Strony

niedziela, 22 maja 2011

§ 3 § [YFM]

Absalom uchylił powieki i podniósł się powoli z łóżka, kierowany niezrozumiałym przeczuciem. Ledwie udało mu się stanąć na nogach, a poczuł w sobie jakiś dziwny, nieodgadniony strach. Miał wrażenie, że słyszy z oddali głosy, krzyki i nawoływania ludzi... Nie miał pojęcia, co się dzieje.
-Mortalis...?- szepnął cichutko, wpatrując się w stojące przed nim łóżko. Leżący na nim mężczyzna nawet się nie poruszył- Mortalis?- powtórzył raz jeszcze Absalom, zupełnie nie rozumiejąc braku reakcji swojego opiekuna. Przecież zawsze wstawał. Zawsze wszystko słyszał. Zawsze reagował...
Chłopak poruszył się niespokojnie. Głosy zdawały się pobrzmiewać coraz głośniej, ale on sam nie potrafił zrozumieć z nich ani słowa, jakby ci wszyscy ludzie krzyczeli coś w zupełnie innym języku. Jedno jednak rozumiał doskonale. Strach. Strach, który wyczuwał w ich głosie i który paraliżował go tak bardzo, że nie był w stanie zrobić ani kroku. Raz jeszcze rzucił chaotyczne spojrzenie w kierunku Mortalisa.
Dlaczego się nie ruszał...?
Nie wiedział, jak długo stał w tym miejscu, starając się przezwyciężyć własny lęk. W pewnym momencie, po prostu przełamał się i nacisnął klamkę, a następnie wyszedł na zewnątrz i...
I znalazł się w zupełnie innym pomieszczeniu. Rozejrzał się zbłąkanym wzrokiem dookoła. Początkowo wszystko było zamazane. Dopiero po chwili dostrzegł szkarłatne płomienie, które pochłaniały fragment za fragmentem niewielkiego, dziecięcego pokoiku. Cofnął się pod ścianę, zupełnie przerażony. Powinien poprosić o pomoc. Powinien kogoś zawołać.
Ale kogo...?
Już nawet nie pamiętał.
Nie wiedział, co robić. Z trudem łapał powietrze. Wydawało mu się, że zaraz upadnie. Cały pokój zdawał się wirować mu przed oczyma, ale mimo tego szaleństwa, on wiedział wszystko nadzwyczaj  dokładnie. Ruszył powoli do przodu. Ogień zdawał się sam wyznaczać mu drogę, pozostawiając wolnym ledwie wąski przesmyk, wiodący do schodów. Chłopak dotarł do nich i oparł się z trudem o poręcz oddychając płytko, po czym ruszył na dół. Kogo miał szukać...? Kogo tak niecierpliwie wypatrywał wzrokiem, skoro nawet nie potrafił sobie przypomnieć jego imienia...?
Zszedł na parter.
Ogień.
Wszędzie ogień.
Widział leżące w kącie, płonące zwłoki człowieka, niemal całkowicie strawione przez ogień. Rozejrzał się dookoła. Co się tu właściwie działo...?
Krzyki stawały się wyraźniejsze.
Tak, teraz Absalom zdawał się rozumieć każde słowo. Słyszał wołania o pomoc i pełne przerażenia błagania o litość... Osłupiał zupełnie.
Głośny trzask wyrwał go z owego paraliżu.
Podniósł wzrok i aż zamarł z przerażenia.
Sufit załamał się nad nim gwałtownie.
Zapanowała ciemność.
Absalom krzyknął donośnie i z owym krzykiem przebudził się.
Rozejrzał się dookoła z przerażeniem. Dobrą chwilę zajęło mu zrozumienie tego, że to był tylko sen, a on znowu jest w swoim maleńkim domku. Przez kilka minut trząsł się jeszcze i oddychał płytko, starając się uspokoić. Koszmary senne dręczyły go bardzo często. Śniły mu się różne rzeczy. Złe rzeczy. Bardzo często ogień i spalone, zwęglone, zmasakrowane ciała, ale zdarzało się też, że nagle pojawiał się w jakimś całkowicie irracjonalnym, absurdalnym świecie, w którym nic nie było takie jak trzeba. Wtedy stawał twarzą w twarz z jakimś potworem. Zawsze wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że to sen, ale i tak nie był w stanie powstrzymać ogarniającego go lęku.
