Strony

niedziela, 22 maja 2011

3. Spotkanie [LPoH]

-Gdzie szlajałeś się cały wieczór?! Ja muszę tutaj tkwić z dziećmi! Muszę siedzieć w domu! A ty latasz na piwko z kolegami?!
-Daj już spokój… Nie krzycz, kochanie…
-A co?! Kac cię dręczy?! Micheal, do licha! Patrz na mnie!
Obudziłem się z samego rana. Właściwie nawet nie potrzebowałem budzika. Kłótnie moich sąsiadów zazwyczaj rozpoczynały się mniej więcej o tej samej godzinie… Westchnąłem cicho, zakrywając głowę poduszką, ale to niezbyt pomogło stłumić odgłosy ich kłótni.
Ach, do licha…
W takiej chwili naprawdę cieszyłem się jak mało kto, że nie mam żony.
… Ale nachodziła mnie też myśl, że jak na architekta, wybrałem sobie wyjątkowo kiepskie miejsce do zamieszkania.
Próba zaśnięcia była zupełnie daremna. Podniosłem się z łóżka z cichym westchnieniem, po czym powlokłem się do łazienki. Wziąłem krótki prysznic, a następnie ubrałem się i wyszedłem, zdecydowanie nie czując się jak młody bóg.
Chociaż wiecie… W moim wieku to naprawdę nie powinno nikogo dziwić.
Nie wypiłem wczoraj aż tyle, żeby dawało mi się to wyraźnie we znaki. Powód chyba tkwił w czymś innym. Czułem się tak… Od dłuższego czasu. Wiecie, to to uczucie, kiedy budzicie się rano i już macie świadomość, że to nie będzie najlepszy dzień w waszym życiu. Takie… Ogólne wycieńczenie i brak entuzjazmu do czegokolwiek.
Co by nie mówić moje życie wygląda dość… Typowo.
Wiecie, ktoś w moim wieku ma w gruncie rzeczy niewiele zajęć. Wychodzi do pracy. Po pracy do sklepu. Później siedzi kilka godzin w domu i jeśli, w moim przypadku, ma zlecenie, zajmuje się właśnie tym. A później kładzie się spać.
Naprawdę sądziłem, że jeśli zrobię sobie przerwę od pracy cokolwiek się zmieni.
A zamiast tego rano ruszałem do sklepu, a później miałem masę wolnego czasu, którego jednak nie poświęcałem na zbyt konstruktywne zajęcia. Rezygnacja z pracy w niczym mi właściwie nie pomogła. Dodała jedynie kilka godzin do mojego wolnego czasu, które w innym wypadku poświęciłbym na pracę.
Na dworze było przeraźliwie zimno.
I pomyśleć, że ten chłopak chciał wracać w taki sposób do domu, w nocy…
Andy. Andy po prostu.
Rany boskie. Wcale nie zamierzałem roztrząsać tego po raz kolejny. Wystarczyło mi wczorajsze zastanawianie się przez pół nocy nad tym cholernym spotkaniem… I wąchanie poduszki i pościeli, noszącej jeszcze jego zapach.
Czuję się jak stary dewiant, do licha…
Szesnastoletni chłopak. I ja.
To wręcz brzmi niemoralnie.
Och, zresztą! Czemu ciągle to rozważam?!
To było przypadkowe spotkanie, podobne do wielu poprzednich. Oczywiście podstawową różnicą było to, że tym razem było to spotkanie z chłopakiem. Ale przecież… Przecież nigdy nie wykazywałem jakichś skłonności w stronę mężczyzn… Czemu więc ciągle przychodził mi na myśl?
-Dzień dobry- rzuciłem w kierunku pani Wilcox, mojej sąsiadki.
-A dzień dobry, dzień dobry…- łypnęła na mnie niezbyt przychylnie- Właśnie oczekiwałam, że pana spotkam…
-Tak?- odkaszlnąłem cicho, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
-A i owszem!- potwierdziła, zatrzymując się przy mnie- Świętował pan coś wczoraj…?
-Tak…- potwierdziłem, nieco zbity z tropu- Miałem urodziny…
-Świetnie- bynajmniej nie wyglądała na kogoś, kto zamierzał mi złożyć życzenia- A czy zdaje sobie pan sprawę z konsekwencji nieprzestrzegania podstawowych zasad spółdzielni?
-C… Co?- zapytałem nieco ogłupiały.
-Pijaństwo! Hałasy! Wytaczające się z mieszkania roznegliżowane kobiety i mężczyźni zdecydowanie nie w stanie pierwszej świeżości! Czy uważa pan, że to naprawdę w porządku wobec innych?!
-A… Ale przecież… Nie było ciszy nocnej…- zauważyłem niepewnie.
-Co z tego! Pewne zasady powinny obowiązywać przez cały czas- stwierdziła kategorycznie- Chociaż oczywiście muszę przyznać, że i tak rzadko łamie pan regulamin…- dodała niemalże łaskawie- Co innego ci spod piątki! Albo siódemki! Boże mój drogi… Ci to dopiero… Jako przewodnicząca rady mieszkańców będę musiała o tym napomknąć na wspólnym zebraniu… Mam nadzieję, że uzyskam pańskie poparcie.
-O-Oczywiście- potwierdziłem natychmiast, w rzeczywistości jednak nie mając bladego pojęcia o co chodzi. Moje sąsiedztwo z pewnością nie było najlepszym jakie można sobie wyobrazić, ale jakoś trudno byłoby mi jakkolwiek się przeciwko nim buntować… Z drugiej strony ciężko było mi się buntować także przeciw pani Wilcox… Z pewnością nie należę do zbyt asertywnych ludzi…- Hmm… Muszę iść- rzuciłem w końcu, uśmiechając się nieco wymuszenie.
-Oczywiście- pokiwała głową z wyraźnym zadowoleniem- Do widzenia.
-Do widzenia- odparłem, ruszając pospiesznie w stronę osiedlowego sklepu. Którego, od zmiany właściciela, szczerze nie cierpiałem, ale do najbliższego supermarketu miałem trochę drogi, więc wolałem nie tworzyć niepotrzebnych problemów. Mimo tego, że towarzystwo (zazwyczaj zaopatrzone w piwo lub papierosa) kłębiące się tuż przy wejściu, też jakoś nie napawało mnie ogromnym entuzjazmem do tego miejsca.
-Przepraszam- rzuciłem nieco spłoszony, umykając przed jakimś ogromnym mężczyzną, który zmierzył mnie pełnym politowania spojrzeniem.
Stary pan Brown był raczej sympatycznym człowiekiem i chociaż kiedy pracowałem, rzadko robiłem tutaj zakupy i słabo go znałem, to i tak nie mogłem powiedzieć, żebym go nie lubił. Zawsze wzbudzał we mnie jakieś pozytywne odczucia. Niedawno jednak postanowił zainwestować w coś wreszcie swoje oszczędności i wyprowadził się nad morze, sklep tymczasem zostawiając w rękach swojego wnuka… Który z kolei zdecydowanie nie odziedziczył po swoim przodku pogody ducha.
Nawet na pierwszy rzut oka.
Szczerze mówiąc, nie do końca orientuję się w dzisiejszych subkulturach, ale on wyglądał… Na połączenie punka ze stylem gotyckim.
Był młodym chłopakiem, zawsze ubierającym się w czarne ciuchy, pełne ćwieków i masy tym podobnych rzeczy. Zawsze mocno podmalowanym, zaczesującym włosy w jaskrawozielonego irokeza.
Nie znałem się na tym za bardzo, ale wierzcie mi – naprawdę czułem się człowiekiem tolerancyjnym.
-Dzień dobry…- rzuciłem ostrożnie.
-Dobry…- chłopak przechylił się przez ladę, spoglądając na mnie ze złośliwym niemalże uśmiechem- Podać coś?
-Mh… No tak…- odkaszlnąłem w końcu, karcąc się w duchu za swoją niepewność. Grupka chłopaków stojących nieopodal, zachichotała i zaczęła wymieniać ze sobą szeptem jakieś uwagi. Naprawdę byłem prawie pewien, że mówią o mnie…- Hm… Więc… Może na początek chleb…
Skinął lekko głową, śmiejąc się pod nosem i nabił coś na kasę.
A ja? A ja zastanawiałem się jak idiota, chociaż właściwie praktycznie rzecz biorąc dzień w dzień kupowałem to samo i nie powinienem mieć problemu z wysłowieniem się. Ale miałem. To miejsce naprawdę wywoływało u mnie niepohamowany stres.
-I… Wodę mineralną… Mleko… Dwadzieścia dolarów?
-Podać dwadzieścia dolarów?- powtórzył, unosząc brew w geście politowania.
-Nie, nie… Ale… To chyba jakaś pomyłka- zauważyłem, spoglądając na wybitą na kasie sumę- Przecież to niemożliwe, żeby to kosztowało dwadzieścia dolarów.
-Ale kosztuje- stwierdził kategorycznie chłopak- Nie masz z tym chyba problemu, nie?
Spojrzałem na niego z zupełnym niezrozumieniem, po czym zerknąłem na ceny umieszczone przy poszczególnych towarach i parsknąłem cicho.
-Przecież ceny są zupełnie inne…
-To są ceny ogólne.
-To znaczy?
-To znaczy dla normalnych ludzi- stwierdził, wzruszywszy obojętnie ramionami.
-Obawiam się, że nie rozumiem- wymamrotałem ze zmarszczonymi brwiami.
-Po prostu. Jesteś architektem, dziadek mi mówił. Stać cię.
-Ale przecież…
-Albo płacisz, albo spadasz- uśmiechnął się iście podle- To mój sklep i moje zasady…
Grupka obok wciąż chichotała, ale miałem nieodparte wrażenie, że gdybym rzeczywiście chciał zacząć dyskutować na ten temat, doszłoby do pewnych nieprzyjemności z ich strony…
… Naprawdę, na Boga, zupełnie brak mi asertywności.
-Więc… Więc chyba podziękuję- stwierdziłem w końcu całkowicie nieśmiało- Do widzenia…
Jestem idiotą.
Tak, wiem to, niestety.
Westchnąłem ciężko, ruszając powoli w ulicą.
Chyba naprawdę powinienem zacząć rozważać codzienne wycieczki do supermarketu…
… Skoro i tak nie mam nic lepszego do roboty…

Na szczęście w supermarkecie wszystko kosztowało mnie tyle, ile kosztować powinno, i obyło się bez większych kłopotów.
Wychodząc na ulicę, usłyszałem dźwięk komórki i wyjąłem ją z kieszeni, po czym zerknąłem na wyświetlacz…
… Hugo…
Aż skrzywiłem się mimowolnie i pokręciłem głową z iście potępiającym westchnieniem, po czym odebrałem:
-Słucham…?
-Hej, Mitch…- wcale nie brzmiał równie pogodnie i otwarcie co zwykle. Przez co na chwilę zapomniałem zupełnie o swoich wyrzutach związanych z moim urodzinowym znaleziskiem.
-Cześć… Coś nie tak?- zapytałem wybitnie niepewnie. Z Hugo rzadko rzeczywiście coś było „nie tak”.
-Andrea.
-Andrew?!- wykrzyknąłem niemalże z niedowierzaniem.
-Co?- zapytał z niezrozumieniem- Jaki Andrew, do licha? Andrea!
… Och?
OCH!
Andrea. Andrea, dziewczyna, którą zaprosił wczoraj na moje urodziny i z którą wyszedł. Ale… Ale Hugo i kłopoty z kobietami?!
-No i co z nią?- zapytałem w końcu, czując się nieznacznie zażenowany swoim aż nazbyt oczywistym skojarzeniem.
-Wyszliśmy wczoraj wieczorem… Zaproponowałem jej, żeby wpadła do mnie jeszcze na jednego drinka… Zgodziła się i właściwie wszystko szło doskonale. Normalna pogadanka, zacząłem ją całować, zaproponowałem, żebyśmy przenieśli się do sypialni, a ona nagle… „Wybacz, Hugo, ale chyba źle mnie zrozumiałeś”. Rozumiesz to, Mitch, stary?! Całuje się z nią kilkanaście minut, wewnętrznie już jestem świadom swego cichego zwycięstwa i nagle ona stwierdza, że najwyraźniej wcale jej nie zrozumiałem. No to mówię jej: „Doskonale cię zrozumiałem” i staram się… No… Subtelnie… Pokazać jej co mam na myśli… A ona wyjęła moją rękę spod swojej bluzki…- no tak, Hugo i jego „subtelne” pokazywanie- I stwierdziła, że chyba dużo wypiłem. I że lepiej będzie jak już pójdzie. I że powinniśmy zostać przyjaciółmi. Rozumiesz to, Mitch?!
-Brzmi dramatycznie- stwierdziłem niemalże z politowaniem- Widać w czymś popełniłeś błąd…
-Tak, ale w czym? Hm… Myślisz, że jest lesbijką?
-Nie- stwierdziłem kategorycznie, parsknąwszy cicho- Myślę, że nie do końca spodobała się jej twoja metoda podrywu…
-Szkoda. To byłoby gorące. A tak a propo homoseksualizmu… Jak tam wczorajszy wieczór?
-Zabiję cię!- warknąłem nieco na siłę, przypominając sobie o moim zażenowaniu i głębokiej irytacji wywołanej ową „niespodzianką”- Jak mogłeś w ogóle mi przyprowadzić mi kogoś takiego?
-Och? Nie w twoim typie?
-Hugo, na Boga!- jęknąłem niemalże rozpaczliwie- Prosiłem cię tyle razy, żebyś nie wyskakiwał mi z czymś takim…
-… Więc postanowiłem cię wspaniałomyślnie wysłuchać…
-Hugo, to było… Straszne- stwierdziłem kategorycznie- Nie miałem bladego pojęcia jak się zachować.
-Och, Mitchell, ty to zawsze wszystko komplikujesz… Ściągnąć spodnie i tyle…
-Hugo! Do niczego nie doszło!
-Wiem, wiem- parsknął z rozbawieniem- Znam cię przecież, nie? To miał być tylko taki żarcik urodzinowy. Wiesz, w tym roku postanowiłem wykazać się większą kreatywnością niż zwykle. Ale…
-Co?
-Gdyby ci się podobał, to byś mi powiedział, nie?
Zaczerwieniłem się lekko i odkaszlnąłem spłoszony, po czym odpowiedziałem:
-Nie podoba mi się.
-Wiem. Ale jakby co, to wiesz… Jestem bardzo tolerancyjnym i otwartym człowiekiem…
-Hugo!
-Dobra, dobra. Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz… Na czym to ja…? Ach tak. Więc wracając do Andrei, nie sądzisz, że…
-Przepraszam, Hugo…- rzuciłem niemalże automatycznie- Muszę kończyć. Za chwilę oddzwonię…
Rozłączyłem się, spoglądając przed siebie z autentycznym zdziwieniem. Przy jednym z budynków stał nikt inny, jak Andy. Opierał się o ścianę w mojej kurtce i wydawał się na coś czekać. Nie miałem bladego pojęcia, czy powinienem do niego podejść czy nie, ale ostatecznie ruszyłem w jego kierunku.
-Cześć…- rzuciłem, a on odwrócił się w moją stronę nieco gwałtownie i zaraz uniósł brew w geście zdziwienia.
-Ty…? Śledzisz mnie, czy jak?- parsknął, kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Nie, nie- odparłem szybko, czując się mocno zażenowany- Ja tylko…- przez dłuższą chwilę starałem się wymyślić dla siebie jakieś oczywiste wyjaśnienie, dopóki nie wpadłem na to, że przecież nie muszę niczego wyjaśniać, bo wszystko jest prawdą- Wracam z zakupów…
-Widzę- dodał, wskazując na niesione przeze mnie reklamówki- Fajnie- skwitował ostatecznie.
To chyba był wyraźny sygnał, żeby się pożegnać i sobie iść. A jednak, jak na złość, nie odszedłem. Poruszyłem się nieco niespokojnie w miejscu, nie do końca wiedząc co jeszcze właściwie powinienem powiedzieć.
-Co…?- spojrzał na mnie nieco niepewnie- Oddać ci kurtkę?
-Nie, nie!- znowu zaprzeczyłem, czując się jak zupełny idiota- Po prostu chciałem wiedzieć co hm… U ciebie…
-Co u mnie…- powtórzył, spoglądając na mnie z nieskrywanym niedowierzaniem.
-Taak…
-W porządku…- odparł w końcu, wzruszywszy ramionami- Jak zawsze. Chcesz czegoś ode mnie…?- zapytał mocno podejrzliwie, a ja znowu jedynie zaprzeczyłem jak kretyn. Och, te inteligentne rozmowy!
Boże! Wczoraj po alkoholu wypadłem chyba odrobinę lepiej!
Zaburczało mu w brzuchu. Całkiem donośnie. Odkaszlnął wybitnie zażenowany, czerwieniąc się nieznacznie.
-Głodny?- zapytałem, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Nie- odparł, wzruszywszy ramionami- Czasem tak mam…
-Mhm…- nie brzmiało to wcale szczerze. A ja nie zamierzałem wcale pytać co zrobił i czy w ogóle wydał pieniądze, które wczoraj dostał ode mnie i Hugo. Chyba nie chciałem wiedzieć- Hm… Proszę- wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z jedną z reklamówek.
-Co…?- spojrzał na mnie z osłupieniem- Zwariowałeś?- parsknął z niedowierzaniem, kręcąc głową, wpatrując się we mnie tak, jakby autentycznie tak sądził- Przecież to twoje zakupy!
-Tak, ale… I tak kupiłem zbyt dużo- dodałem w tonie wyjaśnienia- No i… No i… Proszę.
Spoglądał na mnie ze zdziwieniem, ale w końcu… Chwycił reklamówkę, wciąż wyraźnie wahając się, ale jednak.
A to oznaczało jedno.
Chyba naprawdę był głodny.
… Albo po prostu postanowił to ode mnie przyjąć, żebym nie poczuł się jeszcze większym kretynem, ale wątpiłem w jego tak daleko idące dobre intencje.
-Dzięki- rzucił krótko, przestępując z nogi na nogę.
-Nie ma za co… Andy, ja… Hm…
Andy, ja, hmm…
Gdyby z takich słów można sklecić coś inteligentnego i wymownego…
Chłopak zerknął na mnie przelotnie, po czym sięgnął po telefon i rzucił krótkie:
-Sorry, muszę spadać.
I rzeczywiście, chwilę później go nie było.
Ach, wyszło genialnie.
Brawo, Mitch!
Ty krasomówco!
Jęknąłem cicho, niemalże ze zrezygnowaniem, przecierając skronie i ruszyłem powoli do domu.
To zdecydowanie nie był mój najlepszy dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz