Strony

niedziela, 22 maja 2011

. 3 . [Nathaniel & Louis]

Nienawidzę go.
Trzask bitego szkła.
Cholerna, mała dziwka!
Wiedziałem, że tak będzie!
Od początku wiedziałem!
On i ta jego przeklęta miłość! Żeby go tylko szlag trafił!
Czuję, że kaleczę się o rozbite szkło, ale nie przestaję. Wszystko w jednej chwili ląduje na posadzce, rozbite w drobny mak. Wszystkie naczynia z szafek, urządzenia zalegające ladę, stojące na niej sztućce… Wszystko.
Nie wiem nawet po co to robię. Po prostu czuję, że muszę coś rozbić, zniszczyć, że muszę się na czymś wyładować, bo inaczej zwariuję.
Gdyby tu był zabiłbym go do kurwy nędzy! Gdyby tu był pożałowałby tego co zrobił! Och, jeśli ośmieli się wrócić...
… Idiotyczne.
Nie wróci.
Wiem o tym.
Wiem o tym, bo powoli zbliżała się osiemnasta, a jego wciąż nie było.
Wiem o tym, bo zdałem sobie sprawę z tego, że każde słowo, każdy gest, wszystko co w przeciągu tych kilku dni się między nami wydarzyło było jedynie jego grą.
Cholerna szmata.
Tylko o to mu chodziło. Żeby podbudować moje zaufanie. A teraz co? Gdzie się właściwie zatrzymał, co?! No gdzie?! Nie miał tu nikogo, nawet jednego znajomego! Dokąd by poszedł?!
Nawet nie potrafię sobie przypomnieć ile dałem mu pieniędzy. Nie było ich wiele. Mógłby się zatrzymać gdzieś na kilka dni, ale co potem? Nie ma dokumentów, nie ma ubrań, nie ma niczego. Dokąd pójdzie?
A może wróci…
Oczywiście, że wróci…
Przecież musi wrócić…
Zmądrzeje i wróci, prawda?
… Kurwa!
Co ja w ogóle wyrabiam?!
Nie wróci! Nie pozwolę mu na to!
Jeśli jeszcze raz przekroczy próg tego domu to go zabiję, zabiję jak psa! Nie ma tu już dla niego miejsca i nigdy nie będzie! Nie odkąd odszedł!
Ruszyłem po schodach, nie zważając na kłujący ból dłoni i wszedłem do jego sypialni, czując się niemalże, jak w jednej chwili wszystko wywraca mi się w żołądku. Jego obrazy. Łóżko. Pościel naznaczona jeszcze spermą, po tym jak jeszcze tej samej nocy…
… Cholerne ścierwo.
A później już tylko niszczę wszystko co nosi tutaj jego dotyk. Płótna, obrazy, które namalował, lądują gdzieś łamane na podłodze, pościel porwana, łóżko wywrócone, tylko po to, tylko i wyłącznie, żebym ja sam przekonał się do tego, że nie ma tu już dla niego miejsca. Że nie ma już prawa wrócić. I nie jest mi potrzebny.
Ale nie jest dobrze. Nic się nie zmienia.
Tak samo wtedy jak pieprzę go tylko po to, żeby się rozładować, wyzbyć złych emocji. Wtedy to też nie pomaga. Dokładnie tak samo.
A jednak nie potrafię znaleźć żadnej innej metody na to, żeby wziąć się w garść. Żeby stłumić w sobie to dziwne uczucie na kształt rozgoryczenia.
To wszystko jego wina!
To wszystko jego wina, bo to on do cholery zmienił w jednej chwili wszystko! Gdyby zniknął wczoraj… Gdyby zniknął wczoraj do licha…! Albo miesiąc, dwa, rok temu! Wtedy wszystko byłoby w porządku! Wtedy do cholery nie czułbym się w ten sposób! Jak ostatni kretyn, który dał się mu ochujać na słodkie słówka o tym jak kurewsko mnie kocha!
Od kiedy stałem się taki naiwny?
Syknąłem z wściekłości i uderzyłem pięścią w ścianę. A potem jeszcze raz i kolejny… Widząc już jedynie przed sobą rozmazane kontury, ślady krwi na ścianie, rozbite palce…
Dopiero kiedy przerwałem na chwilę, by wziąć głębszy oddech, poczułem jak całe ręce przeszywa fala paraliżującego niemalże bólu.
-Kurwa!- krzyknąłem, niemalże osuwając się z nóg i starając się poruszyć palcami, co wywołało kolejną falę przeszywającego bólu. Ale przynajmniej się udało. Niech to szlag.
Jesteś z siebie zadowolony, Nathaniel?!
Jesteś zadowolony ze stanu do jakiego mnie doprowadziłeś?!
Nie wiem gdzie jesteś, do cholery, ale mam szczerą nadzieję, że tam zdychasz, ty niewdzięczna dziwko!
Odetchnąłem cicho, starając się uspokoić, czując wciąż pulsujący ból i podniosłem się do pozycji stojącej, by ruszyć chwiejnie na korytarz, a następnie zejść ze schodów i wejść do łazienki.
Wściekłość zmieniała się powoli w zupełnie inne uczucie.
Wtedy, gdy próbowałem nieporadnie wyjąć pokaleczonymi dłońmi z apteczki bandaże i wodę utlenioną, starając się doprowadzić do porządku. Nieskutecznie. W końcu i jedno i drugie wylądowało w zlewie, a ja jedynie z cichym syknięciem przemyłem rany. Miałem problemy z poruszaniem palcami, które wciąż cholernie bolały. Dostrzegłem w odbiciu wybrzuszenie na mojej koszuli, ślad po zupełnie innym opatrunku.
I poczułem się zupełnie inaczej.
Osowiale niemalże.
Przeszedłem do salonu i natychmiast prawie wylądowałem przy barku, by wyciągnąć z niego butelkę whisky, a następnie osunąć się wraz z nią pod ścianę.
Nie wiem gdzie jest.
Nie wiem i pewnie już się nie dowiem. Już go nie znajdę.
Odszedł, ale… Nie miał racji? Sam go o to prosiłem. Kazałem mu odejść, a on wtedy zaprotestował, może wreszcie zrozumiał… Wczoraj? Tak, może wczoraj. Zdał sobie sprawę, że nic dobrego go tutaj nie spotka.
Więc odszedł.
I nic mu już nie będzie.
Może trafi na kogoś zupełnie innego, będzie mu lepiej, a ja będę tym o którym będzie opowiadał jak o swoim dawnym prześladowcy?
Kurwa!
Nienawidzę go!
Nic tego nie zmieni!
Przeklęty!
Zostawił mnie! To nie ja powinienem być bez niego bezradny! To on nie powinien beze mnie istnieć! To ja jestem jego panem!
Nie wiem ile wypiłem. Nie byłem w stanie tego określić. Trudno było mi rozpoznać która z kolei butelka lądowała obok pusta, rozbita na drobne odłamki.
Nie miałem siły wstać.
Czułem się tak jakby w jednej chwili przeszła mi chęć do życia.
Jakbym bez niego nie miał ochoty nawet podnieść się z posadzki.
Nic.
Niczego.
A alkohol wcale nie pomagał.
Rozmywał wzrok, ograniczał kontrolę nad ciałem, ale…
Przywoływał wspomnienia.

-Cholera…- mruknął Amadeusz, polerując broń chusteczką- Mogłeś być nieco bardziej subtelny… Niszczysz mój zmysł estetyki…
Zmysł estetyki? Uśmiechnąłem się złośliwie pod nosem. No cóż. Resztki mózgu spływające po szybie w krwi rzeczywiście nie mają z tym nic wspólnego. Podobnie jak dwa trupy na dywanie. Szeroko otwarte w geście przerażenia oczy. Rozchylone usta. Kałuża krwi na posadzce.
Nigdy mnie to nie obruszało, nie przerażało. Bardziej obrzydzało, ale tylko chwilami. Lubiłem to co robię. 
-Oho…- Amadeusz przewrócił trupa na plecy i uśmiechnął się lekko- Stary Rettile… Skurwysyn. Należało mu się. A jednak… Jak myślisz? Czemu ktoś zapłacił tyle hajsu żeby sprzątać takiego starego dziada, który i tak niedługo zdechł by na zawał? 
-Nie wiem- odpowiedziałem, wzruszywszy ramionami- Nie obchodzi mnie to. Nie ruszaj ścierwa. 
-Szkoda, że biedna kobiecina się nawinęła- mruknął, zerkając jeszcze krótko w kierunku zwłok dziewczyny- Młoda. Widać lubił sobie poużywać na stare lata.
-Nie nasza sprawa. Sprawdziłeś dół?
-Tak. Nikogo.
-A góra?
-Mefisto się tym zajął.
Sapnąłem cicho, opuszczając pomieszczenie, a Amadeusz ruszył w ślad za mną. Miałem szczerą nadzieję, że obejdzie się już bez większych problemów i niespodzianek.
-Kurwa!- usłyszeliśmy z góry głos Mefisto, manewrujący pomiędzy zaskoczeniem, a rozbawieniem niemalże i zaraz dojrzeliśmy go na szczycie schodów.
-Co jest Mefisto?- Amadeusz uniósł brew w geście politowania- Przejrzałeś się w lustrze?
-Chodźcie coś zobaczyć, do kurwy nędzy, w życiu czegoś takiego nie widziałem… Nawet nie uwierzycie jakie zwierzątko Rettile hodował na strychu!
Powiedliśmy po sobie nieco zaskoczonymi spojrzeniami, po czym ruszyliśmy za nim. Poprowadził nas na strych, wciąż chichocząc pod nosem, a tam…
… A tam zobaczyłem go po raz pierwszy. 
Leżał przy ścianie, przykuty do niej łańcuchem, zupełnie nagi, przemarznięty, niemalże siny. Jasne włosy opadały mu na twarz, zasłaniając ją nieznacznie, ale mimo tego wszystkiego, wpatrywał się w nas z dziwnym uporem. I bez najmniejszego nawet przerażenia.
A ja wtedy byłem przerażony.
Pierwszy raz w życiu.
I pierwszy raz w życiu, a możecie mi wierzyć na słowo, widziałem już wiele rzeczy, poczułem nić jakiegokolwiek współczucia na jego widok.
-O do licha!- parsknął Amadeusz i wybuchnął głośnym śmiechem- No kto by się spodziewał… Rettile nie tylko na dziewczynkach lubił sobie poużywać najwyraźniej…- wiedziałem już wtedy, że jego wzrok powędrował tam gdzie i mój. Na posadzkę, gdzie spomiędzy jego pośladków zdążyło już skapnąć trochę krwi- No proszę… A taki wiekowy mężczyzna z niego… 
-Długo tu jesteś?- zapytałem, ignorując mężczyznę i podchodząc bliżej jasnowłosego.
-Siedem lat, mój panie- odparł bez mrugnięcia okiem tonem, który niemalże sparaliżował mnie od środka. Wstrząsająco delikatnym.
-O rany… „Mój panie”… Nieźle sobie poczyna, dzieciak… 
-Dobra, dosyć żartów- westchnął cicho Mefisto, przecierając skronie i sięgnął za pasek, by wyciągnąć broń- Trzeba to szybko załatwić.
-Chcesz go zabić?- zdziwiłem się niemalże, by zaraz dodać prędko- To znaczy… Po co? I tak niczego nie widział.
-Wystarczająco dużo słyszał. Odsuń się, Avers, załatwimy to raz dwa i zwijamy się stąd. 
-Nie sądzę, żeby to było konieczne…- odparłem powoli. Nie rozumiałem. Nie wiedziałem dlaczego zależy mi na tym, żeby pozostawić go przy życiu. Widziałem wtedy jego wzrok. Wyglądał jak zwierzę na uwięzi, które gotowe było skamleć w prośbie o to, żeby go zabić. Najżałośniejszy widok na świecie- To tylko głupi dzieciak… W dodatku spędził tu dużo czasu… Zabiorę go ze sobą i odpowiednio potraktuję, nic nie powie.
-Zwariowałeś?! Sumienie się w tobie odezwało czy jak? Zastrzelmy go po prostu i spadajmy. I tak za dużo tutaj zabalowaliśmy. 
-Przymknij się, Mefisto…- rzucił ku mojemu zdziwieniu Amadeusz z lekkim uśmiechem i kucnął przy chłopaku, by przejechać po jego policzku dłonią- Jak się nazywasz, piękny chłopcze? 
Milczał.
Amadeusz wybuchnął gromkim śmiechem i skierował wzrok na mnie.
-Ty go zapytaj, Ave. W końcu jesteś jego panem!
-Jak masz na imię?- powtórzyłem po nim, sam nie wiedząc czemu to właściwie robię. 
-Nie wiem, mój panie. Możesz mnie nazywać jak zechcesz- odparł natychmiast, wciąż wpatrując się we mnie, tylko i wyłącznie we mnie, na moich towarzyszach nie zawieszając spojrzenia nawet na chwilę.
Jego spojrzenie było zbyt uporczywe. 
Przeniosłem wzrok na ścianę, starając się powstrzymać jakieś wewnętrzne, zupełnie dziwne uczucie jakie mnie wypełniło. Jakby coś wewnętrznie zabolało. Przesunąłem wzrokiem po obdrapanych ścianach, a następnie zimnej posadzce. Po łańcuchu. Jego ciele, które nosiło na sobie ślady cudzego dotyku. Naprawdę chciałem go stamtąd zabrać. I licho wie dlaczego.
-Śliczny…- westchnął cicho Amadeusz, przesuwając językiem wzdłuż jego policzka- Wspaniały… Doprawdy, Rettile ma doskonały gust… Nie podejrzewałbym go o to…- jego dłoń przesunęła się wzdłuż uda chłopaka, który drgnął nerwowo- Ach! Jaki wrażliwy! Widziałeś, Ave? Doskonale wytresowany…- chwycił go za brodę i siłą przyciągnął do wymuszonego pocałunku. 
-Nie chcę na to patrzeć- stwierdził z cichym syknięciem Mefisto, odwracając wzrok i poprawił jeszcze charakterystyczny, złoty zegarek na nadgarstku, by schować broń- Idę na dół, a wy zbierajcie się. Byle szybko.
-Spokojnie… Zabawa nie zajmie nam wiele czasu, prawda?- parsknął cicho Amadeusz, wodząc językiem po szyi jasnowłosego- Chodź, Ave- rzucił, tym razem bardziej stanowczo, chwytając go za szyję, a wolną dłonią rozpinając szybko spodnie- Wypróbujemy twoją nową zabawkę.
Drgnąłem lekko, obserwując jak nachyla się do niego.
Jak dotyka go, liże jego wargi, szepcze mu do ucha sprośne wyrazy.
Nie poruszyłem się. 
Nic nie zrobiłem.
A on uniósł jego biodra.
I uśmiechnął się do mnie przez ramię.

Zabrałem go wtedy ze sobą. Do siebie. Do swojego domu. Musiałem się z nim przeprawić przez granicę, dostać się z powrotem do Nowego Jorku. Kupić mu jakieś ubrania, wyrobić na prędko dokumenty. Dopiero po czasie zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo nierozważne to było.
O wiele bardziej rozsądne byłoby zabicie go.
Zostawienie martwym, tam, na strychu.
Bez żadnych wyrzutów sumienia.
Ile mogło się zdarzyć. Mógł uciec. Mógł zrobić cokolwiek, cokolwiek, a nie udałoby mi się wyjechać z Anglii, a prawdopodobnie trafiłbym do więzienia.
Ale nie uciekał. Był posłuszny. Zadziwiająco posłuszny. Jak zawsze. Nie dawał żadnych znaków, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Nie wzbudzał podejrzeń.
Nie wiedziałem jak mam się do niego zwracać. W fałszywym paszporcie funkcjonowało imię Nathan. Powiedziałem mu zatem, że od tej pory będzie nazywał się Nathaniel.
Pokazałem mu jego pokój na piętrze. Powiedziałem czym będzie się zajmował, zabroniłem wychodzić, nie miał do tego prawa pod żadnym pozorem… Miał normalne zdawać by się mogło obowiązki. Sprzątanie. Gotowanie. I… Bycie ze mną.
Ale nie wszystko stało się tak oczywiste od razu. Widziałem ślady na jego rękach. Głębokie, sine wklęśnięcia w okolicach nadgarstków, ślady po łańcuchach. I to był jedyny element, który mnie jakoś powstrzymywał. Który łączył mnie z nim w jakimś dziwnym, milczącym współczuciu.
A później?
Nauczyłem się nie widzieć.

-Och, Ave! Nie spodziewaliśmy się ciebie- rzucił Amadeusz, odsuwając się nieco, by pozwolić mi przejść- Jak sprawuje się nowe zwierzątko?
-W porządku…- odpowiedziałem sucho- „My”?
-Ja i Izaur rzecz jasna…- odparł mężczyzna, a ja ruszyłem tuż za nim do salonu, pełnego już ludzi i usiadłem naprzeciwko urodziwego, góra siedemnastoletniego chłopaka o jasno-brązowych włosach i dużych zielonych oczach. Amadeusz natychmiast usadowił się tuż obok niego, ogarniając go ramieniem i uśmiechając się odrobinę szelmowsko. 
-Ach tak…- parsknąłem cicho, przyglądając się chłopakowi, który zarumienił się lekko, by zaraz wtulić się w bok ciemnowłosego- Więc chyba powinienem zadać ci to samo pytanie?
-Och?- zdziwił się i chyba dopiero po chwili zrozumiał, bo parsknął śmiechem i skinął głową- Doskonale… Absolutnie doskonale…- wymruczał, by zaraz wycisnąć na wargach chłopaka głęboki pocałunek, który ten oddał z cichym westchnieniem, by zaraz rzucić cicho:
-Tak przy wszystkich?
-A co?- w głosie Amadeusza nie było ani cienia skrępowania- Wstydzisz się mnie? 
Parsknąłem cicho pod nosem. Za to Amadeusz nie wstydził się zapewne zupełnie niczego. Zresztą to było po nim widać na pierwszy rzut oka. Jeśli chodziło o moich wszelakich współpracowników… Nigdy nie wiedziałem o nich zbyt wiele. Znajomość swojego numeru telefonu i adresu nie ułatwia wspólnego zabójstwa. Nic tego nie ułatwia. Nie było mi potrzeba umawiać się z nikim na przyjacielskie obiadki. Ale Amadeusz nie miał tego samego problemu. Jego dom był zawsze otwarty. Zawsze. A on organizował przeróżne „przyjęcia”, chociaż może warto byłoby to nazwać zwyczajnymi melinowymi niemalże spotkankami, pełnymi alkoholu, narkotyków i innych gówien jakie tylko świat widział. 
-Oczywiście, że nie!- zaprotestował natychmiast Izaur, oplatając go ramionami. Wydawał się być cholernie niedojrzały. Ale nie byłem zdziwiony. Amadeuszowi rzadko zdarzało się mieć starszych partnerów. 
-Idź, zrób mi jakiegoś porządniejszego drinka, skarbie, mam dosyć tego szajsu…- mruknął mu do ucha i klepnął go lekko po pośladku, a chłopak natychmiast poderwał się z miejsca i pomknął do kuchni. Zawsze dziwiło mnie to co wyrabiał z tymi dzieciakami. Bez żadnych gróźb, bez żadnej gwałtowności, brutalności, potrafił doprowadzić ich do zupełnego posłuszeństwa. 
-Nie wiem co ty widzisz w takich chłopaczkach…- parsknąłem cicho, kręcąc głową i sięgnąłem po drinka. 
-Co widzę?- Amadeusz zaśmiał się głośno i pokręcił głową- Och, to co każdy, na pierwszy rzut oka. Delikatność, subtelność, pozorną niewinność… Ale ty też skądś to znasz…- uśmiechnął się nieco bezczelnie- To samo ma twoja nowa zabaweczka…
-Ciekaw jestem jak długo z tobą wytrzyma…- mruknąłem, kręcąc głową. Związki Amadeusza może i bywały z początkowo wyraźnie owocne dla niego samego, ale nigdy nie trwały zbyt wiele czasu.
-Niedługo- odparł, wzruszywszy obojętnie ramionami- Zerwę z nim. Chyba jutro.
Uniosłem brwi w geście zaskoczenia.
Zazwyczaj to nie Amadeusz był stroną, która inicjowała rozstanie. Zresztą czemu? Nie miał żadnych problemów z utrzymaniem w tajemnicy nawet kilku związków na raz. Więc po jakie licho teraz rozstawał się z tym chłopakiem?
-A co?- prychnąłem- Nie masz już tyle siły co wcześniej? Nie obdzielisz nią wszystkich?
-Po prostu. Znudził mi się.
-Kłamiesz… A to nieładnie okłamywać kogoś z kim spędzasz tyle czasu…- stwierdziłem sucho, mierząc go uważnym spojrzeniem- I niemądrze. Nie jestem idiotą.
-Dowiedział się o tym co robię- stwierdził Amadeusz bez zbytnich emocji- Nic takiego. 
-Nic takiego?- powtórzyłem bez zrozumienia- Jeśli ktokolwiek inny by się o tym dowiedział…
-…Zabiłby go- dokończył gładko- Właśnie. A on i tak jest słaby psychicznie… Mało rozumie… Mało orientuje się w tym co robię… Nie da sobie rady z tym rady. To tylko głupi dzieciak. Który sądzi, że mnie kocha. Wymięknie i w końcu poderżnie sobie żyły, albo powiesi się gdzieś nad malowniczym stawem, żeby stać się interesującym widoczkiem dla niczego nie spodziewających się przechodniów… Nie chcę tego. Niech sobie żyje.
-Nie mogę w to uwierzyć…- sapnąłem niemalże, kręcąc głową- Każdy, ale… Ty? Ty zakochany?
-Zakochany?- powtórzył z donośnym, pogardliwym niemalże prychnięciem- Nie wariuj, Ave. Tacy jak my nie mogą być zakochani. Zakochanie to brednia dla nastolatków takich jak Izaur. Trudno kochać człowieka wiedząc jaki jest naprawdę… Co skrywa się pod jego skórą… Wiedząc gdzie kończy się estetyka, a zaczyna krwawa kupa mięsa… Trudno kochać człowieka wiedząc jak strasznie słaby staje się w obliczu śmierci. Jak strasznie wadliwy. Dlatego miłości nie ma. Jest za trudna. Ludzie z natury eliminują zbyt trudne kwestie. Tak to już po prostu jest. 
-Więc co? Nagle odezwało się w tobie dobre sumienie? Nagle stwierdziłeś, że może jednak warto skupić się na kimś innym?- uniosłem brew w geście politowania i rzuciłem z nieskrywaną drwiną- Nie spodziewałbym się po tobie takiej drastycznej zmiany całej życiowej filozofii… 
-To nie to- mruknął, wzruszywszy ramionami- Nie o to chodzi. To nie żadna życiowa filozofia. To po prostu… Sam nie wiem. Nie jestem tym, w którym odzywa się dobre sumienie. Nie jestem tobą, Ave, nie wyratowałbym tamtego chłopaka, mógłbym go zerżnąć, ale bym go nie uratował, nie miałem powodów… Ale jeśli miałem do wyboru zabicie go, a pozostawienie przy życiu, wybrałem to drugie. Tak z racji jakieś ogólnej, wewnętrznej harmonii. Nie można powyrzynać całego świata. Izaur nie jest głupi, poradzi sobie sam. Dużo rozmawialiśmy… Dasz wiarę? Zazwyczaj mi się to nie zdarza- uśmiechnął się odrobinę przebiegle- Mam inne, lepsze rzeczy do roboty… Ale z nim jakoś daję radę. I jest w porządku. Mógłbym się nawet ustabilizować… Tak sądzę… Gdybym nie był sobą, rzecz jasna…- dodał ponad wszelką wątpliwość- Ale się nie ustabilizuję. I nie dam mu tego czego oczekuje. Więc lepiej będzie jeśli go zostawię. Na pewno sobie poradzi. Jest jeszcze młody, nie zna się na życiu. A nie chcę mieć go na sumieniu. Nie żeby rzeczywiście jakkolwiek mi ono ciążyło, ale…- parsknął cichym śmiechem, zwilżając usta językiem- … Ale w naszym stanie im więcej grzechów tym gorzej… Zbawienie oddala się od nas dużymi krokami, Avers…
Prychnąłem głośno i pokręciłem głową, widząc rozbawienie goszczące na jego twarzy. Zanim zdążyłem się jednak odezwać, na powrót pojawił się przy nim ten chłopak.
-Proszę- rzucił mu ciepło do ucha, podając szklankę.
-Co tak długo, hmm?- Amadeusz przechylił się lekko przez oparcie, by cmoknąć go krótko w usta.
-Angela mnie zatrzymała… Idziemy… No wiesz…- odkaszlnął wyraźnie speszony, posyłając mi krótkie spojrzenie- Na górę?
-Ach, mój niecierpliwy!- ucieszył się wyraźnie Amadeusz, sprawiając, że rumieniec chłopaka pogłębił się jeszcze bardziej- Oczywiście, że idziemy…- dał mu się za rękę wyprowadzić z kanapy i zatrzymał się jeszcze ledwie na chwilę, by na powrót nachylić się do mnie i rzucić cicho:
-Nie martw się, Avers… Jeszcze odpokutujemy. Jak każdy. 
Parsknąłem cichym śmiechem, a on uniósł jedynie kąciki ust i chwycił chłopaka za pas i przerzucił sobie przez ramię, na co ten zareagował głośnym piskiem, by zaraz ruszyć wraz z nim w kierunku sypialni.
Zawsze mnie to dziwiło.
To, jak doskonale potrafił grać. 
Do ostatniej chwili udawać, że wszystko jest w porządku.
A jednak cieszyłem się, że nie jestem na jego miejscu.
Że to nie ja będę musiał widzieć twarz tego chłopaka, kiedy kolejnego dnia dowie się o tym, że go zostawia.
Nie zamierzałem zostawać dłużej. 
Zresztą Amadeusza nie dało się unikać, w końcu spotkanie i tak musiało wyniknąć samoistnie…
Prawda?
Cóż.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ostatni raz, kiedy widzę go żywego.

Amadeusz, jakby nie patrzeć, mimo jego całego nieznośnego sposobu bycia, był mi w pewien sposób bliski. Nie bliski jak przyjaciel czy jak brat. Bliski jak współwinowajca. A wierzcie mi, mało co zjednuje ludzi tak bardzo jak wspólne grzechy. Ale nie pożył długo.
Umarł w wieku dwudziestu dziewięciu lat, pół roku po tamtym wydarzeniu. Zabili go. Nie, nie nasi przeciwnicy. Nie żadna ofiara, która zaczęła się bronić. Jego kochanek. Były kochanek, który zlecił na niego płatnego mordercę. Płatny morderca który ginie z ręki płatnego mordercy… Groteska. Zawsze miał słabość do młodych, naiwnych chłopaczków. I w końcu musiało się to obrócić przeciwko niemu. Pogrzeb był wyjątkowo krótki i cichy. Nic specjalnego. Do trumny złożyliśmy mu jedynie bukiet jego ulubionych, czerwonych róż. O to zresztą kiedyś prosił, w czasie jednej z naszych „szczerych rozmów”. Mówił, że to jego ulubione kwiaty. Że łączą w sobie krew i niewinność. Na krótkiej, ceremonialnej mszy zebrało się ledwie kilka osób. Nikt z tego pokaźnego grona, które przewijało się na jego spotkaniach. Ja. Mefisto. I paru ludzi, których zupełnie nie kojarzyłem.
A Mefisto? Mefisto był zawsze inny. Bardziej spokojny, stonowany, starszy. Wiedział co robi. Teoretycznie. W rzeczywistości miał problemy z alkoholem. I nie żył dobrze z rodzinką. Właściwie jedynie co go interesowało to wszystko czym się otaczał. Przedmioty. Złoty zegarek, który darzył większym uwielbieniem niż żonę i dziecko. Ale też nie zostało mu wiele życia. Zginął niedługo po Amadeuszu, ale jego truchło odnaleźli dopiero po dwóch tygodniach. Do tej pory nikt nie wie kto tak łaskawie się z nim obszedł…
Torturowano go w każdym razie. Prawdopodobnie długo. Widziałem jego zwłoki chwilę przed sekcją, nie był do siebie w ogóle podobny. Jedynie ten przeklęty zegarek upewnił mnie w poczuciu, że to rzeczywiście on. Zresztą czemu się dziwić. Nie miał nawet twarzy. Została zmiażdżona niemalże. Wyłupane oczy. Wgniecione niemalże w czaszkę kości nosa. Niezbyt miły widok. Cały wyglądał jak kupa mięsa. Ofiara rzeźnickiego noża.
Pewnie długie godziny spędził przed swoim oprawcą. Na kolanach. Rozłupane na miazgę wskazywały na to dokładnie. Egzekucja? Być może. Miał niezbyt ciekawą sytuację rodzinną. Był uzależniony od alkoholu. Bił żonę. Bił dziecko. I raczej więcej miał przyjaciół niż wrogów. Każdy mógł to zrobić.
Policja nie szukała winowajcy. Nie interesowała się tym. Nie ma żadnej sprawiedliwości, po wielu latach układów i umów przestawałem wierzyć w jakąkolwiek bezstronność policji. I gówno prawda, że są ludzie, których nie można kupić. Wszystkich można kupić. Trzeba tylko odpowiednio wybrać stawkę… Jeden zgodzi się na współpracę za kilka tysięcy, inny za kilkadziesiąt, a jeszcze innemu wystarczy jedynie gwarancja, że jego rodzinie nie zagraża żadne niebezpieczeństwo… Nie było takiego na którego nie znalazł się sposób. Dlatego nie wtrącali się do naszych spraw, naszych porachunków. Każdy kto był przy naszym szefie miał od razu czystą kartę. Czasami likwidowali po nas ślady. Nie szukali. Nie dochodzili. Zamykali sprawy, albo skazywali kogoś innego. Ale wszystko ma swoje drugie dno. Oni również nie szukali morderców takich jak my. Wszystko mijało cicho i bez większego echa. Poszukiwanie mordercy Mefisto mogłoby oznaczać dla nich wkroczenie na niewygodny grunt. Nie byliśmy jedyną organizacją, która działała w taki sposób. I nie byliśmy jedynymi, którym gwarantowali nietykalność.
A ja nigdy nie żałowałem swoich poczynań…
A wtedy, kiedy zobaczyłem Nathaniela przykutego do tej ściany…
Żałowałem, że nie pozwoliłem jego oprawcy pomęczyć się trochę dłużej.
Cóż to jest kulka w głowę…
Nic.
Nawet nie zdążył się zorientować, że zdycha.
A sam zabijał go przez te cholerne siedem lat każdego dnia.
Nie, nie ma sprawiedliwości.

-Mój panie?- zapytał, schodząc powoli w dół i zatrzymując się na schodach- Wszystko w porządku?
Nie odpowiedziałem.
Nie był w tym momencie dla mnie chłopakiem, którego ledwie tydzień temu widziałem przykutego do ściany.
Nie był chłopakiem, któremu okazałem współczucie.
Któremu okazałem łaskę.
Był obiektem.
Przedmiotem użytkowym.
Z rozchylonymi w wyrazie zdziwienia różowymi wargami i niewinnymi, błękitnymi oczyma.
Jego oczy nie powinny mieć takiego wyrazu. 
Nie po tym wszystkim co przeżył.
Chwyciłem go za ramiona, przycisnąłem do ściany, a następnie całowałem, długo, brutalnie, dopóki jego język niemalże mimowolnie nie zaczął odwzajemniać pieszczoty. A później już tylko zrzuciłem z niego wszystkie ubrania. Wtedy jeszcze jego protesty bywały bardziej stanowcze, ale ja na nie nie zważałem. Pchnąłem go mocno. Zbyt mocno. Upadł na schody i rąbnął w nie głową, tracąc na krótki moment zorientowanie w całej sytuacji.
A ja pieprzyłem go, tam, na schodach, wsłuchany w jego jęki bólu, zamroczony jego zapachem, widokiem jego nagiego ciała, drżącego w spazmatycznych dreszczach…
-Jesteś piękny, Nathaniel…- syknąłem mu chrapliwie do ucha, zupełnie niedopasowanie do całej sytuacji- Taki cholernie piękny…
I doszedłem w jego wnętrzu, wgryzając się jednocześnie w jego wargi, by stłumić jęk rozkoszy.

Zawsze wracałem w takim stanie po swojej „pracy”. Nie do końca potrafiłem to wyjaśnić. Nigdy nie żałowałem, nie miałem wyrzutów sumienia, nie przerażało mnie to, nie wzbudzało skrajnych emocji… Ale wracałem i czułem, jakby coś rozsadzało mnie od środka.
Gniew. Furia. Zupełna furia.
Wtedy po raz pierwszy zobaczył mnie w takim właśnie stanie.
A później było dokładnie tak samo.
Postępowałem z nim zupełnie inaczej niż zwykle. Przy nim stawałem się kimś innym.
Gdy mordowałem cechowała mnie chora wprost precyzja. Gdy pieprzyłem jego, czułem się jak w amoku.
A on z czasem uczył się protestować coraz mniej, nawet jego twarz zupełnie inaczej wyrażała ból i wszystko stało się bardziej puste, zwyczajne, jakby się do tego przyzwyczaił. Jakby wyrobił sobie nawyk reagowania na to co robię.
I nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłby czuć do mnie coś więcej.
Nigdy dopóki…
Dźwięk telefonu przywraca mnie do rzeczywistości.
Rozejrzałem się półświadomie po pokoju, zbyt zamroczony alkoholem, by cokolwiek zrobić. Kolejna butelka wylądowała roztrzaskana obok mnie.
A uporczywy sygnał nie przestawał.
Klnąc na wszystkie wściekłości, czując niemalże jak przeklęty dźwięk wbija mi się w głowę, wstałem i sięgnąłem po słuchawkę, warcząc do niej krótkie:
-Halo?
-Dobry wieczór, Louis…- usłyszałem po drugiej stronie nieco rozbawiony, męski głos- Przeszkadzam?
-Kto mówi?
-Och. Nikt ważny. Na pewno nie znasz mnie z imienia, nie sądzę, żebym był aż tak istotny, ale… Ja znam ciebie. I mam dla ciebie niezwykłą ofertę.
-Co to ma być do kurwy nędzy?- warknąłem z wściekłością, podpierając się o ścianę i zakomunikowałem- Rozłączam się.
-Nie radzę… Avers…- znieruchomiałem niemalże natychmiast. Nikt… Nikt prócz ludzi, którzy ze mną współpracowali… Prócz mojego szefa, Amadeusza, Mefisto… Nie wiedział…- Dużo czasu zajęło mi znalezienie ciebie. Podobno jestem osobą niezrównoważoną, dlatego niezbyt mądrym posunięciem byłoby denerwowanie mnie… Szczególnie, że mam coś, co należy, jak mi się zdaje, do ciebie…
-Słucham…?- otępienie alkoholowe ustąpiło zupełnie nowemu uczuciu. Wypełniającemu od wewnątrz, paraliżującemu niemalże strachowi.
-Zaraz się dowiesz…- ponowne, ciche, rozbawione prychnięcie- No, mały… To Louis. Twój pan dzwoni. Odezwij się do niego…
-Nathaniel?- rzuciłem do słuchawki. Cisza. Nic, prócz mojego własnego, głośno bijącego serca i przerażającego, ogarniającego całe ciało zimna. A później kilkakrotny odgłos głuchego uderzenia… I ponowny, nie mniej rozbawiony głos mężczyzny:
-No proszę… Nawet nie jęknął. Wyraźnie dobrze go wytresowałeś… Widać. Nie obchodziłeś się z nim najlepiej… Nu, nu, nieładnie Louis… Mamusia cię nie uczyła, że nie maltretuje się zwierzątek? Ładne ślady na rękach… Doskonała robota…

1 komentarz:

  1. Wiedziałam, że Nathaniel samoistnie by nie odszedł od swego pana.
    Lecę czytać ostatni rozdział.

    OdpowiedzUsuń