Absalom sam już nie wiedział, skąd owe nocne mary.
Czy to coraz wyraźniejsze wspomnienia z tamtej nocy, powracały do niego w ten właśnie sposób...? Czy może raczej jego wyobraźnia podsuwała mu tak drastyczne obrazy?
Chłopak zakrył się szczelniej kołdrą i odetchnął głębiej, uspokajając się nieco. Odruchowo spojrzał na łóżko Mortalisa. Mężczyzna był odwrócony do niego plecami i nie poruszał się ani o milimetr, ale Absalom i tak wiedział, że ten nie śpi. Mortalis, być może ze względu na swoją profesję, być może ze względu na inne doświadczenia, o których nigdy nie mówił, był człowiekiem wyjątkowo wyczulonym na wszelkiego rodzaju dźwięki. Absalom czasem miał wrażenie, że zbudziłby go głośniejszy szelest dobiegający z okolic domu. Mężczyzna nie spał ani w czasie burzy, ani gdy wiał mocny wiatr i padał deszcz. Zawsze wtedy zamykał się w pokoiku obok i zajmował się swoimi sprawami.
Gdy Absalom był jeszcze dzieckiem, bardzo często po swoich nocnych koszmarach przybiegał do łóżka mężczyzny i wtulał się w niego mocno. Mortalis już wtedy nie spał. Nie obejmował go ani nie uspokajał. Pozwalał mu się po prostu do siebie przytulać, nie mówiąc najczęściej ani słowa. Później, gdy chłopak podrósł, podobne zachowania przychodziły mu z coraz większą trudnością, stawały się zbyt wstydliwe i stopniowo przestawał sobie na nie pozwalać. Nie rozumiał wówczas, dlaczego Mortalis się nie odzywa, udaje, że nie słyszy jego pełnych przerażenia reakcji. Nie potrafił tego pojąć. Tak często potrzebował jego dobrego słowa, uścisku, nawet najzwyczajniejszego stwierdzenia, że wszystko jest w porządku... Ale mężczyzna mu tego nie dawał. Absalom nie miał pojęcia dlaczego.
Dopiero którejś nocy, gdy pierwszy raz był świadkiem tego, jak zły sen dręczył Mortalisa, zrozumiał. Wpatrywał się w niego, widział, jak miota się w pościeli, jak mamrocze coś przez sen, jak krzyczy z bólu i... Milczał.
Nie powiedział ani słowa.
Nie podszedł do niego.
Nie zrobił zupełnie niczego.
Nie dlatego, że nie chciał. W pierwszym odruchu zamierzał do niego podbiec, jakoś to przerwać, ulżyć mu w cierpieniu... Ale wiedział, że mężczyzna by tego nie chciał. Nie lubił okazywać słabości. Czułby się źle ze świadomością, że Absalom widział go w takim stanie. Nie chciałby o tym rozmawiać i prawdopodobnie na jakiś czas stałby się jeszcze bardziej milczący i zamknięty w sobie.
Dlatego obowiązywała ich owa niepisana umowa.
Umowa, że żadne z nich nie reagowało w takich sytuacjach.
Udawali, że nie widzą, że nie słyszą, że nie zdają sobie sprawy...
Nigdy o tym nie rozmawiali.
Obaj mieli przeszłość, która nawiedzała ich w snach i obaj przeżyli w swoim życiu coś, co diametralnie je zmieniło. Z tym, że Mortalis doskonale zdawał sobie sprawę z przeszłości Absaloma, a Absalom o jego przeszłości nie wiedział zupełnie nic. Mieszkali ze sobą już tyle czasu, a mimo to nigdy nie usłyszał od niego nawet słowa na temat jego dawnego życia. Nie wiedział gdzie się wychował, kim byli jego rodzice, co doprowadziło go do tego miejsca i sprawiło, że stał się tym, kim się stał... Początkowo wydawało mu się, że może mężczyźnie śnią się jego własne zbrodnie i dręczą go wyrzuty sumienia, ale szybko odszedł od tej myśli. Nie wydawała mu się ona specjalnie prawdopodobna. Ktoś, kto ma wyrzuty sumienia nie powinien dalej zabijać. A już na pewno nie wtedy, gdy nie ma takiej konieczności. A przecież Mortalis miał dom, miał pieniądze, miał właściwie wszystko, co mogłoby umożliwić mu rozpoczęcie normalnego życia a mimo to dalej zajmował się tym samym. Nie mogło więc chodzić o poczucie winy. Mężczyzna miał po prostu swoją tajemnicę, a Absalom czuł, że nigdy tak naprawdę nie dowie się, co nim dotąd kierowało.
… Może nawet nie będzie miał okazji się dowiedzieć.
Chłopak zagryzł nerwowo wargę. Znowu powróciła do niego natrętna myśl o tym, że Mortalis może go już tutaj nie chcieć. W dodatku coraz bardziej paliła go świadomość tego, że już jutro mężczyzna wyrusza. A on obiecał sobie przecież, że powie mu przed kolejną wyprawą. Ale jak miał to ubrać w słowa...? Jak w ogóle miał zacząć ten temat, skoro tak strasznie bał się, że usłyszy od niego to, czego się obawia...? Co wtedy zrobi? Gdzie się podzieje? Pójdzie do Edalisa? Ale co dalej? Zostanie w tym okropnym mieście? Sam...? Czy Mortalis będzie chciał go jeszcze widywać? Czy będzie mógł go odwiedzać, chociaż raz na jakiś czas...?
Absalom poczuł, że łzy spływają po jego policzkach. Zacisnął wargi, starając się powstrzymać od płaczu, ale te wszystkie myśli zupełnie go przygniatały. Starał się pocieszyć, że przecież nikt go stąd nie wygnał, ale miał wrażenie, że Mortalis wolałby zostać sam. Po co mu ktoś taki jak on...? Chłopak aż parsknął gorzko w duchu. Niczego nie potrafił. W niczym mu nie pomagał. Niczego mu nie ułatwiał. Zdawał się być tylko ciężarem. Wiecznie miał do niego pretensje o to co robi i czym się zajmuje... Troszczył się o niego. A przecież mężczyzna niejednokrotnie dał mu odczuć, że owej troski nie potrzebuje. Kto wie...? Może nawet była ona dla niego uciążliwa...? Fakt, że musiał się ograniczać, że musiał co jakiś czas wracać, że był zasypywany pytaniami, na które wcale nie chciał odpowiadać...? Absalom był kompletnie załamany. Analizował raz po raz przeróżne sytuacje i cały czas dochodził do wniosku, że jego przeczucia są słuszne. Przypominał sobie ostatnie zachowania Mortalisa, jego milczenie, większą niż zazwyczaj ponurość i to, jak dziwnie reagował na jego obecność... Nawet ich wczorajsza rozmowa... To pytanie Mortalisa o to, czy chłopakowi jest tutaj dobrze...
Może oczekiwał innej odpowiedzi...? Może byłoby mu łatwiej, gdyby Absalom zaprzeczył...?
Dosyć!
Chłopak skarcił się w myślach z poirytowaniem. Ileż mógł o tym myśleć, na litość boską?! Ile tygodni już go to dręczyło?! Nie był się w stanie od tego uwolnić ani o tym zapomnieć, więc zostało mu jedno – po prostu zapytać. Wreszcie. Może nie będzie to łatwe i ewentualna odpowiedź może się okazać zbyt trudna do zniesienia, ale przynajmniej będzie wiedział. Lepsze to, niż życie z wątpliwościami i ciągłymi wyrzutami sumienia.
Zapyta go.
Na pewno.

Absalom siedział naprzeciwko Mortalisa, mnąc nerwowo w dłoniach kromkę chleba.
Nie zapytał. A przynajmniej jeszcze nie.
I tak właśnie wyglądało ich dzisiejsze śniadanie. Chłopak raz po raz, to czuł wściekłość na samego siebie i zarzekał się w myślach, że zaraz zacznie temat, to znów chciało mu się płakać i poddawał się natychmiast. Absalom ugryzł kęs chleba i żuł go przez dobre kilka minut, długo nie będąc w stanie go połknąć. Miał zupełnie zaciśnięte gardło. Jego dłonie trzęsły się lekko i wydawało mu się, że z tego wszystkiego zaraz wybuchnie i wykrzyczy swoje wątpliwości, ale chyba nic nie było w stanie go do tego skłonić.
Lęk, że Mortalis mógłby potwierdzić jego wszystkie obawy, okazał się zbyt silny.
Absalom co jakiś czas spoglądał na mężczyznę, nieśmiało i niepewnie, jakby już zamierzał zacząć mówić, jednak ilekroć ten owo spojrzenie oddawał, natychmiast odwracał wzrok i kompletnie nie wiedział, jak się zachować. Chyba nawet Mortalis wyczuł, że coś było bardzo nie w porządku. Rzadko kiedy wspólne posiłki mijały im w tak paraliżującej, całkowitej ciszy. Mężczyzna rzadko cokolwiek mówił, ale najczęściej to Absalom miał dużo do powiedzenia.
Teraz jednak nie miał ochoty na prowadzenie swoich zwyczajowych monologów i opowieści.
Nie miał ochoty zupełnie na nic.
-Absa...?- Mortalis wpatrywał się w niego z uwagą. Już sam fakt, że odezwał się pierwszy oznaczał, że prawdopodobnie coś w zachowaniu Absaloma bardzo go niepokoiło- O co chodzi?
-O nic- spłoszył się natychmiast chłopak, spuszczając wzrok.
-Chodzi o moją wyprawę...?
-Nie, naprawdę nic się nie dzieje- zapewnił raz jeszcze Absalom, zaczesując nerwowo pasemko włosów za ucho. A może...? Sam już nie wiedział. Może gdyby mężczyzna miał zamiar zostać na dłużej, nie czułby się aż tak zmartwiony i przygnębiony tym wszystkim...?
Mortalis milczał. Raz jeszcze posłał Absalomowi badawcze spojrzenie, nie odzywając się już jednak ani słowem. Chłopak odłożył nadgryzioną kromkę chleba na talerz i czekał. Pierwszy raz czas przy Mortalisie zdawał mu się tak niemiłosiernie dłużyć. Absalom po prostu czekał na moment, aż będzie mógł w końcu odejść od stołu, bez zbędnych pytań i podejrzeń. Nie zamierzał wychodzić w środku posiłku niczym obrażona pannica. Bądź, co bądź, Mortalis nie zrobił mu niczego złego.
… To przecież nie jego wina, że go nie chce...
O, Stwórco, znowu to samo! Dlaczego kompletnie nie był w stanie pozbyć się z głowy tej uciążliwej myśli?!
Zdawało mu się, że wieki minęły, nim Mortalis skończył jeść i podniósł się z miejsca. Absalom zerwał się z miejsca, jakby tylko na to czekał. Uprzątnął wszystko szybko, bez zbędnych rozmów, a następnie niemal natychmiast wyszedł na zewnątrz. Przysiadł na trawie, tuż obok domu i odetchnął głęboko. Ich mały domek, który do tej pory zdawał mu się być miejscem wyjątkowo przytulnym, teraz nagle okazał się być dla niego zbyt ciasny. Dla niego i dla Mortalisa. Z tego wszystkiego nie mógł już patrzeć na mężczyznę. Wydawało mu się, że jeżeli zostanie z nim jeszcze chwilę sam na sam, po prostu zaleje się łzami i udowodni jeszcze dobitniej, jak strasznie mało jest wytrzymały.
A przecież przeprowadzka to nie koniec świata, prawda...?
Koniec. Dla niego koniec. Opuszczenie tego miejsca nie śniło mu się nawet w najgorszych koszmarach. A przede wszystkim, opuszczenie Mortalisa...
O, Stwórco, jak bardzo tego nie chciał!
Jak bardzo pragnął z nim tutaj zostać!
Powiedzieć mu to, błagać o to, by mężczyzna go nie wyrzucał!
Ale czuł przy tym zbyt wielki wstyd. Ciężko mu było opowiadać o własnych emocjach i przeżyciach. Czuł się dziwnie za każdym razem, gdy to robił, bo przecież Mortalis nigdy nie odwzajemniał mu się tym samym. Może w ogóle sobie tego nie życzył...?
Świetnie. Kolejna rzecz, którą robił nie tak.
-Absa...?- Mortalis wyjrzał zza drzwi wejściowych i spojrzał na chłopaka uważnie- Co się dzieje? Dlaczego nie wejdziesz do środka?
-Gorąco mi- wyjaśnił Absalom, uśmiechając się nieco blado- A poza tym... Muszę coś przemyśleć.
-Nie możesz myśleć w domu...?
-Wolałbym tutaj- odparł cicho chłopak, spuszczając pełen zawstydzenia wzrok, po czym dodał ledwie słyszalnie- Sam.
-Rozumiem...- odpowiedział jedynie Mortalis, znikając z powrotem we wnętrzu budynku.
Absalom westchnął ciężko, wpatrując się w niebo.
O, Stwórco...
Musi mu dzisiaj powiedzieć.
Musi.
Bo inaczej przez kolejne tygodnie albo nawet miesiące, będzie się zmagał z tym samym...

Cisza.
Okropna, ciążąca, nieprzerwana cisza, która doprowadzała Absaloma do szaleństwa.
Chłopak westchnął głęboko. Usiadł na brzegu łóżka i zaczął wodzić smętnie wzrokiem po ścianach. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca ani żadnego zajęcia, które odwodziłoby go od nieprzyjemnych myśli. Wszystko się w nim kumulowało. Nie chodziło już tylko o jego wątpliwości. Dopadł go smutek związany z jutrzejszą wyprawą Mortalisa. Nie miał pojęcia dlaczego. Przecież zdążył się już do tego przyzwyczaić. Owszem, zawsze było mu przykro, gdy mężczyzna odchodził, ale teraz było jakoś inaczej. Ciężej. Tak długo go nie było, a już znowu wyruszał... Absalom nawet nie zdążył się nacieszyć jego towarzystwem.
Wszystko było nie tak.
Mortalis wszedł do sypialni, zamykając za sobą drzwi od swojej pracowni. Absalom już wcześniej zdążył zauważyć, że ten bardziej niż zwykle stara się z nim nawiązać jakiś kontakt. Zupełnie tak, jakby chciał go sprowokować do rozmowy. Nie zamykał się na tak długo jak wcześniej i cały czas zaglądał do chłopaka pod byle pretekstem, szukając czegoś, to znów coś odnosząc. Nie zdarzało mu się to wcześniej.
Teraz było tak samo.
-Nie przeczytałeś jeszcze swojej drugiej książki...?- zapytał mężczyzna, rozglądając się jednocześnie dookoła, jakby rzeczywiście starał się coś odnaleźć.
-Nie- szepnął w odpowiedzi chłopak.
-Dlaczego?
-Przeczytam, gdy wyjedziesz.
-Możesz przecież przeczytać jeszcze raz.
-To już nie będzie to samo...
-Rozumiem.
Absalom nie wytrzymał.
Podniósł się prędko z miejsca i ruszył w stronę drzwi czując, że nie uda mu się dłużej opanować emocji, które wzbierały w nim za każdym razem, gdy go widział... W tym jednak momencie Mortalis chwycił go mocno za ramię, zatrzymując przy sobie.
Chłopak spojrzał na niego z kompletnym osłupieniem, zapominając na chwilę jak się oddycha.
-Co...?- bąknął jedynie.
-Chcesz mi coś powiedzieć?- Mortalis patrzył mu prosto w oczy, a Absalom nie mógł znieść tego spojrzenia. Spuścił wzrok. Nigdy jeszcze nie ukrywał niczego równie ważnego przed Mortalisem. I nigdy jeszcze nie bał się tak mocno tego, co może od niego usłyszeć.
-Nie- szepnął więc jedynie, całkowicie świadom tego, że po raz kolejny stchórzył. Przegrał z własnymi obawami, z własnym strachem. Wybrał dalsze wątpliwości i godziny rozmyślań zamiast krótkiej, nawet najbardziej brutalnej prawdy. Nie było go na nią stać. Wyplątał się z uścisku mężczyzny i otworzył drzwi.
-Absa...
Zatrzymał się jeszcze w progu, po czym spojrzał na Mortalisa pytająco.
-Dobrze wiesz, że nie lubię zbyt dużo mówić...- stwierdził cicho mężczyzna, wciąż nie spuszczając z niego tego uważnego spojrzenia- Nie każ mi się dopytywać. Przecież widzę, że coś jest nie w porządku. Po prostu powiedz.
Absalom zagryzł nerwowo wargę.
W pierwszym odruchu zamierzał się odwrócić i wyjść, po raz kolejny najzwyczajniej w świecie uciec od problemu, ale... Nie zrobił tego. Nie był w stanie. Czuł, że jeżeli nie powie tego teraz, to nie zrobi tego już nigdy. Milczał jeszcze przez chwilę, wiercąc się w miejscu, jakby kompletnie nie wiedział, od czego zacząć, ale w końcu wziął głęboki oddech i...
-Nie chcesz mnie już...?- pisnął tak cicho, że sam ledwie usłyszał, co powiedział.
Nic dziwnego, że Mortalis wpatrywał się w niego ze zmarszczonymi brwiami, zupełnie tak jakby nie rozumiał, o co mu chodzi.
Absalom odkaszlnął i zaczął raz jeszcze, starając się brzmieć bardziej spokojnie:
-Chcesz mnie stąd wyrzucić...?- nie wyszło. Jego głos pobrzmiewał wilgocią, a w gardle utkwiła mu jakaś dziwna kula, która sprawiła, że mimo chęci nie wycisnął z siebie już ani słowa wyjaśnienia.
-Wyrzucić...?- powtórzył jak echo Mortalis, wyraźnie lekko zdumiony- To przecież twój dom... Nikt nie może cię stąd wyrzucić, dlaczego miałbym...
-Wiem, wiem!- przerwał mu chaotycznie chłopak, wchodząc z powrotem do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi. Zagryzł nerwowo wargi i raz jeszcze odetchnął płytko, po czym zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. Mortalis śledził każdy jego krok, wpatrując się w niego w ciszy, jakby czekał na kolejne słowa. Minęło kilka minut, nim uspokoił się trochę i był w stanie choć odrobinę uporządkować myśli, po czym zaczął raz jeszcze- Przepraszam... Źle to ująłem... Chodziło mi o to, że... Chcesz, żebym się wyprowadził?- i znowu cały spokój szlag trafił.
-Co takiego...?- mężczyzna wciąż wpatrywał się w niego z brakiem zrozumienia, jakby nie miał pojęcia, o co mu chodzi- Chcesz się stąd wyprowadzić...?
-Nie!- jęknął głucho chłopak, kręcąc gwałtownie głową- Nie chcę, to znaczy... Nie, ale...- sam już nie wiedział, co mówić. Język mu się plątał i kompletnie nie wiedział, jak z tego wszystkiego wybrnąć- Nie chcę, ale... Ale ty możesz chcieć... Tak mi się wydaje- dodał cichutko.
-Ja...?- powtórzył Mortalis- Dlaczego miałbym...
-Nie, proszę- przerwał mu raz jeszcze Absalom, nie będąc w stanie czekać na dalsze wyjaśnienia- Jeżeli... Jeżeli chcesz mnie stąd wyrzucić... Jeżeli chcesz mnie stąd wyrzucić, to po prostu mi powiedz- stwierdził w końcu, podchodząc do Mortalisa i wpatrując się w niego z dziwną determinacją, chociaż za pełnym pozornej pewności spojrzeniem kryły się już łzy- Tak albo nie. To wszystko.
-Absa...
-Tak albo nie.
-Absa, do licha ciężkiego, o czym ty w ogóle mówisz...?
Chłopak zagryzł niepewnie wargę i spuścił wzrok. Czuł, że zaraz się rozpłacze, a nie chciał tego. Nie chciał okazywać słabości ani pokazywać tego, jak bardzo cała sytuacja go rusza. Jeżeli Mortalis zobaczy jego łzy, na pewno chociażby ze względu na to, każe mu przy sobie zostać. A chłopak nie zamierzał go w ten sposób szantażować. Na pewno nie.
-Absa...?- powtórzył raz jeszcze mężczyzna, tym razem bardziej stanowczo- O co chodzi? Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym cię chcieć wyrzucić...?
-A kto by nie chciał...?- parsknął jedynie w odpowiedzi chłopak, a w jego głosie czaiła się nutka goryczy.
-O czym ty mówisz...?
-Widzę, co się dzieje- stwierdził cicho Absalom- Widzę, że mnie unikasz, że nie spędzasz ze mną czasu tak jak wcześniej, że cię denerwuję... Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie wychowywanie kogoś takiego jak ja nie przyszło ci z łatwością... I że może chciałbyś mieć wreszcie spokój, zająć się sobą, przestać troszczyć się o mnie... Rozumiem to- o tak, rozumiał doskonale. Co wcale nie znaczyło, że owa świadomość była dla niego łatwa- Więc... Więc, jeżeli nie chcesz... A zresztą... Och, Stwórco...- chłopak odetchnął płytko, kompletnie rozbity. Oczekiwał na jakąś odpowiedź Mortalisa, ale ten jak na złość milczał, a on nie był w stanie znieść tej ciszy- Wiem, że kompletnie do niczego ci się nie przydaję, ale jeżeli jest coś, co mógłbym zmienić...
-Jak to się nie przydajesz?- przerwał mu mężczyzna- Przecież dbasz o wszystko i...
-... sprzątam...- parsknął Absalom, przewracając oczyma i z trudem powstrzymując drżenie warg- I robię zakupy. I od czasu do czasu zajmuję się posiłkami. Tak, wiem. Nie ma co, ciężka robota...- stwierdził z drwiną.
W porównaniu z tym, co robił Mortalis, to nie miał najmniejszego znaczenia.
-To co robisz jest ważne. Zajmujesz się domem, gdy mnie nie ma. Mogę wszystko zostawić pod twoją opieką i wiem, że będzie bezpieczne.
-Gdy mnie nie było też sobie jakoś radziłeś- odparł chłopak, odwracając wzrok.
-Bzdura- przerwał mu Mortalis, aż nazbyt ostro, a Absalom posłał mu pełne zaskoczenia spojrzenie- Gdy ciebie nie było, nie miałem domu.
-Miałeś, przecież...
-Nie. Bo nie było nikogo, kto by na mnie czekał.
Absalom zamrugał ze zdumieniem, podnosząc wzrok na twarz mężczyzny. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jego słów. W tym momencie poczuł w sobie coś na kształt szczęścia. Szczęścia, które już po chwili przerodziło się w euforyczną radość.
Radość z tego, że mężczyzna wcale nie chce by odchodzić.
Radość z tego, że nadal go potrzebuje.
Radość, która eksplodowała w końcu płaczem, który chłopak tłumił w sobie od tak dawna.
Przechylił się lekko do przodu i oparł głowę o klatkę piersiową mężczyzny, łkając wciąż cichutko i jednocześnie uśmiechając się z tego wszystkiego do samego siebie.
Mortalis stał przed nim chwilę bez ruchu, po czym westchnął głęboko i rzucił ciche:
-Coś ty sobie znowu ubzdurał w tej twojej głowie, Absa...
-Sądziłem... Sądziłem, że wolisz, żebym stąd odszedł- wycisnął z siebie chłopak, zaciskając dłonie na jego koszuli- Wydawało mi się, że tak będzie dla ciebie lepiej... Że wolałbyś zostać sam... I że chciałbyś, żebym pracował gdzieś w mieście...
-W mieście?- zdumiał się Mortalis- Przecież ty nie cierpisz miasta.
-Wiem, ale... Ale Edalis mówił, że...
-Edalis nie jest dobrym wzorem do naśladowania- przerwał mu mężczyzna.
-Ty też podobno nie jesteś- zauważył chłopak.
-To prawda... Niestety, masz takiego pecha, że otaczają cię sami głupcy...
Absalom parsknął cichutko i odsunął się nieco, ocierając ślady łez z policzków i uśmiechając się delikatnie. Głupiec! Co za głupiec z niego! Teraz aż sam nie mógł uwierzyć w to, że takie niedorzeczności przyszły mu do głowy! Mortalis go chciał! Co prawda zachowywał się ostatnio jakoś inaczej, ale pewnie miał po prostu gorszy nastrój, a on sobie coś ubzdurał i...
Ach, co za ulga w niego wstąpiła! Tak wielka, że miał ochotę krzyczeć i śpiewać z radości, rzucić się na szyję mężczyźnie i wtulić w niego tak mocno, jak tylko mógł...
Ale nie mógł wcale.
Nie był już dzieckiem.
-Przestraszyłeś mnie, Absa- przyznał w końcu mężczyzna, zatrzymując się na chwilę przy drzwiach prowadzących do swojej pracowni.
-Ja...?- zdumiał się chłopak, spoglądając na niego pytająco.
-Po tym twoim wstępie sądziłem, że sam zamierzasz odejść. Wydawało mi się to mało prawdopodobne, ale powiedziałeś to w taki sposób...
-Przecież dobrze wiesz, że bym nie odszedł- stwierdził stanowczo Absalom- Nienawidzę tego miasta, a to miejsce...
… Kocham?
-Wiem- przerwał mu cicho Mortalis. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym zaczął wreszcie- Ostatnimi czasy mam wrażenie, że nie czujesz się tutaj najlepiej... Może to tylko moje wyobrażenie, ale mimo wszystko... Ach, poza tym- mężczyzna machnął jedynie dłonią i mruknął cicho- I tak przyjdzie czas, kiedy będziesz musiał odejść.
-D... Dlaczego?!- wydukał Absalom, kompletnie osłupiały.
-Bo to naturalna kolej rzeczy- stwierdził bez większych emocji mężczyzna- Młodzi dorastają i opuszczają miejsce swojego zamieszkania. Sam zobaczysz.
-Ale dlaczego miałbym stąd odchodzić?- nie rozumiał wciąż chłopak.
Nie było takiej możliwości! W ogóle sobie tego nie wyobrażał! Owszem, gdy był trochę młodszy towarzyszyły mu różne wyobrażenia na temat tego, co będzie robił w przyszłości i raczej nie wyobrażał sobie siebie jako pomocy domowej Mortalisa, ale i tak zawsze wierzył w to, że mężczyzna będzie przy nim. Nigdy nie brał pod uwagę żadnej innej opcji. Teraz też nie zamierzał. Choćby do końca życia miał pomagać swojemu opiekunowi – nie przeszkadzało mu to.
-No nie wiem... Żeby poślubić jakąś zacną mieszczankę...?
-Co?!- obruszył się Absalom, mimo tego iż wyczuł w głosie mężczyzny coś na kształt ironii- Nie chcę żony!- stwierdził z lekką niechęcią- Po co miałbym poślubić jakąś kobietę?
-Dla dzieci.
-Dzieci też nie chcę!
-Och, Absa...- westchnął ciężko mężczyzna i pokręcił głową- Dorośniesz i zmienisz zdanie.
-Przecież powiedziałeś, że już dorosłem- zauważył chłopak, wpatrując się w niego podejrzliwie. Czyżby on też zamierzał, idąc śladem Edalisa, pchać go w ramiona jakiejś dziewczyny...? Ale właściwie po co? Przecież gdyby miała tutaj jeszcze mieszkać jakaś dziewucha, to dopiero zrobiłoby się ciasno!
No i nie mieliby tak dużo czasu dla siebie.
To nie byłby opłacalny interes.
-Widać jeszcze nie tak bardzo- uciął mężczyzna z cieniem rozbawienia, jednak jego twarz pozostała równie nieruchoma i obojętna jak zawsze. Przeszedł do pomieszczenia obok i zamknął za sobą drzwi, co było jasnym sygnałem, że uważa rozmowę za zakończoną. Często tak robił. Najwyraźniej uznawał, że skoro w tak krótkim czasie powiedział tak dużo, to dla równowagi przez następne kilka godzin musi pomilczeć.
Absalom uśmiechnął się do siebie leciutko, zagryzając figlarnie wargę. Poczuł w sobie taką lekkość, jakiej nie czuł już dawno. Miał wrażenie, że zaraz zacznie latać ze szczęścia. Uporządkował szybko pokoik, a następnie wyszedł na zewnątrz, cały w skowronkach. Potrzebował chłodu wieczornego powietrza, by odzyskać choć odrobinę trzeźwości umysłu.
I tak jak się spodziewał, euforia powoli mijała.
A wraz z nią umykało owe poczucie lekkości i szczęścia.
Uświadomił sobie, że jutro mężczyzna wyrusza.
I że pewnie minie dużo czasu, nim zobaczy go po raz kolejny.
Dlaczego tęsknota ostatnimi czasy stawała się nie do zniesienia...?
Spojrzał w rozgwieżdżone niebo, zagryzając nerwowo wargę.
Czytał kiedyś o ludziach, którzy z gwiazd potrafili wyczytać przyszłość. I on chciałby mieć taką umiejętność i wiedzieć już teraz, w tym właśnie momencie, mieć pewność, że zostanie z Mortalisem. Na zawsze. A przynajmniej na tak długo, jak tylko się da.
Korony okolicznych drzew ugięły się pod mocniejszym podmuchem wiatru.
Absalom westchnął głęboko.
Radość została zastąpiona przez zupełnie inne, trudne do zniesienia uczucie.
Niepokój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz