Strony

niedziela, 22 maja 2011

~~ 3 ~~ [Książę]

` Zabij mnie
Bo inaczej ja z żalu
Zabiję cały świat
Który zabrał mi wszystko, czym byłem
Zabiję wszystkich bogów
Którzy zabrali mi wszystko, czym byłem
Zabiję wszystkich ludzi
Którzy zabrali mi wszystko, czym byłem
Nie ma już we mnie niczego
Nienawiść pali mnie od środka
Nie istnieję. 

Nieprzyjemny dźwięk krzyżujących się ze sobą ostrzy wyrwał księcia z zamyślenia. Odparował cios i wycofał się nieznacznie, chociaż ledwie orientował się w całej sytuacji. Już po chwili po raz kolejny pogrążył się w rozważaniach, mimo iż okoliczności zdecydowanie temu nie sprzyjały. Niemal cudem uniknął kolejnego ciosu, uskakując dosłownie w ostatniej chwili przed ostrzem Immriela.
Najwyraźniej pozostało mu jeszcze trochę instynktu samozachowawczego...
Książę czuł się zirytowany.
I to uczucie narastało w nim z dnia na dzień coraz bardziej, szczególnie ostatnimi czasy. Już ponad miesiąc przychodził na tę arenę, każdego dnia i uczył się walki pod czujnym okiem Immriela. Ale cóż z tego? Cóż z tego, skoro nie dawało to żadnych efektów, niczego, co mogłoby księcia zadowolić? Owszem, pewniej trzymał broń, był zwinniejszy, bardziej sprawny, potrafił szybciej reagować, ale przecież nie o to mu chodziło. Nie to zamierzał uzyskać. Oczekiwał jakiejś zmiany w środku, w samym sobie. Chciał poczuć się pewniej we własnym ciele. Chciał poczuć się silny, potężny, niepokonany... Chciał czegoś, co uczyniłoby z niego idealnego wojownika. A raczej idealnego mordercę. Ale w nim nie zmieniło się  zupełnie nic. Immriel nie uczył go, jak zabijać. Nie mówił o tym, jak zapomnieć o emocjach, jak zapomnieć o strachu i drżących dłoniach, a skupić się wyłącznie na przeciwniku, wyłącznie na swoim celu. Koncentrował się głównie na aspektach obrony, zawsze sprowadzał księcia do pionu i nie pozwalał mu na zbyt dużo swobody. To irytowało przyszłego monarchę jeszcze bardziej, bo nie był przyzwyczajony, by ktoś dyktował mu warunki i jakkolwiek go ograniczał. Irytował go sam Immriel. Następca tronu nadal widział w nim coś niezmiernie fascynującego, bo mężczyzna w ogóle się nie zmienił, mimo spędzonego tu czasu. Zdawać by się mogło, że mimo tego iż spotykali się tu każdego dnia, książę wciąż wcale go nie znał. Opowiadał często różne historie, anegdoty, pozwalał sobie na drobne dygresje... Ale mimo to, nadal sprawiał wrażenie tak niesamowicie tajemniczego i intrygującego, że potomek monarchy nie był w stanie pozbyć się go ze swoich myśli. Drażniło go to. Drażniło go samo zachowanie niewolnika, jego sposób bycia. Jego niezwykła odwaga, która sprawiała, że zdawał się być zupełnie nieokiełznany, nieposkromiony... Nigdy nie zrobił nic niewłaściwego, ale sama świadomość tego, że nie można go kontrolować, była dla księcia wyjątkowo niekomfortowa. Nie było w nim strachu Amona ani zrozumiałego, służalczego posłuszeństwa pozostałych.
-Książę, skup się- następca tronu usłyszał spokojne upomnienie Immriela i aż zgrzytnął zębami.
Och, jakże go to drażniło... Ten spokój. Ta obojętność, czasem nawet chłód... Pierwszy niewolnik, który nie kłaniał mu się nisko, który nie patrzył na niego z przestrachem, nie śledził go z napięciem wzrokiem, gdy ten tylko pojawiał się w pobliżu... Och nie, książę wcale tego nie oczekiwał. Ale liczył na odrobinę zainteresowania. Pragnął tego. Dziecinnie i zupełnie niezrozumiale. Pierwszy raz odczuwał coś podobnego. Potrzebę zaistnienia w czyichś oczach. Udowodnienia, że jest coś wart. Nigdy wcześniej nie musiał się tym przejmować.
-Książę, skoncentruj się!- dopadła go kolejna uwaga niewolnika i po raz wtóry, ledwie uniknął ciosu.
-Jestem skoncentrowany- warknął w odpowiedzi potomek monarchy, starając się zaatakować, ale jego ostrze zostało natychmiast zatrzymane przez broń mężczyzny. Czuł się zniechęcony. Trudno było mu włączyć się całym sobą w walkę, tak jak dawniej, gdy nie widział żadnych zadowalających rezultatów.
-Nie skupiasz się na walce, książę- rzucił nagle Immriel, przerywając pojedynek i odsuwając się nieco. Następca tronu wykorzystał tę chwilę przerwy by wziąć głębszy oddech. Nogi już odmawiały mu posłuszeństwa i bolały niemiłosiernie, ale nie powiedział ani słowa. Nie lubił okazywać słabości- Brak ci zapału.
-Zamyśliłem się- odparł chłodno, nie chcąc wdawać się w żadne dyskusje.
-W walce nie ma czasu na myślenie- skarcił go niewolnik z takim samym spokojem, co zawsze- Jest tylko czas na działanie.
-Każde działanie poprzedza myślenie- odparował gniewnie potomek monarchy. Zdecydowanie nie był dziś w najlepszym humorze na tego rodzaju rozmowy.
-Jeżeli masz dużo czasu, książę, obmyślaj strategię. Ale jeżeli nie masz czasu, kieruj się instynktem. To dar od matki natury, który otrzymaliśmy nie bez powodu.
-Instynkt zawodzi.
-Nie tak często jak myślenie, książę. Uwierz mi na słowo- uciął Immriel, po raz kolejny ruszając na następcę tronu.
Potomek monarchy starał się zmobilizować, ale nic nie był w stanie poradzić na to, że jego myśli uciekały daleko od pola bitwy. Po kilku minutach znowu zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością i jedynie bezwiednie umykał przed ciosami. Ocknął się z tego stanu dopiero, gdy usłyszał krótkie:
-Dość.
Zamrugał oczami ze zdziwieniem i spojrzał na swego niewolnika, który opuścił broń i ruszył niespiesznym krokiem w kierunku wyjścia z areny. Książę osłupiał w pierwszej chwili, zupełnie nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W końcu aż prychnął donośnie z poirytowania i ruszył w ślad za nim, warknąwszy:
-Co ty wyrabiasz?!
-Kończę walkę, książę- odparł spokojnie Immriel, zatrzymując się ledwie na chwilę, by spojrzeć na następcę tronu, po czym ruszył z powrotem przed siebie.
-Ty kończysz walkę?!
Potomek monarchy aż pobielał z wściekłości. Wszystko w nim wrzało.
-To nie są żarty- odpowiedział surowo niewolnik. Nie spieszył się zbytnio i następca tronu nie miał żadnych problemów, by dotrzymać mu kroku- Nie można lekceważyć walki. Nawet tej najbardziej kontrolowanej. Nie byłeś wystarczająco skoncentrowany i skupiony, a to może nieść za sobą duże konsekwencje. Wystarczy, że wykażesz się chwilą nieuwagi, a ja nie zdążę opanować sytuacji i może ci się stać coś złego.
-To ja o tym zdecyduję!
-Nie zamierzam narażać twojego życia.
-A kim ty jesteś, by mi się sprzeciwiać?!
-Kimś, kto jest za ciebie odpowiedzialny, książę.
Następca tronu zatrzymał się w miejscu, zaciskając zęby z wściekłości i wpatrując się w plecy odchodzącego mężczyzny. Jak bardzo go w takich chwilach nienawidził. Nienawidził jego spokoju, nienawidził jego głosu, który zdawał się nawet nie zadrżeć, nienawidził jego postawy, tej przeklętej pewności siebie... Co on sobie w ogóle wyobrażał?! Jak śmiał?! Co z tego, że był wyjątkowy! To nie dawało mu żadnego prawa! Żadnego prawa do takiego postępowania, do traktowania go jak zwykłego dzieciaka! Był jego panem! Panem, do diabła! Miał być mu posłuszny, a nie toczyć z nim te wszystkie idiotyczne spory i przekomarzać się na każdym kroku! Miał się z nim liczyć! Tylko z nim!
Książę stał przez kilka minut w bezruchu, oddychając jedynie płytko, ale targające nim emocje nie pozwoliłby mu długo pozostać biernym. Już po chwili ruszył biegiem w kierunku mężczyzny i zamachnął się na niego z donośnym okrzykiem. Immriel odwrócił się gwałtownie i odparował cios, jakby od samego początku wiedział, co ten zamierza uczynić. Następca tronu warknął coś wściekle i zaatakował po raz kolejny, a później znowu i jeszcze raz, chociaż i tak nie miało to najmniejszego sensu. Mężczyzna radził sobie z jego atakami bez większego problemu, a on sam z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej wściekły. Nie myślał logicznie, a spokój, który niezmiennie widniał na twarzy Immriela, doprowadzał go do szaleństwa. W pewnym momencie po prostu odrzucił broń na bok i chwycił niewolnika za poły koszuli, ciągnąc go do siebie mocno. Sam nie wiedział czemu miało to służyć. Chyba chciał po prostu zrobić coś innego, coś niespodziewanego, sprawić, by wreszcie ten przeklęty mężczyzna spojrzał na niego inaczej...
I udało się.
Przez krótką chwilę na twarzy niewolnika widniał wyraz zupełnego zdumienia, ale książę nie zdołał nawet poczuć satysfakcji. Ledwie moment później, Immriel zachwiał się mocno, po czym stracił równowagę i obaj runęli na piasek areny. Potomek monarchy z cichym jękiem uderzył głową o twardy grunt i zamroczyło go na chwilę. Usłyszał dziwny chrzęst i gdy zerknął na bok, dostrzegł ostrze miecza, wbite w ziemię ledwie kilka centymetrów od jego głowy. Poczuł, jak coś łaskocze go po twarzy i szyi, a gdy podniósł wzrok, natrafił na owe charakterystyczne, szkarłatne oczy, które wpatrywały się w niego z równym zdumieniem. Immriel wisiał tuż nad nim, wsparty dłońmi obok jego ciała i oddychając płytko.
Książę zamarł w bezruchu, kompletnie osłupiały. Wściekłość opuściła go w jednej chwili, chyba wraz ze zdrowym rozsądkiem, bo zupełnie nie wiedział, co powiedzieć ani jak się zachować. Miał wrażenie, że zatrzymał się czas, a oni obaj trwali w tym zawieszeniu, zupełnie zdezorientowani, wpatrując się po prostu w siebie i milcząc. Następcy tronu zdawało się, że nawet jego serce się zatrzymało, a jego ciało zapomniało zupełnie o tym, by oddychać.
Nie wiedział, jak długo to wszystko trwało.
-Dosyć na dzisiaj, książę- szepnął w pewnym momencie Immriel, przerywając nietypową ciszę i burząc ów nietypowy nastrój. Czas znowu ruszył. Niewolnik podparł się o klingę miecza i wstał, a następnie podał dłoń przyszłemu monarsze i pomógł mu się podnieść.
Następca tronu wciąż był nieco oszołomiony. Nie do końca potrafił zrozumieć to, co zaszło tu ledwie chwilę temu. Ostatecznie jednak zgonił wszystko na swoje uderzenie i nie roztrząsał tego więcej.
-Idziemy, książę...?
Potomek monarchy skinął jedynie głową w odpowiedzi.
Nie miał już siły na dalsze dyskusje.

Książę rozmyślał.
Rozmyślał o dzisiejszym dniu i o dzisiejszym pojedynku, jaki stoczył z mężczyzną.
Pojedynku, który tym razem nie miał nic wspólnego z siłą fizyczną, a był raczej pojedynkiem na słowa. Pojedynkiem na ledwie zauważalne gesty, na emocje. Na to, kto szybciej da się wyprowadzić z równowagi, kto szybciej wybuchnie, ulegnie pokusie, by powiedzieć o kilka słów za dużo... I to on przegrał. On! Jak to w ogóle było możliwe?! Następca tronu zupełnie nie mógł się z tym pogodzić. Nie mógł się pogodzić z tym, że wrzeszczał na niego, że rzucił się na niego w emocjach, że zupełnie przestał nad sobą panować, podczas gdy ten przeklęty niewolnik pozostał równie chłodny, równie obojętny i spokojny, jak zwykle. Doprowadzało go to do szaleństwa. Świadomość tego, że poniósł klęskę. Świadomość tego, że okazał się być tak słaby. On! On, który mówił, że nie było w nim już nic ludzkiego! Który twierdził, że nie lękał się nawet śmierci! Dał się podpuścić jak naiwne dziecko, sprowokować, obnażyć zupełnie swoje uczucia na oczach tego mężczyzny... Jeszcze nigdy nie czuł się równie skrępowany i wściekły na samego siebie. Zupełnie nie potrafił pojąć, jak to się stało, że tak łatwo się złamał.
Następca tronu dopiero po chwili przyłapał się na tym dziwactwie, że cały czas krąży po swojej komnacie, jakby zupełnie nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Wykrzywił pogardliwie wargi i prychnął cicho, jakby chciał samego siebie przekonać do tego, że ów niewolnik i cała ta sytuacja nie miała większego znaczenia, po czym wślizgnął się do swojego łóżka i wsparł na poduszkach, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
Sypialnię rozświetlało blade światło świec. Bardzo rzadko płonęły w tym pomieszczeniu o tak późnej porze.
Dziś był jednak wyjątkowy dzień.
Dobry dzień.
Do uszu księcia dotarło pukanie do drzwi. Usadowił się wygodniej i rzucił krótkie:
-Wejdź.
Już po chwili, zgodnie z oczekiwaniami następcy tronu, w komnacie pojawił się Elijah, kłaniając mu się nisko od progu. Zamknął za sobą drzwi i raz jeszcze skłonił się przyszłemu monarsze, a następnie zapytał cicho:
-Wzywałeś mnie, panie?
-Tak- potwierdził książę, przypatrując się mężczyźnie z uwagą. Ostatnio bardziej zaczął się przyglądać wszystkim swoim służącym i niewolnikom. Podświadomie chyba porównywał ich z Immrielem. Usilnie szukał odpowiedzi na to, co tak bardzo intrygowało go w tym mężczyźnie i dlaczego oni wszyscy tak strasznie się od niego różnili- Jakieś wieści od mojego ojca...?- zapytał w końcu szorstko.
-Przybędzie jutro, panie.
Książę parsknął cicho pod nosem, nic nie odpowiadając. Odwrócił wzrok w kierunku ściany i milczał przez dłuższą chwilę, a w jego oczach widniała pustka.
Tyle pytań kłębiło mu się w głowie... Tak wiele chciał w tym momencie powiedzieć, ale coś go powstrzymywało. Dręczył go jakiś dziwaczny wstyd. Wstyd o to, co pomyśli sobie Elijah, gdy zapyta o tego niewolnika... Może mu o tym wspomni...? A nawet jeżeli...? Następca tronu skarcił w myślach samego siebie. Od kiedy go to w ogóle obchodziło...? Był władcą! Władcą tego przeklętego zamku i każdego z tych ludzi! Mógł decydować o ich życiu i śmierci, a bał się tego, że ów niewolnik mógłby sobie pomyśleć o nim coś niedorzecznego...? Raz jeszcze nad nim dominować...? Nie powinno go to w ogóle obchodzić. Nigdy nie obchodziło.
Nie mógł jednak zaprzeczać, że zainteresowanie Immrielem stawało się coraz bardziej kłopotliwe.
W pierwszych tygodniach, mężczyzna był po prostu jego obiektem fascynacji, tak jak i każdy nowy nabytek. Był zagadką do rozwiązania, czymś ciekawym, interesującym... Zwykłą zabawką, którą należało obejrzeć z każdej strony, sprawdzić, wystawić na próbę i zapomnieć.
Książę był bardzo kapryśnym dzieckiem.
Szybko się nudził.
-Panie...?- Elijah wpatrywał się w następcę tronu z uwagą, najwyraźniej oczekując na jego kolejne polecenia- Czy coś jeszcze...?
Książę milczał jeszcze przez chwilę, po czym przemógł się wreszcie i zapytał, siląc się na obojętny ton:
-Co wiesz o tym nowym niewolniku...?
Elijah uniósł brwi w geście zdumienia.
-O twoim nauczycielu walki, panie...?
-Zgadza się.
-Cóż...- sługa zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym pokręcił głową- Właściwie to nic nie wiem... Nie rzuca się zbytnio w oczy. Czy uczynił coś niewłaściwego...? Sądziłem, że dobrze się sprawuje. Spędzasz z nim dużo czasu, panie.
-W rzeczy samej- potwierdził oszczędnie potomek monarchy- Nie zrobił niczego złego, chodzi mi raczej o to... Czy nie wiesz przypadkiem, czym się zajmuje, gdy mnie nie uczy...?- od dawna go to dręczyło. Gdyby chodziło o pierwszego lepszego niewolnika, kazałby mu po prostu siedzieć u siebie albo bez większego problemu zmusiłby go, by mu towarzyszył, ale Immriel... Immriel był inny. Książę nie potrafiłby go w żaden sposób ograniczyć. Upatrywałby się w tym swojej porażki. Udowodnienia temu mężczyźnie, że budzi w nim tak nadzwyczajne zainteresowanie- Dostrzegłem, że rzadko bywa u siebie... Jestem po prostu ciekaw. Zna się dobrze z jakimiś niewolnikami...?
Elijah zastanawiał się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
-Nie sądzę, panie.
-Niewolnicami...?
-Nic takiego do mnie nie dotarło.
-Więc gdzie bywa...?- pytał uporczywie następca tronu. Nie bez powodu wezwał do siebie Elijaha. Ów sługa najlepiej orientował się w tym, co dzieje się w zamku. Trzymał pieczę nad sporą częścią niewolników i przez to zazwyczaj miał najlepsze informacje, nigdy też nie skąpił ich księciu.
-Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie, panie... Czasem pomaga w kuchni, czasem sprząta, czasem siodła konie... Jest raczej dosyć... pracowity- skwitował ostrożnie mężczyzna.
-Rozumiem.
Nie, książę wcale nie rozumiał. Cała ta sytuacja była dla niego zupełnie obca. Zazwyczaj jego nowe nabytki cieszyły się z chwili zainteresowania. Puszyły się u jego boku i korzystały z dobrodziejstw pałacowego życia, nim zostały strącone z piedestału i zrównały się poziomem z wszystkimi pozostałymi, pokorniejąc i wyciszając się natychmiast. Ten niewolnik jednak, mimo niesłabnącego zainteresowania księcia, niemal całkowicie wolnej woli i braku ograniczeń, pomagał innym, zamiast cieszyć się swobodą.
-Jest teraz u siebie...?- dopytał ostrożnie następca tronu. Chciał, by jego głos pobrzmiewał chłodem i obojętnością, ale wkradła się do niego jakaś niepohamowana ciekawość. Sam nie wiedział, po co mu była ta informacja. Przecież i tak go nie odwiedzi. Nigdy tego nie robił. Wolał przechadzać się tuż obok jego komnaty, raz po raz, bez specjalnego powodu, gdy tylko miał wolną chwilę i liczyć naiwnie, że za którymś razem się spotkają. Po co? Nie wiedział.
-Wątpię, panie...- nawet jeżeli owo pytanie zaskoczyło sługę, ten nie dał tego po sobie poznać- O tej porze zazwyczaj spaceruje wokół zamku...
Książę zmarszczył brwi, po czym wyplątał się z pościeli i wstał z łóżka, a następnie podszedł do okna. Odsłonił zasłonę i zerknął w dół. Akurat w tym momencie, zdawać by się mogło, że jak na złość, tuż pod jego oknem przechadzał się Immriel. Następca tronu zamarł na chwilę w bezruchu, w pierwszej chwili w ogóle nie wiedząc, co robić. Skłębiły się w nim jakieś dziwne uczucia, które nie dawały mu spokoju. Odsunął się w końcu nieco, jakby w obawie, że mężczyzna mógłby go zauważyć, ale nim zdążył się jakkolwiek opamiętać czy zastanowić nad tym, co robi, zwyciężyły w nim emocje i owa niezdrowa ciekawość. Nie czekając już dłużej, zerwał się po prostu i wybiegł z pomieszczenia.
-Panie!- usłyszał jeszcze pełen zaskoczenia krzyk Elijaha, ale już się nie zatrzymał. Zbiegł po schodach, pokonując kolejne stopnie w iście zastraszającym tempie i wreszcie znalazł się na parterze. Wyminął straże, a następnie pchnął z trudem wielkie wrota i wydostał się na zewnątrz.
Zdążył.
Książę odetchnął płytko, wychodząc powoli na dziedziniec. Immriel niespiesznym krokiem dochodził akurat do głównego wejścia, a na widok następcy tronu, jego twarz rozjaśnił jakiś dziwny uśmiech.
-Książę...- szepnął, skinąwszy przyszłemu władcy głową, a w jego głosie zabrzmiały iskierki rozbawienia. Potomek monarchy odkłonił się krótko- Wieczorny spacer...?
-Coś w tym dziwnego...?- odparł lodowato następca tronu.
-Absolutnie nic, książę...- delikatny uśmiech wciąż nie znikał z twarzy mężczyzny- Wydaje mi się, że po prostu o czymś zapomniałeś...
Następca tronu podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i poczuł, że na jego policzki wpełza rumieniec wstydu. Był bosy. Nie założył żadnych butów ani wierzchniego odzienia. Nie miał na sobie nic prócz swojej koszuli od piżamy. Dopiero w tym momencie odczuł, jak bardzo jest mu zimno. Nie dał się jednak wytrącić z równowagi.
-To ciepła noc- odpowiedział wyniośle, pokonując kilka ostatnich schodków i schodząc wreszcie na brukowany chodnik, który otaczał zamek.
-Zgadza się, książę...- Immriel przechylił lekko głowę, wpatrując się w następcę tronu z nieskrywaną ciekawością, po czym dodał- Rzadko cię tutaj widuję... Cóż skłoniło cię do spaceru...?
-Nudzę się.
-Och... Może zechcesz mi zatem dotrzymać towarzystwa...? O ile oczywiście nie wolisz spacerować samotnie...
Książę wzruszył jedynie ramionami, chcąc znowu zachować pozory obojętności, ruszył jednak wraz z owym niewolnikiem do przodu. Cóż miał mu powiedzieć? Przyznać się do owego zainteresowania jakim go darzył i okazać słabość? Wyjawić, że jako pierwszy zaintrygował to tak bardzo, że potomek monarchy sam szukał możliwości ewentualnego spotkania...? Zbyt często przechodził obok jego komnaty. Zbyt często szukał elementu zaczepienia. Zbyt mocno łaknął jego towarzystwa, opowieści, a nawet owego nietypowego zachowania i obycia... Zbyt często i zbyt mocno, by mógł uznać, że to normalne.
-Często spacerujesz o tej porze...?- zagaił ostrożnie następca tronu. Chciał jakoś zacząć rozmowę. Skłonić mężczyznę do snucia jego niezwykłych opowieści, podjudzić do dyskusji, która zawsze trwała długo i z której tak naprawdę nic nie wychodziło, a jednak warto było ją prowadzić. Potomek monarchy zdawał się nie zgadzać z ani jednym słowem tego mężczyzny, z żadnym z jego poglądów, z żadną z jego opinii... A mimo to, właśnie jego upatrzył sobie na ewentualnego rozmówcę. Nikt inny go nie ciekawił.
-Często, książę...- odparł pogodnie Immriel, uśmiechając się łagodnie i wpatrując w księżyc. Wydawał się być taki swobodny i spokojny...
Jakby był tutaj z własnej woli, jakby naprawdę nie czuł oplatających jego ciało łańcuchów, jakby nie widział wiszącego nad jego głową stryczka, jakby nie rozumiał, że za rogiem czai się kolejny strażnik, który tylko czeka na jego przewinienie...
Nie. Nie było w nim strachu.
-Tęsknię za tym- przyznał po dłuższej chwili mężczyzna- Nie do tego byłem przyzwyczajony... Powietrze w mieście różni się od tego, które znam ze swoich rodzinnych stron... Brakuje mi tego czasem. Zieleni traw i bliskości natury... Tutaj tego nie ma. Nie czuj urazy, książę, to piękny zamek... Największy i najbardziej okazały, jaki kiedykolwiek widziałem... Mieszkam tu już tyle czasu, a wydaje mi się, że nadal nie odkryłem jego wszystkich tajemnic...- bystre, szkarłatne oczy niewolnika spoczęły na krótką chwilę na następcy tronu, po czym jego twarz rozjaśnił łagodny uśmiech- Dziś na przykład natrafiłem na niesamowitą komnatę... Komnatę lalek- dodał, jak gdyby w odpowiedzi na pytające spojrzenie przyszłego władcy- Zgubiłem się nieco i wszedłem do jednego z pomieszczeń na drugim piętrze... To było niesamowite. Cały pokój... Wypełniony tymi wszystkimi lalkami, kukiełkami, marionetkami... Z porcelany, z drewna, gliny, materiału... Wszystkie wydawały się takie piękne, takie wyjątkowe... Coś niesamowitego, książę. Nigdy w swoim życiu nie widziałem równie wielu zabawek zgromadzonych w jednym miejscu. Przyznam, że mocno mnie to zaskoczyło, książę... Mimo twojego młodego wieku, nie wyglądasz na kogoś, kogo interesują zabawy...
-To nie jest mój pokój- odparł sucho książę, spoglądając przed siebie.
-Nie?- zdumiał się Immriel- Więc czyj...?
-Mojego ojca.
Niewolnik zmarszczył brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc. Nie powiedział jednak ani słowa i nie zapytał już o nic więcej.
Szli dalej przed siebie, w milczeniu, którego żaden z nich zdawało się nie chcieć przerywać. Książę mimowolnie raz po raz kierował swój wzrok w stronę mężczyzny, szybko jednak odwracał go z powrotem, nie chcąc zostać przyłapanym. Miał wrażenie, że i Immriel na niego spogląda. Wyczuwał na sobie jego wzrok, lecz gdy akurat decydował się na niego spojrzeć – mężczyzna wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo i zdawał się nie mieć pojęcia o jego rosnącym poirytowaniu. Następca tronu zaciskał więc zęby i mocno rozczarowany, obiecywał sobie, że więcej już nie spojrzy w jego kierunku, jednak nigdy owej obietnicy nie dotrzymywał.
-Mogę o coś zapytać...?- rzucił w końcu potomek monarchy, nie będąc już w stanie się powstrzymać.
Immriel parsknął z rozbawieniem i skinął głową.
-Oczywiście, że możesz książę... Pytaj o cokolwiek zechcesz... Tylko ja nie wiem, czy będę w stanie udzielić odpowiedzi...
-Dlaczego zabiłeś swojego poprzedniego pana?
Niewolnik przystanął na chwilę, wpatrując się w księcia ze zdumieniem. Ten również zatrzymał się, oczekując odpowiedzi. To pytanie dręczyło go już od dawna. I kto wie...? Może właśnie to sprawiało, że ów mężczyzna interesował go tak bardzo? Owa tajemniczość? Inność? Brak zrozumienia jego motywów i działań?
-Skąd to pytanie, książę...?- odparł w końcu Immriel, siląc się na uśmiech i ruszając dalej. Książę zrównał się z nim krokiem, wpatrując się w niego z uwagą- I dlaczego teraz...?
-To proste- odparł sucho, wzruszywszy ramionami- Gdy tu trafiłeś sądziłem, że to po prostu... w twoim stylu.
-W moim stylu...?
-Sądziłem, że ów czyn był zwykłym barbarzyństwem, powodowanym nienawiścią, zawiścią lub rozżaleniem... Teraz jednak sądzę, że to nieprawda. Nie jesteś barbarzyńcą. Nie zabiłbyś nikogo bez konkretnego powodu. Więc jestem ciekaw, co skłoniło cię do takiego czynu.
-Cóż...- niewolnik uśmiechnął się delikatnie pod nosem i odgarnął pasemko kruczoczarnych włosów za ucho- Potraktuję to jako komplement, książę... Jednak obawiam się, że nie będę mógł ci odpowiedzieć. A raczej... Nie chcę- sprostował cicho- Nie miej mi tego za złe, książę... Wolałbym nie wracać do przeszłości.
Potomek monarchy skinął jedynie głową, kryjąc rozczarowanie. Ta sprawa coraz bardziej go zastanawiała. Jaki ów mężczyzna mógł mieć cel w zgładzeniu swojego poprzedniego właściciela i to w tak okrutny i pozbawiony sensu sposób...? Mógł to przecież zrobić bardziej umiejętnie i przebiegle, jeżeli w ogóle musiał. Nie był przecież głupim rzezimieszkiem, który daje się ponieść emocjom. Wprost przeciwnie. Książę patrząc na opanowanie Immriela, coraz bardziej wątpił w to, że to on był rzeczywiście sprawcą owego czynu. A jednak ten nie zaprzeczył ani nie wyjaśnił całej sprawy. Z jego słów wynikało raczej, że to rzeczywiście on był oprawcą. Ale dlaczego...? Z jakiej przyczyny...?
-Mogę teraz ja o coś zapytać, książę...?- szkarłatne oczy niewolnika po raz kolejny spoczęły na następcy tronu, wpatrując się w niego badawczo.
-Możesz.
-Po co to wszystko...?- zapytał Immriel, bez większego zrozumienia, a nim potomek monarchy zdążył o cokolwiek zapytać, dodał- Po co ta nauka walki? Pomijam już fakt, że mógłby cię uczyć ktokolwiek inny, a ty wybrałeś akurat mnie, ale... Ale zupełnie nie rozumiem celu tych wszystkich lekcji, książę. Przecież nigdy ci się do niczego nie przydadzą, a ja i tak nie będę w stanie wiele cię nauczyć. Początkowo sądziłem, że to po prostu książęcy kaprys i że znudzi ci się po kilku dniach albo zniechęcisz się, gdy kolejne treningi okażą się zbyt żmudne i męczące... A jednak minęło tyle czasu, a ty nadal chcesz się doskonalić. Widzę twoje zmęczenie, widzę zniechęcenie, widzę złość w twoich oczach, ale nadal nie rezygnujesz... A ja nie potrafię pojąć... Dlaczego?
-Jak to „dlaczego”?- prychnął z politowaniem książę, unosząc brwi- A po co człowiek uczy się walki...? Chcę umieć się bronić.
-Przed czym?
Potomek monarchy wykrzywił pogardliwie wargi, utkwiwszy wzrok w jakimś punkcie na niebie.
-A przed czym człowiek może się bronić...?- zapytał w końcu, zupełnie jak poprzednio, teraz w jego głosie igrało jednak coś w rodzaju gorzkiego rozbawienia- Przed ludźmi.
-Nie wychodzisz do ludzi, książę- stwierdził Immriel, wciąż spoglądając na niego z niezrozumieniem- Rzadko opuszczasz mury zamku, a nawet jeżeli, ktoś zazwyczaj ci towarzyszy... Gdy już zostaniesz królem, nikt nie wypuści cię bez tabuna strażników... Kto mógłby ci zrobić krzywdę?
-Są jeszcze ludzie z mojego otoczenia.
-Książę, jeżeli chciałby cię zabić ktoś z twojego otoczenia, nie powstrzymasz go- odparł stanowczo Immriel- Jeżeli wśród twoich przyjaciół, wśród twoich sług, niewolników, pojawi się kiedykolwiek zdrajca, nie umkniesz mu. Będzie wiedział, co robisz, gdzie bywasz, kiedy jesteś najbardziej słaby i bezbronny... Możesz być najdoskonalszym wojownikiem świata, książę, ale jeżeli będziesz miał wroga w twoich szeregach, nic cię nie ocali. On i tak cię zabije.
Książę parsknął jedynie pod nosem i uśmiechnął się z politowaniem.
Zabijać...?
Po co od razu zabijać...?
Po co, skoro można to robić powoli i umiejętnie...?
Po co zabijać ciało, skoro można zgładzić duszę i nie czuć do siebie ani odrobiny wstrętu...?
-Książę...?- niewolnik wpatrywał się w niego uparcie, jakby oczekiwał odpowiedzi. Potomek monarchy uśmiechnął się jednak jedynie do siebie, a następnie spojrzał na mężczyznę i odparł:
-A co, jeżeli powiem, że mam jakiś konkretny powód...?
-Zapytam jaki- odpowiedział Immriel.
-Zawrzyjmy zatem układ... Odpowiem na twoje pytanie, jeżeli ty odpowiesz na moje- następca tronu wykrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu, wpatrując się w mężczyznę z wyczekiwaniem- Dlaczego zabiłeś swojego poprzedniego pana...?- powtórzył raz jeszcze- Odpowiedz, a ja powiem ci prawdę. Masz moje słowo.
Immriel wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, jakby się wahał. Książę widział grymas wątpliwości na jego twarzy, widział też jednak jakąś dziwną iskrę zaintrygowania w jego oczach, która kazała mu myśleć, że mężczyzna lada chwila wyjawi mu prawdę, skuszony obietnicą rewanżu.
Tak się jednak nie stało.
-Zatem przezwyciężę swoją ciekawość, książę- odpowiedział w końcu niewolnik, uśmiechając się ze swoim zwyczajowym spokojem.
-W porządku.
Potomek monarchy tym razem nie poczuł w sobie nawet krzty rozczarowania. Jedynie coś na kształt rozgoryczenia, pomieszanego jednak z ulgą... A co, jeżeli musiałby mu powiedzieć...? Skąd miał wiedzieć, co ów niewolnik uczyni z tą informacją...? Co go w ogóle podkusiło, by stawiać na szali swoją tajemnicę, w zamian za jego niedorzeczny, mały sekret...? Nie potrzebował przecież znać przyczyn tamtego zabójstwa. Nawet, jeżeli od środka paliła go niezdrowa ciekawość, był w stanie się powstrzymać. Miał mu ufać? Dlaczego? Dlaczego, z jednej strony obawiając się ewentualnej reakcji, z drugiej strony czuł w sobie tak ogromną chęć powiedzenia prawdy, wyznania wszystkiego na jednym oddechu i usłyszenia jego odpowiedzi...? Nigdy nikomu o tym nie mówił. Nigdy nie musiał. Jemu też nie zamierzał, niezależnie od chwilowych pobudek. Nie pozwoli się po raz kolejny targać emocjom na oczach tego mężczyzny. Chciał być znowu równie wyniosły i chłodno obojętny jak zawsze.
-Nie skończyłeś swojej opowieści.
-Hm...?- niewolnik spojrzał na niego pytająco.
-Nie skończyłeś swojej opowieści- powtórzył cicho potomek monarchy. Jak wiele go kosztowało przyznanie, że rzeczywiście chciał usłyszeć jej dalszy ciąg...?- Gdy trenowałeś mnie po raz pierwszy, powiedziałeś o tym, że znałeś ludzi, którzy nie lękali się śmierci... I że nie życzysz mi ich losu. Opowiedz o tym.
-Rzeczywiście... Aż dziw, że jeszcze o tym pamiętasz, książę...- parsknął z rozbawieniem mężczyzna, nie sprawiając jednak wrażenia zaskoczonego. Wprost przeciwnie. Następca tronu odniósł wręcz wrażenie, że ten tylko czekał na moment, w którym zostanie o to zapytany- To długa historia, książę... Nie wiem, czy masz dziś dla mnie tyle czasu...- zdawać by się mogło, że ów niewolnik najzwyczajniej w świecie go sprawdza, testuje jego ciekawość.
-Wystarczająco dużo- uciął przyszły władca, a niewolnik uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.
-Świetnie- skwitował, zwalniając nieco i milcząc przez dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się nad tym, jak rozpocząć- Hm... Cóż, książę... To trochę... Skomplikowane. Opowieść o tym zdarzeniu to też po trosze opowieść o mnie i o moich rodzinnych stronach, więc daruj mi przydługi wstęp, ale sądzę, że bez tego trudno będzie ci zrozumieć...- następca tronu bynajmniej nie poczuł się ową zapowiedzią zniechęcony. Wprost przeciwnie. Zerknął na mężczyznę z zaintrygowaniem, wyczekując jego kolejnych słów- Mieszkałem w niedużej osadzie, dość daleko stąd... Tak sądzę...- dodał po dłuższej chwili, z wyraźną wątpliwością- Wybacz, książę, ale dużo podróżowałem i sam już nie wiem, gdzie dokładnie znajduje się moja ojczyzna... Wiem jedynie, że byłbym tam w stanie trafić z każdego miejsca na świecie- uśmiechnął się łagodnie z cichym westchnieniem- W każdym razie... Słyszałem legendy, że setki, a może nawet tysiące lat przed moimi przodkami, naszą i okoliczne ziemie zamieszkiwało wiele, niezbyt licznych plemion. My również byliśmy jednym z nich. Plemiona te przez długi czas żyły ze sobą w zgodzie, ale z czasem to się zmieniło. Pojawiło się zagrożenie z zewnątrz. Wiele ludów, ze strachu przed atakiem, złączyło się z innymi, tworząc większą całość. Inni nie robili tego ze lęku, ale z chęci zdobywania nowych ziem. I tak podobno się podzieliły. Na północy znajdowała się wspólnota tych plemion, którzy żądali podbojów. Na południu – tych, którzy chcieli przede wszystkim chronić swoje ziemie. A my, i kilka innych, okolicznych plemion, które nie dały się ponieść temu szaleństwu, zostaliśmy gdzieś pośrodku nich... To oczywiście tylko okoliczna legenda- wyjaśnił pospiesznie- A jednak chyba coś w niej jest, patrząc na ułożenie poszczególnych królestw i państw. Nasze plemię nigdy nie chciało zdobywać innych ziem. Nie chcieliśmy też jednak poświęcać naszej autonomii tylko po to, by bronić się przed zewnętrzną inwazją. Przetrwaliśmy do dziś. Podobno, w dość niezmienionej formie... Na północy za to wykształciły się liczne monarchie, państwa i państewka, które zwalczały się wzajemnie. Na południu... Cóż. Kraje, które cały czas rozpadają się i łączą, przez różne konflikty, słaba wewnętrznie. Nasza osada nie jest wolna. Przez wieki stawała się prowincją, raz jednego, raz drugiego państwa. Zawsze jednak mogliśmy się cieszyć dużą niezależnością i autonomią... Mamy własne wojsko, starszyznę plemienną, która nami dowodzi, własne prawa i obyczaje... Płacimy jedynie daninę.
-Do jakiego państwa przynależy teraz twoja osada...?- zapytał cicho następca tronu.
-Hm...- Immriel zmieszał się wyraźnie, po czym uśmiechnął się wymuszenie i odparł- Nie mam pojęcia, książę... Minęło sporo czasu, odkąd byłem w niej ostatni raz.
-Tak długo byłeś w niewoli...?
Niewolnik pokręcił przecząco głową.
-Nie... Tak długo byłem na wojnie. Niewola przyszła później, książę. I miałem tyle szczęścia, że nie doświadczyłem jej tak boleśnie jak inni... Ale wracając do opowieści...- następca tronu umilkł, powstrzymując się od zadania kolejnego pytania- Kiedyś, nieopodal mojej osady, istniało pewne królestwo... Nie sądzę, byś je znał, książę... Ja sam byłem wtedy bardzo mały. Państwo to rozrosło się bardzo szybko. Jego dzieje obrosły w legendy i plotki, a każda jedna była dziwniejsza od poprzedniej. Podobno rządził nim król, który nigdy nie pokazywał swojej twarzy i nigdy nie zdradził nikomu swego imienia. Ludzie podejrzewali nawet, że rządy w owym królestwie pełniło kilka osób, które celowo czynią to w ten sposób, by nikt się nie domyślił, kryjąc się pod maską... Ale ja sądzę, że było inaczej...- stwierdził w zamyśleniu- Myślę, że tego rodzaju szaleństwo, mogło się trzymać tylko jednego człowieka...
… Szaleństwo?
-Ów król miał podobno, oprócz zwykłej armii, oddział wojowników, których obawiało się każde, okoliczne państwo- kontynuował Immriel- I wszystkie te państwa powoli upadały, poddając się woli zamaskowanego monarchy. Woli szaleńca, który stworzył podobno idealnych wojowników... Tak o nich mówiono. Potwory, które nie znają bólu, nie znają strachu i nie lękają się śmierci... Gdy byłem mały, to były tylko legendy, podobne do wszystkich innych, jakie opowiadało się dzieciom... Ale legenda okazała się prawdą.
-Kim były te bestie...?- następca tronu nie był w stanie powstrzymać ciekawości, która wdarła się do jego głosu. W jego oczach pojawił się jakiś niezdrowy błysk. Immriel spojrzał na niego ukradkiem.
-Ludźmi, książę. Ludźmi- niewolnik odetchnął głęboko, zwracając wzrok w kierunku nieba- Różnie o nich mówiono. Nazywano ich demonami, zjawami, potworami... Ale w rzeczywistości fizycznie niczym nie różnili się od przeciętnego człowieka... Chociaż, tak naprawdę nie było w nich już nic ludzkiego...
-Jak udało im się przezwyciężyć strach przed śmiercią...?
Och, jak bardzo chciałby to wiedzieć...
-Cóż... W głowie owego władcy, narodził się kiedyś szaleńczy pomysł... Postanowił, że stworzy armię najsilniejszych i najodważniejszych wojowników, jakich widział świat... Podobno efekty przekroczyły jego najśmielsze wyobrażenia. Wynajdował najsilniejsze i najbardziej sprawne dzieci, a przez następne kilka lat, zajmował się skutecznym wyplenianiem z nich wszelkich możliwych uczuć...
-Jak...?
-Nie wiem, książę- odparł cicho Immriel- Nigdy w tym nie uczestniczyłem, a wierzenie ludziom w tej kwestii byłoby chyba nazbyt ryzykowne... Wojownicy ci byli jednak od dziecka oswajani z ogromnym bólem i cierpieniem. Ze śmiercią... Nie mieli w sobie żadnych emocji i uczuć. Żadnych pragnień... Byli nastawieni tylko na jedno. Na realizowanie rozkazów. Bezwzględne i absolutne.
Następca tronu milczał. Wyczuwał iskrę smutku w głosie Immriela. Wyczuwał ją doskonale, ale nie potrafił zrozumieć. Miał im współczuć...? Współczuć tym ludziom, którym udało się tak doskonale zapanować nad własnymi emocjami...? Wyzbyć się ich...?
Nie, książę im nie współczuł.
Zazdrościł im.
-Różnie ich sobie wyobrażałem... Prawdopodobnie jak wszyscy inni...- kontynuował niewolnik po dłuższej chwili ciszy- Wydawało mi się, że to naprawdę bezwzględni mordercy, okrutnicy, barbarzyńcy... Ale później dopiero wszystko zrozumiałem. Oni nie byli bezwzględni. Nie byli okrutni. Nie mieli w sobie nic z zabójcy, który robi to z jakiejś chorej przyjemności i stara się zadać jak najwięcej bólu. Nie mieli też w sobie łaski ani współczucia. Byli puści. Nie potrafili mówić, a przynajmniej tak mi się zdaje... Nie potrafili niczego innego, prócz walki. W tym jednym byli doskonali. I właśnie dzięki temu niewielkiemu oddziałowi, król zdobywał coraz to nowe ziemie... Bo nawet najbardziej odważni ze wszystkich rycerzy czuli strach, gdy widzieli przed sobą ludzi, którzy zdawali się nie mieć żadnej słabości... Początkowo tego nie rozumiałem. Dopiero, gdy ich zobaczyłem, poczułem to, co czuje człowiek, który staje twarzą twarz z kimś, kto nie ma w sobie nic ludzkiego... Paraliżujący lęk.
-Kiedy ich spotkałeś...?
Immriel zamyślił się przez chwilę, po czym odpadł:
-Władca władający owym królestwem miał duże ambicje... Wtedy wszyscy myśleli, że każdy lud mu ulegnie i tak też się działo... On bowiem nie kazał swoim wojownikom zabijać. Mieli tylko zdobyć ziemię, a później ją sobie podporządkować... Zawsze ktoś stawiał im czoła, zawsze była jakaś armia, jakieś ofiary, ale w końcu wszystko się uspokajało... Ludzi w gruncie rzeczy nie obchodzi, czy rządzi nimi ten czy inny król. Chcą mieć po prostu spokój. Chcą żyć.
-I to właśnie czyni ich słabym- skwitował chłodno potomek monarchy.
-Mylisz się, książę...- odparł mężczyzna z pełnym przekonaniem- My również byliśmy mu podlegli przez pewien czas... Ale później, władca dostrzegł, że jego ziemie zaludniają się coraz bardziej. Przestała mu się podobać niezależność niektórych plemion. Zaplanował sobie, że zniszczy doszczętnie jedną z części swojego królestwa, a później zasiedli ją nowymi mieszkańcami i tak, powoli, będzie zdobywał osadę za osadą... My jako pierwsi stanęliśmy oko w oko z jego niepokonanymi wojownikami...
-Mówiłeś, że twoja osada wciąż istnieje- stwierdził następca tronu, wpatrując się w niewolnika bez większego zrozumienia.
-Owszem, książę... Oni nie zwyciężyli.
Oczy przyszłego władcy rozchyliły się ze zdumienia.
-Nie zwyciężyli...?- powtórzył niepewnie- Przegrali czy po prostu odeszli...?
-Przegrali. Większość zginęła.
-W starciu z twoimi rodakami...?- do głosu księcia wkradło się coś na kształt drwiny. Naprawdę miał uwierzyć w tą historyjkę...? Jeżeli kiedykolwiek istnieli tacy ludzie, to nie mieli szans polec w jakiejkolwiek bitwie.
-Tak, książę- potwierdził niewolnik, najwyraźniej niezrażony tonem następcy tronu- Widzisz... W tym właśnie tkwi siła lęku przed śmiercią, książę... Gdy zdajesz sobie sprawę z tego, że walka nie toczy się o twoje być albo nie być, a jedynie o to, czy będzie tobą dowodził ten czy inny tyran... To nie ma wielkiego znaczenia. Nie chcesz brać w tym udziału. Chcesz pokojowego rozwiązania, dążysz do tego za wszelką cenę, chociażby z różnymi ustępstwami. Po to, by było jak najmniej ofiar i po to, by samemu nie stracić... Jednak, gdy wiesz, że nie masz już wyboru, bo cokolwiek uczynisz, zginiesz... Z ludźmi dzieją się wtedy niezwykłe rzeczy...
-Dlaczego po prostu nie uciekliście...?- zapytał bez zrozumienia.
-My nie uciekamy, książę- odparł Immriel, uśmiechając się krótko- Tłumaczyłem ci już, że jeżeli czuje się do czegoś realną przynależność, nie można tego zdradzić ani pozostawić... Dlatego każdy z moich rodaków stawił się do walki. Mężczyźni, kobiety, nawet dzieci... Słabo pamiętam swoje dzieciństwo, ale tamtą noc, gdy wojska króla wkroczyły do naszej osady, będę pamiętał chyba do końca życia... Ukryłem się w gruzach jednego z domu i obserwowałem wszystko. Początki były trudne, ale stawiliśmy opór, którego nie mogli się spodziewać... Nie mogli, bo zawsze walczyli o ziemię i o bogactwa, ale nigdy wcześniej o życie i śmierć. I gdy zdawało się, że mimo wszystko, polegniemy... Rzekoma siła tych wojowników okazała się ich największą słabością...
-Czyli...?
-Lęk przed śmiercią, książę, ma fundamentalne znaczenie- powtórzył raz jeszcze niewolnik- Ci wojownicy, byli doskonali w walce przeciwko regularnej armii, bowiem nie mieli w sobie żadnych ograniczeń, już sam ich widok budził przerażenie... Widok kogoś, kto rzuca się do przodu, bez względu na to, ile łuków do niego strzela, ile broni w niego mierzy... To musiało sprawiać niesamowite wrażenie. Ale ci niepokonani żołnierze, w ciągu dwóch nocy, ulegli kilkuset wieśniakom... Nie przez ich brak umiejętności walki, bynajmniej...
-Więc przez co?
-Nie bali się śmierci, więc nie szanowali życia... Ba. Miałem wrażenie, że większość z nich nawet nie wie, czym jest śmierć... Nie wie, czym jest życie. A nawet, jeżeli wiedzieli... Ich życie było tak okrutne, że pewnie nie czyniło im różnicy, żyć czy nie żyć... Zabili wtedy wielu ludzi, zniszczyli wiele majątków, ale... Zginęli. Wszyscy. Może prócz kilku, którzy mieli w sobie jeszcze tyle instynktu, że uciekli i schowali się w pobliskich lasach, ale ich też później znaleziono i dobito. Przez lekceważenie swojego życia, wpadali w naiwne pułapki... Dawali się podejść jak dzieci... Mieszkańcy osady zorientowali się szybko, w czym tkwi ich największa słabość i wykorzystali to. Król był wstrząśnięty.
Potomek monarchy wcale się temu nie dziwił.
Sam nie mógł w to uwierzyć.
Czy ludzie, którzy nie bali się niczego na tym świecie, rzeczywiście mogli okazać się aż tak słabi...?
Czy to, czego pragnął, było w rzeczywistości niczym więcej jak tylko porażką...?
-Powiedziałeś, że nie życzysz mi ich losu...- odezwał się w końcu, wpatrując się w swojego niewolnika z uwagą- Sądzisz, że mógłbym skończyć podobnie?
-Nie wiem, książę... Nie sądzę jednak, żebyś rzeczywiście wyzbył się lęku przed śmiercią, książę...- Immriel uśmiechnął się lekko, zerkając na następce tronu.
-Dlaczego...?
-Bo nie widzę w tobie tego, co widziałem w nich. Nie widzę w tobie pustki. Sądzę, że w rzeczywistości boisz się śmierci, ale chcesz ten strach odrzucić, bo upatrujesz się w tym przyczyn swojej porażki, swojego nieszczęścia... Ale to niczego nie zmieni, książę. Niczego.
Bzdura.
… Śmierć zmienia wszystko.
-Więc, jeżeli...
-Proszę, proszę...
Książę umilkł w połowie zdania i zatrzymał się. Z mroku wyłonił się jakiś mężczyzna. Następca tronu dopiero po chwili rozpoznał w nim jednego z królewskich namiestników, Rahpaela. Był to człowiek wysoki i smukły, dobrze wykształcony, powszechnie znany i szanowany. Nie istniało jednak na tym świecie wiele osób, które potomek monarchy mógłby darzyć podobną lub większą nienawiścią.
-Witaj, książę...- Raphael skłonił się nisko, z szyderczym uśmiechem, niczym błazen, odgrywający przed panem groteskowe przedstawienie. W rzeczywistości namiestnik nie czuł względem przyszłego władcy nawet krztyny szacunku. Nie wstawał nawet, gdy ten wchodził do pomieszczenia, okazując tym samym, że uważa się niemal za równego niemu- Cóż to za...- wzrok mężczyzny spoczął przez krótką chwilę na niewolniku, a jego usta ułożyły się w pogardliwy wyraz, po czym ten powrócił wzrokiem na twarz następcy tronu- …niespodziewane spotkanie- dokończył wreszcie, po dłuższej chwili- Co tu robisz, książę?
-Wydaje mi się, że nie muszę ci się tłumaczyć- uciął chłodno potomek monarchy.
Immriel zmarszczył brwi. Chyba zrozumiał.
-Oczywiście, że nie...- z twarzy namiestnika nie znikał pełen politowania uśmiech- Po prostu jestem zdziwiony porą... Jest już trochę późno, prawda...? Zazwyczaj trudno cię o tej porze zastać, książę...
Następca tronu drgnął lekko, ledwie zauważalnie, starając się jednak nie okazać zdenerwowania.
-To mój zamek- odparł jedynie- Mogę chodzić gdzie tylko zechcę i kiedy zechcę.
-Zamek króla- sprostował mężczyzna.
-A ja jestem jego synem.
-O tak, zdaję sobie z tego sprawę, książę...- szyderczy uśmiech po raz kolejny zagościł na twarzy namiestnika, wytrącając przyszłego władcę z równowagi- Możesz wierzyć w moją lojalność... Nie chciałbym się z tobą zamienić miejscami...
Następca tronu poczuł, że dłonie zaczynają mu drżeć. Zacisnął je w pięści, a następnie skrył za swoimi plecami. Mimo palącej go od środka wściekłości, na jego twarzy nie pojawił się najmniejszy nawet grymas.
Jak bardzo chciałby być w takich chwilach na szczycie władzy...
… Jak bardzo chciałby widzieć tego mężczyznę martwego.
-Po prostu to trochę nierozsądne- stwierdził wreszcie Raphael. Najwyraźniej wcale mu się nie spieszyło- Jest już ciemno, a nie wiadomo, kogo możesz napotkać na swojej drodze...- pełne pogardy spojrzenie, raz jeszcze spoczęło na niewolniku. Podszedł kilka kroków bliżej i musnął opuszkami palców policzek następcy tronu- Nie chcielibyśmy, by jedynemu potomkowi króla stało się coś złego, prawda...?- szepnął z pełnym drwiny uśmiechem.
Dłoń Immriela błyskawicznie spoczęła na ramieniu przyszłego władcy.
-Książę jest pod moją opieką- rzucił szorstko.
Raphael skamieniał na chwilę, po czym prychnął donośnie, a następnie podszedł do Immriela tak blisko, że ich twarze zdawały się dzielić niemalże centymetry. Często zachowywał się podobnie względem służących i niewolników. Chyba lubił wywierać na nich presję, wywoływać łzy i wymuszać chaotyczne przeprosiny, nawet za najbardziej idiotyczne przewinienia... Zdawać by się mogło, że bawił się ludźmi niemal tak jak książę. Ale jego zabawy były inne. Bardziej okrutne.
Twarz Immriela nawet nie drgnęła. Następca tronu wpatrywał się w niego z uwagą, obawiając się ewentualnego wybuchu, ale ten zachował całkowity spokój. Patrzył wprost w oczy namiestnika, bez najmniejszego lęku i obawy. Sprawiał wrażenie tak dumnego i odważnego, że potomek monarchy nie był w stanie oderwać od niego wzroku.
-Pod twoją opieką, niewolniku?- wycedził przez zęby Raphael- Powtórz, bo chyba się przesłyszałem...
-Nie sprawiasz wrażenia kogoś, kto ma problem ze słuchem, panie- odparł jedynie.
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać...?- namiestnik nie sprawił wrażenia urażonego. Zdawać by się mogło, że cała ta sytuacja go bawiła. Stanowiła dla niego idealną rozrywkę- Zasługujesz na karę, niewolniku... Na chłostę... Po kilku batach odechce ci się zwracania się w ten sposób do ludzi takich jak ja...- potomek monarchy odkaszlnął głośno. Raphael spojrzał na niego tak, jakby przez chwilę zupełnie zapomniał o jego obecności, po czym uśmiechnął się drwiąco i szepnął- Jak widać cieszysz się jednak jeszcze względami księcia... Ale nie martw się... To nie potrwa długo...- chwycił niewolnika za twarz, a następnie szepnął mu wprost do ucha- A ja sobie ciebie zapamiętam... I poczekam na swoją kolej. Jestem bardzo cierpliwy, wierz mi...- puścił Immriela i odsunął się nieco, po czym rzucił- Och, bogowie, co za późna pora... Mam swoje sprawy w zamku... Tobie też radziłbym do niego wracać, książę... Król bardzo się rozgniewa, gdy dowie się, że spacerujesz o tej porze... Z takim towarzystwem...- dodał złośliwie, raz jeszcze mierząc niewolnika pogardliwym spojrzeniem, a następnie odszedł.
Potomek monarchy milczał przez dłuższą chwilę. Immriel również nie mówił ani słowa, stojąc cały czas w tym samym miejscu. Dopiero po kilku minutach, odezwał się cicho:
-Wybacz, książę... Jeżeli źle się zachowałem albo...
-Zachowałeś się odpowiednio- uciął przyszły monarcha.
Na twarzy niewolnika pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Książę po krótkiej chwili odpowiedział tym samym.
-Naprawdę powinienem wracać- stwierdził w pewnym momencie- Jestem senny.
-Domyślam się- odparł z rozbawieniem Immriel- Moje opowieści mogą zmęczyć.
Potomek monarchy parsknął cicho.
-Nie pochlebiaj sobie. Miałem ciężki dzień... Spotkamy się jutro, na arenie.
-Domyślam się, że nadal nie poznam prawdziwych powodów owych treningów...?- dopytał Immriel, uśmiechając się przekornie.
-Układ to układ- odparł potomek monarchy, wpatrując się w mężczyznę niemal prowokująco.
-Zobaczymy, kto pierwszy się złamie, książę- stwierdził z rozbawieniem niewolnik.
-Zobaczymy- potwierdził książę, po czym rzucił jeszcze ciche- Do zobaczenia jutro- a następnie ruszył w drogę powrotną do zamku.
-Książę...- Immriel natychmiast zrównał się z nim krokiem. Potomek monarchy spojrzał na niego pytająco- Nie sądziłeś chyba, że puszczę cię samego, prawda...?
Następca tronu parsknął z politowaniem.
-Boisz się, że ktoś czeka za rogiem, żeby mnie zabić...?
Mężczyzna zaśmiał się lekko.
-Nigdy nic nie wiadomo, książę...
Nigdy nic nie wiadomo.
… Ale zawsze można mieć cień nadziei, prawda...?

1 komentarz:

  1. Anonimowy2:28 AM

    'Mieszkam tu już tyle czasu, a wydaje mi się, że nadal nie odkryłem jego wszystkich tajemnic...' A wszyscy wiemy, jak mają na imię dwie największe tajemnice.
    No dobra...
    Jak właściwie książę ma na imię?
    ...

    Smutne opowiadanie...

    O matko i córko! Jest 2.30... Branoc.

    OdpowiedzUsuń