Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 3 # [Theodore]

Theodore obudził się z samego rana, odruchowo niemalże nasłuchując ewentualnych odgłosów spoza domu. Cisza. Prócz szumu liści i dmącego, grudniowego wiatru, nie było słychać zupełnie nic. Ani głosu tego przeklętego dzieciaka, ani pokojówki…
Nic.
Cisza.
Spokój.
Idealnie.
Tak jak było tutaj każdego ranka, zanim się pojawił.
… Zanim…
Przymknął powieki, oddychając płytko. Powinien się zająć czymś konstruktywnym, zamiast leżeć tutaj i wspominać…
… Głupoty.
Pokręcił lekko głową, jakby to rzeczywiście mogło mu pomóc w odgonieniu od siebie wszelkich myśli, i podniósł się powoli z łóżka. Wyjął z szafy jakieś ubrania, po czym przeszedł do łazienki. Odkręcił wodę i wszedł pod prysznic.
Jakoś fakt, że tym razem wcale nie było słychać tego bachora, wcale go nie pocieszał. I nie ułatwiał zebrania myśli. Westchnął cicho, przymykając powieki. Miał ochotę gdzieś się wyrwać. Z tego domu. Wyjechać gdzieś, zniknąć na jakiś czas, może na dłużej… Dopóki ten dzieciak…
A może wcale nie chodziło już o niego?
Nie miał pojęcia, o co. Nie czuł się dobrze. Ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę z tego, że nie da rady. Nie wyjedzie. Nie potrafił żyć poza tym domem. Nie był w stanie sobie tego w ogóle wyobrazić. Pasował tutaj! To było jego miejsce, jego dom. Jego całe życie. A ten bachor… W ciągu tych dwóch dni Theodore zdążył wystarczająco upewnić się w tym, że nie ma tu czego szukać. Nie nadawał się. Nie spełniał norm. Brakowało mu jakiejkolwiek stanowczości. Ten dom zawsze był poważny i wyniosły. A przybłęda, który nagle swoją obecnością wszystko niszczył, wcale do niego nie pasował.
Wyszedł spod prysznica i ubrał się niespiesznie. Już po raz kolejny dzień rozpoczął się dla niego poranną migreną. Migreną też zapewne się skończy. Theodore już dawno przestał się łudzić, że cokolwiek może mu skutecznie pomóc.
Zszedł na dół.
-Witaj, Theodore- rzuciła krótko Carmen- Kawa?
-Kawa- potwierdził z cichym westchnieniem, zerkając na stół, na którym spoczywała taca z pieczywem i kubkiem herbaty- A to…?- zapytał, marszcząc brwi.
-Śniadanie panicza- odparła lodowato Carmen, nie poświęcając temu większej uwagi.
-Więc dlaczego go nie zjadł?
-Bo nie przyszedł.
-Trzeba było mu zanieść- mruknął zniecierpliwiony. Na litość boską, czy tylko on w tym domu myślał racjonalnie i nie potrzebował szczegółowych instrukcji, żeby coś zrobić?!- Ma się zwijać z głodu, bo żadna z pokojówek nie jest na tyle inteligentna, żeby na to wpaść?
-Skoro wczoraj pofatygował się sam, dzisiaj też mógł- odparowała Carmen, uśmiechając się kwaśno- Nie mogę przecież przewidzieć jego zachcianek. Musi jasno i klarownie wyrażać swoje zdanie.
Theodore sapnął z poirytowania. Cała sytuacja zaczynała się robić co najmniej drażniąca.
Wziął tacę i ruszył w kierunku wyjścia.
-Theodore!
Z ciężkim westchnieniem odwrócił się w stronę kobiety, spoglądając na nią pytająco.
-Co ty wyrabiasz?- zapytała cicho, wpatrując się w niego z uwagą- Zapomniałeś już…? To zwykły bękart. Skończyły się już dobre czasy tego domu- stwierdziła drżącym głosem- Nie pozwolimy sobą pomiatać byle przybłędzie.
-Och, jasne- zaironizował, przewracając oczyma- A zagłodzenie go na śmierć będzie najlepszą formą protestu.
Nie czekając na kolejne słowa kobiety, wyszedł z kuchni i skierował się na górę. Nie wiedział, czemu to robi. Powinien to zostawić w cholerę, miała rację, skoro przylazł wczoraj, mógł się pojawić też dzisiaj. Niech wyręcza służbę, a co tam! Niech wyręcza wszystkich po kolei, włącznie z nim samym, i da mu po prostu święty spokój!
Ale zwyczajnie nie umiał tego tak zostawić.
Niezależnie od tego, jak starał się o nim myśleć, chłopak kojarzył mu się z nieporadną, wychudzoną, niedokarmioną sierotą. I w dodatku te blizny… Wzdrygnął się lekko na ich wspomnienie. Zastanawiał się, kto mu to zrobił. Najchętniej zapytałby go o to, ale nie zamierzał tego robić. Nie, bo wtedy musiałby się przyznać do tego, że głupi przybłęda jakkolwiek go interesuje, a nie chciał się do tego przyznawać.
Ani przed nim, ani tym bardziej przed samym sobą.
Zatrzymał się przed drzwiami sypialni chłopaka i tradycyjnie, z przyzwyczajenia niemalże zapukał, ale nie czekał wcale na żadną odpowiedź, od razu wszedł do środka.
-Theo!- krzyknął zaskoczony Felix, chowając coś szybko pod kołdrą.
Theodore uniósł brwi.
-Dzień dobry, paniczu- rzucił z politowaniem- Jak miło cię widzieć z samego rana. Przyniosłem ci śniadanie.
-Dziękuję- odparł, odkaszlnąwszy z lekkim zażenowaniem- Dzień dobry, Theo.
… Theodore – syknął niemal sam do siebie w myślach, ale powtarzanie tego na głos i tak dawało niewielki skutek, więc tym razem sobie darował. Chcąc postawić tacę na łóżku, wygładził nieco kołdrę, ale Felix zagarnął ją szybko w swoim kierunku, tak jakby Theodore zamierzał ją zupełnie zedrzeć.
Uniósł brwi.
-Paniczu…?- zapytał, spoglądając na niego uważnie.
-Hm?
-Co tam chowasz?
-Nie, nic, to nic takiego…- odparł prędko- Dziękuję za śniadanie, Theo.
-Jeśli nie wyprostujesz kołdry, nie będę go miał jak położyć.
-Połóż na stoliku.
Theodore prychnął cicho.
Cholerny dzieciak.
Nie mówiąc już ani słowa na ten temat, odłożył tacę na stolik i ruszył w kierunku wyjścia.
-Theo!- dopadło go wołanie chłopaka.
Odwrócił się niespiesznie w jego stronę.
-Jesteś na mnie zły?- zapytał, zagryzając wargę.
… Miał być szczery czy subtelnie skłamać?
-Nie- mruknął krótko.
Cholerna bzdura.
Był na niego wściekły, odkąd pojawił się w jego życiu. Już na samą wzmiankę o nim.
… Przeklęty.
Felix skinął głową, po czym, nieco skruszony, wyciągnął spod kołdry plik odrobinę wymiętych kartek i podsunął je na brzeg łóżka.
Odejdź, cholera…
Tak, powinien teraz zdecydowanie odejść.
Odwrócić się i wyjść bez słowa, jakby zupełnie go to nie obchodziło. Ale nie potrafił.
Jedynym, na co się zdobył, był lekko poirytowany grymas. Podszedł niespiesznie do łóżka, zerkając na kartki.
… Rysunki?
Spojrzał jawnie zaszokowany na pierwszy z nich… Przedstawiający…
-To ja?- mruknął niepewnie, podnosząc kartkę.
-Nie- odparł prędko chłopak.
-Nie?- powtórzył Theodore, posyłając mu pełne politowania spojrzenie- To cudowny zbieg okoliczności, bo wygląda jak ja.
-No… Trochę mi się nudziło- stwierdził rudowłosy, wzruszywszy ramionami.
-Widzę- mruknął Theodore, starając się zachować chłodny ton głosu.
Nie wyszło.
Znowu.
Czemu ten cholerny dzieciak znowu wprowadzał go w taki stan…?
-Nie masz nikogo lepszego do rysowania? Albo raczej nic lepszego do roboty?
-Nie bardzo…- odparł szeptem, kładąc się na łóżku i chwytając za jedną z bułek.
-Mamy bibliotekę. Możesz czytać.
-Nie lubię.
Theodore wykrzywił pogardliwie wargi.
Dlaczego go to nie zdziwiło?
-Więc… Możesz…- zaczął, po czym zamilkł. Szczerze mówiąc, nie miał bladego pojęcia. Jakby się na tym dobrze zastanowić, w tym domu rzeczywiście nie było nic specjalnego do roboty. Och, nic specjalnego do roboty dla tej paniczykowatej sierotki, rzecz jasna. On sam nie miał problemów z nudą- No cóż, paniczu. Uroki mieszkania w takim domu jak ten.
-No…- odparł, westchnąwszy cicho- Tęsknie za moim poprzednim domem.
Theodore’a niemalże zatkało z zaskoczenia.
… Czy on…?
-Mówisz o sierocińcu?
-Tak- potwierdził, skinąwszy głową.
I co? Czy to nie jest jeszcze jeden dowód na to, że ten dzieciak ma nie po kolei w głowie? Jak, u licha, można tęsknić za domem dziecka, znajdując się w takim miejscu, jak to? Będąc świadomym własnej pozycji i bogactwa? No jak, cholera?
-Nie zrozum mnie źle, Theo… Naprawdę mi się tutaj podoba… To znaczy… To jest ładny dom… Trochę przerażający i za duży, ale ładny… No i lubię ciebie i Mirthę, i tak dalej, ale jakoś… Jakoś brakuje mi tego, co było tam.
-A co takiego tam było?- uniósł brew, spoglądając na dzieciaka pytająco.
-Było dużo osób- odparł z lekkim uśmiechem- Miałem zawsze coś do roboty. W dużej grupie, a nawet we dwójkę, nie jest tak łatwo się nudzić. No i w ogóle wszystko tam było jakieś inne… Tam było moje miejsce.
Och. Przybłęda autentycznie trafił w sedno.
Tam właśnie było jego miejsce.
I tam właśnie powinien był zostać.
Tak samo jak miejscem Thodore’a był ten dom.
-Skoro tak uważasz, paniczu…- rzucił sucho, odkładając rysunki na łóżko. Ach, no oczywiście. Przecież w takich kwestiach nie wypada się kłócić, prawda…?
Skierował się do wyjścia, nie pytając już więcej.
Jedyne, z czego zdał sobie sprawę tuż za progiem, to fakt, że znowu boli go głowa.
Nie miał pojęcia, w którym momencie przestał zupełnie zwracać na to uwagę…

Dźwięk dzwoniącego telefonu.
Theodore zmarszczył brwi. Minęło już sporo czasu, odkąd ktoś dzwonił tutaj po raz ostatni.
Cóż, jeszcze do niedawna nie było do kogo. Chociaż, czy ktoś rzeczywiście mógł kontaktować się z tą sierotą?
Theodore szczerze w to wątpił. Podejrzewał raczej, że być może to jeden ze spóźnionych klientów lub współpracowników Grekcha, który jeszcze nie zdążył się dowiedzieć o jego śmierci.
Podniósł słuchawkę.
-Rezydencja pana Grekcha i panicza…- zaczął i nagle umilkł, ponownie czując, jak coś boleśnie zaciska się na jego gardle. To była formułka niemalże wyuczona. Przyswojona, wypracowana na pamięć. Nie zastanawiał się na dobrą sprawę nad tym, co mówi- Słucham?- rzucił w końcu stosunkowo słabo do słuchawki.
-Theodore?- padło pytanie po drugiej stronie- Witaj. Tu Ernest Grekch…
Theodore wydął pogardliwie wargi.
Ach tak… Kochany wujek po tylu latach błogiej niewiedzy postanowił zainteresować się swoim uroczym bratankiem…
-Witam, panie Grekch- mruknął, przełknąwszy jadowitą nutę cisnącą się mimowolnie do jego głosu- Jak zdrowie?
Och, jakby rzeczywiście go to obchodziło. Dla niego mógłby zdechnąć tak jak i jego braciszek, nie miałoby to dla niego żadnego znaczenia…
-Nie najlepiej…- odparł z ciężkim westchnieniem- Ale to nie jest dyskusja na telefon… Chciałbym się zobaczyć z moim bratankiem.
Oooch, jak uroczo.
-Poprosić go do telefonu?- zapytał krótko.
-Zobaczyć się- powtórzył z naciskiem na pierwsze słowo Grekch- Jak najszybciej. Zależy mi na tym. Jutro będę w mieście, chętnie przyjadę. Mam nadzieję, że chłopak nie ma jakichś planów?
-Ma na imię Felix- wycedził przez zęby Theodore, zanim zdążył się opanować.
-Och. Ach tak. Więc czy Felix nie ma na jutro żadnych planów?
-Nic mi o tym nie wiadomo…
-W takim razie proszę, poinformuj go o moim przyjeździe…- odparł mężczyzna- Bardzo chciałbym go poznać… Szczerze mówiąc, przymierzałem się do tego odkąd dowiedziałem się, w którym sierocińcu się znajduje, ale jakoś nie znalazłem w sobie tyle śmiałości… Więc teraz bardzo się cieszę, że mam okazję…
-Po co pan mi to mówi?- zapytał chłodno Theodore. Wiedział, jak może się do kogo zwracać. Już dawno nauczył się, na co może sobie pozwolić, i względem brata jego dawnego pracodawcy nie zmuszał się do jakichś przesadnych uprzejmości- Powinien to pan powiedzieć temu dzieciakowi.
Nawet nie znał jego imienia.
Groteska.
Gdyby chciał go zobaczyć, już dawno by to zrobił. Czego się wstydził? Szesnastoletniego dzieciaka? Niech przyjedzie i jemu wciska podobne bzdury. Theodore naprawdę nie miał ochoty słuchać wynurzeń nawróconego wujaszka.
-Ach… Tak, przepraszam, Theodore…- rzucił nieco chaotycznie mężczyzna- Chciałem po prostu dowiedzieć się, jaki jest…
-Jeśli pan przyjedzie, z pewnością będzie pan wiedział…- stwierdził sucho.
-Tak… Tak właśnie zrobię… Będzie chciał się ze mną widzieć, Theodore?
-Nie wiem- mruknął, chociaż doskonale wiedział, że tak. Głupi dzieciak, na pewno się z tego powodu ucieszy… Ach, jak słodko, nagle odnalazł mu się wujek! Rzeczywiście! Świetnie! Szkoda tylko, że tak późno, ale co tam! Szesnaście lat w błogiej niewiedzy i mniej błogiej nędzy na pewno się na nim nie odbiło, skąd!- Jeśli pan przyjedzie, to z pewnością będzie pan wiedział- skwitował tak samo, jak ledwie chwilę temu.
-W porządku. Będę na kolacji. Przepraszam za kłopot, Theodore.
-Do widzenia, panie Grekch.
Odłożył słuchawkę i parsknął cicho. Świetnie. Teraz wystarczyło już tylko poinformować dzieciaka.
I nie krzywić się zbytnio, widząc jego radość…

-Felix?
Argh, zwrócił się do niego po imieniu, zanim na dobrą sprawę zdążył się zorientować. Skrzywił się nieznacznie, jakby z jego ust mimowolnie wyrwało się właśnie jakieś wyjątkowo obrzydliwe przekleństwo. Nie chciał przekraczać tej granicy, burzyć porządku ich relacji. Stawiać go na równi z tą sierotą…
-Paniczu?- poprawił się zatem i zmarszczył brwi, obserwując poczynania chłopaka. Siedział na łóżku, obcinając nogawki od jakichś dżinsowych spodni.
-Cześć, Theo- rzucił pogodnie, wyrównując brzegi.
-Co ty robisz?- zapytał, zupełnie zbity z tropu.
-Skracam spodnie.
-Skracasz…?- nie no, on naprawdę nie mógł w to uwierzyć. Ten dzieciak miał zupełnie nie po kolei w głowie- Po co?
-No… Czasem jak wyrastam ze spodni, to je skracam…- przyznał, nieco speszony- Ścinam nogawki tak, żeby były krótkie albo półdługie, i wtedy mogę je nosić jeszcze jakiś czas…
Och, jakie to urocze!
Biedna sierotka sobie radzi!
-Dzwonił twój wuj- mruknął Theodore.
-Wuj…?- Felix uniósł brwi- Ach tak…- zreflektował się po chwili, zapewne widząc pełne politowania spojrzenie Theodore’a- O co chodzi?
-Przyjeżdża jutro do miasta. Chciałby się z tobą zobaczyć.
-Ach tak…
… No cóż. To nie był ten nagły wybuch radości, jakiego spodziewał się Theodore. Chłopak wydawał się raczej nieco speszony i zagubiony. Podniósł na niego niepewne spojrzenie tych cholernie zielonych oczu i zaczął:
-Jaki on jest?
Czy mu się zdawało, czy już dzisiaj ktoś zadał mu takie pytanie?
-Nie wiem- odparł szorstko- Przyjedzie jutro, więc się dowiesz.
-No… Tak…- odparł powoli, wiercąc się nieco niecierpliwie. Zerknął na trzymane w dłoniach spodnie i zawahał się wyraźnie, po czym westchnął cicho.
Theodore wpatrywał się w niego z uwagą, po czym…
-Zbieraj się.
-Hm?- rudowłosy spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Jedziemy do sklepu- poinformował go krótko, jakby to on był tutaj tym, który może o takich rzeczach decydować. Dzieciak jednak nie wydawał się tym faktem urażony. Uśmiechnął się lekko, podnosząc się z łóżka.
-Naprawdę?
Theodore sapnął cicho i skinął jedynie głową.
Trzeba temu dzieciakowi pokazać, co się robi, gdy wyrasta się z jakiegoś ubrania…

-Jest w porządku.
-Hm?- Felix oderwał wzrok od szyby samochodu, przenosząc pytające spojrzenie na spoglądającego obojętnie gdzieś w przestrzeń Theodore’a.
-Pytałeś o wuja…- mruknął Theodore- Jest w porządku- powtórzył z cichym westchnieniem. Zerknął przelotnie na chłopaka, dostrzegając na jego twarzy wesoły uśmiech. Ach, do licha. Naprawdę powinien zostawić tą kwestię w spokoju.
Znowu poczuł się nie tak, jak powinien. Nieswojo. Nie rozumiał, czemu rudzielec zawsze doprowadzał go do takiego stanu. Westchnął cicho. Nie odzywał się prawie już do końca drogi i dzieciak chyba to uszanował, bo nie pytał nawet, dokąd jadą… Chociaż właściwie… Pewnie nawet gdyby Theodore rzucił nazwą sklepu, i tak nic by mu to nie dało. Przybłędy nie trafiały do takich miejsc, jak to.
… No chyba, że miały tatusiów milionerów…
Dojechali na miejsce i skierowali się do sklepu. I nie, do licha, to naprawdę nie była litość nad sierotką. Nie, nie.
Theodore przecież nie odczuwał litości, prawda?
Skąd! Zabrał go tutaj, bo przecież jutro odwiedzi go Grekch. Walnie głową w stół, jeśli zobaczy złotego dziedzica w podartych, pociętych spodniach i wymiętej, starej koszulce. Albo, co gorsza, w jakże słodkim podarku od majordomusa… Theodore prychnął cicho na wspomnienie owej sytuacji, wchodząc do wnętrza sklepu.
Pomieszczenie było wyjątkowo eleganckie. Zresztą trudno się dziwić… Przecież Grekch nie pałętał się po lumpeksach, prawda…? Theodore parsknął, wspominając jedną z jego rozmów z dzieciakiem. Grekch może i nie, ale owoc jego lędźwi, jak widać, jak najbardziej. Ach, świat bywa taki przewrotny…
-Rozejrzyj się- rzucił krótko w kierunku chłopaka, nie zajmując się już zbędnymi „paniczu”. Nie odpowiadało mu to i zdecydował, że jeśli nie będzie musiał, nie będzie się tak do niego zwracać. Nie odpowiadało mu również mówienie do niego po imieniu. Wolał do niego mówić bezosobowo. Tak było po prostu bezpiecznie- Zobacz, co ci się spodoba…
Felix skinął raźno głową i mimo tego, że wydawał się być nieco niepewny, ruszył w głąb sklepu. Theodore przeszedł się powoli wzdłuż gabloty z markowymi spinkami od krawatów. Zerknął przelotnie na chłopaka. Dostrzegł tylko, że podchodzi do niego jedna ze ekspedientek. Nie zaprzątał sobie więc tym głowy, pewien, że chłopak sobie poradzi.
Nie minęło jednak nawet dobre pięć minut, a na powrót pojawił się przy nim.
-Theo…?- zaczął cicho, przestępując z nogi na nogę.
-Co się stało?- Theodore przeniósł na niego nieco zniecierpliwione spojrzenie- Znalazłeś sobie coś ciekawego?
-Nie bardzo… Bo…- rudzielec zagryzł wargę- Nie moglibyśmy iść do innego sklepu?
-Nie żartuj, że wszystko już obejrzałeś- żachnął się Theodore- Owszem, to nie twoje wspaniałe lumpeksy, ale jestem pewien, że jeśli się przyjrzysz, to sobie coś znajdziesz. O co chodzi?
-Po prostu… Tamta pani powiedziała, że niczego tu nie znajdę- odparł powoli, a Theodore nagle pożałował swoich poprzednich słów.
… Nie wiedzieć czemu, do licha.
Syknął cicho z poirytowaniem, ale tym razem, o dziwo, to uczucie nie miało nic wspólnego z obecnością chłopaka. Położył dłoń na jego ramieniu i pchnął go lekko do przodu, dostając się wreszcie w okolice sprzedawczyń, które zmierzyły obojga zdziwionym spojrzeniem, nie mówiąc i nie robiąc jednak właściwie nic. Theodore prychnął.
Głupie baby.
Przez kolejne pół godziny Felix wybierał ubrania, które mu się podobały, a Theodore jedynie kiwał głową, nie bardzo rzeczywiście tym zajęty, skupiony raczej na wyłapywaniu to rozbawionych, to oburzonych spojrzeń owych kobiet. Ach, jakże nieprofesjonalnie… Gdyby on mógł sobie pozwolić na ujawnienie swoich szczerych odczuć względem tego dzieciaka… Uśmiechnął się odrobinę paskudnie.
-Theodore, mogę przymierzyć?- Felix spojrzał na niego pytająco, z co najmniej tuzinem przeróżnych ubrań przerzuconych przez ramię, i uśmiechnął się lekko.
-Oczywiście- odparł krótko Theodore, udając, że nie słyszy chichotu, jakim kobiety zareagowały na pytanie chłopaka- Tam- wskazał mu głową przebieralnie, a Felix natychmiast ruszył w tamtym kierunku. Ledwie zniknął za kurtyną, a Theodore usłyszał natrętny głos jednej ze sprzedawczyń.
-Pan wybaczy, jestem pewna, że kochanek- …Hę?!- Opowiedział już o mojej reakcji…
-Kochanek?- powtórzył szorstko- Skąd wniosek, że to mój kochanek?
-Och, to bardzo prosta sprawa- odparła kobieta, uśmiechając się niemalże niczym znawczyni- Pojawia się tutaj wiele osób z takimi… Problemami. Biedniejsze kochanki, kochankowie… Widać od razu, że nie są państwo rodziną…- no dzięki Bogu, chociaż tyle. Chociaż chyba z dwojga złego wolałby być oskarżony o pokrewieństwo niż zły gust- Więc wniosek był oczywisty.
-Ach tak…- odparł z wyraźną drwiną. Cóż za niesamowita dedukcja…
-Tak więc proszę mi wybaczyć mój komentarz, ale mam nadzieję, że pan rozumie. Dbamy o prestiż tego sklepu i nie chciałyśmy bynajmniej sprawiać problemów… Po prostu ludzie ubodzy nie mają tu czego szukać…- czy to było tylko wrażenie Theodore’a, czy ta baba naprawdę była aż tak antypatyczna?
-Och, oczywiście, że rozumiem…- odparł, skinąwszy głową, po czym zaśmiał się cicho- Szkoda tylko, że pani oko znawczyni…- tutaj pozwolił sobie na pełne politowania parsknięcie- ...nie dostrzegło czegoś bardziej istotnego niż to, co powierzchowne. To nie jest mój kochanek. To mój pracodawca- dodał, gdy kobieta już otwierała usta, a na jego kolejne słowa zamarła w bezruchu, przybierając zresztą wyjątkowo zabawną minę- Co prawda przez szesnaście lat wychowywał się w domu dziecka, ale w przeciągu kilku ostatnich miesięcy wywiązała się niemała afera, gdyż okazało się, że jeden z niewątpliwie najbogatszych ludzi tego miasta ma syna… I tym oto sposobem odnalazł się on. I odziedziczył całkiem pokaźną sumkę. Prawdopodobnie tak pokaźną, że chociażby dorabiała pani w najmodniejszym sklepie w mieście po dwanaście godzin dziennie, do usranej śmierci i tak nie dojdzie pani nawet do połowy jego majątku… Więc czy moglibyśmy skończyć dyskusje o moim „kochanku” i jego ubóstwie, a przejść wreszcie do konkretów?
Kobieta wciąż wpatrywała się w niego nieco osłupiała, będąc w stanie jedynie skinąć potakująco głową.
-Świetnie- stwierdził sucho Theodore- W takim razie, czy może mi pani wskazać coś w jego rozmiarze, ale bardziej… Wyjściowego? Niekoniecznie garnitur, ale skłaniałbym się ku białej koszuli i jakichś materiałowych spodniach. Przydałyby się też jakieś buty. Och. I kurtka- dodał, wspominając, w jakim stanie chłopak wyszedł z domu. To chyba cud, że nie nabawił się zapalenia płuc. Może te przechwałki o jego odporności wcale nie były przesadzone?
-Wyjściową?- zapytała niemalże odruchowo kobieta.
-Kurtkę zazwyczaj zakłada się do wyjścia…- rzucił czysto złośliwie, obserwując zdezorientowanie goszczące na jej twarzy.
-Ach tak… Proszę mi wybaczyć… Tak, tak, na pewno coś znajdziemy, proszę tędy…
Theodore był z siebie autentycznie dumny. Uwielbiał doprowadzać ludzi do podobnego stanu, chociażby dla własnej dziwacznej satysfakcji. A poza tym, czy jej się nie należało? Chociażby za tą złośliwość rzuconą w stronę Felixa…
Nie, żeby go bronił.
Bynajmniej.
Nawet do głowy by mu to nie przyszło. A jednak musiał przyznać, że nie do końca podobało mu się to, jak został potraktowany. No cóż. Trzeba wreszcie przeprowadzić zmianę z sierotki w wielkiego pana, czyż nie? Theodore nie był człowiekiem naiwnym i nie miał wątpliwości, że gdy dzieciak rzeczywiście przekona się, ile ma pieniędzy, zniknie ta cała jego słodkawa otoczka uroczej niewinności i pójdzie śladem swojego tatusia. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, czyż nie?
Theodore odsłonił kotarę, a rudzielec spojrzał na niego ukradkiem, uśmiechając się pogodnie.
-Jak wyglądam?- zapytał, prezentując się mu w zupełnie nowych dżinsach i luźnej koszulce.
-Może być- ocenił Theodore, mimowolnie chyba zatrzymując na nim wzrok o kilka chwil dłużej, niżby rzeczywiście chciał.
-Prawda? Ale te ceny… Przerażają mnie… Nigdy w życiu nie miałem niczego, co byłoby tak drogie… No… Właściwie to chyba wszystkie moje rzeczy razem wzięte nie kosztowały aż tyle- przyznał, oglądając się raz jeszcze w lustrze.
-Przyzwyczajaj się- mruknął mężczyzna, wnosząc do przebieralni kurtkę, kilka koszul i jakieś materiałowe spodnie- Uroki bycia dziedzicem milionera.
Felix uśmiechnął się krótko.
-A ty, ile zarabiasz, Theo?
-To w tym momencie jest zależne od ciebie…- wycedził przez zęby, właśnie po raz kolejny zdając sobie sprawę z bardzo irytującego faktu, że rzeczywiście coś go z rudzielcem niestety łączy.
-A ile zarabiałeś do tej pory?
-Nieważne- mruknął odrobinę niechętnie- Ubierz tę koszulę- dodał, podając mu jedną z wybranych przez siebie rzeczy.
Felix skinął głową, szybkim ruchem zdejmując z siebie bluzę i nakładając koszulę. Trochę nieporadnie, zabrał się za zapinanie, ale kiepsko mu to szło. Ciągle pomijał jakiś guzik i zaczynał zapinanie od początku. Fuknął cichutko, wyraźnie nieco zniecierpliwiony.
Theodore prychnął, przewracając oczyma.
Ach, misterna nauka zapinania koszuli…
Odwrócił chłopaka przodem do siebie i sam szybko i zręcznie uporał się z guzikami, po czym zwrócił go z powrotem w stronę lustra.
-I co?- zapytał, sam spoglądając na niego z uwagą.
-Wyglądam dobrze, chyba…- stwierdził nieco niepewnie Felix, rzucając mu pytające spojrzenie.
Wyglądał. I to Theodore musiał tym razem przyznać bez zbytnich oporów. Gdy dzieciak pozbył się tych wyświechtanych spodni i innych, zdecydowanie nie pasujących do jego obecnego statusu rzeczy, i ubrał się w coś nowego, naprawdę nie przypominał już zabiedzonej sieroty.
… Co nie zmieniało faktu, że wciąż miał jej mentalność.
-Jest w porządku- ocenił łaskawie Theodore, nie będąc się w stanie zdobyć na jakieś głębsze komplementy- Kupimy ją. I wszystkie pozostałe też. Przymierz jeszcze spodnie. I kurtkę. A ubrania, które masz w domu, powinieneś po prostu wyrzucić. I tak ci się nie przydadzą.
-Nie chcę…- powiedział z ociąganiem Felix.
-Dlaczego nie?
Theodore odetchnął głęboko w duchu. Jeszcze chwila, a naprawdę nerwy mu puszczą i straci resztki cierpliwości do tego dzieciaka.
-Bo… Bo i tak nie oddam ich nikomu, są raczej w nie najlepszym stanie, a mam do nich sentyment, no i…- wzruszył bezradnie ramionami- Chyba je zatrzymam.
-Jak chcesz, paniczu- stwierdził lodowato- Jeśli naprawdę chcesz sobie zaprzątać głowę takimi głupotami… Ubrania to nie ludzie. Można je dowolnie wyrzucać.
-Tak, ale ludzi też można dowolnie wyrzucać. Stale się to robi. Albo się ich oddaje z miejsca na miejsce, tak jakby byli potrzebni tylko na chwilę. I jakby można było z nich wyrosnąć albo stwierdzić, że są niepotrzebni, tak jak z ubraniami, i przekazać dalej.
-Och tak?- parsknął Theodore- A z którymi ludźmi to się tak postępuje, co? Których ludzi się oddaje? Chyba tylko takie…- zamilkł.
… Takie sierotki z domów dziecka.
Takie jak Felix.
I takie, jaką sam mógłby dzisiaj być.
Znowu poczuł, że rzucił coś zupełnie niewłaściwego i nie na miejscu. I zaraz zrobił się zły na samego siebie, że rzeczywiście myśli o tym, że mógłby w jakiś sposób urazić przybłędę.
Ale Felix nie wyglądał na urażonego. Uśmiechnął się jedynie krótko, chociaż może było to raczej reakcją na zdezorientowanie goszczące na twarzy Theodore’a, i raz jeszcze obejrzał się w lustrze.
-Jest dobrze. Podasz mi tą kurtkę, Theo?

Wrócili do domu półtorej godziny później, z bagażnikiem i siedzeniami pełnymi zakupów. Theodore jeszcze nigdy nie kupił tyle za jednym zamachem. Ale plusem było to, że dzieciak wreszcie będzie miał szafę pełną ubrań, a nie świecącą pustkami. No i… Uśmiechnął się odrobinę złośliwie pod nosem, łykając kilka tabletek przeciwbólowych, co stało się zresztą niemalże jego obrządkiem, wspominając przesadną i wyjątkowo sztuczną (ale jakże satysfakcjonującą!) grzeczność, z jaką żegnały Felixa ekspedientki, życząc mu oczywiście wszystkiego najlepszego i tego, by wstąpił jeszcze do ich sklepu…
Przeklęte zołzy.
Theodore odetchnął głęboko, wsuwając się pod kołdrę. Już czuł, że będzie miał problemy z zaśnięciem. Cholerny ból głowy dawał mu się we znaki. Dodatkowo dochodziły jeszcze inne kwestie utrudniające zasypianie. Za dużo myśli.
Przełknął cicho ślinę, wyłączając lampkę nocną i układając się na poduszce. Nienawidził tego momentu dnia. Tego pomiędzy zakończeniem wszelkich czynności¬ a błogą nieświadomością. Nienawidził ciszy pokoju, w którym się znajdował, nienawidził przerażającej ciemności i myśli, które dopadały go niespodziewanie. Zacisnął mocniej palce na kołdrze, rozglądając się po pomieszczeniu. Kilkakrotnie. Wyśmiał Felixa i jego strach przed duchami, a sam zachowywał się tak, jakby zamierzał któregoś ujrzeć, gdzieś przy oknie, za zasłonką, pod łóżkiem…
Brednie.
Zacisnął powieki, czując jakieś niepokojące uczucie, które wywoływało w nim chęć, by raz jeszcze obejrzeć uważnie każdy kąt pokoju. Ale nie otwierał oczu. Chciał spać, chciał udawać, że wcale się nie boi, i że wszystko jest z nim w jak najlepszym porządku.
-Theo?
Drgnął lekko, uchylając powieki.
Usłyszał ciche skrzypnięcie zamykanych na powrót drzwi i zaraz dostrzegł gdzieś w ciemnościach pomieszczenia Felixa.
Nie odezwał się.
-I tak wiem, że nie śpisz, Theo- padło ciepłe stwierdzenie od strony przybłędy i Theodore zaraz poczuł, jak jego kołdra unosi się nieznacznie i zaraz ładuje się pod nią nikt inny, jak rudzielec, zachowując jednak (jego wielkie szczęście) stosowną odległość.
-Felix- warknął cicho.
Znowu odezwał się do niego po imieniu.
-Hm?
-Spadaj- rzucił beznamiętnie, odwracając się do niego plecami.
Dzieciak zaśmiał się cicho, wyraźnie niezrażony, nie ruszając się z miejsca. Theodore leżał w zupełnym bezruchu przez kolejny kwadrans, po prostu milcząc i udając chyba, że naprawdę stara się zasnąć. Ani udawanie, ani zasypianie nie wychodziło mu jednak dobrze.
-Nie mogę zasnąć- przyznał po dłuższej chwili rudzielec, a Theodore chcąc nie chcąc zwrócił się w końcu w jego stronę.
-Dlaczego?
-Nie wiem. Po prostu nie mogę. Czuję się nieswojo w tamtym pokoju…
Theodore przełknął cicho ślinę.
-To przecież twój pokój- nie, cholera! Nie jego! W najmniejszym nawet stopniu!
-Tak, ale… Nie lubię tam być. Boję się- przyznał Felix, wiercąc się w pościeli, po czym uśmiechnął się krótko do Theodore’a- A dlaczego ty nie możesz spać, Theo? Coś cię boli?
-Głowa…- odparł stosunkowo niechętnie. Nie miał pojęcia, czemu mu o tym mówi- Od pewnego czasu.
-Byłeś u lekarza?
Prychnął cicho.
-Zwykła migrena.
-Boli cię już od kilku dni- zauważył powoli Felix- Chyba nie taka zwykła.
-Mało śpię.
-I dlatego cię boli?
-Tak.
-A dlatego, że cię boli, mało śpisz?
-Aha…- potwierdził z cichym westchnieniem. Tak, to było coś w stylu takiego błędnego koła. Ale przecież nie zaczęło się to tak dawno… Właściwie trwało od…
Syknął cichutko.
Nie miał zamiaru rozmawiać dłużej na ten temat.
-A ty?- mruknął cicho- Skąd te blizny na twoich plecach, co?
Rudzielec uśmiechnął się krótko i wzruszył jedynie ramionami.
-Naprawdę przenoszono cię siedem razy?- kontynuował pytania Theodore. Nie, cholera, wcale nie był ciekawy! Ani trochę! Po prostu chciał się skupić na czymkolwiek innym, czymkolwiek niż ten przeklęty ból głowy. A przybłęda, mimo całej masy wad, które Theodore z miłą chęcią by wymienił (co do jednej!) zazwyczaj sprawiał, że skupiał się tylko i wyłącznie na nim. Nawet jeśli to wiązało się bezpośrednio z chęcią mordu, chłopak naprawdę był go w stanie odciągnąć od najgorszych myśli.
-Tak. Ale to raczej normalne…- odparł ostrożnie, ponownie wysilając się, tym razem na niezbyt przekonujący, uśmiech.
-Normalne?- powtórzył szorstko Theodore- Chyba skoro ktoś decyduje się wziąć dziecko z sierocińca, to na zawsze, a nie na tydzień.
Rany boskie, nawet pięcioletnie dzieci poucza się przecież o konsekwencjach kupienia pieska.
Czy naprawdę dorośli ludzie muszą być tak ograniczeni, żeby nie brać żadnej odpowiedzialności za drugiego człowieka? Za dziecko, które przygarnęli z własnej woli?
-Są różne sytuacje… Nie można wszystkich określić tak samo.
-Och tak. Są różne sytuacje, ale ciebie za każdym razem wywalano- prychnął cicho- Jak można zatem określić te… jakże różne…- rzucił ironicznie- ...sytuacje?
-Kiedy miałem siedem lat…- zaczął powoli chłopak- Adoptował mnie pewien mężczyzna. Ten, o którym ci mówiłem…
-Ach. Pan niedotykalski?
-Tak...- uśmiechnął się łagodnie- Nie pamiętam tego tak dobrze, ale był całkiem w porządku. Miał ładne, duże mieszkanie. I miałem u niego swój pokój. I zawsze rano go nie było, ale wracał po południu i przynosił mi jakieś zabawki i ubrania… Czasami ze mną rozmawiał, ale nie chciał, żebym go przytulał i nigdy sam też tego nie robił. Właściwie w ogóle nie zbliżał się do mnie zbytnio.
-Idiotyzm…- skwitował Theodore z cichym parsknięciem- Wziął sobie dzieciaka, żeby zająć wolny pokój i wydać na niego trochę pieniędzy? Dziwak.
-Nie, nie był dziwny…- powiedział w zamyśleniu- Tylko trochę smutny. Mało się uśmiechał i też często go coś bolało. Nie mówił mi, ale to było widać. Mieszkałem u niego jakieś trzy miesiące…
-Oddał cię?- zapytał z niedowierzaniem Theodore.
-No… Nie miał wyboru… Pewnego dnia nie wrócił z pracy. Sądziłem, że po prostu się spóźni, ale później przyszli po mnie sąsiedzi… Okazało się, że trafił do szpitala. Był w ciężkim stanie, znowu trafiłem do sierocińca, podobno tymczasowo, ale po kilku dniach okazało się, że ma nowotwór… Zrobiła się mega afera, zamieszanie, wszyscy pytali, kto mu mnie przyznał, kto w ogóle dopilnował formalności… Okazało się, że lekarz wystawił mu fałszywe zaświadczenie o stanie zdrowia… Wiedziałem już, że mu mnie nie oddadzą. Ale to w sumie stało się nieistotne, bo zmarł kilka tygodni później.
-Więc po co cię wziął, skoro wiedział, że jest chory? Przecież mógł w ten sposób zrobić ci krzywdę… Zostawił cię bez opieki, to było nierozważne i…- cholera. Theodore nie zamierzał, wcale nie zamierzał współczuć przeklętej sierotce, ale to wychodziło chyba jakoś samo z siebie. Nawet on by czegoś takiego nie zrobił. Nie zrobiłby czegoś ze świadomością, że przez niego ktoś inny może ucierpieć.
… Chyba.
-Hm… Chyba chciał po prostu kogoś mieć…- odparł powoli- Trudno jest umierać samemu.
Theodore przełknął ślinę.
Trudno…?
-A… Drugi raz?- zapytał, nieco zachrypniętym głosem.
-Ponad rok później przygarnęło mnie młode małżeństwo. Chyba nie mogli mieć dzieci, chociaż się o nie starali, no i adoptowali mnie. Przez pierwsze pół roku było naprawdę wspaniale. Nie byli co prawda zbyt bogaci, mieli małe mieszkanie, ale niczego mi nie brakowało. To było naprawdę tak, jakbym miał rodziców…- uśmiechnął się niemalże w geście pobłażania dla samego siebie.
-Więc dlaczego…?- dopytał Theodore. Tym razem wcale nie musiał się specjalnie wysilać. Naprawdę był ciekaw historii Felixa.
-Ona zaszła w ciążę.
-I…?- mężczyzna uniósł brwi.
-No… I doszli do wniosku, że teraz będą mieć własne dziecko… Mówiłem już, że nie byli zbyt bogaci. Stwierdzili, że nie będą w stanie utrzymać i mnie, i jego więc… Więc mnie oddali. Ale w sumie nawet nie byłem wówczas prawnie ich synem… Więc może dlatego wszystko poszło tak łatwo.
Theodore spoglądał na niego niemalże z niedowierzaniem, tak jakby oczekiwał, że chłopak zaraz mu powie, że żartował. Do licha. Przecież… Przecież to nie jest powód do zostawienia dziecka! Było tyle rodzin, które mimo biedy wychowywało kilkoro dzieci, więc dlaczego… Wpatrywał się w chłopaka z autentycznym zaskoczeniem i jednocześnie niemalże mimowolnym… współczuciem?
-Pisali do mnie później jeszcze…- rzucił, parsknąwszy cicho- Przez jakiś czas, kilka miesięcy. Ona napisała mi, że jeśli ich sytuacja jakoś się poprawi, to znowu mnie przygarną. A później nie pisała wcale. Uznałem, że się nie poprawiła.
… Albo, że się po prostu znudził.
Theodore westchnął cicho.
Ludzie bywają tak strasznie głupi…
-A… A dalej?- naprawdę nie był pewien, czy chce słyszeć. Miał wrażenie, że zaczyna współczuć, naprawdę współczuć przybłędzie. I coraz trudniej jest mu myśleć o nim jak o wszelkim złu, które pojawiło się na jego drodze, żeby po prostu wywrócić jego życie do góry nogami i zrobić mu na złość.
-Hmm… Gdy miałem niecałe dziesięć lat, w sierocińcu, w którym się znajdowałem, wybuchł pożar. Nie było nas wtedy w budynku, to był dzień wyjazdu, czegoś w rodzaju wycieczki… Nie wiem nawet dokładnie, co było przyczyną pożaru. Może po prostu któraś z kucharek się nie popisała…- parsknął cichutko- Musieli nas rozesłać do jakichś zastępczych domów, zanim przenieśliby nas do drugiego ośrodka, uporządkowali wszystko… Trafiłem do wielodzietnej rodziny. I to był… I to był chyba najlepszy czas, jaki przeżyłem. Tamta pani miała siódemkę dzieci, niektóre były małe i trzeba było się nimi zajmować, ale było też kilka niewiele młodszych lub starszych ode mnie. Bardzo mi się tam podobało i wcale nie chciałem wyjeżdżać, ale znaleźli dla nas ośrodek w Bright Bell, do którego nas przeniesiono. Zapytałem ją wtedy, czy chciałaby mnie adoptować. Wydawała się mocno zmieszana, nic nie powiedziała, tylko się ze mną pożegnała, obiecując, że będzie do mnie pisać… Ale nigdy nie napisała. Później zastanawiałem się, czy po prostu nie mogła mnie znaleźć. Wyobrażałem sobie nawet, że mnie szukała i chciała adoptować, ale nie znała adresu nowego ośrodka… A gdy podrosłem, stwierdziłem po prostu, że nie chciała mi robić nadziei. Czasem nie ma nic gorszego niż oczekiwać od kogoś pomocy. Szczególnie od kogoś, kto nie może jej udzielić. Nie ma sensu żyć w złudzeniach.
Nie ma? A jeśli to życie w złudzeniach jest rzeczywistą pomocą, ratunkiem? A jeśli to złudzenia są wszystkim, co utrzymuje człowieka przy zdrowych zmysłach? Jeśli Theodore nie chciał rezygnować ze swoich kłamstw i swoich złudzeń i wcale nie potrafił bez nich normalnie żyć?
-Później wszystko działo się już bardzo szybko- kontynuował niespiesznie Felix- Gdy miałem jedenaście lat, adoptowała mnie pewna kobieta… Mieszkała wtedy z jakimś mężczyzną, to chyba on naciskał na nią w sprawie dziecka. Dobrze mnie traktowała i właściwie niczego mi nie brakowało, ale tego faceta ciągle nie było, a ona strasznie za nim płakała. Nie wszystko jeszcze rozumiałem, w pewnym momencie się rozstali. Do niej przeprowadził się ktoś inny, no i chyba nie podchodził do sprawy dziecka tak otwarcie… Oddała mnie z powrotem.
Theodore nie wiedział zupełnie, co czuł.
Czy to już było samo współczucie? Czy zaczynał czuć wściekłość na innych, zupełnie przecież nie znanych mu ludzi, których mógł teraz sobie jedynie wyobrażać?
-Co było dalej?- był pewien, że w końcu musi do tego dotrzeć. Do wątku, który wyjaśniłby blizny na jego plecach. Nie, takie rzeczy zdecydowanie nie były śladem po zabawach z rówieśnikami... To były głębokie blizny. Ślady uderzeń. Na pewno.
-Rok później znowu zostałem adoptowany. Tutaj jednak nie ma co wiele opowiadać… Ta kobieta bardzo szybko zmarła, praktycznie rzecz biorąc niecałe dwa miesiące po wyroku sądu. Trafiłem się jednej z jej krewnych, jakiejś ciotce… Ona mnie przygarnęła. Nie była… zbyt miła.
-Zbyt miła?- powtórzył Theodore, zmarszczywszy brwi.
-Nie chciała mieć dziecka, a ja wpadłem jej w ręce… Nie oddała mnie…
-To jakiś plus, prawda?- parsknął cicho mężczyzna.
Chłopak uśmiechnął się nieco wymuszenie.
-Chyba wolałbym, żeby mnie odesłała. Nie miała zbyt dużo… cierpliwości. A ja zbyt wielkiej ochoty, żeby siedzieć w pokoju i najlepiej nie ruszać się, nie oddychać, nie potrzebować niczego, łącznie z jedzeniem i piciem- zaśmiał się pod nosem.
Theodore przełknął cicho ślinę. Chyba już rozumiał.
-Biła cię…?
-Czasem. Bardziej krzyczała, ale od czasu do czasy nerwy jej puszczały.
-Czym?
-Różnie. Cokolwiek wpadło jej w ręce.
-To ona zrobiła ci te wszystkie szramy…?
Chłopak skinął głową.
Theodore drgnął lekko. Suka. „Nie była zbyt miła” było w tym przypadku niedopowiedzeniem stulecia.
On mógłby pasować do takiego określenia.
On albo i jakaś inna, średnio sympatyczna osoba.
Ale ktoś taki…
Dzieciak miał rację. Lepiej wyszedłby na tym, gdyby wrócił tam, gdzie jego miejsce.
Wtedy…
-No i teraz jestem tutaj- uśmiechnął się lekko- Ale i tak wydaje mi się, że zaraz się okaże, że to jakaś pomyłka, i że mnie znowu odeślą… Kiedy to usłyszałem, w ogóle uznałem to za żart albo nieporozumienie, które po kilku dniach się wyjaśni… Nadal tak uważam.
Theodore wpatrywał się w niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Jeszcze tego ranka, gdyby usłyszał podobną deklarację, zapewne przyznałby się, że myśli dokładnie to samo. Że sam od dawna już oczekiwał wyjaśnienia. Potwierdzenia, że to zwykłe nieporozumienie i tyle, nic więcej. Ale teraz… Nie mógł tak myśleć.
Nie mógł sobie nawet tego wyobrażać.
Po raz pierwszy pomyślał o tym, jak czułby się Felix, odrzucony po raz kolejny. Odesłany, jak zbędna rzecz.
-Nie bądź głupi- prychnął cicho- Gdyby wszystkiego dokładnie nie sprawdzili, nie przysłaliby cię… Szukali cię najlepsi specjaliści w całym kraju, zrobili badania, wszystko jest ustalone. Nie ma mowy, żeby to była pomyłka.
… Niezależnie od tego, jak bardzo by tego chciał.
A może nie do końca?
-I tak się boję, Theo. Bo teraz jestem tutaj i mam ciebie, i nawet jutro przyjedzie mój wuj, żeby się ze mną spotkać, i teraz wszystkim jestem potrzebny, i każdy traktuje mnie dobrze…- … każdy?- Ale co, jeśli okaże się, że to pomyłka? Tu wcale nie chodzi o ten dom, ubrania, pieniądze… O to wszystko… Ale jeśli tak się okaże, to ja już przecież będę nieważny. Dla ciebie i dla wuja, i dla całej reszty… Nawet, jeśli teraz jestem potrzebny.
Theodore milczał.
Nie był, cholera…
Wcale nie był potrzebny… Nie jemu… I wcale nie traktował go dobrze.
-Gdyby mnie odesłali… Odwiedzałbyś mnie czasem, Theo?- zapytał nieśmiało Felix, unosząc się nieznacznie na łokciach.
Theodore parsknął cicho.
-Nie odeślą. Mówiłem ci przecież, że mają stuprocentową pewność. Inaczej by ciebie tu nie było.
-Wiesz, jakie pytanie zadawali przyszłym rodzicom adopcyjnym, Theo?- zapytał chłopak, wciąż wpatrując się w niego badawczo.
-Nie mam pojęcia.
-Pytali, czy są stuprocentowo pewni. Za każdym razem odpowiadali, że tak. Nigdy nie jest się na sto procent pewnym, Theo.
-Chodź tu- mruknął cicho, chwytając lekko chłopaka w pasie i przyciągając go do siebie bliżej. Nie mógł zrobić ani powiedzieć nic innego. Nie potrafił mu w żaden sposób udowodnić tego, że teraz (niestety…?) znalazł swoje prawdziwe miejsce. I że Theodore, niezależnie, jak bardzo by tego chciał, nie zmieni tego faktu. O ile w ogóle jeszcze chciał…
Poczuł, jak chłopak obejmuje go mocno wokół szyi, wtulając się w niego.
Zrobiło mu się dziwnie ciepło. Zupełnie inaczej niż zwykle. I serce też biło jakoś inaczej… Szybciej, ale jednocześnie, bez owego chaosu, było w tym coś na kształt spokoju.
Cisza i ciemność pokoju przestały przerażać.
Chyba już zapomniał, jak to jest…
Ze świadomością, że ktoś po prostu jest.
Tuż obok.
I nic złego nie może się stać.

2 komentarze:

  1. Anonimowy11:08 PM

    Kocham cię.
    To opowiadanie jest po prostu wspaniałe, normalnie... nie wiem czy mam płakać, czy się śmiać. Postawię na rozczulający uśmiech.
    Mogłabym Theodora czytać całymi dniami i nocami, i tak w kółko aż do "Usranej Śmierci".
    Felix jest taki uroczy...
    Pozdrawiam Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  2. kocham ten klimat: lokaj i jego panicz - panicz i jego lokaj XD chyba zostało mi z Every me :3


    to opowiadanie jest świetne, takie normalne, prawdziwe... jeden rozdział, a potrafi wycisnąć łzy, a także wymalować uśmiech :3

    OdpowiedzUsuń