Strony

niedziela, 22 maja 2011

` 3 ` [AFY]

Przebudziłem się.
Nie wiedziałem nawet, która była godzina. Żaluzje były zasłonięte, a pokój skąpany w mroku. Właściwie pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to brak rudowłosego. Nie było go. Znowu. Dokładnie tak samo jak wczoraj.
Podniosłem się z miejsca i zerknąłem na zegarek. Był kwadrans po trzynastej.
Boże.
I spałem też pewnie około trzynastu godzin.
A mimo to czułem się wyczerpany i zmęczony, jakbym właśnie przebiegł maraton, a nie odpoczywał. Bo chyba i w moim śnie niewiele było z odpoczynku.
Znowu śnił mi się dom. Mój brat. Rodzice…
To wszystko było zbyt wyczerpujące, zbyt trudne. Westchnąłem głęboko, podnosząc się z miejsca i przechodząc do łazienki. W drodze chwyciłem jeszcze za jakieś ubrania, zwisające w nieładzie z jednej z szuflad. Nie brałem nawet prysznica, wiedziałem, że i tak będę musiał to zrobić dopiero wieczorem, zanim zejdę na dół…
A może wcale nie zejdę?
Nie.
Nie zejdę.
To też już wiedziałem.
Keisy powiedział mi, że mogę siedzieć we własnym pokoju, więc to właśnie zamierzałem zrobić. Doskonale wiedziałem, co może mnie za to spotkać, właściwie w każdej chwili.
Wcale nie jestem wzorem cnót i odwagi. Właściwie jestem tchórzem, zawsze nim byłem. Teraz bałem się robić to, co inni, stać się taki, jak wszyscy tutaj, pozbawiony jakiejkolwiek moralności i wyprany z uczuć, i ten właśnie strach powodował, że byłem w stanie postępować zupełnie irracjonalnie, wbrew wszelkiemu rozsądkowi. Ale… Ale wcale nie byłem pewien czy jeżeli rzeczywiście zacznę głodować, czy jeżeli ktoś będzie chciał zrobić mi krzywdę, doprowadzić do czegoś złego, czy będę równie uparcie trzymał się swojego zdania. Czy ze strachu przed utratą życia nie będę się w stanie posunąć dosłownie do wszystkiego.
Może tak to właśnie funkcjonowało…?
Więc dlaczego Fenicio czy nawet Keisy traktowali to miejsce jako swoisty azyl? Jako coś dobrego, co spotkało ich na życiowej drodze? Dlaczego Fenicio był w stanie patrzeć na wszystko co robi z obojętnością, a może wręcz cieszyć się z tego, czerpać przyjemność…? Dlaczego Keisy tęsknił właściwie jedynie za wychodzeniem na zewnątrz, jakby to, co robił tutaj było naprawdę czymś naturalnym, do czego dało się przywyknąć?
Ja nie potrafiłem sobie tego nawet wyobrazić.
Ale wszyscy ci mężczyźni… Rozmawiający ze sobą wesoło, wymieniający się uwagami, żartujący sobie… Nie sprawiali wrażenia nieszczęśliwych. Zachowywali się tak naturalnie i zwyczajnie jakby naprawdę byli w jakimś wakacyjnym ośrodku z własnej woli.
A przecież było zupełnie inaczej.
Cała ta otoczka swobody, wolności… To wszystko było kłamstwem, złudzeniem. Co z tego, że teoretycznie mogę robić „co chcę”, skoro może mnie za to spotkać kara? Co to za wolna wola, co to w ogóle za możliwość wyboru? Gdzie jest wolna wola w siedzeniu w zamkniętym ośrodku, gdzie wolna wola w robieniu tego, czego wszyscy oczekują, w postępowaniu tak, jak sobie tego życzą, ze strachu, z obawy, przez własny niepokój…?
Ale ja byłem przecież specjalistą w postępowaniu tak, jak ludzie sobie tego życzą.
Najpierw w domu, a teraz…
Sam już nie wiedziałem.
Przebrałem się szybko i spojrzałem w lustro. Miałem podkrążone oczy i wyglądałem po prostu koszmarnie. Nie sądziłem, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zwrócił na mnie uwagę. Nawet jakiś wyjątkowo zdesperowany klient…
… Już zaczynałem myśleć w takich kategoriach.
Umyłem jeszcze zęby i przeczesałem szybko włosy, bez zbytniej dbałości. Na tym skończyła się moja poranna toaleta.
Byłem koszmarnie głodny, ale powstrzymałem się przed zjedzeniem tego, co mi pozostało. Wiedziałem, że dzisiaj prawdopodobnie nic już nie dostanę. Że może nawet zrobią mi krzywdę, dokładnie tak, jak zapowiadali…
Nie, oni niczego nie zapowiadali.
To Fenicio, Bello, Keisy…
Oni mnie ostrzegali.
Thomas traktował mnie zupełnie neutralnie, nie zwracał na mnie większej uwagi, nie groził mi. Widziałem też innych mężczyzn, przechadzających się zeszłego wieczora po sali, odróżniających się rzeczywiście mocno zarówno od klientów jak i… Jak i od nas… Ale chyba nie potrafiłbym rozpoznać ich twarzy. W każdym razie oni też się mną nie zajmowali. W ogóle nikt nie sprawiał wrażenia, jakby był szczególnie zainteresowany tym, co robią poszczególni mężczyźni. Chyba najistotniejsze było po prostu to, żeby przynosili zyski.
Zszedłem na dół, do sali.
Jak każdego dnia wcześniej, od razu skierowałem się do baru. Widziałem innych mężczyzn, siedzących przy stolikach, na kanapach… Niektórzy też posyłali mi krótkie, niezbyt zainteresowane spojrzenia. Nie podchodziłem do nich, nie wiedziałem czego mogę się spodziewać.
Fenicio siedział dokładnie na tym samym krześle, jakby to było jego zwyczajowe miejsce. Dostrzegłem też Keisy’ego, który z kolei siedział kilka stołków dalej. Żaden z nich się do siebie nie odzywał, tak jakby w ogóle się nie znali.
To był chyba kolejny dowód na to, że nie darzą się szczególną sympatią.
Nie wiedziałem dlaczego.
-Cześć- odezwałem się odrobinę niepewnie.
-Cissy- twarz Fenicia natychmiast rozjaśniła się uśmiechem- Co tak długo, co?- nie czekając na moją reakcję ani odpowiedź, posadził mnie sobie na kolana, podsuwając mi własną szklankę- Pij. Nie martw się, czyste- parsknął, widząc zapewne moje pełne powątpiewania spojrzenie.
Napiłem się.
Byłem cholernie spragniony po całej nocy.
-Jak się spało…?
-W porządku- skłamałem.
Fenicio uśmiechnął się krótko. Najwyraźniej wcale nie oczekiwał innej odpowiedzi.
-A ty co…?- rzucił nagle w kierunku Keisy’ego, unosząc brew w geście politowania- Na co się gapisz, co? Sądzisz, że traktuje go jak twój chłopaczek ciebie…?
-Nie gapię się- burknął cicho Keisy, a ja już widziałem, że poczuł się mocno spłoszony. Nie odwrócił jednak wzorku.
-Cześć, Keisy- odezwałem się niepewnie. Nie do końca wiedziałem jak zachować się w tej sytuacji.
-Cześć, Cissy- odparł krótko, uśmiechając się do mnie lekko.
-Słodkie- skwitował z pełnym politowania parsknięciem Fenicio, dopijając resztę napoju ze szklanki. Najwyraźniej jednak wcale nie zamierzał dać Keisy’emu spokoju- Gdzie Bello? Znowu komuś obciąga?- rzucił z pozorną obojętnością i właściwie nie w kierunku chłopaka, ale było wyraźnie widać do kogo pije- Och!- rzucił po chwili, iście teatralnym gestem zakrywając usta dłonią- No tak, to już nie ta pora… Ale musi być czymś mocno zajęty, skoro cię wystawił… W końcu wie, że jego biedna ofiara nie wychodzi sama…
-Bello mnie nie wystawił- odparł Keisy, siląc się na chłodny ton. Nie wyszło mu zbytnio. Głos lekko mu drżał. Wcale nie byłem zdziwiony, sam w życiu nie wdałbym się w polemikę z Feniciem- Jest czymś zajęty. A ty…. A ty lepiej się od niego odczep- dokończył wreszcie, odrobinę kulawo.
-Ja mam się odczepić?- Fenicio zaśmiał się lekko, kręcąc z niedowierzaniem głową- Doprawdy, zabawne… W końcu to ty robisz w tym towarzystwie za rzepa numer jeden, prawda…?- uśmiechnął się złośliwie, nie spuszczając z Keisy’ego wzroku. Miałem wrażenie, że ciemnowłosy zadrżał lekko, wciąż jednak wytrzymując spojrzenie mężczyzny- Biedny Bello i jego biedna ofiara…
-Bello mnie kocha…- Keisy nie wytrzymał. Odwrócił wzrok. Jego głos drżał coraz wyraźniej- Bello mnie kocha, a ciebie… A ciebie nikt nie kocha… Bo jesteś egoistą.
-Nie. Bo jestem samowystarczalny- odparł beznamiętnie Fenicio, wzruszywszy obojętnie ramionami- Nie potrzebuję niczyjej łaski ani wydumanej miłości… W przeciwieństwie do niektórych, prawda…?
-Daj mi spokój- rzucił chaotycznie ciemnowłosy, podnosząc się gwałtownie z miejsca, o mały włos nie wywracając krzesła.
-Uciekaj, ucieczki to w końcu wasza specjalność…- Fenicio uśmiechnął się złośliwie. „Wasza”? Nie miałem pojęcia, o czym mówi- Uważaj tylko, żebyś się na coś nie nabił… I nie mówię tutaj o przyrodzeniu Bella…
Warga Keisy’ego zadrżała. Ciemnowłosy wyglądał tak, jakby z trudem powstrzymywał się od płaczu. Stał jednak wciąż przy nas, jakby chciał coś jeszcze odpowiedzieć, coś dodać, ale chyba nie był już w stanie.
A zresztą – wcale nie musiał.
Już po chwili za jego plecami pojawił się Bello i objął go lekko w pasie.
-Dzień dobry- przywitał się z nim, składając na jego policzku krótki pocałunek. Dopiero wtedy chyba zauważył, w jakim chłopak jest stanie. Zmarszczył brwi- Stało się coś…?
-Nie- pisnął Keisy, chociaż teraz już w jego oczach pojawiały się łzy i odwrócił się przodem do mężczyzny, po czym wtulił się w niego mocno- Chodźmy stąd- usłyszałem jak szepcze, a Bello westchnął cicho i skinął głową.
-Już idziemy, Keisy…- odparł łagodnie, posyłając jednocześnie ostre, karcące spojrzenie Fenicio, tak, jakby doskonale wiedział, co między nimi zaszło.
Fenicio tymczasem zachowywał się tak, jakby nic się nie stało, w jakimś pełnym znudzenia geście obracał w dłoniach szklankę, nie reagując nawet specjalnie na przyjście mężczyzny.
Keisy i Bello odeszli szybkim krokiem w kierunku wyjścia z sali, rozmawiając ze sobą cicho. Powiodłem za nimi spojrzeniem, ale nim zdążyłem się zapytać Fenicia o powody jego zachowania, dostrzegłem kogoś.
Dostrzegłem Red.
Szedł w głąb sali, ale nie w naszym kierunku. Wydawało mi się, że to, jak jest ubrany pod wieczór to jego charakteryzacja, coś w stylu przebrania, ale nawet teraz miał na sobie jakąś nietypową szatę, a na twarzy makijaż, co prawda odrobinę łagodniejszy niż ten, w którym go do tej pory widywałem, ale jednak. Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę i on również posłał mi ukradkowe spojrzenie. Spodziewałem się, że się uśmiechnie, może nawet podejdzie, da mi jakiś znak, ale on jak gdyby nigdy nic poszedł dalej, nie reagując zupełnie na moją obecność.
A przecież byłem pewien, że mnie zobaczył…
-Przestań się na niego gapić- usłyszałem pełne politowania parsknięcie Fenicia i przeniosłem odrobinę zdezorientowane spojrzenie na jego twarz- To nie partia dla ciebie.
Nim odpowiedziałem, obejrzałem się raz jeszcze w kierunku, w którym widziałem go po raz ostatni, ale już go nie było.
-Nie gapię się- odpowiedziałem w końcu spłoszony, zupełnie tak jak Keisy.
-Robi wrażenie, co?- Fenicio zaśmiał się lekko, po czym zwilżył wargi językiem- Ale nie licz na niego. Już całe wieki z nikim nie był… Zresztą nie pamiętam, żeby w ogóle miał tutaj kogokolwiek bliskiego… Tacy jak on nie mają przyjaciół.
-Dlaczego?- zapytałem bez zrozumienia.
-Dlaczego?- powtórzył Fenicio, po czym parsknął z rozbawieniem, kręcąc głową- To przecież banalnie proste, Cissy. Ma większe przywileje od nas, a niczym nie różni się od zwykłej dziwki. Donosi na nas. Wywyższa się i sądzi, że jest lepszy od innych… Sądzisz, że można czuć względem kogoś takiego jakąś nić sympatii…?- złośliwy uśmiech Fenicia zniknął zastąpiony przez jakiś niechętny grymas- A poza tym… Mówiłem ci już. Nie licz na przyjaźnie. Każdy tutaj dba tylko i wyłącznie o siebie… Nawet jeżeli od czasu do czasu postanowi wybielić swoje sumienie i komuś pomóc… Nie licz na to, że ktokolwiek poda ci rękę, gdy naprawdę upadniesz. Tutaj nie można nikomu ufać, Cissy.
-Tobie też nie?- wpatrywałem się w Fenicia z uwagą, a on jedynie zaśmiał się lekko i odpowiedział:
-Mnie…? Ja jestem tylko prostolinijną zdzirą, Cissy…- zrobił iście niewinną minę- Nie w głowie mi intrygi i spory…
Parsknąłem cicho.
-A Keisy?- zapytałem cicho.
-Co Keisy?
-Czemu… Czemu go tak traktujesz? Przecież jest chyba całkiem miły, prawda…?
-Miły…?- na wargach Fenicia wykwitł pogardliwy uśmiech- Raczej żałosny. To chyba najbardziej adekwatne określenie dla kogoś takiego jak on. Nie lubię takich ludzi. Nie patrz tak na mnie, Cissy, to naprawdę nic osobistego… Nie obchodzi mnie bezpośrednio on, po prostu nie podobają mi się jego urojenia, których chcąc, nie chcąc, muszę wysłuchiwać.
-Tak, ale… Co w tym złego?- cały czas nie do końca to wszystko pojmowałem- Przecież to chyba jego sprawa, prawda?
-Jak długo się tym ze mną nie dzieli – owszem. O ile muszę tego wysłuchiwać – nie do końca. Mam dosyć bredni o jego wielkiej miłości, która co noc bzyka innego faceta…- Fenicio prychnął donośnie, wykrzywiwszy pogardliwie wargi- Mam dość jego i jego beznadziejnego charakteru, sposobu bycia, jego tchórzostwa, zamykania się po pokojach i wiecznego uciekania… Mówiłem ci już o takich, jak on, prawda? O marzycielach, którzy wolą żyć własnymi urojeniami, wmawiać sobie, że robią coś, co jest w porządku, mówić o sobie ładnie, zamiast nazwać się po imieniu, tytułować dziwką, którą przecież są. Mówiłem ci, jak tacy ludzie kończą, prawda…? To zwykłe oszołomy i samobójcy. Kupa gówna.
Samobójcy…?
-Ale przecież Keisy nie próbował…?- nie dokończyłem, wpatrując się w Fenicia pytająco.
-Trzy razy- odparł z rozbawieniem mężczyzna, a ja dosłownie skamieniałem z osłupienia.
Trzy razy.
Trzy raz próbował się zabić…
Dlaczego…? Czy jeszcze wczoraj nie słyszałem z jego ust, że wszystko jest w porządku, że to miejsce, w którym się znajdujemy jest świetne, że on nie mógł trafić lepiej, że się cieszy…? Ale płakał. Płakał i właściwie nie potrafił konkretnie powiedzieć dlaczego. Więc był nieszczęśliwy. Może bardziej niż sądziłem i bardziej niż sam sobie to wyobrażał…
Ale żeby próbować się zabić…?
-Pieprznięte, co?- Fenicio zaśmiał się drwiąco, kręcąc z niedowierzaniem głową, po czym westchnął głęboko- Ale to cały Keisy… Przekonasz się jeszcze, jakie sceny potrafi tutaj odstawiać… Dlatego właśnie Bello z nim jest.
-To znaczy dlaczego?
-Z łaski- odparł gładko Fenicio, wzruszywszy obojętnie ramionami- To jedyny powód.
-Jak to „z łaski”?- zapytałem niepewnie.
-Och, Cissy, daj spokój… Przecież masz oczy. Dobrze wiesz, że gdyby spotkali się na zewnątrz, w innych warunkach, Bello w życiu nie zwróciłby na niego uwagi… Po co komuś takiemu jak on żałosna ofiara, która tuła się po kątach i płacze w poduszkę?
-Ale spotkali się tutaj…- rzuciłem cicho.
-No właśnie. Więc wszystko mu jedno- stwierdził beznamiętnie Fenicio- Każdemu tutaj wszystko jedno. Obojętność przychodzi z czasem i jest całkiem naturalna… Oczywiście nie dla wszystkich. Właśnie dlatego ten kretyn tyle razy próbował się zabić… Nieudolnie, ale nie jestem zdziwiony, raczej nie ma wielu spraw w życiu, które by mu wychodziły… Myślisz, że Bello naprawdę jest zakochany…? Że tego tu szuka…? Sądzisz, że naprawdę zależy mu, żeby wracać po wykonanej robocie do siebie i przytulać się do kogoś przez resztę nocy…? Naprawdę widzisz w tym jakikolwiek jego interes? Och, przepraszam. Uczucie- Fenicio zachichotał z rozbawieniem- Bello jest taki jak ja. Nie potrzebuje nikogo do szczęścia, ale w przeciwieństwie do mnie, przyciąga do siebie ofiary i lituje się nad nimi, chociaż to zupełnie niepotrzebne… Dlatego zlitował się nad Keisy’m i dlatego z nim jest. I będzie jeszcze długo, bo – jak mówiłem – jest mu to całkowicie obojętne, nie sprawia mu żadnej różnicy, być może traktuje to jako dodatkową rozrywkę albo przeciwnie, jako dodatkowy obowiązek – mniejsza o to. To Keisy potrzebuje podpórki, kogoś, do kogo będzie prawił swoje miłosne wyznania, na kim oprze swoje urojenia. To Keisy jest tym, który potrzebuje „miłości”, nawet, jeżeli nie miałaby ona racji bytu w innych okolicznościach.
-Więc dlaczego Bello w ogóle zgodził się, żeby z nim być?- dopytywałem wciąż. Chyba nigdy w życiu nie będę w stanie pojąć, jak to wszystko działa, jak funkcjonuje… Przecież Keisy był zakochany. Bello chyba też. To byłoby chyba najprostsze myślenie, prawda? Gdyby uznać to po prostu za fakt, za coś oczywistego. Ale może to było właśnie myślenie marzycieli…?
-To u nas powszechne.
-Co takiego?
-Przygarnianie biednych ofiar pod miłościwe skrzydła…- Fenicio uśmiechnął się z politowaniem, parsknąwszy cicho- Bello jest z nim, bo Keisy potrzebował kogoś, kto by się nim zajął. Bo jest żałosny i sam nie daje sobie ze sobą rady, więc potrzebował kogokolwiek. Gdybym zajął się nim ja, dzisiaj wylewałby swoje żale w moje ramię… Gdyby zajął się nim ktokolwiek inny, efekt byłby ten sam. Bello jest z nim, bo inaczej Keisy by się zabił. Jeden problem z głowy…- Fenicio zaśmiał się lekko, jakby naprawdę niezbyt go to obchodziło- Bello jest z nim, bo gdyby go zostawił, Keisy znowu by spróbował. Pewnie równie nieudolnie, jak zawsze, ale jednak… To litość i nic więcej. Jesteś jeszcze niedoświadczony, Cissy, i dlatego wolałbyś w tym widzieć coś więcej, ale tak po prostu jest. Kiedy pojawia się tutaj owieczka, która nie daje sobie rady, zaraz znajdzie się dla niej opiekun. Ludzie robią to z różnych przyczyn – bo współczują, bo się litują, bo nie chcą tutaj dantejskich scen… Albo zwyczajnie chcą usprawiedliwić siebie samych, zrobić jakiś dobry uczynek, poruszyć martwe sumienie… Ewentualnie są równie nawiedzeni jak ci, którymi się zajmują i naprawdę wierzą, że mogą kochać. Wszystko jedno, Cissy. To zwykłe szaleństwo.
-Ale wydaje mi się, że Bello zależy na Keisy’m- zacząłem cicho.
Fenicio uśmiechnął się pobłażliwie.
-Masz rację, Cissy. Wydaje ci się…- mężczyzna wykrzywił pogardliwie wargi, obracając szklankę w dłoniach- Pieprzona gra kłamstw i pozorów…

Wiedziałem, że nadeszła już właściwa pora.
Wiedziałem, że większość mężczyzn już zdążyła zebrać się w sali, na dole. Inni chyba „pracowali” w nieco innym trybie, pewnie obranym „dowolnie”. Jakże przewrotnie brzmiało owo słowo w tym miejscu… Przychodzili o różnych godzinach, a wcześniej często przygotowywali się dokładnie.
Dla mnie było to zupełnie niezrozumiałe. Kiedy obserwowałem ich przez lekko uchylone drzwi, jak szli korytarzem, zachowując się bardzo swobodnie, sprawiając wrażenie pogodnych, pełnych życia… Byli ładnie ubrani, niektórzy, podobnie jak Red, mieli na sobie nawet makijaż – mniej lub bardziej wyraźny. Gdybym spotkał takich ludzi gdzieś na ulicy, podejrzewałbym najprawdopodobniej, że wybierają się na jakąś zabawę, a nie… A nie na coś takiego.
Ale ja już byłem pewien, że nie będę w tym uczestniczył.
Nie zamierzałem schodzić na dół. Nie zamierzałem brać w tym wszystkim udziału, nie zamierzałem na to patrzeć, nie zamierzałeś nawet sprawiać jakichkolwiek pozorów, że próbuję.
A przy tym drżałem ze strachu, aż kręciło mi się w głowie z przerażenia na samą myśl o tym, co może mnie za to spotkać. Nie byłem w stanie się powstrzymać od podobnych rozważań, mnożyłem wyobrażenia na temat konsekwencji mojego uporu, niewynikającego przecież z żadnej odwagi, a wprost przeciwnie. Ja po prostu bałem się tak bardzo, że z tego strachu nie byłem w stanie zdecydować się na to, co chciano mi wmówić.
Przebrałem się z trudem. Ręce mi się trzęsły i nie mogłem sobie z tym poradzić. W końcu wszedłem do łóżka i od razu nasunąłem kołdrę na głowę. Tak, jakby mogło mnie to przed czymkolwiek uchronić… Nie mogło. Mogło natomiast przynajmniej trochę oszczędzić mi słuchania tego wszystkiego, co się tu za chwilę będzie działo. Teraz na korytarzu panowała jeszcze cisza, przerywana co jakiś czas odgłosami kroków lub rozmów, ale doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, co będzie dalej. Niedługo korytarze zaroją się od klientów i ich towarzyszy, którzy będą ich prowadzili do swoich pokoi, będą rozmowy, krzyki, śmiechy… Dokładnie tak jak wczoraj. Nie chciałem tego słyszeć. Nie chciałem słyszeć dowodów na to, jak bardzo można się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy… Tak bardzo, że można nawet okłamywać siebie, że wszystko jest w porządku… Że wszystko jest normalnie…
Nie wiem ile minęło czasu.
Sen nie nadchodził. I tak spałem już dziś zbyt długo, nie miałem wątpliwości, że nieprędko będę w stanie ponownie zasnąć. Poza tym serce biło mi jak oszalałe, za każdym razem, gdy słyszałeś jakikolwiek głośniejszy głos, jakikolwiek hałas… Wydawało mi się, że zaraz ktoś tutaj wejdzie, zaraz ktoś zrobi mi krzywdę… Że stanie mi się coś złego.
Aż krzyknąłem, gdy w pewnym momencie ktoś gwałtownym ruchem ściągnął ze mnie kołdrę.
Cofnąłem się prędko, kuląc się przy tym od razu, jakby ktoś już zamierzał mnie zaatakować, nim w ogóle zdałem sobie sprawę z tego, kto przy mnie stoi.
To był Red.
-Co tu robisz?- zapytał cicho, wpatrując się we mnie z uwagą, a ja odetchnąłem głębiej, starając się uspokoić.
Wyglądał tak jak zawsze, w swoim charakterystycznym stroju i ostrym makijażu. Był piękny.
-Nic- pisnąłem z trudem. Nie wiedziałem, jak mam się wytłumaczyć, czy powinienem w ogóle cokolwiek wyjaśniać… Przypomniały mi się słowa Fenicia. Te, w których mówił o Red… Że jest blisko z szefem. Nie miałem pojęcia, co to mogło dla mnie oznaczać. Co, jeżeli był tutaj tylko dlatego, że ktoś mu kazał…?
-Dlaczego nie schodzisz na dół…?- usiadł na brzegu łóżka, wciąż nie odrywając ode mnie przenikliwego spojrzenia- Nie możesz tutaj zostać.
-Keisy powiedział, że mogę- odpowiedziałem jedynie, spuszczając wzrok, chociaż doskonale wiedziałem, że nie chodziło o to.
-Nie możesz nie przyjmować klientów.
Milczałem przez dłuższą chwilę, zagryzając nerwowo wargę, żeby powstrzymać się od płaczu. Już czułem, że łzy napływają mi do oczu, właściwie było tak zawsze, na samą myśl o tym, że mógłbym robić coś takiego, z kimś obcym, za pieniądze… To było dla mnie obrzydliwe, zupełnie nie do wyobrażenia.
-Nie chcę- jęknąłem w końcu płaczliwie, zakrywając twarz dłońmi- Nie chcę tego robić.
Poczułem jak Red obejmuje mnie mocno ramionami i przyciąga do siebie. Wtuliłem się w jego szatę, już czując, że nie mogę opanować łez, wtapiających się powoli w materiał jego stroju. Byłem pewien, że zaraz mnie od siebie odsunie, czy może nawet odepchnie, ale nic takiego nie nastąpiło.
-Musisz to zrobić…- zaczął w końcu łagodnie, gładząc mnie powoli po plecach- Nie przynosząc zysków, jesteś tutaj zupełnie zbędny. Obserwują cię. Zrobią ci krzywdę.
Zadrżałem spazmatycznie ze strachu.
Kolejny raz słyszałem dokładnie to samo, ale to wcale nie pomagało w podjęciu żadnej decyzji.
Ciągle słyszałem ostrzeżenia, ale przecież nic jeszcze się nie wydarzyło.
Nic strasznego…
Może dlatego obstawałem przy swoim zdaniu tak stanowczo. Dlatego, że łudziłem się, że to wszystko nieprawda. Że mogę nagle zniknąć w tym tłumie mężczyzn, pozostać niezauważonym i żyć sobie gdzieś na uboczu, z dala od tego wszystkiego. A jednocześnie przecież zdawałem sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, kompletnie nierealne. Chciałem myśleć, że nim cokolwiek się stanie, ktoś zdąży mi pomóc, ktoś mnie stąd zabierze…
Ale nie wiedziałem, kto mógłby to zrobić.
Kto interesowałby się mną na tyle, żeby w ogóle zauważyć, że zniknąłem.
Nie wiedziałem nawet, co się dokładnie stało, nim trafiłem tutaj, ale jednego byłem pewien.
Nikt mnie nie szukał.
-Nie mogę- załkałem po raz kolejny, unosząc lekko głowę i wpatrując się w niego niemal błagalnie, jakby on mógł cokolwiek zrobić. Jakby mógł mnie uratować, zagwarantować mi, że nagle stanę się niewidzialny, że nikt nie zrobi mi krzywdy, jakby mógł mnie stąd wyciągnąć, ochronić… Wiedziałem, że nie mógł.
-Pierwszy raz jest zawsze trudny- wyjaśnił spokojnie, wciąż obejmując mnie lekko- Ale później wszystko jest już prostsze. Uwierz mi. Za każdym kolejnym razem przestanie już tak reagować. Minie lęk, minie niechęć.. Wystarczy tylko się na to otworzyć. Z czasem stanie się to normalne i przestaniesz się brzydzić i bać. To naturalna kolej rzeczy.
Tego właśnie nie chciałem.
Nie chciałem, żeby to stało się normalne.
Nie chciałem, żeby w tej sposób wyglądała „normalna kolej rzeczy”.
Nie chciałem tego wszystkiego.
To było dla mnie zbyt wiele.
-Nie potrafię… Nie potrafię się przełamać- wyznałem w końcu, przymykając powieki i oddychając płytko, wciąż nie mogąc opanować płaczu. Czułem się tak, jakby mężczyzna zaraz miał mnie zaciągnąć na dół i do czegoś zmusić.
Red milczał przez dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się nad czymś, po czym odsunął się ode mnie i podniósł się powoli.
-Nawilżacz jest w twojej szafce…?- zapytał jedynie.
-Tak- odpowiedziałem cicho, nim zdążyłem się zastanowić nad jego pytaniem. Z lekkim zdumieniem i przestrachem obserwowałem, jak idzie w kierunku łazienki- Co zamierzasz zrobić…?- zapytałem, ledwie poznając swój głos. Brzmiałem jak jakieś przerażone, zastraszone dziecko, które nie do końca wie, co się wokół niego dzieje.
Red nie odpowiedział.
Słyszałem, jak szuka czegoś, a już po chwili stanął z powrotem w drzwiach sypialni, a następnie podszedł do łóżka. Podkurczyłem nogi pod siebie, nie wiedząc, co zrobić. Nie wiedząc nawet do końca, co zamierza on. Nie wiedziałem, czy powinienem się odsunąć, uciec, jakoś zaprotestować… Nie miałem pojęcia.
A jednak nie powiedziałem nic, gdy usiadł na posłaniu obok mnie, a jego ciepłe wargi zetknęły się z moimi w krótkim, delikatnym pocałunku.
Odetchnąłem głęboko.
Przestałem płakać.
Wciąż drżałem lekko, gdy nachylił się nade mną po raz kolejny, by wpić się w moje wargi z większą mocą i pewnością. Nie potrafiłem początkowo oddać pocałunku, przyjmując go zupełnie biernie, ale w pewnej chwili oparłem dłonie na jego ramionach i rozchyliłem lekko wargi, pozwalając mu na pogłębienie pieszczoty. Westchnąłem cicho, czując, jak jego język zwinnie penetruje wnętrze moich ust. Poczułem, jak chwyta mnie lekko w pasie i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, stanowczym gestem, a mimo to nie zrobiłem nic, by zaprotestować.
Nie chciałem protestować.
Nie spodziewałem się, że w takim miejscu, w tych wszystkich okolicznościach, będę w stanie poczuć coś takiego. Mój strach nie mijał, ale mieszał się z czymś zupełnie innym. Z pożądaniem. Dziwnym pożądaniem, zupełnie nienaturalnym, innym, będącym swoistą mieszaniną lęku, pragnienia i potrzeby bezpieczeństwa, czyjejś bliskości. Chciałem tego. Chwili zapomnienia, ucieczki, jakiegoś dowodu na to, że nawet, gdy jestem tutaj, pewne rzezy się nie zmieniły. Że nawet tutaj, można czuć coś więcej, coś, co wychodziło poza wyrachowaną, zimną kalkulację i wyrzuty sumienia…
Red oderwał się od moich warg i przeniósł pocałunki na moją szyję, zsuwając się niżej, wzdłuż mojego torsu. Jego usta zostawiały na mojej skórze szkarłatne ślady pomadki, które stanowiły dziwaczny kontrast, przypominały jeszcze o irracjonalności tej sytuacji, o jej nienormalności… Przymknąłem oczy, poddając mu się całkowicie. Nie chciałem go teraz widzieć.
Rudowłosy nie powiedział ani słowa, milczał, skupiony jedynie na dawaniu mi przyjemności. Jednak przyjemność, jaką z tego czerpałem, była dziwną przyjemnością. Przyjemnością pomieszaną z autentycznym podnieceniem, pragnieniem, rozkoszą i swoistą goryczą. Przecież doskonale wiedziałem, że będzie potrafił się mną zająć, prawda…? Przecież doskonale to wiedziałem, skoro dzień w dzień zajmował się wieloma innymi mężczyznami…
Poczułem coś dziwnego. Jakiś wstręt, obrzydzenie… Przełknąłem głośno ślinę i zadrżałem, tym razem jednak z zupełnie innego powodu, a następnie odetchnąłem głęboko jakby to mogło sprawić, że nagle się od tego odetnę, że wyrzucę te myśli ze świadomości.
Jego dłonie, spoczywające w okolicach moich bioder, były ciepłe i delikatne, a w jego ruchach nie było żadnej gwałtowności czy agresji. Był niezwykle łagodny, niemal czuły, jakby był ze mną tak naprawdę, a nie dlatego, że miał zamiar doprowadzić do zmiany mojego nastawienia. Może właśnie dlatego cały wstręt zniknął. Może właśnie dlatego czułem się tak, jakbym tutaj, w jego ramionach, był najbezpieczniejszy. Jakbym mógł mu zaufać.
Wzdrygnąłem się lekko i uniosłem na łokciach, gdy poczułem, jak zsuwa ze mnie bieliznę.
-Co robisz…?- zapytałem jedynie wyjątkowo idiotycznie, jakbym naprawdę nie wiedział, do czego to wszystko prowadzi. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem przerażony jak dziecko.
-Spokojnie- odpowiedział jedynie, sięgając po saszetkę z nawilżaczem i rozrywając ją zębami. Uśmiechnął się do mnie łagodnie, a ja ponownie zadrżałem, tym razem z kompletnie absurdalnego strachu.
Nie wiedziałem, jak powinienem zareagować i nie wiedziałem, jak w rzeczywistości zareaguję.
Moje ciało już zareagowało.
Dokładnie tak jak zawsze, tak jakby to była normalna sytuacja.
Może Fenicio miał rację.
Może problem tkwi tylko w psychice.
Może wystarczy się przewartościować…
-Nie zrobię niczego, czego nie będziesz chciał- zastrzegł jeszcze mężczyzna. Jego głos wciąż był melodyjny i spokojny, patrzył mi prosto w oczy. To wszystko sprawiało, że mimo mojego lęku, po raz kolejny uległem. Po raz kolejny nie zaprotestowałem. Odetchnąłem płytko i opadłem z powrotem na pościel, zaciskając powieki i czekając. Czekając na jego kolejny ruch, na to, co się zaraz stanie, na falę bólu…
Ale ból nie nadszedł. Rudowłosy rozchylił delikatnie moje uda i początkowo zaledwie błądził dłońmi po ich wewnętrznej części, aż w końcu naparł opuszkami na moje wejście. Aż jęknąłem donośnie, gdy poczułem, jak jego palce wślizgują się gładko do mojego wnętrza. Nie wiązało się to jednak z żadnym rzeczywistym bólem, a co najwyżej uczuciem chwilowego dyskomfortu. Już po chwili zaczął rozciągać zwinnie moje wnętrze i wpił się żarliwie w moje wargi.
Wzdychałem miarowo, nie mogąc się zupełnie opanować. Sam włączyłem się w jego poczynania i poruszałem biodrami, niemal mimowolnie, nie będąc w stanie się powstrzymać. Chciałem czerpać z tej chwili jak najwięcej, zagarnąć każdą sekundę, każdy moment jego bliskości. Czułem, jak raz po raz natrafia na moją prostatę i aż jęczałem głośno, mając coraz większy problem z łapaniem oddechu. Jego wspaniale gorące usta wcale mi tego nie ułatwiały. Nie odrywałem się od nich ani na chwilę, oddając jego pocałunki z równą mocą i błagając, niemal modląc się w duchu o to, by to wszystko się nie kończyło.
Pragnąłem go. Jego bliskości, ciepła, tego, żeby się nie odsuwał, nie cofał, najlepiej już nigdy, bo tutaj, w tym momencie, w jego ramionach, przy nim, było mi po prostu najbezpieczniej. Pragnąłem, żeby dał mi dowód na to, że Fenicio nie ma racji. Że naprawdę można inaczej. Pragnąłem czuć go w sobie głęboko i mocno, pragnąłem być z nim tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej.
A jednak się odsunął.
Byłem tak zamroczony, że dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się, dlaczego tak naprawdę przerwał pieszczoty. Podniósł się, a ja wbiłem w niego nieco niezrozumiałe spojrzenie. Red uśmiechnął się do mnie lekko, po czym rozsunął poły swojego niesamowitego stroju, a następnie zsunął go ze swoich ramion. Prócz tego nie miał na sobie nic, nawet bielizny. Był zupełnie nagi. Wpatrywałem się w niego z mieszaniną lęku i fascynacji. Niemego wyczekiwania na więcej.
Nie musiałem nic mówić.
On też nie musiał.
Odłożył swoją szatę na bok, a następnie ponownie nachylił się do mnie i musnął moje wargi, chwytając mnie jednocześnie w pasie i przysuwając do siebie jeszcze bliżej. Już po chwili uniósł moje biodra.
-Prezerwatywa…?- wyrwało mi się jedynie. Właściwie nie byłem nawet na tyle przytomny, żeby dostrzec, czy w ogóle ją nałożył.
-Nie będzie potrzebna- odparł gładko, nanosząc trochę nawilżacza na własną męskość.
-Jak to?- spojrzałem na niego bez zrozumienia, znowu zupełnie zdezorientowany.
-Zwyczajnie, Piękny…- odparł melodyjnie, po czym na powrót wpił się w moje wargi na dłuższą chwilę, a następnie szepnął- My nie kochamy się tak, jak z nimi…
Nie zrozumiałem, ale nie dane było mi zapytać o nic więcej, bo poczułem jak wchodzi we mnie mocno i jęknąłem donośnie, wbijając palce w jego ramiona. Coraz trudniej było mi łapać oddech. Potrzebowałem dłuższej chwili na to, by się do niego przyzwyczaić, by minął ból, by przywyknąć do tego uczucia. Nie byłem z nikim już od bardzo dawna.
Ale on nie naciskał, ani nie popędzał mnie w żaden sposób. Właściwie trwał we mnie nieruchomo, składając krótkie, delikatne pocałunki na mojej szyi, najwyraźniej czekając na mój znak. Nie trwało to długo.
Już po chwili poruszyłem lekko biodrami, niemal nieśmiało, ale on zrozumiał natychmiast i zaczął się we mnie poruszać. Początkowo stosunkowo powoli i spokojnie, ale z czasem jego ruchy nabrały tempa i swoistej gwałtowności. Gwałtowności, która w tym przypadku nie płoszyła mnie, nie sprawiała, że chciałem uciec, że chciałem się wyrwać, a wprost przeciwnie. Objąłem go jeszcze mocniej, nie chcąc wypuszczać go z ramion ani na chwilę.
Red całował mnie przez dłuższy czas, ale w końcu oderwał się od moich ust i przeniósł namiętne pocałunki na moją szyję. Starałem się zagryzać wargi i tłumić odgłosy własnego zadowolenia, jakby to było coś wstydliwego, jakbym bał się, że zaraz ktoś tu przyjdzie i coś nam zrobi, albo nawet to przerwie, ale w końcu nie mogłem się powstrzymać. Jęczałem głośno, gdy raz po raz napierał na moją prostatę i sam poruszałem mocno biodrami, starając się z nim zrównać. Chciałem tego, tak bardzo tego chciałem, tak bardzo potrzebowałem…
Rozkoszy, która wypełniała moje ciało, z każdą chwilę coraz bardziej intensywniejszej, zbliżającej mnie krok po kroku do spełnienia.
-Jesteś niesamowicie ciasny, wiesz?- rzucił mi do ucha mężczyzna, jakby z rozbawieniem i zahaczył ustami o jego płatek. Westchnąłem mimowolnie. Chciałem coś odpowiedzieć, ale z moich warg wyrwał się jedynie donośny jęk, gdy po raz kolejny wbił się we mnie mocno.
Wycisnął na moich ustach przeciągły pocałunek, tłumiąc mój ostatni, pełen spełnienia jęk, gdy doszedłem, czując wypełniającą całe moje ciało rozkosz. On szczytował we mnie zaledwie chwilę później, wypełniając moje wnętrze swoim gorącym nasieniem.
Wciąż obejmowałem go kurczowo ramionami, a on wtulił się mocno w moje ciało, zamierając na dłuższą chwilę w bezruchu. Oddychałem płytko z przymkniętymi powiekami, rozkoszując się jeszcze ostatnimi chwilami ulotnego ciepła i przyjemności, jakie pozostawiło po sobie spełnienie. Red trwał przy mnie jeszcze przez kilka minut, pozwalając mi się odrobinę uspokoić, aż w końcu odsunął się powoli.
Dopiero wówczas cały spokój zniknął.
Dopiero wówczas poczułem lęk, niemal panikę.
-Mogę… Mogę tutaj zostać…?- zapytałem, przełykając głośno ślinę i zaciskając mocno dłonie na materiale kołdry, jakby rudowłosy miał mnie stąd zaraz wyszarpnąć siłą- Jeszcze tylko dzisiaj…- dodałem cicho, chociaż wcale nie sądziłem, że jutro sytuacja czy moje nastawienie się zmieni. Nie zakładałem nawet, że rzeczywiście zdecyduję się zejść na dół. Powiedziałem to tylko w ramach pewnego usprawiedliwienia.
Chyba Fenicio miał rację.
Chyba tutaj naprawdę zmieniają się wszystkie wartości.
Skoro musiałem usprawiedliwiać to, że nie będę robił takich rzeczy…
-Możesz- odparł krótko Red, zgadzając się właściwie natychmiast- Tylko dzisiaj.
-Tylko dzisiaj- potwierdziłem cicho, chociaż w moim głosie nie było ani krztyny pewności.
Rudowłosemu najwyraźniej ta deklaracja całkowicie wystarczyła, bo jedynie uśmiechnął się lekko i wstał, po czym sięgnął po swoje ubrania.
Uniosłem się na łokciach, obserwując jak narzuca szatę na swoje nagie ciało.
Milczałem, nie wiedząc, co powinienem powiedzieć. Milczałem, bo miałem idiotyczne poczucie, że może zostanie tutaj ze mną, że może pozwoli mi przetrwać tą noc, że może pozwoli mi wierzyć, że to wszystko nie było zupełnie bezcelowe i bezsensowne. Milczałem, bo tak naprawdę chciałem, żeby ze mną został. Chciałem. Tak po prostu. Nawet bez żadnego konkretnego powodu. Potrzebowałem po prostu jego obecności, tego, żeby był tuż obok.
-Poleżysz przy mnie jeszcze przez chwilę…?- zapytałem nieśmiało, nie będąc pewnym, czy w ogóle powinienem poruszać tą kwestię. Kiedy spojrzał na mnie z zaskoczeniem, poczułem się zupełnie żałośnie, jakbym powiedział coś wyjątkowo żenującego. Ale już po chwili Red ponownie uśmiechnął się w odpowiedzi i skinął lekko głową.
-Poleżę- potwierdził miękko. Zgodził się zupełnie tak, jak za poprzednim razem. Niemal od razu, bez żadnych przemyśleń, bez protestów czy nalegań. Nie dokończył się ubierać ani zapinać. Teraz jego zjawiskowy strój przypominał raczej zwykły szlafrok.
Rudowłosy ułożył się tuż obok mnie, a ja zupełnie nie wiedziałem, jak mam się zachować, mimo tego, że sam prosiłem o jego obecność. Nie wiedziałem co powiedzieć, a on po prostu milczał, wpatrując się prosto w moje oczy.
Więc ja też milczałem, początkowo odwracając jednak wzrok. Czułem się dziwnie onieśmielony całą sytuacją, zwyczajnie zawstydzony. Tak jakby teraz, w tym właśnie momencie, wnikał w moją intymność. I tak jakbym jeszcze chwilę temu nie był z nim tak blisko, że właściwie wszelkie intymności powinny zaniknąć.
A przynajmniej zazwyczaj zanikały.
W normalnych sytuacjach.
Ta nie była normalna.
W końcu jednak ja również przełamałem się i zacząłem spoglądać wprost w jego oczy. Piękne, ciemnobrązowe oczy, okolone wianuszkiem długich, czarnych, wytuszowanych rzęs i podkreślone dodatkowo kredką do oczu.
To akurat niekoniecznie mi się podobało. Nie byłem zwolennikiem makijażu, nie spotykałem takich mężczyzn na swojej drodze. Słyszałem wiele o drag queen i tego typu sprawach, ale w życiu nikogo takiego nie widziałem na własne oczy, zresztą wcale nie byłem pewien, czy Red również zaliczał się do tej kategorii. Ale chciałbym wiedzieć, jak wygląda naprawdę. Jak wygląda bez tego wszystkiego.
Rudowłosy był piękny, niemal zjawiskowy. Takie sprawiał wrażenie, nawet teraz, leżąc tuż obok mnie, w potarganych włosach i rozmazanej szmince. Wpatrywałem się w niego z niemijającą fascynacją, wciąż zbyt onieśmielony i niepewny, by wykonać jakikolwiek ruch, powiedzieć cokolwiek, zadać jakieś pytanie…
-Pocałuj mnie- poprosił w końcu cicho, a ja aż zadrżałem lekko na dźwięk jego głosu.
Chyba właśnie tego było mi trzeba.
Chyba tylko na to czekałem…
Przysunąłem się do niego, i wciąż odrobinę nieśmiało, musnąłem jego wargi. Red oddał owo muśnięcie, nie uczynił jednak nic, by przekształcić nasz pocałunek w mniej subtelny, a wprost przeciwnie.
-Rozmazała ci się pomadka- zauważyłem w końcu, czując, że pieką mnie policzki. Szkarłatna szminka Red była wszędzie, wokół jego ust, na policzkach, nawet na moim ciele… I nie ujmowało mu to zupełnie niczego, wprost przeciwnie.
-Wiem- odpowiedział spokojnie, po czym uniósł kąciki ust w łagodnym uśmiechu- To nic. I tak najpierw wrócę do siebie i wezmę prysznic.
-Po co ten makijaż…?- odważyłem się w końcu zapytać, wpatrując się w niego z uwagą.
Zaśmiał się miękko, jakby odrobinę rozbawiony.
-To jedyne, co mi pozostało. Nie mam już tego co ty- stwierdził, przesuwając delikatnie opuszkami palców po moim policzku- Nie jestem już taki młody.
-Przecież jesteś piękny- rzuciłem cicho, właściwie ledwie słyszalnie, z nieśmiałością i jednocześnie zupełnym niezrozumieniem. We mnie nie było zupełnie nic niezwykłego, a on? On niemalże błyszczał pośród wszystkich innych mężczyzn tutaj, wyróżniał się od razu i to nie tylko za sprawą owego stroju i makijażu. Było w nim coś wyjątkowego, coś innego. Coś, przez co zwróciłem na niego uwagę już w pierwszej chwili.
Red jednak ponownie jedynie parsknął śmiechem, po czym spojrzał na mnie pobłażliwie i odpowiedział łagodnie:
-Złudzenie, Piękny. Jak wszystko tutaj.
Złudzenie…?
-Muszę już iść- stwierdził po krótkiej chwili, podnosząc się z łóżka i dopinając niedbale swoją szatę. Ja również zerwałem się z miejsca, właściwie odruchowo, jakbym chciał zatrzymać go jeszcze na trochę, pobyć blisko niego… Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok i oparł dłonie na moich ramionach, a następnie wycisnął na moim czole subtelny pocałunek- Dobranoc, Piękny.
-Dobranoc…- odpowiedziałem niepewnie, zagryzając wargę.
… Dobranoc, piękne złudzenie.
Red zatrzymał dłoń na klamce, a ja nie wytrzymałem i wypaliłem:
-Przyjdziesz dziś jeszcze do mnie…?
Odwrócił się w moją stronę zaskoczony, jakby zupełnie się tego nie spodziewał, ale w końcu uśmiechnął się delikatnie i zapytał:
-Nie będziesz spał…?
-Nie będę!- zapewniłem natychmiast, aż nazbyt gorliwie i stanowczo- N-Na pewno nie będę…- potwierdziłem, odrobinę zażenowany przez jego rozbawione spojrzenie, będące zapewne reakcją na moje poprzednie słowa- Będę czekał.
-Więc przyjdę- stwierdził, znowu uśmiechając się do mnie lekko, a ja ledwie stłumiłem w sobie mimowolne westchnienie ulgi- Do zobaczenia, Piękny- rzucił jeszcze w moją stronę, a następnie wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.
Opadłem z powrotem na łóżko, oddychając głęboko. Zakryłem twarz dłońmi, nie mając pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.
Dlaczego tak bardzo łaknąłem jego towarzystwa…?
Dlaczego tak bardzo pragnąłem bliskości kogoś, kogo właściwie nie znałem…? Kto był dla mnie praktycznie zupełnie obcy? Komu bałem się spojrzeć w oczy i bałem się go dotknąć, bałem się do niego odezwać, onieśmielony i jednocześnie wciąż mocno niepewny. A jednak, mimo tej niepewności – paradoksalnie – ufałem mu. I czułem się przy nim bezpieczny. Jakby w jego ramionach nic mi już nie groziło, jakbym był wolny. Jakbym mógł w każdej chwili się odsunąć, zaprotestować, zareagować. Jakbym nie był do tego wszystkiego zmuszony…
Dlaczego przy nim wszystko nagle się zmieniało? Dlaczego moje serce zaczynało szybciej bić, dlaczego pragnąłem jego pocałunków, dotyku ciepłych dłoni, dlaczego tak strasznie brakowało mi tego wszystkiego za każdym razem, gdy odchodził, dlaczego tak bardzo chciałem, żeby któregoś dnia obudził się u mojego boku, a nie zniknął tak, jakby naprawdę był jedynie złudzeniem?
Absurd.
Zupełny absurd.
Tak samo jak słowa Fenicia, o przewartościowaniu i przyzwyczajeniu.
I tak samo jak to, co łączyło Keisy’ego i Bella.
Jak to, co nazywali wiernością…
I w oparach tego absurdu rodziły się moje uczucia względem Red.
Ale to było tylko złudzenie.
Jak wszystko tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz