ale jednocześnie lekki i niewymagający dużej zręczności… Możesz od niego zacząć.
-Zamierzasz… Zamierzasz już dziś uczyć mnie walki?- zapytał książę, odrobinę zdezorientowany, spoglądając na broń w swoim ręku- Praktycznej walki…?
-Taka chyba była umowa…?
-Przecież jesteś ranny- potomek monarchy wciąż wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
-Ranny?- parsknął cicho Immriel i jedynie pokręcił głową- To ledwie zadrapania, książę. Nie sądzę, by utrudniły mi jakkolwiek moje zadanie… Więc?
-Sądziłem, że zaczniesz od jakichś wiadomości teoretycznych, może od drobnego pokazu… Jak mam walczyć, nie znając podstaw?
-A znasz kogoś, kto nauczył się walki z ksiąg, książę…? To nie dziedzina wiedzy, a umiejętność.
-Tak, ale sądziłem, że...
-Książę, załóżmy, że na polu bitwy spotkało się dwoje ludzi…- przerwał mu łagodnie Immriel- Jeden z nich przez lata studiował zapiski dotyczące walki, zna różne strategie, ma wiedzę o orężu… Drugi natomiast ma miecz. Który z nich wygra?
Książę parsknął cicho.
-Ten, który ma miecz, jak sądzę.
-Błąd, książę- na wargach niewolnika pojawił się lekki uśmiech- Ten, który będzie miał okazję go użyć.
Następca tronu zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc.
-Czyli…
Nim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, mężczyzna zupełnie niespodziewanie wytrącił mu miecz z ręki, chwytając go zręcznie w powietrzu.
-… I ten, kto nie da się zaskoczyć- dokończył Immriel, uśmiechając się szeroko, po czym oddał oręż księciu- Trzymaj swoją broń mocno, książę… Jest jedynym gwarantem twojego zwycięstwa. A czasem nawet życia…
Potomek monarchy parsknął cicho, chociaż właściwie nie do końca wiedział, jak się zachować. Cóż takiego było w tym niewolniku, że stał się dla niego aż tak fascynujący, a jego zainteresowanie nim wcale nie malało…? Jak to się stało, że był tak różny od tysięcy innych jego sług, którzy umykali mu spod stóp ze strachu o własne życie, gotowi spełniać każdą jedną, nawet najbardziej absurdalną zachciankę swego pana…?
Oni nie starali się go niczym zaskakiwać.
Nie starali się budzić większego zainteresowania niż powinni, zbyt przerażeni ewentualnymi konsekwencjami.
Woleli pozostać niewidzialni.
Immriel pochylił się jeszcze na chwilę nad zalegającym na płachcie orężem i zaraz wyprostował się, a następnie odwrócił w stronę księcia, by bez najmniejszej niepewności skierować na niego miecz.
-Walcz ze mną, książę- rzucił z takim spokojem i pewnością siebie, że ten niemal zdębiał, nie wiedząc dokładnie, co powinien zrobić. Parsknął ponownie, chyba dla zachowania pozorów jakiejś obojętności i braku wzruszenia, chociaż w rzeczywistości niewolnik po raz kolejny wywarł na nim niemałe wrażenie.
Nim jednak potomek monarchy zdążył cokolwiek powiedzieć, Immriel ruszył na niego. Stosunkowo powoli, a jednak następca tronu uskoczył przed ostrzem w ostatniej chwili.
Oczy księcia rozchyliły się ze zdumienia, gdy mężczyzna zamachnął się na niego po raz kolejny. Ostrza ich mieczy skrzyżowały się ze sobą z donośnym brzdękiem, ale potomek monarchy nie wytrzymał długo i już po chwili odskoczył ze swoim orężem.
Książę z trudem radził sobie z mieczem, broń ciążyła mu wyjątkowo, nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się walczyć. A i jego postura pozostawiała sporo do życzenia, następca tronu był bowiem dość drobny i z pewnością nie wyglądał na urodzonego wojownika.
Mimo to nie zaprotestował ani nie zakończył owego treningu, który chyba ni z tego ni z owego, naprawdę stał się bitwą. Książę nawet przez chwilę miał wątpliwości, czy aby na pewno nie stanie mu się żadna krzywda.
Walczył jednak dalej.
Początkowo ledwie uciekał, uskakiwał przed ciosami mężczyzny, ale po pewnym czasie włączył się w ową walkę całym sobą i chociaż nadal miał problemy z tym, żeby właściwie trzymać broń, radził sobie. Immriel raz zwalniał, raz przyspieszał tempo, nie zapominając jednak o tym, by odpowiednio poinstruować i pouczyć swojego pana. Książę przyswajał jego uwagi błyskawicznie, nie zatrzymując się ani na chwilę, ani nie dopytując. To, czego nie dały mu słowa Immriela, zapewniła mu sama walka – wyjątkowo dynamiczna i niemal realna. Taki rodzaj nauki był chyba rzeczywiście najskuteczniejszy.
Niewolnik wycofywał się co jakiś czas, to znów okrążał swego pana, dezorientując go odrobinę i wywołując u niego nutkę poirytowania. Poirytowanie owo nijak jednak miało się do tego, jakie wzbudzał w księciu Amon czy reszta służby. Następca tronu po prostu dostrzegał w spojrzeniu Immriela ową dziwaczną dominację i pewność siebie, i strasznie dążył do tego, by udowodnić, że to on jest górą.
Mężczyzna nie dawał mu jednak powodów do satysfakcji.
W momencie, w którym księciu udało się odpowiednio odpierać wszystkie jego ataki, zaraz znowu robił coś zupełnie niespodziewanego, co wytrącało młodzieńca z równowagi.
Książę to lubił.
Podobała mu się ta gra.
-Jesteś pewien, że nie powinniśmy zacząć od innej broni…?- zagadnął, zręcznie unikając kolejnego ciosu mężczyzny. Potomek monarchy nie czuł się bynajmniej już tak niepewnie jak na początku, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niewolnik nie zrobi mu krzywdy. Poza tym zaczął dostrzegać także plusy swojej postury. Był mniejszy, ale przy tym także szybszy i odrobinę zwinniejszy od Immriela, co znacznie ułatwiało mu walkę- Na przykład drzewcowego…? Czegoś, czym nie mógłbyś mi obciąć głowy przynajmniej…?
-Czyżbyś zaczął się lękać o swoje życie, książę…?- zapytał mężczyzna, a na jego wargach pojawił się odrobinę przekorny uśmiech. Znowu zaatakował.
-Może zacząłem się obawiać o twoje- odparł książę, również uśmiechając się lekko i odpierając atak.
Immriel ustąpił i okrążył młodzieńca po raz kolejny.
-Nie bądź zbyt pewny siebie, książę…- poradził mu jeszcze- To zgubiło znacznie lepszych od ciebie.
Książę parsknął niemal lekceważąco, tym razem samemu rozpoczynając atak.
I znowu – przez krótką, ledwie krótką chwilę, wydawało mu się, że ma zupełną kontrolę i dominuje nad swoim niewolnikiem, który nagle zaczął się cofać i jedynie odparowywał kolejne ciosy. Ale się przeliczył. Już po chwili bowiem mężczyzna ruszył gwałtownie do przodu, a zupełnie niespodziewający się tego następca tronu, runął na piasek areny.
Książę poczuł ból w okolicach skroni i syknął cicho, gdy jego dłoń natrafiła na rozcięcie w tamtym miejscu. Obejrzał czerwone od krwi opuszki palców, nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć lub zrobić, tuż przed jego szyją pojawiło się ostrze.
Immriel stanął tuż przed nim, wymierzając w niego mieczem, najwyraźniej niezrażony widokiem.
-Wstawaj, książę- rzucił jedynie, jakby całe zdarzenie zupełnie go nie obeszło, nie mówiąc już o jakimkolwiek przerażeniu- Na polu bitwy nikt się nad tobą nie zlituje i nie poczeka aż się podniesiesz...
Potomek monarchy wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, kompletnie osłupiały. Gdyby jakikolwiek sługa doprowadził do jego upadku, pewnie zapłakałby się natychmiast, prosząc o wybaczenie. Gdyby jakikolwiek sługa go skaleczył, pewnie sam by się ukarał, zbyt przerażony ewentualnymi konsekwencjami.
Ale Immriel się nie bał.
W jego spojrzeniu nie było nawet iskierki lęku.
A następca tronu nie zamierzał mu w niczym ustępować.
Dlatego wstał.
Bez najmniejszego słowa protestu.
Podniósł jeszcze swoją broń i przetarł rękawem spływającą po policzku stróżkę krwi, po czym uśmiechnął się krótko, dając swojemu niewolnikowi sygnał, że wszystko w porządku. Że może zaczynać.
Immriel odpowiedział uśmiechem.
Tego właśnie oczekiwał.

-Mam nadzieję, że nie przesadziłem, książę…?- Immriel spoglądał badawczo na swojego pana, który wędrował u jego boku w kierunku zamku.
Potomek monarchy nie odpowiedział. Nie był zresztą pewien, jak ewentualna odpowiedź powinna brzmieć. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby jakikolwiek inny sługa, nie mówiąc już o niewolniku, naraził go na niebezpieczeństwo czy nie udzielił natychmiast pomocy, pewnie zostałby ukarany chłostą lub nawet uśmiercony. Zresztą… Takie sytuacje nawet się nie zdarzały. Wśród posłusznych mu ludzi panował zbyt wielki lęk, zbyt wielki strach o własny los, o własną pozycję, własne życie, by zrobić cokolwiek, co mogłoby ich narazić na nieprzychylność króla.
Strach, którego książę w sobie nie miał i którym pogardzał.
A może jedynie nie chciał mieć…?
Nienawidził lęku.
Widział w nim przyzwolenie na zło i niesprawiedliwość, przyzwolenie na krzywdę i dlatego nie chciał się bać.
Niczego i nikogo.
Nigdy.
A jednocześnie zawsze wolał wytyczyć jasno granice.
Za przewinienia należało karać, inaczej bowiem, cała jego władza, całe zwierzchnictwo, nie miałoby sensu. Raz ustalone zasady pozostają niezmienne. Posłuszeństwo, nawet wymuszone siłą i równoznaczne ze strachem, jest podstawą do tego, by rządzić.
Immriel jednak był tak pewny siebie, tak urokliwy, tak niesamowicie inny i wyróżniający się na tle pozostałych, że książę nie byłby w stanie w żaden sposób ukarać go za owo przewinienie.
… Za ich małą grę…
-Starałem się, żeby walka wypadła jak najbardziej realnie i prawdziwie- kontynuował mężczyzna, nie zważając na milczenie księcia- Oczywiście w takich warunkach nigdy taka nie będzie, ale wolałem, żebyś miał przynajmniej odrobinę świadomości, co się stanie w momencie twojej ewentualnej porażki.
-A co się stanie…?- książę uniósł brew w pytającym geście, spoglądając ukradkiem na niewolnika.
-Zginiesz, książę. To chyba oczywiste. Zresztą, gdyby nasza dzisiejsza walka była prawdziwa, zginąłbyś kilkadziesiąt razy, przez swoją nieuwagę albo brak znajomości oręża czy nawet własnego ciała… Chciałem, żebyś o tym wiedział- skwitował Immriel- To jedyne, co mogę dla ciebie zrobić. Pokazać jak niewiele potrzeba do śmierci.
-Jedyne…?- potomek monarchy parsknął z politowaniem. Chyba nie do końca rozumiał- Zdawało mi się, że nauczysz mnie walki.
-Walki?- niewolnik zaśmiał się lekko, jakby następca tronu naprawdę powiedział coś, co mogłoby go rozbawić- Mogę cię nauczyć władać orężem, mogę poprawić twoją kontrolę nad własnym ciałem, pomóc ci wypracować pewne nawyki i pewność siebie, ale nigdy nie nauczę cię naprawdę walczyć. Arena nie da ci tego, co pole bitwy.
-Nikt nie uczy się walki od razu na polach bitwy- potomek monarchy prychnął cicho, niemal z pogardą.
-Wszyscy się jej tam uczą, książę…- odparł gładko Immriel, unosząc kąciki warg w łagodnym uśmiechu. Najwyraźniej ani ton głosu księcia, ani jego odrobinę lekceważące nastawienie nie zniechęciły niewolnika, a wprost przeciwnie. Zachęciły go do dalszej polemiki- Prawie wszyscy. Dopiero wojna weryfikuje umiejętności, chociaż gdy pierwszy raz chwyta się za miecz, gdy pierwszy raz wygrywa się jakąś potyczkę, każdemu wydaje się, że to czyni z niego pierwszorzędnego wojownika- niewolnik zaśmiał się cicho, jakby zamyślony- W moim przypadku też tak było. Ja również zaczynałem na arenie. Niewielkiej, mało prestiżowej, mało okazałej… Ale jeżeli chodzi o treningi zazwyczaj wygląda to dokładnie tak samo. Szczególnie, jeżeli nie można sobie pozwolić na stratę ewentualnych wojowników. Szczególnie, jeżeli nie jest się w stanie posunąć do okrucieństwa… Tak jak i ty, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie stanie mi się większa krzywda. Moimi przeciwnikami byli często moi przyjaciele, rówieśnicy, z którymi dobrze się znałem, wspólnie wychowywałem… Ludzie czuli się pewnie w swoim towarzystwie. Nasze małe potyczki bardziej przypominały zabawę, rozrywkę niż to, co dzieje się na wojnie… Dlatego zawsze robi mi się przykro, gdy widzę tabuny młodych chłopców ruszających po raz pierwszy w bój…- westchnął cicho mężczyzna- To zawsze oznacza rozczarowanie. Owa pewność siebie, która towarzyszy ludziom na arenie znika, gdy staje się twarzą w twarz z przeciwnikiem, który ma wybór: zabić ciebie, albo samemu zginąć. Czyli właściwie nie ma wyboru. Ty też go nie masz.
Książę milczał.
Zauważył już wcześniej, że jego nowy nabytek ma niezwykłą wprost tendencję do monologów i opowiadania mu wyjątkowo długich historii. A jednak nie przeszkadzało mu to ani trochę, nie irytowało jak czcze pogadanki Amona, jego wieczne przysięgi wierności i nieskończonego oddania. Wprost przeciwnie. Czuł się zaintrygowany, zaciekawiony. I chociaż nie dał tego po sobie poznać w żaden sposób, chłonął każde kolejne słowo mężczyzny w oczekiwaniu na kolejne, co wcale nie znaczyło, że się z nim zgadzał.
-Prawdziwa wojna, książę, to krew i śmierć- kontynuował Immriel. Jego głos był melodyjny i spokojny. Nie igrały w nim żadne głębsze emocje, ale nie było też chłodu, który nieodłącznie towarzyszył następcy tronu- To ciała twoich przyjaciół i wrogów, ranne lub martwe, ścielące ziemię. Nie możesz im pomóc. Nie możesz się zatrzymać ani na chwilę, bo choćby sekunda wahania może oznaczać porażkę. To emocje. To lęk przed śmiercią…- bystre oczy niewolnika spoczęły na księciu, spoglądając na niego w wyrazie wyczekiwania, jakby owe słowa miały być swoistą prowokacją- Ale ty nie znasz tego uczucia, więc nigdy nie zrozumiesz… To trochę smutne, książę. Nie ma prawdziwej walki bez strachu przed śmiercią. Bez świadomości tego, że wystarczy jedna pomyłka, by zginąć.
-Och, czyżby…?- potomek monarchy uniósł brwi w geście politowania- Doprawdy, wyjątkowo idealistyczna wizja świata… Gdyby ludzie toczyli wojny jedynie w obawie o własne życie, świat byłby doprawdy doskonały… Tak jednak nie jest. To nie strach przed śmiercią doprowadza do konfliktu. To nie strach przed śmiercią sprawia, że władca tej czy innej krainy, napada zbrojnie na zupełnie bezbronne osady i wioski. To nie strach przed śmiercią sprawia, że ludzie czują się bezkarni i pewni siebie. A wprost przeciwnie. Jego brak.
I znowu to spojrzenie.
Spojrzenie, które zdawało się przenikać księcia na wskroś, zaglądać wprost do jego duszy.
Ale potomek monarchy znosił je dzielnie, bez mrugnięcia okiem.
Duszę też miał pustą.
-Racja, książę- potwierdził w końcu niewolnik, skinąwszy lekko głową- Ludzie walczą z różnych przyczyn. Walczą dla ziem i walczą dla bogactwa. Walczą za idee i walczą przeciwko nim. Walczą za jednostki i walczą za miliony… Ze szlachetnych pobudek lub nie, ze zrozumiałych powodów lub mniej… Ale każda wojna, książę, to lęk. Lęk o własny los, o los swoich bliskich, o swoją przyszłość. Każda wojna to strach przed śmiercią. Nawet, jeżeli nie królów, nie władców, nie monarchów, to żołnierzy, wojowników, wplątanych w to bezbronnych, niewinnych ludzi… Nie ma silniejszego bodźca od lęku przed śmiercią. Człowiek, który wie, że zaraz zginie i nie ma już dla niego nadziei, przypomina osaczone zwierzę. Chociażby stał przed nim cały tabun ludzi, chociażby zdawał sobie sprawę z własnej porażki, jeżeli wie, że zginie i nic go nie uratuje, będzie gryzł i szarpał, walczył do samego końca, choćby to było zupełnie bezcelowe… Wizja śmierci jest najlepszym motywatorem do walki i buntu. Ci, którzy to wiedzą i potrafią odpowiednio wykorzystać, sprawują największą, ale i najokrutniejszą władzę…. Władzę opartą na strachu.
Każda władza opierała się na strachu.
Książę wiedział to najlepiej.
Nie ma skuteczniejszej metody wymuszenia posłuszeństwa niż widmo bata nad plecami niewolnika. Lub cienia śmierci, stąpającego tuż za nim.
Dobro, litość, miłosierdzie… To wszystko słowa. Równie piękne, jak puste i wyimaginowane. Nie pasujące zupełnie do władzy, ani w ogóle do świata. Świat nie był dobry. Ludzie też tacy nie byli. Dlatego są w stanie odwzajemniać dobro jedynie wtedy, gdy jest to dla nich opłacalne… W przeciwnym razie zmieniają swoje nastawienie, usprawiedliwiając się szlachetnymi pobudkami, wielkimi ideami i dobrymi intencjami.
Ludzie nie są dobrzy.
Dlatego dobro stanowi wartość względną.
W przeciwieństwie do strachu.
Strach jest zawsze ten sam.
-Czyż nie jest odwrotnie…?- potomek monarchy zmierzył mężczyznę odrobinę krytycznym spojrzeniem. Dlaczego niby uczucie, którego książę tak bardzo chciał się pozbyć tak bardzo, że był nawet gotów stwierdzić, że już go w sobie nie posiada i wierzyć w to tak mocno, że niemal stało się prawdą, miało decydować o czyjejś potędze?- Lęk jest słabością. Każdy lęk. To człowiek tchórzliwy jest najbardziej podatny na manipulacje. Ten, który nie boi się śmierci, jest w stanie zrobić o wiele więcej od tych, którzy boją się podjąć ryzyko w obawie o własne życie… Może pozostać pewny siebie, niezależny, niepokonany…- oczy księcia rozbłysły dziwnym blaskiem. Blaskiem, który na ledwie krótką chwilę, może nawet ułamek sekundy, nadał pustej twarzy następcy tronu jakiś konkretny wyraz. Wyraz niezdrowego pożądania i dziwacznej nadziei.
-Tchórzliwość nie ma nic wspólnego z lękiem przed śmiercią, książę…- odpowiedział Immriel, wciąż wpatrując się w niego z niezwykłą uwagą i przenikliwością- To strach, który wynika z naszej natury, z naszego człowieczeństwa… Dlatego jest tak ważny. Spotkałem już na swojej drodze ludzi… A może już nawet nie… którzy bali się śmierci. Nie życzę ci ich losu…
Potomek monarchy zerknął na mężczyznę z zainteresowaniem.
-Czyli…?- dopytał, jednak w tym momencie drzwi zamku otworzyły się przed nim i wszedł do wnętrza, a tam nie było już mowy o żadnych dalszych rozmowach i dyskusjach.
Przy drzwiach, niczym pies, warował Amon, blady ze strachu, krążący wokoło.
I w tym strachu miała tkwić siła…?
Zabawne.
-Książę, ach książę!- jego opiekun natychmiast rzucił się do niego, od razu oglądając go ze wszystkich stron z uwagą. Oczywiście jego uwadze nie mogło umknąć rozcięcie na skroni następcy tronu i aż jęknął z trwogą, odsuwając się prędko i kładąc dłoń na swojej klatce piersiowej, wpatrując się jednocześnie w młodzieńca tak, jakby ten był co najmniej poćwiartowany- O bogowie… O bogowie…- Amon oddychał płytko, wyraźnie przerażony, chociaż jak zwykle więcej było w tym owej tandetnej aktorszczyzny niż rzeczywistych emocji- Ach, książę! Wiedziałem, od początku wiedziałem, że to się tak skończy!
-Nic mi nie jest- stwierdził krótko potomek monarchy, chcąc na tym zakończyć temat, ale już po chwili Amon chwycił go w ramiona, przyciskając do siebie tak mocno i rozpaczliwie, jakby młodzieniec stał nad grobem. Książę skrzywił się lekko, z wielkim trudem wyplątując się z owego uścisku- Nic mi nie jest- powtórzył, tym razem bardziej stanowczo.
Jego do niedawna wygadany towarzysz stał tuż obok, dziwnie milczący i pokorny, nie odrywał jednak od niego badawczego spojrzenia ani na chwilę.
-Ależ książę, nie lekceważ tego!- wykrzyknął Amon, nie porzucając ani na chwilę owego tonu idiotycznej, wydumanej dramaturgii- Musi się tobą ktoś zająć, och, musi się tobą natychmiast ktoś zająć! Zaraz zwołam medyków i uzdrowicieli, opatrzą cię i sprawdzą czy to poważna rana… A ty!- zwrócił się nagle do Immriela z wyczuwalną pogardą- Ty dopuściłeś do tego, by mojemu panu stała się krzywda! Nie myśl, że ujdzie ci to na sucho! Osobiście dopilnuję, by spotkała cię należyta kara! Sądzę, że kilkanaście batów oduczy cię…
-Amonie…- książę westchnął cicho, wyjątkowo już zniecierpliwiony - Czyżbyś został potajemnie ukoronowany i zastąpił mego ojca…?
-Nie… Dlaczego, mój panie?- Amon spojrzał na niego bez większego zrozumienia.
-Czyżbyś zatem odkrył przypadkiem swe królewskie pochodzenie i stał się równy mnie…?
-A-Ależ nie! Skąd taki pomysł, mój panie…?
-A skąd pomysł, że masz prawo decydować o losach moich własności…?- książę uniósł brew w pełnym politowania geście.
-Mój książę… Takie są zasady- stwierdził Amon, zagryzając nerwowo wargę- Każdy, czy zwykły obywatel, czy sługa, czy niewolnik, zobowiązany jest do pokory!
-Przestrzegaj zatem tych zasad i najpierw sam bądź pokorny- skwitował chłodno książę, po czym ponownie przeniósł wzrok na Immriela. Mężczyzna wciąż milczał, co było dla następcy tronu swoistym zaskoczeniem… Spodziewał się, że przynajmniej, jeżeli będzie chodziło o ewentualną karę, usłyszy od niego cokolwiek, chociażby na własną obronę.
Tymczasem wojownik milczał uparcie, jakby była to dla niego kwestia zupełnie obojętna.
-Cóż mam zatem zrobić, mój książę…?- zapytał w końcu Amon, wyraźnie rozczarowany protestem księcia.
-Przygotuj mi kąpiel.
-A… Ale książę! Cóż mam zrobić z nim?
-Nic- odparł chłodno potomek monarchy- Nie sądzę, żeby miał problem z trafieniem do swojej komnaty… Prawda?- zwrócił się bezpośrednio do Immriela.
W ramach odpowiedzi, niewolnik uniósł kąciki ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
Następca tronu parsknął cicho pod nosem, odpowiadając dokładnie tym samym.
Ach, cóż za przewrotna gra…

Książę przymknął powieki, układając się wygodniej w kamiennej wannie i rozkoszując się ciepłem obmywającej jego ciało wody. Ten moment dnia też lubił. Był się wtedy w stanie zrelaksować, zapomnieć na chwilę o wszystkim, co go otaczało.
… A nic tak nie relaksowało księcia, jak zabawne miotanie się jego najbliższego sługi…
Dłonie Amona spoczęły na jego ramionach, a po dłuższej chwili zaczęły w końcu namydlać jego skórę, by wkrótce rozpocząć wędrówkę po całym jego ciele. Zsunęły się na plecy, przeniosły na klatkę piersiową, uda… Na każdy fragment skóry księcia, Amon poświęcał przesadnie dużo czasu i uwagi, masował ją delikatnie, ale nie było w tym żadnej dokładności, staranności czy troski. Była jedynie wyczuwalna niechęć, swoisty niepokój i obrzydzenie…
Książę uśmiechnął się lekko pod nosem. Zawsze uśmiechał się w takich chwilach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie odczucia budzi w swym najbliższym słudze.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby w tym momencie uchylił powieki, dostrzegłby twarz Amona wykrzywioną grymasem wstrętu. Tutaj jego umiejętności aktorskie się kończyły i nagle wychodziły z niego wszystkie odczucia. Chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo daje po sobie poznać, że cała sytuacja jest dla niego obrzydliwa. Czasem tylko, gdy wyłapywał wzrok księcia, opamiętywał się na krótką chwilę i uśmiechał się wymuszenie, ale odraza powracała na jego twarz wyjątkowo szybko.
Ale książę nie otwierał oczu.
Nie lubił patrzeć na swego sługę w takich chwilach.
Amon też tego nie lubił.
Potomek monarchy uśmiechnął się krzywo pod nosem.
Ach, jakże doskonale zdawał sobie z tego sprawę!
Jakąż gorzką satysfakcję mu to sprawiało!
Czuł satysfakcję, widząc jego spojrzenie, pełne przerażenia, niechęci i obrzydzenia.
Czuł satysfakcję, że budzi w nim odrazę.
Niech patrzy i widzi.
Niech dotyka i czuje.
Ciało księcia było złamane, zepsute i wewnętrznie skażone. Nie mogło budzić niczego innego prócz obrzydzenia. Szczególnie w oczach Amona…
Milcz, Amonie.
Milcz i śmiej się nerwowo, odwracaj wzroki udawaj, że nie widzisz.
Milcz i krzyw się z obrzydzenia za plecami swojego pana.
Milcz i kłam.
Milcz i odchodź pospiesznie, nie oglądając się za siebie.
Milcz i powtarzaj płochliwe przysięgi wierności i nieskończonego oddania…
A jeżeli masz jeszcze sumienie – milcz i cierp.
Książę parsknął cicho pod nosem, niemal z rozbawieniem.
Zdał sobie sprawę z tego, że nie miałby najmniejszych oporów przed tym, by go zabić. Tutaj, teraz, natychmiast. Mógłby wydać polecenie, rozkaz ostatecznej woli, rozkaz śmierci, od którego nie byłoby już odwołania i możliwości powrotu… Mógłby to zrobić. I mógłby wsłuchiwać się w krzyki i płacz Amona, w jego ostatnie błagania i obietnice, w jego dziki skowyt, tak podobny do zwierzęcego, bo nie był już niczym więcej, jak tylko zwierzęciem. Książę mógłby patrzeć na to wszystko i nie poczułby nawet drobnego ukłucia żalu. Nawet by nie drgnął. Nie poczułby ani krztyny współczucia i litości.
Bo Amon nie zasługiwał na litość.
Zasługiwał na śmierć.
Jak wszyscy tutaj, pogrążeni w milczeniu i strachu, będący zaledwie cieniami ludzi, bo już nie ludźmi, zaledwie zabawkami w rękach swoich panów.
Ale to nie miałoby najmniejszego sensu.
Zabicie Amona nie przyniosłoby mu żadnej korzyści. Nie rozwiązałoby żadnego problemu. Już po chwili pojawiłby się przy nim inny sługa, równie płochliwy i przerażony, równie idiotycznie i ślepo posłuszny, równie wewnętrznie pusty i groteskowy w całej swojej postaci.
Dlatego książę nie zamierzał go zabić.
Jeszcze nie.
Nie, dopóki to wszystko się nie skończy…
Książę wykrzywił wargi w pełnym drwiny uśmiechu, gdy poczuł jak dłoń Amona zawędrowała na wewnętrzną część jego uda. Zacisnął mocno nogi i uchylił powieki, widząc grymas przerażenia wpełzający na twarz jego sługi.
O co chodzi, Amonie?
Czyżby nie podobała ci się ta mała gra…?
-P-P-Panie…- wyjąkał mężczyzna, wyraźnie zdenerwowany. Nawet teraz nie udało mu się ukryć swojej niechęci, swojego obrzydzenia- P-Panie mój, czy coś się stało…? Z-Zabolało cię?- Amon wyraźnie silił się na spokój, ale po raz kolejny jego gra aktorska okazała się zbyt słaba.
-Nie- odparł krótko książę, z pełnym nieskrywanej satysfakcji uśmiechem wpatrując się w twarz mężczyzny. To właśnie lubił najbardziej. Lubił patrzeć, jak szybko się zmienia, jak przybiera nowy wyraz, jak idealnie odzwierciedla wszystkie odczucia Amona. Lubił patrzeć na cudze emocje. Lubił widzieć strach.
-W… Więc…?- rzucił chaotycznie Amon, zamierając w bezruchu.
Ta zabawa i tak nie mogła trwać dłużej.
Książę niechętnie rozchylił uda i ponownie przymknął powieki, co dla jego opiekuna było jasnym sygnałem, by kontynuować. Teraz jego ruchy stały się jeszcze bardziej ostrożne i niepewne, jakby obawiał się kolejnej reakcji swego pana. Chyba nie spodobała mu się ta mała prowokacja. Szkoda. Ciekawe czy kiedykolwiek będzie mu w stanie powiedzieć w twarz, co tak naprawdę czuje względem niego…
Nie, raczej nie.
Odwaga zdecydowanie nie była cechą Amona.
-Już, książę- poinformował go cicho sługa, a potomek monarchy wyszedł przy jego pomocy z wanny i niemal natychmiast został owinięty ręcznikiem. Dopiero w tym momencie z twarzy Amona zniknął wyraz wstrętu, zakłopotania i niepokoju, a powrócił na nią zwyczajowy, fałszywy, choć nieco płochliwy uśmiech.
Następca tronu dał się zaprowadzić do swojego pokoju i jak co dzień przysiadł na brzegu łóżka, chociaż tym razem nie czekał jak zazwyczaj, aż Amon zdejmie z niego ręcznik, a sam odrzucił go na bok. I znowu to samo. Jego opiekun podskoczył płochliwie i szybko spuścił wzrok, po raz kolejny krzywiąc się charakterystycznie. Szybko podszedł do szafy księcia i wyjął z niej szatę, a następnie klęknął przy swoim panu, by go w nią przyodziać. Następca tronu milczał, wpatrując się w niego z uwagą. Nie łudził się już nawet, że cokolwiek się zmieni. Nie było w nim ani iskry nadziei, ani krztyny wiary w to, że może być inaczej. Że choć jeden dzień w jego życiu będzie różnił się od wszystkich pozostałych. Że ktokolwiek w jego najbliższym otoczeniu okaże się być kimś innym, niż tylko pozbawionym swojego zdania tchórzem, gotowym na wszystko, by tylko pozostać przy życiu. Że ktokolwiek mu pomoże.
Nie.
Nikt nie mógł.
Nikt nie potrafił.
Właśnie dlatego Amon nie patrzył mu w oczy, prawie nigdy.
Bał się tego, co mógłby w nich ujrzeć.
Bał się zła, na które wyraził zgodę swoim milczeniem.
Bał się prawdy, bo był zbyt słaby, by się z nią pogodzić.
Ale to już nie miało żadnego znaczenia.
-Gotowe- Amon uśmiechnął się nerwowo, nie spoglądając nawet na twarz swego pana i podniósł się z klęczek, zupełnie tak, jak każdego wieczora. I jak każdego wieczora, czekał jedynie na to, by stąd wyjść. Książę widział to wyraźnie. Widział jego drżące dłonie i widział jego niepokój. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego sługa nie chce tu zostać ani chwili dłużej, zlękniony i przerażony rzeczywistością. Że najchętniej wyszedłby stąd teraz, odwrócił wzrok i znowu zapomniał. Ale książę nie mógł uczynić tego samego. Nie mógł odejść- Czy potrzebujesz mnie jeszcze, mój panie?
-Nie. Wyjdź- odparł krótko potomek monarchy, krzywiąc się lekko pod nosem i obserwując, jak jego opiekun błyskawicznie wychodzi z pomieszczenia, jak zwykle nie oglądając się ani na chwilę, jakby bał się tego, co zobaczy.
Książę odetchnął głęboko i wszedł pod kołdrę.
Przymknął na chwilę powieki, starając się uspokoić samego siebie.
Wmówić sobie, że nie ma w nim strachu, nie ma lęku, nie ma nic ludzkiego…
Wmówić sobie, że nie ma ciała.
Nie pomogło.
Nigdy nie pomagało.
Uniósł się lekko na łokciach i zdmuchnął płomień świecy, po czym opadł z powrotem na łóżko.
W jego komnacie zapanowała ciemność.
Zamknął oczy, starając się zapomnieć o wszystkim, co go otaczało. Chciałby to potrafić. Chciałby jak Amon wyjść stąd i zapomnieć, chciałby nie myśleć i nie czuć, chciałby przedłużyć w nieskończoność moment wyczekiwania i pozostać przy bezpiecznym świetle świecy, jak najdłużej, ale to nie było możliwe. Choćby miała płonąć całą noc, w końcu i tak cały wosk by się stopił. W końcu i tak zapanowałaby ciemność.
Nie było dla niego ratunku.
I znowu był niczym więcej, jak tylko przerażonym dzieckiem, chowającym się pod kołdrą przed nocnym koszmarem.
Znowu nasłuchiwał jedynie kroków na korytarzu, słabnąc z każdym oddechem.
Znowu zaciskał powieki i pięści na kołdrze, sycząc pełne bólu słowa.
Znowu czuł.
Znowu się bał.
Znowu nienawidził.

Wszystko zaczynało się od początku.
… Umierał.

1 komentarz:

  1. Anonimowy1:57 AM

    Trupy nie mają nic do roboty? Drogi książę, to już była czysta złośliwość. Najwyżej wychłoszcze, co? Czarne poczucie humoru...
    Więc mamy już czarny humorek i irytację. Może to po prostu zwykły, bardzo cierpiący i nigdy nie rozumiany książę, od którego oczekuje się bycia kimś konkretnym i ustalonym już zanim się urodził...?

    Ciekawe kim tak naprawdę jest Immriel.

    Ktoś :)

    OdpowiedzUsuń