Strony

niedziela, 22 maja 2011

3. Johnny dostaje korepetycje

Tego dnia wyglądał już trochę żywiej niż wczoraj. Zasnął stosunkowo szybko, ledwie skończyła się pierwsza połowa meczu, na kanapie, z chipsami. Rose wygoniła go stamtąd z samego rana i kazała mu się ubierać. Ledwie zdążył na czas. Wszedł do szkoły i rozejrzał się wokoło, szukając w tłumiku uczniów Benny’ego. Zazwyczaj zawsze czekał na niego przy swojej szafce, ale tym razem go nie było.
Dziwne. Zawsze przyjeżdżał pierwszy.
Zanim Johnny zdążył się nad tym lepiej zastanowić, dostrzegł Maicy, wchodzącą do szkoły. Zdecydowanie nie wyglądała na zadowoloną. I tak jak się spodziewał, w ślad za nią, nieco ponuro, kroczył Benny, który wyjątkowo nie zaszczyciwszy jej nawet chwilą rozmowy, ruszył w kierunku Johnny’ego.
-Cześć.
-Cześć…- burknął przyjaciel, po czym wziął głębszy oddech i pokręcił głową- Nie wytrzymuję z nią od samego rana.
-Czemu przyjechałeś tak późno?- zdziwił się Johnny, a Benny raz jeszcze westchnął ciężko i odparł:
-Popsuł mi się samochód. Wczoraj wieczorem. Nie chciał zupełnie odpalić, wiesz zresztą, jaki to grat…
-Rany. Mogłeś zadzwonić- zauważył szatyn, spoglądając na niego uważnie- Podwiózłbym cię przecież.
-Wiem… Miałem taki zamiar. Ale Maicy się zaoferowała, że przez te kilka dni porobi za moją prywatną taksówkę…- Benny aż jęknął cicho, po czym rzucił krótkie spojrzenie w kierunku zgromadzonego przy końcu korytarza tłumku dziewczyn. Johnny dostrzegł, że one też co chwila odwracały się i patrzyły w ich stronę. Chyba mówiły o nich- Wiesz, jaka jest ostatnio marudna. Aż się bałem zaprotestować, więc w końcu się zgodziłem.
-To dobrze chyba…- odparł ostrożnie Johnny, a Benny prychnął donośnie i pokręcił głową.
-Dobrze? Rany! Wiesz, jak ona prowadzi?! Prawo jazdy zdobyła chyba na piękne oczy!- złościł się Benny, a Johnny starał się zachować powagę, chociaż zawsze strasznie bawiły go podobne wystąpienia przyjaciela- Zresztą, wcale bym się nie zdziwił, gdyby naprawdę tak było! Ktoś powinien zrobić wreszcie światu przysługę i odebrać jej prawko, zanim na dobre coś powyrabia! Wiesz, jakie to uczucie, nie być pewnym, czy wyjdzie się żywo z kolejnego zakrętu?!
Johnny całą siłą woli powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
-Trzeba było prowadzić.
-Nie żartuj sobie ze mnie…- Benny przetarł skronie, w wyrazie zupełnej desperacji- Ta kobieta mnie dobija. Chciałem jej dać do zrozumienia, bardzo subtelnie, wiesz, delikatnie, że prawdopodobnie zaraz nas zabije i że może z łaski swojej zatrzymałaby samochód i zamieniła się ze mną miejscami. A ona tylko: „Czy ty coś sugerujesz, Benny?”, „Benny, jesteś taki niepoważny”, „Twoim zdaniem nie umiem jeździć, Benny?”. To co miałem jej odpowiadać? „Nie, jasne, że nie”. W przeciwnym razie oderwałaby mi głowę. Harpia- skwitował niechętnie, raz jeszcze zerkając w stronę grupki, akuray w tym momencie, gdy Maicy także przeniosła na niego wzrok- Zupełnie nie wiem, co się z nią ostatnio dzieje.
-Ale wczorajsza kolacja chyba była w porządku, nie…?
-Do pewnego stopnia…- odparł w zamyśleniu Benny- Na początku było okej. Wiesz, wszystko ładnie urządziła, zgasiła światło, zapaliła świeczki… Nie żebym był jakimś romantykiem- zastrzegł natychmiast chłopak, jakby była to potworna obelga- Ale wiesz… No… Nie da się ukryć, że zrobiło się tak przyjemnie i klimatycznie. Nawet sama coś ugotowała. No i to mnie trochę zdziwiło. Zrobiłem małą aluzję co do jej diety. Wiesz, nie do tego, że jest gruba czy coś… Ale zawsze miała manię na punkcie tych wszystkich sałatek i liczenia kalorii… Więc zapytałem, na rzecz czego odrzuciła nagle jedzenie dla królików. I wtedy się zaczęło- Benny przewrócił oczyma- Że jestem niedojrzały. Że ciągle tylko sobie żartuję. Że powinienem dorosnąć. I tak ciągle, chyba przez pół godziny. Mówię ci, zupełna masakra. Gdy przestała gadać, wszystko już było zimne. Ale i tak zawsze mniej niż ona. Traktowała mnie tak, jakbym Bóg wie, co powiedział i była obrażona przez resztę wieczoru, więc w końcu poszedłem. I wtedy właśnie okazało się, że mój samochód jest do niczego. To był chyba najbardziej fatalny wieczór w moim całym życiu!
-Daj spokój, Benny…- zaczął łagodnie szatyn- Może wiesz… Ma zły humor czy coś. Okres i te sprawy. Wiesz, jakie są dziewczyny.
-W takim razie jej okres trwa nieustannie od dłuższego czasu- mruknął złowrogo Benny- Naprawdę dużo mnie kosztuje, żeby nie odpowiedzieć jej czegoś złośliwego. Teraz pewnie żali się koleżankom, jaki jestem zły i okrutny!- rzucił głośno, akurat, gdy grupka dziewczyn, z Maicy na czele, przeszła tuż obok nich. Zaszczyciły ich ledwie wyniosłym spojrzeniem, pomijając Lindę, która uśmiechnęła się lekko do Johnny’ego, i skierowały się do klasy- Nie ma bata, stary, dzisiaj musimy gdzieś wyjść z chłopakami, bo zwariuję. Nieważne, ile mi będzie płakać w telefon, dziś na sto procent idę z wami. Masz czas, prawda?- zapytał, niemal z obawą, a Johnny parsknął cicho i skinął głową.
-Jasne. Możecie do mnie wpaść pod wieczór.
-Dzięki Bogu- westchnął głęboko- I oby było to spotkanie wysokoprocentowe, bo słowo daję, szlag mnie trafi.

Z samego rana Johnny uśmiechnął się do wchodzącego do klasy Keitha. Zaraz później Keith, jak gdyby w odpowiedzi na ten gest, ustawił swoją torbę na sąsiednim krześle, dając Johnny’emu jasny sygnał, że nie chce go przy sobie widzieć. Niepocieszony swoistą porażką Johnny usiadł z Benny’m, który obserwował jego poczynania z wyjątkowym wprost niezadowoleniem, ale ostatecznie oszczędził sobie zbędnych komentarzy. Ta sytuacja ciągnęła się prawie przez cały dzień. Telefon Johnny’ego milczał. Keith milczał. Nic nie wskazywało na to, że rzeczywiście przemyślał kwestię korepetycji. A to nie wróżyło dobrze ewentualnemu sukcesowi Johnny’emu.
-Hej- ledwie skończyli lekcje, a Linda była właściwie pierwszą osobą, która do niego podeszła.
-Ja spadam- rzucił grobowo Benny, gdy z klasy wyszła Maicy, uśmiechając się do niego, o dziwo, całkiem pogodnie, i zapraszając na przejażdżkę.
-Cześć, Linda- Johnny uśmiechnął się lekko do dziewczyny- O co chodzi?
-Chciałabym zapytać o to samo…- odparła blondynka, wzruszywszy ramionami- Wiem, że masz jakiś zakład związany z tym całym Keithem. Chcę wiedzieć, o co biega.
Johnny aż zaniemówił. Spojrzał na nią zupełnie zdumiony, nie wiedząc w pierwszej chwili, co odpowiedzieć.
-S… Skąd wiesz?
-Podsłuchałam, jak Carl i Benny o tym gadali. Mówili tylko, że to totalna głupota, ale ja chcę wiedzieć, o co konkretnie chodzi- powiedziała, wpatrując się w niego badawczo- Mam nadzieję, że nie wymyśliliście niczego głupiego.
-Słuchaj, Linda…- zaczął ostrożnie Johnny, po czym odkaszlnął, odrobinę zażenowany i mówił już nieco ciszej- To tylko zwykłe wyzwanie, nic wielkiego… Chodzi o to, żebym… No wiesz… Zdobył… Eee… Względy… Keitha.
-W jakim sensie?- zapytała Linda, wpatrując się w niego bez większego zrozumienia.
-No w takim prostym…- Johnny podrapał się po głowie, odrobinę zdenerwowany- Chodzi o to, żebym go w sobie… No wiesz… Rozkochał.
-Co?!- krzyknęła Linda i aż parsknęła śmiechem- Nie żartuj sobie! To przecież facet!
-Linda, ciszej!- jęknął błagalnie Johnny, gdy kilka osób odwróciło się w ich stronę- Wiesz przecież, że to wyzwanie. Musiałem je przyjąć, no i…
-Żartujesz?- prychnęła dziewczyna- Zamierzasz się uganiać za facetem? W imię jakiegoś głupiego zakładu?
-Linda, to musi zostać między nami. Pozostałe dziewczyny nie mogą się dowiedzieć- podejrzewał, że Maicy i tak będzie miała takie informacje, bo Benny bardzo często opowiadał jej o sytuacji pomiędzy nimi, ale ona raczej nie miała tendencji do opowiadania tego całej szkole. Co do Lindy, nie miał jeszcze tej pewności, chociaż podejrzewał, że gdyby jej nie powiedział, zasięgnęłaby informacji u reszty chłopaków albo powiedziałaby samemu Keithowi, żeby tylko dowiedzieć się, o co chodzi- Nie patrz tak na mnie, no… Wszystko zaczęło się od ciebie.
-Ode mnie?!
-No bo jesteś taką ładną dziewczyną…- Johnny uśmiechnął się lekko, uruchamiając swój wewnętrzny urok i czar- Naprawdę. Wszyscy faceci się za tobą oglądają. A on podobno miał cię gdzieś…- Linda zaczerwieniła się lekko- Wiesz, to trochę dziwne. Nie jestem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek normalny facet mógłby ci nie ulec. I tak wszyscy już zaczęli gadać, że coś z nim nie tak… Albo, że może ty coś straciłaś przy bliższym poznaniu… Ale ja w to nie wierzę- zastrzegł natychmiast- No i właśnie stąd to wyzwanie. Jeśli okaże się, że Keith jest… Wiesz… To wszystko będzie jasne i nikt nie będzie się z ciebie śmiał za plecami.
Tak naprawdę śmianie się z Lindy za plecami także można było uznać za towarzyskie samobójstwo, więc wątpił, by którakolwiek z dziewczyn rzeczywiście się o to pokusiła, biorąc pod uwagę fakt, ile ta miała znajomości w szkole. A jednak chyba Johnny naprawdę był przekonujący, bo Linda wpatrywała się w niego z zaniepokojeniem i niepewnością.
-No…- zaczęła w końcu- Ale… Hm… Ale my będziemy się spotykać?
-Jasne- Johnny uśmiechnął się lekko- Zadzwonię. To przecież głupi zakład. Tylko na razie mogę mieć mniej czasu, ale na pewno jakoś się jeszcze zgramy…
-Okej…- odparła ostrożnie- No… To w porządku chyba. Tylko nie przesadź, nie?
-Pewnie. Wiem, co robię.
Ha.
Chciałby w to wierzyć.
Linda uśmiechnęła się, nieco bez przekonania, ale ostatecznie pożegnała się z nim krótko i odeszła. Johnny jeszcze odłożył niepotrzebne rzeczy do szafki, po czym zamknął ją i ruszył w kierunku wyjścia, ale w tym momencie usłyszał znajome:
-Ej!
Odwrócił się w kierunku Keitha, który podszedł do niego niespiesznie. Wyglądali razem trochę zabawnie. Johnny był od niego wyższy prawie od głowę i mimo tego, że raczej daleko mu było do umięśnionego sportowca, przy chuderlawym Keithie właśnie tak się prezentował.
-Masz czas dziś?- zapytał brunet, spoglądając na niego z uwagą- Na te korepetycje?
-Pewnie- Johnny uśmiechnął się lekko- Kiedy?
-Teraz. Ale nie mam zbyt wiele czasu, góra godzinę.
-Spoko- Johnny wyszczerzył się radośnie i po chwili razem wyszli ze szkoły. A jednak. Nie musiał się za bardzo starać, Keith sam się zatroszczył o chwilę czasu dla niego. Otworzył samochód- Wsiadaj.
-Co?- Keith spojrzał na niego ze zdziwieniem- Nie idziemy do tamtej kawiarni?
-Nie, po co? Mieszkam nie tak daleko.
-Ale ja naprawdę nie mam zbyt wiele czasu- spróbował raz jeszcze brunet, ale Johnny jedynie parsknął śmiechem i rzucił krótkie:
-Wsiadaj. Odwiozę cię.
Keith spoglądał na niego z wyrazem absolutnej rezygnacji malującej się na jego twarzy, ale w końcu zajął miejsce pasażera, tuż obok niego, zapinając pasy. Przez całą drogę nie odzywał się zbytnio i niezbyt reagował na subtelne próby nawiązania rozmowy przez Johnny’ego. W końcu jednak zatrzymali się przed blokiem i Johnny zaprowadził go do mieszkania.
-W kuchni czy w salonie?
-Gdzieś, gdzie jest jakiś stół- odparł jedynie Keith i ostatecznie obaj wylądowali w kuchni.
Podczas gdy brunet usiadł i zajął się wypakowaniem podręcznika, zeszytu i pomocy geometrycznych, Johnny jak gdyby nigdy nic wyjął sobie z lodówki ulubiony jogurt i jakąś przekąskę, po czym oparł się o ladę i zaczął jeść.
Keith na długą chwilę po prostu zaniemówił.
-No nie wierzę…- rzucił w końcu, kręcąc głową- Naprawdę mam cię uczyć?!
-No jasne- Johnny spojrzał na niego bez zrozumienia- A o co chodzi?
-Jesz! Nie można robić jednego i drugiego!- parsknął cicho- Nie będziesz mógł się skupić!
-Z pustym żołądkiem też nie mogę- odparł, wzruszywszy ramionami- Przecież dopiero co wróciliśmy ze szkoły, wyluzuj Keith. Może też byś coś zjadł.
-Nie…- wycedził przez zęby z poirytowaniem- Poczekam.
Ale w tym momencie usłyszeli szczęk przekręcanego w zamku klucza i zaraz w drzwiach kuchni pojawiła się Rose.
-Cześć, Johnny zapomniałam zupełnie swojej torby… Och…
-Dzień dobry- zaczął niepewnie Keith, a kobieta zmierzyła go uważnym spojrzeniem i westchnęła cicho.
-Johnny, na litość boską! Czemu nie dałeś koledze nic do jedzenia? Jest taki chudziutki. Przygotowałam Johnny’emu na obiad rosół, naleję ci zaraz porządną miskę i nawet nie odmawiaj.
Keith nie śmiał chyba nawet protestować i przyjął zmasowany atak Rose jedynie z lekkim, nieco niepewnym uśmiechem. Rose tymczasem podjęła się swojej zwyczajowej misji zwalczania anemicznych dzieci i najpierw postawiła przed Keithem całą michę rosołu, by zaraz odgrzać mu udka z kurczaka, aż w końcu zrobić jeszcze kilka kanapek. Dopiero kiedy prawie cały kuchenny stół był odpowiednio zastawiony, uśmiechnęła się z zadowoleniem i życzyła im smacznego, po czym wyszła szybko, spiesząc się na autobus.
I dopiero pod wpływem tego wszystkiego Keith rzeczywiście odrobinę wyluzował. Zresztą, Johnny wcale się nie dziwił. Ciepły rosół Rose był w stanie każdemu poprawić nastrój.
-Bardzo dobre- stwierdził Keith, po czym spojrzał na Johnny’ego uważnie- To twoja babcia?
-Nie, no co ty- parsknął Johnny- To jest… Eee… No… Rose po prostu. Jest jakby moją…- słowo „opiekunka” czy „niania” trochę nie pasowało do okoliczności i było po prostu głęboko zawstydzające- Zajmuje się mieszkaniem- zaczął w końcu- I czasami mną. Wiesz, gotuje i tak dalej.
-Twoi rodzice z tobą nie mieszkają?
-Nie, w sumie już od dawna…- odparł w zamyśleniu Johnny- Mój ojciec pracuje w Ameryce, w sumie odkąd pamiętam, więc rzadko bywa w domu. A matka trochę jeździ po świecie, ale teraz też tam wylądowała. Nie mam pojęcia, kiedy zechce im się przyjechać, chociażby na jeden dzień. A twoi?
-Och. Moi są w domu. W pewnym sensie.
-W pewnym sensie?
-Nie mieszkam z ojcem- wyjaśnił cicho Keith- Rozwiedli się z matką jakiś czas temu, więc jestem z nią. Ona dużo pracuje, bo ojciec nie ma za co płacić alimentów, no i… Też mam coś w rodzaju pomocy domowej, chociaż chyba innego rodzaju.
-Masz rodzeństwo?- zainteresował się Johnny, a Keith ku jego zdumieniu spochmurniał nieco i w końcu mruknął mało przyjemnie:
-Nie. Nie mam.
-Och- Johnny wpatrywał się w niego, odrobinę zdziwiony jego zmianą nastroju- Aha. Ja też nie.
-Wiem- parsknął cicho brunet.
-Skąd?
-Zachowujesz się jak zupełny jedynak. To widać na pierwszy rzut oka- stwierdził, spoglądając na niego pełnym politowania spojrzeniem.
-Ej!- zaśmiał się Johnny, wpatrując się w niego z udawaną urazą- Wcale nie!
-Och, uwierz mi, że tak. Zawsze musisz mieć to, czego chcesz.
-Udowodnij.
Keith był naprawdę… W porządku. Johnny odkrył to z pewnym zdziwieniem, bo nigdy nie zwracał do tej pory na niego szczególnej uwagi. Zresztą, Keith wcale nie wzbudzał ogólnego zainteresowania, więc nie powinien się dziwić.
-Jesteś zupełnie inny niż się wydawałeś- stwierdził w pewnym momencie Johnny, a brunet spojrzał na niego ze zdumieniem.
-To znaczy?
-No wiesz…- Johnny parsknął cicho, odrobinę zakłopotany- Spodziewałem się, że… Będziesz bardziej nieśmiały i małomówny. I w ogóle, że jesteś zupełnie nietowarzyski. A jesteś bardzo fajny.
-Dziękuję- odparł lakonicznie chłopak- Ty też wydawałeś się inny.
-Naprawdę?- zainteresował się Johnny- Jaki?
-Głupi- szczerość Keitha prawie wytrąciła go z równowagi- I bardzo próżny. Ale właściwie to nie do końca prawda, w tym wypadku pozory mnie zmyliły. Jesteś w porządku.
-Dobrze wiedzieć- zaśmiał się lekko Johnny, właściwie niezrażony jego poprzednimi słowami. W jego przypadku próżność była cechą wprost naturalną- Ej, właściwie to czemu nie masz w klasie żadnych znajomych? Mógłbyś nawet zadawać się z nami!
-Eee… Nie, to chyba nie jest dobry pomysł.
-Czemu nie?- szatyn spojrzał na niego uważnie- Byłoby całkiem fajnie. Benny i Carl są naprawdę spoko. Eric jest dupkiem, ale na niego i tak nikt nie zwraca większej uwagi, więc… Co ty na to? Może wpadłbyś do Benny’ego w niedzielę albo przynajmniej wyskoczył gdzieś z nami od czasu do czasu?
Genialny pomysł, cholera.
Akurat teraz, gdy stał się przedmiotem ich zakładu, Johnny chciał go wciągnąć w swoje towarzystwo. Ale nie było w tym ani krztyny fałszu. Keith naprawdę okazał się bardzo dobrym rozmówcą i właściwie Johnny skłamałby, gdyby stwierdził, że czuł się przy nim źle.
-Raczej nie- powtórzył raz jeszcze chłopak i pokręcił głową- To nie jest towarzystwo dla mnie.
-Dlaczego? Naprawdę, robimy inne rzeczy niż tylko picie alkoholu- zaśmiał się lekko Johnny.
-Tak?- Keith spojrzał na niego pytająco- Jakie?

Hm.
To było właściwie dobre pytanie i Johnny powinien je w najbliższym czasie poważnie rozważyć.
-Eee… No… Rozmawiamy na przykład…- odparł ostrożnie, a Keith westchnął cicho i spojrzał na niego z politowaniem.
-Jednak, mimo wszystko, odmówię. Szczerze mówiąc nie czuję się dobrze w takich miejscach…- w tym momencie Johnny usłyszał jakiś dźwięk, a Keith zerwał się na równe nogi i sięgnął po swój telefon, po czym zerknął na wyświetlacz- Muszę iść.
-Odwiozę cię- zaoferował się natychmiast Johnny. I tym razem również nie chodziło tylko o wyzwanie, które właściwie w owym momencie spoczywało gdzieś odlegle w jego myślach, ale o kontynuowanie rozpoczętej wcześniej rozmowy.
-Nie trzeba- odparł Keith, dziwnie stanowczo- Naprawdę, dam radę. Nie mieszkam daleko stąd, więc… Cześć.
-Do zobaczenia- odparł Johnny, odprowadzając go do drzwi i przez chwilę jeszcze obserwując, jak schodzi po schodach na dół. W końcu westchnął cicho i wrócił do kuchni.
Keith był naprawdę sympatyczny, chociaż jeszcze wczoraj Johnny byłby daleki od takiego stwierdzenia.
I jeżeli naprawdę ktoś miałby mu zaproponować tego rodzaju wyzwanie, to chyba nie mógł trafić lepiej.
… Albo gorzej.
Ale o tym pewnie przekona się z czasem.

-… A ona wtedy: „Umówiony z kolegami? Kolegami?! Wolisz swoich kolegów ode mnie?! Jak zwykle ty, Benny, jesteś taki niedojrzały, powinieneś dorosnąć… A idź gdzie chcesz, tylko potem sobie nie myśl, że wystarczy twój głupi uśmiech, żebym zmieniła zdanie!”- dokończył Benny, przekomicznie piskliwym głosem, a cała trójka zaśmiała się głośno.
-Jest niemożliwa- skwitował Johnny, chichocąc pod nosem.
-Niemożliwa? Nienormalna!- stwierdził Benny, pozwalając sobie na głębokie westchnięcie- Zupełna furiatka. Nie wiem, co jej ostatnio odbija, nigdy jeszcze nie miała aż takich jazd. Normalnie jeszcze jedna taka akcja, a jestem gotów udusić ją gołymi rękoma, przysięgam…
Johnny wiedział, że słów Benny’ego w żadnym razie nie należy traktować poważnie. Narzekanie na Maicy było jego ulubionym tematem, ale Johnny wiedział, że chłopak w ogóle nie wyobraża sobie ewentualnego rozstania. Ba, Benny w tajemnicy wyznał mu nawet kiedyś, że załatwił sobie pracę tylko po to, żeby odłożyć na ich przyszłe mieszkanie i wprowadzić się tam wraz z nią zaraz po ukończeniu szkoły.
-Carl, nie wiesz, co z nią?
-Nie mam pojęcia, stary- odparł chłopak, wzruszywszy ramionami- Agatha zachowuje się zupełnie normalnie, chociaż wypytywała mnie trochę o ciebie…
-O mnie?- zdumiał się Benny- Niby w jakim celu?
-Bo ja wiem? Pytała, co opowiadasz o Maicy i w ogóle… Nie powiedziałem jej nic szczególnego, zabajerowałem trochę, że ciągle opowiadasz, że jest cudowna i kochana. Przecież i tak wiadomo, że mimo jej wstępnej przysięgi, powtórzy jej co do słowa.
-Tia- mruknął ponuro Benny i westchnął cicho, wyraźnie zaniepokojony- Myślicie, że chce ze mną zerwać…? Skoro jest taka i posyła koleżanki na wypytki?
Johnny milczał przez dłuższą chwilę. Nie znał Maicy zbyt dobrze, właściwie tyle, ile z opowiadań Benny’ego i kilku niezbyt długich rozmów, które przeprowadzili w jego towarzystwie. Zawsze wydawała mu się sympatyczna i bardzo przywiązana do jego przyjaciela, ale gdyby się nad tym zastanowić… Wstyd się przyznać, ale Johnny, nadrzędny kobieciarz, w rzeczywistości na rozszyfrowywaniu zachowań dziewczyn znał się raczej słabo.
-Pewnie tak- prychnął cicho Eric, jak zwykle burząc miłą atmosferę i wprowadzając niepotrzebne zamieszanie- Zresztą… Czemu się tu dziwić? Traktujesz na poważnie laskę, która była obiektem twojego wyzwania. Dowiedziała się o tym, a i tak cię chce. Każda porządna dziewczyna kopnęłaby cię w dupę. Ona nie jest porządna, a i tak to zrobi, ale dopiero teraz.
-Maicy jest bardzo porządna!- zaperzył się Benny- Ona tylko… Przechodzi ostatnio gorszy okres…- stwierdził bez przekonania i jakoś dziwnie cicho- Nie znasz jej! Jest naprawdę inteligentna! I wcale nie interesuje się jedynie modą i chłopakami, jak wszyscy sądzicie! Można z nią też pogadać o innych rzeczach.
-Więc…?- Eric uniósł brew w geście politowania- Czemu teraz cię tak traktuje, skoro nie ma żadnego powodu?
Nim Benny zdążył powiedzieć chociażby słowo więcej, Johnny rzucił prędko:
-Na pewno jest po prostu zdenerwowana. Zbliżają się testy i tak dalej… Może ma jakieś własne problemy. Nie chce z tobą zerwać, na sto procent- stwierdził, chociaż na dobrą sprawę, wcale nie był tego taki pewien. Nie chciał jednak zabrzmieć, jakby miał wątpliwości, Benny nie wyglądał zbyt dobrze- Przecież na pierwszy rzut oka widać, że coś do siebie czujecie.
-Pewnie, że tak!- potwierdził natychmiast Carl, chyba aż nazbyt gorliwie, ale to wystarczyło, by Benny rozjaśnił się nieco.
-Naprawdę tak sądzicie?
-No pewnie!- Johnny uśmiechnął się lekko i poklepał go po ramieniu, po czym podał mu kolejne piwo, zabierając od niego jednocześnie opróżnioną wcześniej butelkę- A Eric chce być tylko złośliwy… Zresztą… On przecież nie zna się na dziewczynach.
Carl zachichotał gwałtownie i pokiwał głową.
-No raczej, że nie. Jesteś jedynym singlem w tym towarzystwie!
-Bradley też nie ma dziewczyny- zauważył sucho Eric.
-Oficjalnie nie, ale właściwie Linda już go wyhaczyła, więc nie ma wielkiego wyboru- Benny wzruszył ramionami- A poza tym, on na razie jest częścią wyzwania i na pewne rzeczy nie może sobie pozwalać. A ty od dawna jesteś samotny, a nie wierzę, żeby jakaś ładna cheerleaderka nie zwróciła na ciebie uwagi.
-Szczerze mówiąc słyszałem…- zaczął Carl, uśmiechając się odrobinę złośliwie- Że chodzisz z jakąś dziewczyną z tego drugiego liceum… No wiesz, tego… Eee… Dla niezbyt uzdolnionych.
-Powinieneś zająć się sobą, zamiast wymieniać się ze swoją dziewczyną ploteczkami- odparł sucho Eric i prychnął cicho- Ale tak, jeśli już musisz wiedzieć, spotykam się z kimś z tamtej szkoły. I jeśli chodzi o kwestie łóżkowe przynajmniej, z pewnością trudno nazwać ją niezbyt uzdolnioną. Czego nie można chyba powiedzieć o twojej pannie…
Carl zaczerwienił się lekko, a Johnny spojrzał na Erica, mocno poirytowany. Coraz częściej denerwował go sposób, w jaki wykorzystywał wyznania Benny’ego czy Carla, żeby z nich zadrwić.
-Czyli… Chodzicie ze sobą?- zapytał Benny, wpatrując się w niego uważnie.
-Spotykamy się.
-Jaka jest?
-Normalna- uciął Eric z głębokim westchnieniem- Możemy o tym nie gadać? Naprawdę, dość już mam tego ciągłego pieprzenia o dziewczynach, rany boskie. Jakbyście nie mieli lepszych tematów. Ciągle się tylko żalicie i żalicie, gorzej niż baby. Pogadajmy dla odmiany o czymś innym, co?
-Na przykład o czym?
-Tematów jest wiele. Sport. Szkoła. Wyzwania…- Eric uśmiechnął się lekko i spojrzał na Johnny’ego uważnie- Mamy chyba o czym gadać, prawda…?
-Eee…- szatyn odkaszlnął cicho, odrobinę speszony- Widzieliście ten wczorajszy mecz? To znaczy… W sumie to nie leciał wczoraj, bo to powtórka, ale…
-Wymigujesz się od tematu- skwitował chłodno chłopak- Pewnie idzie ci beznadziejnie.
-Wcale nie!- zaperzył się Johnny- Idzie mi… Całkiem dobrze.
-Och czyżby…?
-Żebyś wiedział. Umówiłem się z Keithem na korepetycje- odparł, spoglądając na niego wyniośle- A poza tym… Dostałem od niego numer telefonu.
-Nie wierzę.
-Sam zobacz!- burknął szatyn, sięgając do kieszeni i wyciągając z niej telefon. Otworzył spis kontaktów i wybrał Keitha, po czym wyciągnął komórkę w kierunku Erica, który zupełnie dla niego niespodziewanie, wyrwał mu ją i wyjął własną- Co robisz?- zapytał, całkowicie zdumiony.
-No chyba musimy to sprawdzić, nie?- Eric parsknął cicho i przepisał numer na swój telefon, a następnie zadzwonił, włączając jednocześnie głośnik.
Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała zupełna cisza, przerywana tylko regularnymi dźwiękami oczekiwania, aż w końcu Johnny usłyszał ciche, zaspane:
-Halo?
Głos z pewnością należał do Keitha.
-Eee… Yyy… Świńskie jajo!- rzucił w końcu Carl, chwilę nim Eric się rozłączył, a pozostała dwójka jęknęła cicho.
-Naprawdę mogłeś wymyślić coś bardziej kreatywnego- stwierdził Benny, wpatrując się w niego z politowaniem.
-Och, dobra- burknął Carl, wzruszywszy ramionami- Powiedziałem pierwsze, co przyszło mi do głowy. Dawajcie jeszcze raz, wymyślę coś lepszego…
-Wystarczy- uciął chłodno Eric- Nie przeszkadzajmy zabawce Johnny’ego spać… Bo jeszcze nie daj Boże pomyśli, że ten ma z tym coś wspólnego…
Johnny zupełnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego w oczach chłopaka błąkając się dziwnie wesołe iskierki. Złośliwie wesołe, jeśli można było to tak skwitować, bo Eric był wesoły jedynie w momencie, gdy naprawdę komuś dopiekł.
-No dobra- Carl westchnął cicho, odrobinę rozczarowany- To co teraz robimy?
-Pijemy!- odparł zdecydowanie Benny, unosząc w górę butelkę- Za powodzenie Johnny’ego! Chociaż swoją drogą wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście sobie tego życzę…
-Raczej za Keitha- stwierdził Eric.
-O tak. Żeby łaskawie podłożył się sam i nie robił problemów.
-Żeby nie robił problemów.
-Żeby nie robił problemów!
-Johnny, nasz zwycięzco!
… Cóż.
I co miał zrobić w takim wypadku?
Przedstawienie swojego nowego punktu widzenia w stosunku do Keitha zostawił sobie na inny moment.
A tymczasem…
Uniósł swoją butelkę i uśmiechnął się nieco nerwowo.
Życząc samemu sobie powodzenia.
… Od teraz z pewnością mu się przyda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz