Strony

niedziela, 22 maja 2011

` 4 ` [AFY]

-Cześć- rzuciłem cicho, przechodząc do przedpokoju i opierając się o framugę. 
Moi rodzice byli już gotowi do wyjazdu, ich bagaże spoczywały przy drzwiach. Gdybym nie wyszedł, prawdopodobnie pojechaliby bez pożegnania. Zresztą nawet teraz żadne z nich mi nie odpowiedziało. Matka odwróciła się na chwilę, udając, że szuka czegoś w torbie, a ojciec jedynie spojrzał na mnie i wykrzywił wargi w pełnym pogardy grymasie. Ostatnimi czasy reagował na mnie tylko w ten sposób. Ignorował i udawał, że nie słyszy albo rzucał jakieś krótkie uwagi, nawet nie kierując ich bezpośrednio do mnie.
-Już wyjeżdżacie?- zapytałem, jakbym nie widział. Po prostu chciałem, żeby się do mnie odezwał, żeby to wszystko się wreszcie skończyło. Żeby było tak jak dawniej. Żeby przestali traktować mnie jak trędowatego i zaczęli ze mną normalnie rozmawiać albo przynajmniej nie odwracali wzroku, gdy tylko pojawiałem się w pobliżu. 
-Jak widać- uciął chłodno mój ojciec. Chwycił za jedną z toreb, a następnie zwrócił się do mojego brata, stojącego w drzwiach swojego pokoju- Pilnuj wszystkiego… Nie chciałbym wrócić i zastać swojego mieszkania w ruinie. A on… On niech chodzi do szkoły i nie sprowadza tutaj nikogo pod naszą nieobecność…- prychnął cicho, ponownie krzywiąc się tak, jakby mówił o czymś wyjątkowo obrzydliwym. Nie miałem wątpliwości kogo ma na myśli. Już od dawna mówił o mnie w taki sposób, jakbym wcale nie stał obok- Niech sobie wyrabia co chce, ale nie pod moim nosem. 
-Jeremy! Daj już spokój…- matka spojrzała na niego niemal błagalnie, a on jedynie wzruszył ramionami, a następnie chwycił za swój zawieszony na szyi krzyżyk i ucałował go krótko. 
Zawsze tak robił. Przed każdym wyjściem z domu, przed każdym wyjazdem… Sam nie wiedziałem właściwie dlaczego. Może uważał, że przynosi mu to szczęście, że go chroni…
Kenny nawet nie zareagował na słowa ojca. Stał po prostu wpatrując się w nich zupełnie niewzruszony. Wyglądał tak, jakby wcale nie obchodziło go to, co się dzieje. Czyli dokładnie tak jak zawsze. 
-Do zobaczenia- rzuciła jeszcze nasza matka, a ojciec jedynie mruknął coś niewyraźnie pod nosem. Coś, co z pewnością nie było żadnym pożegnaniem.
A później wyszli.
Kenny natychmiast chwycił za telefon i wybrał czyjś numer, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Nie ruszyłem się z miejsca i po prostu wpatrywałem się w niego, nie do końca wiedząc, co zrobić i jak się zachować… Bardzo rzadko zostawaliśmy ze sobą w domu, a nawet jeżeli, on i tak wychodził i nie było go całymi dniami.
Teraz chyba miało być inaczej.
-Halo?- mruknął do słuchawki, a następnie uśmiechnął się szeroko- Tak, wszystko gra… Mam wolne mieszkanie przez kilka dni, starzy właśnie pojechali… Wpadniesz pod wieczór z chłopakami?
Chwilę później skończył rozmowę i odwrócił się do mnie, po czym zmierzył mnie krzywym spojrzeniem.
-Co się gapisz?- warknął z poirytowaniem, marszcząc gniewnie brwi- Zamierzasz nakapować mamusi…?
-Nie- odparłem natychmiast. Nie chciałem wdawać się z nim w żadne spory, szczególnie pod nieobecność rodziców. Nigdy nie czułem się w jego towarzystwie zbyt pewnie i bezpiecznie.
-I dobrze- skwitował krótko, z cichym prychnięciem- Więc znajdź sobie jakieś zajęcie i nie plącz mi się pod nogami. 
W milczeniu obserwowałem jak znika w swoim pokoju.
Nie lubił mnie.
Może nawet nienawidził.
Odkąd pamiętam, chyba nawet od zawsze.
Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że przez dłuższy czas cieszyłem się dużo większymi względami rodziców niż on i to właśnie budziło jego niechęć. 
Jak to możliwe, że wystarczy zaledwie chwila, jedno zdarzenie, by wszystko diametralnie się zmieniło…?

Uchyliłem powieki, a następnie rozejrzałem się wokoło z cichym westchnieniem. Wystarczył mi zaledwie moment, sekunda, by zorientować się, że to nie mój dom, nie moje mieszkanie. Że nie jestem w swoim łóżku, że to nie mój pokój i że tak naprawdę nic nie jest w porządku. Jeszcze dzień, dwa temu, gdy się budziłem, leżałem przez dłuższą chwilę, starając się sobie przypomnieć, co tak właściwie robię w tym miejscu. Potrzebowałem czasu, żeby sobie uświadomić, gdzie się tak naprawdę znajduję. Do jakiego piekła trafiłem…
Najwyraźniej stopniowo się przyzwyczajałem…
Odetchnąłem głębiej i przewróciłem się na bok, zakopując w kołdrze.
Znowu miałem ten sen.
Sen, będący jednocześnie wspomnieniem.
Ostatnim wspomnieniem moich rodziców.
Tamtego dnia widziałem ich ostatni raz.
I nie mogłem się nawet spodziewać, że tak właśnie będzie.
Cały czas miałem wrażenie, że nie powiedziałem im wszystkiego.
Że nie zachowałem się jak należy.
Nie spełniłem ich wszystkich oczekiwań…
Często mi się to śniło. Często odtwarzałem to raz jeszcze, na nowo, w swojej wyobraźni, zastanawiając się nad tym, co właściwie mogłem zrobić. Co powiedzieć. Jak się zachować…
Ale chyba w takich chwilach człowiek zawsze okazuje się zbyt bezsilny i nieświadomy, by zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele za chwilę straci. Jak wiele się zmieni. Tylko w tamtym momencie nie mogłem nawet przypuszczać, jak poważne będą to zmiany. Nie mogłem podejrzewać, że to wszystko tak się ułoży. Że trafię tutaj.
Wiedziałem, że powinienem wstać, ale zrobiłem to z ogromnym trudem. Czułem się zmęczony, wyczerpany i niesamowicie głodny. Najchętniej wróciłbym do łóżka i z powrotem wtulił się w pościel, a później zasnął na długo, może nawet na zawsze…
Ale nie mogłem.
Więc wstałem.
A następnie ruszyłem chwiejnym krokiem do łazienki i wszedłem pod prysznic. Zmysłem z siebie ślady wczorajszego zbliżenia, przywołując na krótką chwilę wspomnienie Red i tego, co się wydarzyło.
Sądziłem, że może będzie mi to w stanie dodać chociaż odrobiny otuchy, poprawi mi nastrój, dokładnie tak jak wczoraj. Ale nie pomogło. Wprost przeciwnie. Dopadło mnie jedynie uczucie zniechęcenia, swoistej apatii.
Wyszedłem z kabiny i przebrałem się szybko w jakieś ciuchy. Właściwie nie interesowało mnie to, co na siebie włożę. Te wczorajsze odrzuciłem na kupkę przy drzwiach. Już zdążyłem się zorientować, że pod moją nieobecność ktoś zmienia tu pościel, zabiera brudne ubrania i uzupełnia zapas prezerwatyw w szafce oraz wszystkie niezbędne środki czystości.
Stanąłem przed lustrem, widząc w odbiciu swoją bladą twarz, podkrążone oczy…
Zastanawiałem się.
Zastanawiałem się, czy tak już będzie codziennie.
Czy każdego dnia będę budził się w ten sam sposób, przechodził do łazienki i przygotowywał się do wyjścia niczym mechaniczna kukła, a następnie schodził na dół, na salę, jedynie po to, by się czegoś napić.
Znowu dopadło mnie poczucie kompletnej beznadziei. Czułem się osowiały i zwyczajnie przemęczony tym wszystkim. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym spędzić tutaj jakiś dłuższy czas. Już teraz nie miałem sił udawać, że wszystko ze mną w porządku i wszystko mi odpowiada, a gdy zastanawiałem się nad tym, jak długo był tutaj Keisy czy Fenicio… Przerażało mnie to.
Nie wytrzymam.
Nie dam rady.
Miałem ochotę stąd wyjść, sprowokować kogoś, by wreszcie zdarzyło się coś konkretnego.
By wreszcie ktoś zrobił to, czym mnie straszono.
By wreszcie cokolwiek się zmieniło…
Wróciłem do sypialni i wyjąłem z szuflady batona, którego zostawiłem sobie tamtego dnia. Ułamałem kawałek i zjadłem go z wielkim trudem. Byłem niesamowicie głodny, a jednocześnie miałem dziwne problemy z przełknięciem czegokolwiek. Jedzenie z trudem przeszło mi przez zaschnięte gardło. Nie zaspokoiło to jednak mojego apetytu, tak, jak oczekiwałem, a wprost przeciwnie, poczułem się jeszcze bardziej głodny i spragniony, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, ile czasu już nie jadłem.
Schowałem resztkę batona z powrotem do szuflady.
Bo wiedziałem, że dzisiaj nic się nie zmieni.
Że mimo wczorajszej rozmowy z Red – nie zrobię tego.
Byłem przekonany, że nie dam rady.
Niemal zmusiłem się do tego, by wyjść z pokoju. Kręciło mi się w głowie i czułem się naprawdę fatalnie, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem konkretnie dlaczego. Przez głód, pragnienie, zmęczenie…? A może po prostu czułem się tak wewnętrznie źle, że to zaczęło przekładać się na moje fizyczne odczucia…?
Zszedłem na dół i wszedłem do sali, a następnie skierowałem się do baru. Minęło mnie kilku mężczyzn, gawędzących ze sobą wesoło, plotkujących o czymś…
Znowu poczułem się tak, jakbym tkwił w centrum jednego, wielkiego, groteskowego absurdu.
Nie zdziwił mnie widok Fenicia przy barze.
Chyba naprawdę siedział tam codziennie.
Chyba naprawdę wszystko tutaj wyglądało jednakowo, każdego dnia dokładnie tak samo.
Usiadłem na miejscu obok niego i natychmiast spuściłem wzrok. Za barem stał Thomas. Miałem dziwne poczucie, że jeżeli na niego spojrzę, sprowokuję go do rozmowy, a tego nie chciałem.
-Thomas, nie bądź skurwielem- warknął Fenicio, podrygując nerwowo na krześle. Na mnie nie zwrócił najmniejszej uwagi, jakby nawet nie zauważył, że pojawiłem się obok- Daj tą pieprzoną zapalniczkę!
Dopiero wówczas dostrzegłem, że trzymał w dłoniach paczkę papierosów, mnąc ją odrobinę nerwowo.
-Nie mam- uciął krótko mężczyzna.
Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mi się przygląda, ale nadal nie odwzajemniałem owego spojrzenia. Bałem się tego, co mógłby mi powiedzieć. Bałem się nawet jego pełnego politowania wzroku, który już widziałem oczyma wyobraźni.
-Nie rób ze mnie kretyna, co chwila biegasz na fajkę!- zirytował się Fenicio, łupnąwszy dłońmi w ladę z taką siłą, że aż podskoczyłem z przerażenia- Nie wytrzymam i zaraz zjem te papierosy, zamiast ich spalić, jeżeli nie dostanę tego cholernego ognia!
Thomas spojrzał na niego wyraźnie zniecierpliwiony, po czym westchnął ciężko i sięgnął do kieszeni marynarki, a następnie wyjął z niej zapalniczkę i podał Fenicio. Ten odetchnął głęboko z ulgą, natychmiast chowając ją do kieszeni. Ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie zaczął palić, a jedynie otworzył paczkę i przycisnął ją do nosa, jakby rozkoszował się samym zapachem.
-Och, na litość boską…- Thomas skrzywił się odrobinę niechętnie, wyciągając spod lady popielniczkę i przysuwając ją w kierunku mężczyzny- Masz i nie nasyf… I tak wiecznie cuchnie tu dymem.
-Pachnie- poprawił go Fenicio z iście rozmarzonym uśmiechem- Pachnie dymem…
-Przepraszam… Mógłbym prosić o wodę?- zapytałem nieśmiało, spoglądając ukradkiem na Thomasa. Bałem się, że mi odmówi, ale mężczyzna jedynie posłał mi uważne spojrzenie i po prostu nalał mi szklankę wody, nie mówiąc zupełnie nic.
-Wychodzę- poinformował Fenicia- Jakby ktoś mnie szukał…
-… Jesteś na fajce… Wiem, wiem…- parsknął cicho, a następnie odłożył paczkę papierosów na ladę, wciąż jednak trzymając na niej dłoń, jakby ktoś miał mu ją zaraz wyrwać, aż w końcu zwrócił się do mnie- Co tam, Cissy?
-Nic- odpowiedziałem mechanicznie, wypijając całą szklankę duszkiem. Najchętniej poprosiłbym o jeszcze, ale Thomasa już nie było, a ja i tak strasznie się bałem. Ponownie przeniosłem wzrok na papierosy- Skąd…?
Wolałem pokierować rozmowę na jakieś bezpieczne tematy.
-Od klienta, rzecz jasna- odparł Fenicio takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie.
-Nie dają wam ich tutaj…?
-Ta, czasem dają…- prychnął Fenicio, wyraźnie niezadowolony, po czym warknął głośno- Łaskawcy!- jakby miał go usłyszeć ktoś inny, chociaż nikogo przy nas nie było- Czasem paczkę na miesiąc, czasem dwie, trzy… Czasem wcale. Zależy od tego, jak się sprawdzasz, ale nie myśl sobie, że komukolwiek tutaj to wystarcza. Zanim tutaj trafiłem, paliłem paczkę dziennie, teraz musiałem trochę ograniczyć, ale i tak nie marnuję okazji na to, by wywalczyć coś ekstra… Mógłbym jarać cały czas- wyznał z głębokim westchnieniem- Gdzie ten cholerny Bello…?
Zanim zdążyłem zapytać o cokolwiek więcej, jego zguba nadeszła i już po chwili brunet usiadł na krześle obok Fenicia, wyraźnie niewyspany.
-Masz…?- rzucił niecierpliwie Fenicio, wpatrując się w niego z uwagą, a Bello jedynie wymamrotał coś mało przytonie i sięgnął do kieszeni, po czym również wyjął z niej paczkę papierosów i przesunął ją w kierunku Fenicia, a ten oddał mu swoją.
Spoglądałem na tę wymianę z zupełnym niezrozumieniem, nie mając pojęcia, co się tak właściwie dzieje.
-Ach… Miętowe- Fenicio znowu westchnął głęboko z błogim uśmiechem, zapalając długiego, wąskiego papierosa i natychmiast zaciągając się mocno- Cudowne… Absolutnie doskonałe… Ten twój nowy to żyła złota, trzymaj go przy sobie… Teraz naprawdę mogę już zdychać…
Bello wyciągnął mu z dłoni zapalniczkę i również zapalił. Nie miałem pojęcia o papierosach, nigdy nie paliłem, w przeciwieństwie do mojego brata. W każdym razie papieros, którego palił Bello był inny, krótszy i szerszy.
-Co się gapisz, Cissy…?- Fenicio jak zwykle zupełnie wybił mnie z równowagi, wpatrując się we mnie z rozbawieniem- To symbioza.
-Symbioza…?- powtórzyłem bez zrozumienia.
-Symbioza- potwierdził mężczyzna, skinąwszy lekko głową, wciąż uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem. Chyba nigdy nie widziałem Fenicia tak uradowanego- Jeśli ja mam coś, czego potrzebuje on, a on ma coś, czego potrzebuję ja, to dochodzi do sympatycznej wymiany. On umożliwia życie mnie, ja umożliwiam życie jemu i jakoś się kręci. Na tym to polega. Wszyscy tutaj tak funkcjonują.
Wszyscy.
Zawsze.
Normalnie.
Te słowa, w tym miejscu, za każdym razem budziły we mnie wstręt i niepokój. Nie potrafiłem ich przyswoić do świadomości. Nie potrafiłem uznać za prawdziwe.
-Klienci dają wam papierosy… w zamian za seks?- dopytałem, nie do końca pewien, czy dobrze rozumiem na czym to wszystko polega.
-Nie rób ze mnie taniej dziwki, Cissy…- mruknął Fenicio z udawaną urazą, po raz kolejny zaciągając się mocno- Nie bzykałbym się przecież za paczkę fajek ani działkę… No… Dobra, za działkę może i owszem- skwitował, parsknąwszy z rozbawieniem- W każdym razie, jeżeli chodzi o mnie, to tylko premia. No wiesz, dodatek, nagroda za dobre sprawowanie i tym podobne…- przewrócił oczyma- Coś ekstra od stałych klientów. Jak już sobie jakiegoś znajdziesz, sam zobaczysz… Wielu z nich samemu wpada na pomysł, żeby ci tu coś podrzucić, ale tym mniej inteligentnym możesz to subtelnie zasugerować… Po prostu zapytaj, czy nie mogą ci następnym razem przywieźć czegoś specjalnego, a o ile nie będą starymi, skąpymi skurwysynami, możesz być pewien, że to zrobią.
-Uważaj z tym- dodał Bello, a ja spojrzałem na niego pytająco.
-Z czym?
-Z dodatkami- odparł spokojnie- Trafiają tutaj ludzie z przeszłością, większość z nich jest uzależniona od dragów, alkoholu, papierosów… Prawie wszyscy. Nie dostają tego tutaj wiele, bo szef dba o swoje interesy. Zapewnienie tego wszystkim tutaj byłoby zbyt dużym wydatkiem, a poza tym zaćpana albo zalana w trupa dziwka nie sprawia dobrego wrażenia i nie zachęca do siebie klienta. Poza tym… Po co robić sobie problemy? I tak jest ich tutaj sporo, nie potrzeba jeszcze kilku dodatkowych zgonów przez nadużycia…- Bello westchnął głęboko, kręcąc głową- Nie chcą, żeby ktoś przeholował. Ale przychodzą tutaj tacy, którzy liczą na szybki numerek w zamian za paczkę fajek albo coś równie absurdalnego… I uwierz mi, że znajdują desperatów, którzy są w stanie zrobić wszystko, żeby tylko dostać wreszcie coś ekstra. To nigdy nie kończy się dobrze. Lepiej nie ryzykuj.
-Nie palę- odpowiedziałem cicho. Nie piłem alkoholu, nie brałem narkotyków… Nie miałem z tym wszystkim zupełnie nic wspólnego.
-Zaczniesz- stwierdził z całym przekonaniem Fenicio- Tutaj wszyscy zaczynają.
Wszyscy.
Znowu to samo.
Jak bardzo można się podporządkować pod pewien schemat…?
-W każdym razie, dziwka na głodzie, to zła dziwka- pouczył mnie jeszcze szatyn, uśmiechając się z rozbawieniem- Więc lepiej uważaj, Cissy… Znajdziesz tutaj wielu popaprańców. Szczególnie ci, którzy dopiero zaczynają się odzwyczajać od dawnego trybu życia robią dużo problemów… Ale nie ma się czym martwić. Jeżeli jesteś wystarczająco przedsiębiorczy, zawsze coś dla siebie wykombinujesz…
-Mówisz o kradzieży…?- znowu nie do końca rozumiałem.
-Kradzieży!- Fenicio prychnął donośnie z oburzeniem- Oczywiście, że nie. Tutaj nie ma czego kraść, Cissy…- zachichotał cicho- Ale jeżeli ktoś dostaje papierosy, a nie pali albo zamiast nich wolałby mieć coś innego, zawsze możesz się pokusić o drobny handel… To tutaj zupełnie normalne, Cissy. Chociaż oczywiście zdarzają się idioci, którzy celowo nie biorą swoich „nagród”- dodał z poirytowaniem, spoglądając znacząco w kierunku Bello.
-Dobrze wiesz, że Keisy już nie bierze- odparł cicho mężczyzna- Wolę mu to ułatwić.
-Rezygnując z działki?!
-Będzie mu łatwiej, jeżeli nie zostawię go z tym samego.
-Nie byłoby mu łatwiej, gdybyś w równie wspaniałomyślnym geście, oddał swój towar mnie?- Fenicio uniósł brew w geście politowania, a brunet jedynie parsknął cicho, zapalając kolejnego papierosa.
-Ale jeżeli nie dostajecie tego tutaj, to i tak bierzecie to od klientów, prawda…?- zapytałem ostrożnie- Więc tym bardziej ktoś może się zaćpać albo zrobić sobie krzywdę…
Fenicio i Bello wymienili ze sobą pełne rozbawienia spojrzenia.
-Mało prawdopodobne…- odparł ciemnowłosy- Możesz mieć tego tylko tyle, ile jesteś w stanie utrzymać przy sobie, a uwierz mi, że choćbyś się tym poobklejał, a już i takie rzeczy tu widziałem, nie zabierzesz tego ze sobą dużo… Chyba już zorientowałeś się, że sprzątają nasze pokoje i tak dalej…? Jeżeli zdają tam cokolwiek, co nie powinno się tam znajdować, po prostu to zabierają.
-Skurwiele!- warknął Fenicio, wyraźnie rozjuszony- Gdyby Thomas był homo, może dałoby się z nim jeszcze cokolwiek ugrać… Ale wiesz jak jest, Cissy… Z heterykiem się nie dogadasz…
-Thomas jest… hetero?- zapytałem z niedowierzaniem. Szczerze mówiąc w ogóle się nad tym nie zastanawiałem, ale wydało mi się dość oczywiste, że jest homoseksualistą. Kto inny byłby w stanie tutaj pracować i patrzeć na to wszystko…?
-Zdziwiony…?- Fenicio parsknął z politowaniem, zapewne na widok mojej miny- Oczywiście, że jest hetero. Wyobrażałeś sobie, że zamieszkałeś w krainie gejów…? Daj spokój, połowa dziwek tutaj ma słabość do płci odmiennej, cóż dopiero mówić o zwykłych, szarych pracownikach…
-Czyli… wolą kobiety?
-Oczywiście, że wolą kobiety- Fenicio sprawiał wrażenie na wpół rozbawionego, na wpół poirytowanego moją niewiedzą i brakiem orientacji w tej sprawie- Ale nie musisz się o nich troszczyć ani nad nimi litować, Cissy… Ludzki organizm ma doprawdy niezwykłą cechę… Potrafi się dostosować do różnych sytuacji i warunków, w jakich przyjdzie mu żyć… I fizycznie i psychicznie. Kobiety są obrzydliwe, ale gdybyś musiał je pieprzyć, bo inaczej nie miałbyś szans na godne życie albo na życie w ogóle, zrobiłbyś to. To oczywiste. Nawet nie masz pojęcia, do jakich wyrzeczeń ludzie są zdolni w zamian za jedzenie, dach nad głową czy nawet działkę…- zachichotał cicho pod nosem- Taka jest nasza natura, Cissy. Nie ma powodu, by się jej wyrzekać… Ale ci, którzy nie potrafią się z tym pogodzić, nie potrafią się dostosować, są eliminowani… To też całkowicie naturalne. Najsłabsi odpadają na początku.
Przerażało mnie to.
Przerażało mnie to, z jakim cynizmem, wyrachowaniem i jednocześnie obojętnością na to, co się rzeczywiście dzieje, podchodzili do seksu, do czyjejś bliskości, do tego, co tak naprawdę robili… Wyjaśniali to naturą, czymś normalnym, oczywistym. Mówili, że chodzili tylko o przewartościowanie, zmienienie swojego nastawienia do świata… Czułem się tak, jakby próbowali mi wmówić, że gdy już kompletnie zwariuję i stanę się zupełnie niemoralny, wypaczony, będę szczęśliwy. Nie chciałem tego. Nie rozumiałem. Nie byłem w stanie przyswoić. Jak mogli nie widzieć tego błędnego koła, w którym się znajdowali…? Jak mogli nie dostrzegać, że wszystkie ich działania są jałowe, rutynowe, nie wnoszą do ich życia właściwie nic, a oni tkwią tutaj pogrążeni w jakimś letargu…?
Oni widzieli tylko to, co tu i teraz.
Nie patrzyli dalej, ponad własną fizyczność, ponad własny dobrobyt.
Zupełnie tak, jakby nie mieli duszy.
Jakby nie mieli serca.
-Ale szef jest homoseksualny, prawda…?- zapytałem cicho. I tak wiedziałem. Zadałem to pytanie jedynie po to, by kontynuować rozmowę, oderwać się od własnych myśli, które z każdą chwilą dołowały mnie jeszcze bardziej i uświadamiały w tym, że nie dam sobie rady. Że ja jestem tym najsłabszym ogniwem, o którym mówił Fenicio i że zostanę wyeliminowany. Że sam siebie wyeliminuję. Nie pasowałem tutaj.
-No raczej- parsknął z rozbawieniem szatyn- Przecież pomysł na taki biznes nie wpadł mu do głowy od patrzenia w damski dekolt, nie…? Stary dziad.
-Stary…?
-Ma chyba z pięćdziesiątkę na karku, może nawet więcej…- mężczyzna wzruszył obojętnie ramionami, jakby nie do końca pewien- Nie rób takiej przerażonej miny, Cissy… Nie zabiera nas do siebie… Właściwie prawie w ogóle go nie widujemy.
Nie to mnie przerażało.
Pomyślałem o Red.
Pamiętałem jeszcze, jak Fenicio przedstawił go na samym początku…
Dziwka szefa.
Poczułem się dziwnie. Aż zadrżałem z obrzydzenia, które niemal przeszyło mnie na wskroś. Przypomniałem sobie wczorajszą noc, to wszystko… Przypomniałem sobie bliskość Red, jego pocałunki, delikatność i wyobraziłem sobie, że może to samo robić z kimkolwiek innym.
Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze.
Gdy odwróciłem się na chwilę i dostrzegłem rudowłosego w drzwiach do sali, wcale nie poczułem się lepiej.
Może ze względu na dręczące mnie myśli.
A może przez to, że znowu posłał mi ledwie krótkie, mało uważne spojrzenie i poszedł w głąb sali, w zupełnie innym kierunku, jakby w ogóle mnie nie zauważył. Albo jakby nie chciał mnie zauważyć i wcale nie chciał do mnie podchodzić. Nie miałem pojęcia, dlaczego. Poczułem się jeszcze bardziej smutny i zdołowany, zwyczajnie opuszczony. Miałem wrażenie, że tylko on z tych wszystkich osób tutaj, naprawdę mnie rozumie. Miałem w sobie to idiotyczne wrażenie, mimo tego, że ledwie z nim rozmawiałem, mimo tego, że to wszystko pomiędzy nami potoczyło się tak szybko…
Ale on po prostu nie był taki jak Fenicio czy Bello.
Nie był w swoich słowach brutalny, nie przedstawiał wszystkiego w taki sposób jak oni, nie był obojętny, rozbawiony sytuacją wokół, nie drwił ze mnie, nie próbował mi wmawiać za wszelką cenę, że to, co robią jest normalne… Był łagodny, delikatny, spokojny.
Potrzebowałem tego. Potrzebowałem tego bardziej niż obcesowej szczerości Fenicia.
-Znowu to robisz…- usłyszałem pełen politowania głos szatyna i odwróciłem się z powrotem w jego kierunku, spoglądając na niego odrobinę mało przytomnie- Gapisz się na Red. Mówiłem ci już. Nie jest dla ciebie.
Zmieszałem się odrobinę i zagryzłem niepewnie wargę.
Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Nawet nie próbowałem się łudzić, że jest inaczej. Ale zapominałem o tym. Zapominałem o tym w chwilach, gdy byliśmy ze sobą, gdy mówił do mnie, całował mnie, uśmiechał się lekko… Zapominałem, że jesteśmy w takim miejscu, a on jest „dziwką szefa”. Zapominałem o wszystkim.
-On…- zacząłem w końcu ostrożnie, nieco spłoszony- On przyszedł do mnie… W nocy.
-Co?!- Fenicio parsknął cicho, spoglądając na mnie z niedowierzaniem, jakby był pewien, że się przesłyszał.
Bello również przestał się zajmować wyłącznie papierosami i spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, a następnie przeniósł niemniej zdziwiony wzrok na Fenicia.
-Red…?- zapytał niepewnie, jakby się przesłyszał.
-Jak to był u ciebie w nocy?- dopytywał się Fenicio, wpatrując się we mnie z uwagą, chociaż na jego ustach pojawił się pełen rozbawienia, niemal drwiący uśmieszek- Po co…?
-N… Nie wiem…- odpowiedziałem cicho, spuszczając wzrok. Naprawdę nie wiedziałem. Nie byłem pewien. Albo po prostu nie chciałem wiedzieć, bo tak było wygodniej. Wygodniej było myśleć, że miał jakieś inne powody niż to, żeby skłonić mnie do zmiany zdania- Po prostu przyszedł.
-Po prostu przyszedł…- powtórzył Fenicio, chichocąc niepohamowanie- Słyszałeś, Bello…? Nasza zdzira numer jeden zeszła z piedestału i zechciała się zająć gorszymi od siebie, dasz wiarę…? Zabawne, doprawdy zabawne!
-To dziwne- stwierdził Bello, marszcząc brwi- On przecież nigdy nikim się nie interesował.
-Nigdy- przytaknął Fenicio, wciąż wyjątkowo uradowany, jakby to, co powiedziałem naprawdę aż tak bardzo go cieszyło. Chociaż zapewne więcej było w tym jakiejś dziwacznej satysfakcji i drwiny niż czystego rozbawienia- Ale co się dziwisz…? Przecież traktował nas jak hołotę, nawet na nas nie patrzył… Opowiadaj, Cissy- zwrócił się ponownie do mnie, opierając dłoń na moim kolanie i wpatrując mi się prosto w oczy z wyczekiwaniem, co speszyło mnie jeszcze bardziej- Co nasz szanowny książę rozpusty zrobił…?
-Nic szczególnego- zagryzłem niepewnie wargę. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
-Bzykał cię już?
-Fenicio!- skarcił go Bello, posyłając mu ostre spojrzenie.
Zaczerwieniłem się lekko.
-To dość oczywiste pytanie, nie sądzisz…?- odparował szatyn, nie zwróciwszy na niego większego uwagi- Mów, Cissy. Przyszedł do ciebie dzisiejszej nocy, tak…?
Milczałem przez dłuższą chwilę, zupełnie nie wiedząc, jak się zachować.
Wcale nie byłem pewien czy dobrze zrobiłem, mówiąc im o tym wszystkim. Red nie zaznaczał nigdy, że to ma być jakaś tajemnica, ale mimo wszystko…
-Wczoraj też był…- przyznałem w końcu ledwie słyszalnie, rumieniąc się jeszcze bardziej z zawstydzenia- I przedwczoraj…
-No nie wierzę!- Fenicio aż łupnął dłonią w ladę, śmiejąc się donośnie- To dopiero istny obłęd! Bzykał cię już…?
-To dziwne…- przerwał mu Bello, wybawiając mnie po raz kolejny od odpowiedzi i zerkając w stronę Red. Rudowłosy siedział na jednej z kanap, samotnie, na samym końcu sali, blisko toalet. W pierwszym odruchu miałem ochotę do niego podejść, ale wcale nie byłem pewien czy aby na pewno tego chciał. Z pewnością nie wyglądał tak, jakby na mnie czekał. Ba. Nawet na mnie nie patrzył. Za to Fenicio patrzył na niego. Ja też patrzyłem. Wszyscy troje spoglądaliśmy w jego kierunku, ja – wyjątkowo zmieszany, Fenicio – rozbawiony, a Bello wciąż autentycznie zdziwiony- Nawet do ciebie nie podszedł…
-Naprawdę cię to dziwi…? Przecież ma się za lepszego od nas! Odpowiedz, Cissy… Zerżnął cię?
-Uspokój się, Fenicio, to nie nasza sprawa- mruknął po raz kolejny Bello, ale najwyraźniej i tym razem nie wywarło to na mężczyźnie najmniejszego wrażenia.
Odetchnąłem głęboko, pesząc się jeszcze bardziej.
To chyba wystarczyło mu za ewentualną odpowiedź.
-Czyli tak…- skwitował, niemal z satysfakcją- Mogłem się tego spodziewać… Ciekawe, czy tej nocy również się pofatyguje… Jak myślisz, Bello?
To było pytanie, w którym już właściwie skrywała się oczywista odpowiedź. Fenicio zadał je tak pełnym powątpiewania tonem, że przypominało raczej mało subtelną sugestię.
Nadal milczałem.
-Daj mu spokój- padła krótka odpowiedź Bella, który najwyraźniej dość szybko przyswoił tą informację i wcale nie drążył dalej- Przecież prawie nie znasz Red…
-Znam go wystarczająco dobrze, lepiej niż wy wszyscy razem wzięci- odciął się Fenicio, prychając donośnie- A poza tym… Jak myślisz, dlaczego do nas nie podchodzi…? Właśnie dlatego. Lubi siadać z daleka i izolować się, lubi pokazywać, że jest od nas lepszy. Nie zadaje się z „byle kim”… Przecież wiesz. No… Dla małego, uroczego Cissy’ego zrobił wyjątek…- zachichotał cicho mężczyzna, a jego dłoń ponownie spoczęła na moim udzie i bez najmniejszego skrępowania rozpoczęła po nim wędrówkę- Naprawdę musiałeś mu się spodobać…
-Nie męcz chłopaka.
-Nie męczę go. Mówię prawdę.
-Sugerujesz. To zupełnie co innego.
-Przecież chodzi tylko o seks.
-Skąd możesz to wiedzieć?
-Zawsze chodzi o seks.
-Nie mierz wszystkich swoją miarą.
-Mierzę wszystkich tutaj taką samą miarą, bo wszyscy są dokładnie tacy sami.
Słuchałem tej wymiany zdań na mój temat i zupełnie nie potrafiłem się odezwać ani w jakikolwiek sposób usprawiedliwić siebie czy Red.
Właściwie przecież nie wiedziałem, czego tak do końca ode mnie oczekiwał.
Nie wiedziałem, co tak naprawdę miał na celu, czemu pojawił się już wtedy, pierwszego dnia.
Skąd miałem to właściwie wiedzieć…?
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogło chodzić tylko o seks.
Nie chciałem, żeby tak było.
Bałem się.
Bałem się, że zostanę tutaj bez niego.
Że zostanę sam.
-Nie martw się, Cissy, ja tam bym cię nie przeleciał…- dodał Fenicio, niemal pocieszającym tonem, uśmiechając się bezczelnie- Nie jesteś w moim typie… Może Red lubi młodszych… Jak sądzisz, Bello…?
-Sądzę, że mam to gdzieś- odparł krótko mężczyzna, ucinając dyskusję i gasząc papierosa w popielniczce- Mówiłem ci już… Nie męcz chłopaka- dodał jeszcze, po czym uśmiechnął się do mnie lekko, jakby w geście swoistej otuchy i odszedł.
-Też już pójdę- rzuciłem prędko. Już po minie Fenicia widziałem, że z pewnością nie zamierzał w tym miejscu kończyć tematu, ale ja nie chciałem dłużej rozmawiać na ten temat. Bałem się tego, co mógłbym usłyszeć.
Owszem, Fenicio był szczery.
Zbyt szczery.
W porównaniu z jego szczerością, znacznie bardziej wolałem złudzenia, cudze czy też swoje własne.
Jego szczerość wręcz bolała.
-Oczywiście, Cissy…- odparł, uśmiechając się w ten charakterystyczny, złośliwy sposób- Szykuj się na wieczór… I na noc… Kto wie…? Może i tym razem ktoś się pojawi…?
Zagryzłem niepewnie wargę, po czym podniosłem się z miejsca i po prostu ruszyłem szybkim krokiem w kierunku wyjścia z sali, nie odwracając się więcej w stronę mężczyzny.
Czułem się wyczerpany, zmęczony, głodny… To wszystko zupełnie mnie rozbijało, dołowało. Brakowało mi jakiegoś poczucia bezpieczeństwa, stabilności, obawiałem się o to, co się ze mną stanie, więc jakim cudem mogłem więc zastanawiać się nad czymś tak absurdalnym i pozornie mało znaczącym jak to, o co naprawdę chodziło Red…? Przecież to właściwie nie miało żadnego znaczenia. Żadnego. Nie mógł mi pomóc. Nie mógł mnie stąd wydostać.
Ale zupełnie nie potrafiłem wyrzucić z głowy słów Fenicia.
Po raz kolejny.
To, co mówił, wdzierało się boleśnie do mojej świadomości i pozostawało w niej. Zupełnie nie mogłem wyrzucić tych myśli ze swojej głowy, cały czas do nich powracałem. Nie zgadzałem się z nimi, buntowałem się sam przeciwko sobie, przeciwko jego słowom, ale coś we mnie, głęboko, kazało mi się z tym pogodzić. Kazało mi przyznać mu rację i po prostu uwierzyć, przekonać się na własnej skórze o tym wszystkim, funkcjonować tak, jak tego ode mnie wymagano…
Nie potrafiłem.
Nie umiałem.
Nie umiałem też pogodzić się z tym, że Red mógłby być po prostu…
Nie chciałem.
To byłoby zbyt trudne, zdołowałoby mnie jeszcze bardziej, pozbawiło złudzeń, których wcale nie chciałem tracić, szczególnie nie teraz. Potrzebowałem czegoś, czegokolwiek, jakiejś myśli, uczucia, którego mógłbym się chwycić chociażby po to, by nie oszaleć, nie zwariować, nie zatracić się zupełnie we własnych myślach, obawach, lękach… Potrzebowałem Red.
… Potrzebowałem kogokolwiek.
Nie chciałem być sam.
Dotarłem pod drzwi mojego pokoju i gdy już chwyciłem za klamkę, poczułem, jak ktoś chwyta mnie delikatnie za ramię.
Serce aż zabiło mi szybciej z przestrachu i przez krótką chwilę dopadły mnie jakieś obawy, ale gdy usłyszałem głos rudowłosego, uspokoiłem się niemal natychmiast:
-Czekam na ciebie dzisiaj. Mam nadzieję, że się pojawisz, tak jak obiecałeś- szepnął mi do ucha. Poczułem, jak jego włosy muskają delikatnie mój policzek, ale gdy odwróciłem się w jego stronę, już odchodził w kierunku schodów.
Miałem ochotę pobiec za nim, powiedzieć cokolwiek, zapytać…
O to, czy chodzi tylko o seks, czemu w ogóle się pojawił, czemu się do mnie nie odzywa…
Ale nie zrobiłem tego.
Milczałem.
Po raz kolejny po prostu milczałem.
Tak było łatwiej.

Wcale nie chciałem schodzić tego wieczora na dół.
Walczyłem ze sobą do ostatniej chwili pewien, że tego nie zrobię.
Gdyby Red nie powiedział, że na mnie czeka… Gdyby tego nie zrobił, prawdopodobnie nawet bym się nie zastanawiał. Już wczoraj wiedziałem, że nie chcę tego robić… Że nie jestem w stanie…
Ale mimo to, przełamałem się i w końcu przyszedłem do sali, trzęsąc się ze strachu.
Gdy się tam pojawiłem, było już stosunkowo wielu gości…
… Klientów…
Nie przebrałem się, nie zrobiłem nic. Zostałem w zwykłych, powyciąganych dżinsach i jakiejś mocno wygniecionej koszulce. Chyba miałem naiwną nadzieję, że jeżeli będę tak wyglądał, nikt nie zwróci na mnie uwagi. Że stanę się niewidzialny…
Myliłem się.
Jeszcze w holu zatrzymał mnie jakiś mężczyzna, ale nie dałem mu nawet dojść do słowa i wszedłem szybko do sali. Tam wcale nie było lepiej. Znowu dopadły mnie odgłosy rozmów, śmiechów, które nadal wydawały mi się tak strasznie nienaturalne i fałszywe, jakby wszyscy wokół mnie byli jedynie nieudolnymi aktorami, którzy zostali zmuszeni przez okoliczności do odgrywania określonej roli. Ale może się myliłem. Może to ja byłem słabszym ogniwem. Słabszym elementem. Może nie potrafiłem zrozumieć….
Sam widok tego, co się wokół mnie działo napawał mnie obrzydzeniem, sprawiał, że z każdym kolejnym krokiem drżałem z wstrętu i wpatrywałem się pod nogi, nie obracając się naokoło.
A może to wszystko jest karą…?
A może tak właśnie wygląda życie bez Boga…?
Teraz dotarło do mnie, że gdybym dostrzegł rudowłosego z kimkolwiek innym, z jakimś klientem, nie wiedziałbym zupełnie, jak się zachować. Nie wiedziałbym co czuć. Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Teraz zaczynałem żałować, że tutaj przyszedłem, miałem wręcz nadzieję, że go nie spotkam.
Skierowałem się do baru, z braku lepszego wyjścia, chociaż to też dobrym wyjściem nie było.
Przy kontuarze siedziało całkiem sporo osób, znaczną część z nich stanowili zapewne klienci, tak przynajmniej wyglądali. Fenicio miał rację… Rozróżnianie ich nie stanowiło większego problemu.
-Cześć- przywitał się ze mną Thomas, a ja skinąłem głową, odrobinę chaotycznie, znowu nie wiedząc, jak mam się zachować- Podać ci coś?
-Wodę- odpowiedziałem cicho i już po chwili wylądowała obok mnie pełna szklanka. Czułem się speszony i zaniepokojony. Serce biło mi jak oszalałe, zupełnie tak, jakby ktoś miał się zaraz na mnie rzucić, skrzywdzić mnie. Nie spoglądałem nawet na mężczyzn obok, nie rozglądałem się. Za bardzo się bałem. Bałem się tego, że mógłbym ich sprowokować.
-Jak ci idzie…?- zapytał ostrożnie Thomas, zerkając na mnie ukradkiem.
-Dobrze- skłamałem, zupełnie tak, jakby mógł mi uwierzyć.
Poczułem, jak do oczu napływają mi łzy.
Co to u diabła za miejsce…?
Co to za piekło, skoro zaczynałem się wstydzić tego, że nie jestem tacy jak inni?
Że nie daję sobie rady?
-Przyjechał tutaj dziś jeden z moich znajomych…- dodał mężczyzna, wpatrując się we mnie z uwagą- To starszy facet, ale raczej sympatyczny… Nie powinien sprawiać żadnych problemów i wymagań. To chyba byłby dobry początek, prawda…?
-Chyba- potwierdziłem niepewnie. Nadal cały się trząsłem. Musiał to widzieć.
-Pójść po niego…?- dopytał, a ja skinąłem lekko głową, nie mogąc w żaden sposób zaprotestować.
Tylko na to było mnie stać.
Mężczyzna wyszedł zza kontuaru, a ja zacząłem drżeć niemal spazmatycznie, zupełnie nie mogąc się opanować.
Wcale nie chciałem się z nikim spotykać. Z nikim prócz Red, który teraz miał tutaj być, tak powiedział, ale go nie było. Ale nie potrafiłem odmówić. Byłem zbyt słaby, zlękniony, przerażony ewentualnymi konsekwencjami, by powiedzieć „nie”.
Byłem zbyt słaby na to, by robić coś tak okropnego i godzącego w moje poczucie godności.
I byłem zbyt słaby na to, by się temu przeciwstawić.
Zerknąłem ukradkiem w stronę siedzących przy mnie mężczyzn.
Jeden z nich, siedzący tuż obok mnie, uśmiechnął się w moim kierunku, niemal w geście zrozumienia.
W pierwszej chwili dopadała mnie myśl, że może naprawdę rozumie.
Że może naprawdę wie.
-Amfa…?- dopytał, wpatrując się we mnie badawczo- Powinno przejść.
Zadrżałem jeszcze bardziej i zacisnąłem powieki.
Nie.
Nie przejdzie.
Podniosłem się z miejsca i ruszyłem w kierunku wyjścia.
Modliłem się o to, by Thomas mnie nie zobaczył, by nikt mnie już nie zatrzymał, chciałem się po prostu znowu znaleźć w swoim pokoju, gdzie, paradoksalnie, czułem się po prostu bezpiecznie. Tutaj tak nie było. Było okropnie.
Nie miałem siły dłużej tego znosić.
-Hej! Dokąd się wybierasz, cholerny skurwielu?!- usłyszałem czyjś krzyk i odruchowo przyspieszyłem jeszcze kroku, nim zorientowałem się, do kogo należał ów głos. W panującym w tej części sali półmroku, dostrzegłem jedynie, jak jakiś mężczyzna wstaje i dopina rozporek, a drugi chwyta go mocno za materiał koszulki, przyciągając do siebie z powrotem.
To był Fenicio.
-Za kogo się uważasz, skurwysynu?! Dawaj moją kasę!- warknął wściekle, a ja zamarłem w bezruchu, zupełnie nie wiedząc, jak mam się zachować. Miałem wrażenie, że w sali zrobiło się nagle wyjątkowo cicho.
Mężczyzna próbował się wyrwać, ale Fenicio szarpnął go ponownie w swoim kierunku, nie dając mu odejść, ale w tym momencie tamten zamachnął się mocno i uderzył szatyna z całej siły prosto w twarz.
Aż pisnąłem, zakrywając usta dłonią, gdy zobaczyłem, jak ten upada na posadzkę z głośnym hukiem.
W tym momencie w pomieszczeniu zapaliły się nagle wszystkie światła, co stało się zapewne przyczyną skrępowania co poniektórych „par”, znajdujących się nieopodal.
Fenicio siedział na posadzce, trzymając się za krwawiący obficie nos, wrzeszcząc ciągle jakieś przekleństwa.
W pierwszym odruchu chciałem mu pomóc, zrobić cokolwiek, ale już po chwili w miejscu obok niego zgromadzili się jacyś mężczyźni. Domyśliłem się, że musi chodzić o ochroniarzy. Jeden z nich chwycił tamtego, który tak potraktował szatyna i przyciągnął go z powrotem.
Rozpętał się prawdziwy chaos.
-Skurwiel! Przeklęty skurwiel! Zrób z nim coś, do diabła!
-Wyprowadzić go…!
-Co się dzieje?!
-O co chodzi?
-Zgaście to przeklęte światło!
-Wyprowadź go wreszcie, słyszysz?!
-Nie mogę dać ci więcej…- usłyszałem tuż przy sobie szept Red i poczułem, jak wciska mi coś w dłonie.
Po raz kolejny nie dał mi najmniejszej możliwości rozmowy ze sobą, zapytania go o cokolwiek…
Odwróciłem się w jego kierunku, ale zniknął już gdzieś za drzwiami.
Dopiero po chwili zorientowałem się, co tak naprawdę trzymałem w swoich dłoniach.
Pieniądze.
Dał mi pieniądze.
Ponownie spojrzałem w kierunku, w którym widziałem go po raz ostatni, kompletnie zaskoczony.
Ale dostrzegłem kogoś zupełnie innego.
Thomasa.
Już po jego minie wiedziałem, że widział wszystko.

Około szóstej rano, zszedłem na dół.
Pamiętałem jeszcze instrukcje Fenicia, który mówił, że właśnie wtedy należy się zebrać z powrotem na sali i zdać wszystkie zarobione pieniądze. Tym razem też tak było. Wiele osób, mniej lub bardziej zniecierpliwionych, gromadziło się przy pracownikach, ochroniarzach, sam zresztą nie byłem pewien, kto jest kim i kto się tutaj od kogoś czymś różni… W każdym razie byli zapisywani, ktoś się z kimś wykłócał, ktoś protestował… Znowu dopadło mnie poczucie zupełnej beznadziei.
Podszedłem powoli do Thomasa.
Tylko jego znałem.
Bałem się każdego innego, bałem się tutaj wszystkich, wydawali się obcy i okrutni, moja własna wyobraźnia zrobiła z nich potworów.
Bo trzeba być potworem.
Trzeba być potworem, żeby pracować w takim miejscu, jak to.
Obawiałem się tego, co powie mężczyzna. Tego, że Red mógłby mieć przeze mnie problemy, tego, że ja sam skończę źle przez to, co zrobiłem. Stanąłem tuż przed nim i podałem mu pieniądze. Przyjął je ode mnie bez słowa i zapisał coś natychmiast.
Nie wiedziałem, czy powinienem czekać na jego znak, czy już mogę sobie iść.
-To nie może się więcej powtórzyć- poinformował mnie krótko, a ja odetchnąłem głębiej, nie wiem czy w wyrazie swoistej ulgi czy czegoś zupełnie innego. Niepokoju- Gdyby ktoś inny to zobaczył, miałbyś kłopoty.
-Pomóż mi- poprosiłem cicho, niemal odruchowo.
Spojrzał na mnie uważnie, chociaż bez większych emocji.
-Sam musisz zdobywać sobie klientów, nie mogę ci w tym pomóc- odparł tak, jakby naprawdę o to mi chodziło, a następnie dodał- Możesz już iść.
-Pomóż mi- powtórzyłem po raz kolejny, tym razem bardziej stanowczo, chociaż również szeptem. Było mi wstyd, bałem się tego, co może się zaraz wydarzyć, ale jednocześnie czułem, że to jakaś szansa. Miałem głupią nadzieję, że Thomas naprawdę mógłby mnie uratować, ocalić przed tym wszystkim, wypuścić…- Chcę… Chcę stąd wyjść.
-Jest zimno. Wypuścimy was na podwórze wiosną.
Znowu to samo.
Odpowiedź, która nie miała nic wspólnego z moim pytaniem.
Przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
-Błagam cię, nie chcę tutaj być…- zagryzłem niepewnie wargę, wpatrując się w niego z nadzieją- Chcę wrócić do domu… Pozwól mi wrócić do domu…
Nawet nie odwzajemnił mojego spojrzenia.
-Tu jest twój dom- odparł krótko.

Red wszedł do mojej sypialni.
Natychmiast poderwałem się do pozycji siedzącej, wpatrując się w niego z mieszaniną niepokoju i wdzięczności. Czekałem na ten moment. Nie mogłem zasnąć, nawet nie próbowałem, po prostu wpatrywałem się w drzwi, niecierpliwie oczekując jego przyjścia. Bałem się, że nie przyjdzie w ogóle, zdenerwowany tym, co się wydarzyło, zły z powodu mojej bierności albo jakichś konsekwencji… Bałem się, że mógłby mieć przeze mnie kłopoty. Przez to, że nie potrafiłem się przełamać i znowu, po raz kolejny, okazałem się zbyt słaby…
Bałem się tego, że mógłby mnie zostawić.
A jednak przyszedł.
Wypełniła mnie fala emocji, tak przerażająco różnych i skrajnych, że zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować ani co powiedzieć. Miałem ochotę dziękować mu i go przepraszać, cieszyłem się jednocześnie bałem, byłem wściekły na samego siebie, a z drugiej strony niepokoiłem się tym, co się wydarzyło. Wszystko buzowało we mnie i miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę, zasypując go wszystkimi swoimi wątpliwościami albo zwyczajnie nie wytrzymam i się popłaczę, nie mogąc kontrolować swoich odruchów i emocji.
-Przepraszam.
A jednak.
Tylko tyle.
Tylko tyle zrodziło się z tego całego kłębowiska uczuć i myśli.
… To było jedyne powitanie, na jakie było mnie stać.
Znowu poczułem wstyd. Wstyd za to, jaki jestem. Za to, jaki byłem od zawsze.
Zbyt przerażony wszystkim naokoło, by poddać się temu bez mrugnięcia okiem.
I jednocześnie zbyt tchórzliwy i słaby, by realnie się temu przeciwstawić.
Red nie odezwał się ani słowem, przez co poczułem się jeszcze gorzej. Trudno było mi przewidzieć, czy czuje się na mnie zły, czy nie. W takim miejscu jak to, trudno było mi przewidzieć czyjekolwiek zachowania czy emocje. Miałem wrażenie, jakbym został zesłany do jakiegoś miejsca, w którym ludzie są zupełnie inni, mają spaczoną moralność, inne poczucie sprawiedliwości i prawa. A może już nawet nie są ludźmi.
-Przepraszam- powtórzyłem cicho i aż odsunąłem się płochliwie, gdy przysiadł na brzegu łóżka, tuż obok, wpatrując się we mnie z uwagą i pewnego rodzaju cierpliwością.
Nie wytrzymałem.
Przysunąłem się do niego z powrotem i wtuliłem się w niego mocno, chociaż wcale nie byłem pewien, czy nie zostanę odepchnięty. Chciałem po prostu znowu poczuć owe złudne uczucie ciepła, bliskości, bezpieczeństwa… Miałem wrażenie, że z każdą chwilą tutaj potrzebowałem tego jeszcze bardziej. I że z każdą chwilą tutaj złudzenia coraz mniej mi wystarczały.
-Przepraszam… Dziękuję…- mamrotałem chaotycznie, wprost w jego szyję, czując, jak obejmuje mnie ciasno ramionami- Nie chciałem, nie mogę… Nie dam rady… Nie potrafię… To nie dla mnie… Nie dla mnie, przepraszam.
-Spokojnie- szepnął miękko, głaszcząc mnie delikatnie po plecach.
Zacisnąłem mocno powieki, starając się powstrzymać łzy i wczepiłem się dłońmi w materiał jego stroju.
Nie chciałem się od niego odsuwać ani na chwilę.
Tutaj, przy nim, w jego ramionach, było mi najlepiej.
-Nie mogę- powtórzyłem ledwie słyszalnie- Nie dam rady.
-Piękny…
-Nie przekonuj mnie- jęknąłem głucho, zdobywając się na to, by spojrzeć mu prosto w oczy- Proszę, tylko mnie nie przekonuj… Ja nie mogę… Już nie mogę, przepraszam…
Na powrót wtuliłem twarz w jego szyję, z trudem tłumiąc w sobie chęć wybuchnięcia płaczem.
Milczał, wciąż głaszcząc mnie miarowo i tuląc nieprzerwanie, jakby dawał mi czas na to, żebym doszedł do siebie. Wydawało mi się, że dokładnie wie, co czuję. A nawet jeżeli nie – sprawiał takie wrażenie. I to w zupełności mi wystarczało. Wystarczała jego bliskość, dotyk, ciepło…
Wystarczały mi złudzenia.
Woń jego intensywnych perfum drażniła moje nozdrza, ale mimo to nie cofałem się nawet na chwilę, chcąc wykorzystać każdy moment przy nim, jakby ktoś miał mi go zaraz odebrać, jakby miał odejść, zostawić mnie znowu z tym wszystkim…
Każdego ranka czułem się tak strasznie beznadziejnie i źle, opuszczony i zaszczuty, zupełnie inaczej niż tutaj, teraz, z nim…
-Nie zostawiaj mnie- poprosiłem go w końcu.
Wiedziałem, że brzmię żałośnie.
Byłem żałosny.
Nie potrafiłem zdobyć się na nic innego, prócz błagania go o to. Na nic innego. Jakby rzeczywiście mógł mi pomóc, jakby od jego jednego słowa zależało to, czy będę musiał posuwać się do tak okropnych rzeczy, czy ktoś zrobi mi krzywdę… Nie zależało. Nie miał na to żadnego wpływu.
Fenicio miał rację.
To, czy ktoś był niżej czy wyżej w tej chorej hierarchii, nie miało żadnego znaczenia.
Dziwka jest dziwką, prawda…?
Bałem się tego, czy Red nie spotkają jakieś konsekwencje przez to, że mi pomógł. I zastanawiałem się… Dlaczego to zrobił?
Nie miało to dla niego znaczenia czy jednak ryzykował?
A jeżeli tak, to jak bardzo?
A jeżeli bardzo, to dlaczego?
Wszystkie te pytania dręczyły mnie ciągle na nowo, wdzierały się do mojej świadomości i burzyły cały porządek, sprawiały, że byłem jeszcze mniej pewny i spokojny niż dotąd. Ale jednocześnie bałem się je zadać. Bałem się odpowiedzi.
… Utraty złudzeń.
-Jest już za późno, żeby się wycofać, Piękny… Za późno- usłyszałem głos Red i odetchnąłem płytko, wtulając się w niego jeszcze mocniej- Nie możesz już zrezygnować…
Już…?
Parsknąłem cicho z goryczą.
A czy kiedykolwiek mogłem…?
-Nie jestem w stanie ci pomóc…- kontynuował mężczyzna. Jego głos był cichy i spokojny, jak zwykle pozbawiony jakichkolwiek głębszych emocji- Jeżeli sam nie spróbujesz, nie będę ci w stanie niczego ułatwić… Ale jeżeli postarasz się, przysięgam, że będę tu na ciebie czekał każdego ranka. I będę z tobą tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował.
Pokręciłem gwałtownie głową, w wyrazie jakiegoś protestu.
Gardło miałem zaciśnięte od tłumionego płaczu.
Nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa.
-Piękny…- zaczął ponownie, tym razem jednak odsuwając mnie od siebie delikatnie, by spojrzeć mi prosto w oczy- Jeżeli masz jakiekolwiek złe doświadczenia, powinieneś o nich w tym momencie zapomnieć. Nie zawsze jest przyjemnie, ale nikt tutaj nie zrobi ci krzywdy.
Nikt nie zrobi mi krzywdy…?
A co dziś wydarzyło się z Feniciem…?
A co mieli na celu ci wszyscy mężczyźni, którzy tu przychodzili…?
Co mieli na celu ci, którzy zmuszali takich jak ja, by zostali w tym okropnym miejscu, co mieli na celu ci, którzy im grozili i pozbywali się nieposłusznych…?
-Robiłeś to już?- zapytał w końcu rudowłosy, wpatrując się we mnie z uwagą.
-Masz… Masz na myśli…- głos mi drżał. Właściwie cały się trząsłem. Poczucie bezpieczeństwa zniknęło nagle, pozostawiając za sobą nieznośne uczucie chłodu.
-… Seks za pieniądze- dopowiedział to, czego ja nie byłem w stanie z siebie wykrztusić.
-N… Nie.
-W porządku- odpowiedział łagodnie- Ale seks z mężczyzną uprawiałeś, prawda…?
-Raz…- przyznałem cicho- T-Tylko raz… Nie licząc tego z tobą…
Uniósł brwi w geście zaskoczenia.
Najwyraźniej nie była to odpowiedź, jakiej się spodziewał.
-Co ty tu w ogóle robisz…?- zapytał z niedowierzaniem, ale nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, dodał prędko- To nic. Boisz się, bo nie jesteś obeznany z ludzkim ciałem i nie wiesz tak naprawdę, czego możesz się spodziewać… To kwestia wyuczenia, przyzwyczajenia, nabycia pewnych nawyków… Nie możesz się teraz poddać. Nie ma stąd żadnej drogi ucieczki. Nie możesz zrezygnować.
Jęknąłem głucho, skrywając twarz w dłoniach.
Wiedziałem o tym aż zbyt dobrze, jego słowa w niczym mi nie pomagały, ani niczego nie ułatwiały… Sprawiały jedynie, że czułem się jeszcze bardziej zaszczuty i zlękniony.
-Piękny…
Odsunąłem dłonie od twarzy i spojrzałem na niego pełnymi łez oczyma. W milczeniu obserwowałem, jak podnosi się z miejsca i rozsuwa niespiesznie poły swojej szaty, odsłaniając tors. Zagryzłem niepewnie wargę, gdy usiadł ponownie, tuż obok mnie, wpatrując się we mnie z uwagą. Chwycił delikatnie moją dłoń i przesunął nią wzdłuż swojej klatki piersiowej. Wstrzymałem oddech na dłuższą chwilę, nie wiedząc, jak powinienem się zachować. Po raz kolejny zupełnie wytrącił mnie z równowagi i sprawił, że na krótką chwilę zapomniałem o wszystkich swoich wątpliwościach, obawach, lękach… Wystarczyło tylko przenikliwe spojrzenie jego ciemnobrązowych oczu.
-Zaspokój mnie- rzucił cicho, a ja spojrzałem na niego zaskoczony, po czym spuściłem wzrok z zażenowaniem. W pierwszej chwili nie byłem w stanie się przemóc. Wstydziłem się, zupełnie tak, jakby wczoraj do niczego pomiędzy nami nie doszło. Zupełnie tak, jakbyśmy już nie przekroczyli pewnej granicy… Chociaż może bałem się czegoś innego? Może bałem się, że nie dam sobie rady, że nie zrobię tego jak należy, nie sprawię mu przyjemności…?
Ale dlaczego?
Dlaczego myślałem o czymś takim właśnie w takiej chwili, w takim miejscu, w takich okolicznościach…?
Nie wiedziałem.
Czułem się jak obłąkany, zupełnie nie potrafiłem zrozumieć własnych myśli i uczuć. Czułem się tak, jakbym chodził po omacku, jakbym uczył się od nowa wszelkich emocji, które nie miały nic wspólnego z tym, co czułem do tej pory. Które były po prostu fałszywe, wymuszone, sztuczne, a jednocześnie tak realistyczne, że nie chciałem ich tracić.
Przysunąłem się do niego nieśmiało i oparłem dłonie na jego ramionach, by już po chwili wycisnąć na jego wargach delikatny pocałunek. Oddał go, nie czyniąc jednak nic, by zmienić go w bardziej gwałtowny czy mocniejszy. Sprawiał wrażenie, jakby czekał na mój następny ruch, jakby poddał mi się całkowicie.
… Jakby był ledwie kukłą, na której miałem się wypróbować.
Odrzuciłem tę ostatnią myśl i przesunąłem językiem wzdłuż jego warg, które rozchyliły się natychmiast, jakby w odpowiedzi na ten gest. Uczyniłem nasz pocałunek bardziej namiętnym i głębokim, wciąż mając w sobie masę wątpliwości. Miał rację, nie miałem żadnych nawyków, nie byłem pewny w swoich ruchach, nie czułem się jeszcze do końca komfortowo, będąc z nim tak blisko, ale mimo to starałem się. Starałem się sprawić mu jak największą przyjemność i jednocześnie zapomnieć o tym wszystkim, co dręczyło mnie do tej pory. Chciałem odnaleźć w nim, w jego pocałunkach, w jego dotyku coś, co sprawiłoby, że mógłbym znowu oderwać się od rzeczywistości i poczuć się kimś wartościowym. Zupełnie tak, jakbym był tutaj z nim z własnej, nieprzymuszonej woli…
Zsunąłem dłoń z jego ramienia, na klatkę piersiową.
Zaczerwieniłem się lekko. Czułem się dziwnie dotykając w ten sposób jego ciała. Było to, co prawda, na pewien sposób podniecające, ale z drugiej strony równie peszące.
Wczoraj, gdy to on przejął inicjatywę, wszystko wydawało się być znacznie prostsze.
Całowałem go nieprzerwanie, chyba jedynie po to, by ukryć swoje zażenowanie całą sytuacją i skupić się na jego ciele. Miałem wrażenie, że jeżeli oderwę się od jego warg na dłuższą chwilę, zupełnie się zawstydzę i nie będę w stanie zrobić niczego więcej. Policzki mnie paliły, a moje dłonie błądziły wciąż po klatce piersiowej rudowłosego w tę i z powrotem, badając opuszkami palców jego delikatną skórę, poznając każdy centymetr jego ciała… Czułem się zbyt zawstydzony i niepewny, by posunąć się do czegokolwiek więcej.
Chyba to wyczuł, bo sam odsunął się nieco, przerywając nasz pocałunek i uśmiechnął się łagodnie, odgarniając swoje piękne, rude włosy i odsłaniając szyję, po czym rzucił cicho:
-Pocałuj mnie tutaj, Piękny.
Zadrżałem mimowolnie.
Nachyliłem się nad nim i złożyłem na jego szyi delikatny pocałunek, a następnie kilka kolejnych, już bardziej śmiałych, chociaż w moich ruchach wciąż można było wyczuć niepewność. Moje wargi zawędrowały powoli nieco niżej, na jego obojczyk, a później klatkę piersiową. Odsunął się nieco, by położyć się na plecach i posłał mi zachęcające spojrzenie, a ja uśmiechnąłem się nieco nerwowo i nachyliłem się nad nim ponownie. Błądziłem ustami po jego torsie, dokładnie tak, jak wcześniej dłońmi, niespiesznie i delikatnie. Początkowo nie wyczułem z jego strony żadnej wyraźnej reakcji, dopiero po pewnym czasie dostrzegłem, że jego klatka piersiowa zaczęła unosić się i opadać znacznie szybciej, a jego oddech się spłycił.
Zsunąłem się nieco niżej, muskając wargami jego podbrzusze, po czym przeniosłem spojrzenie na jego twarz. Nie miałem pojęcia, jak powinienem się zachować, po raz kolejny było mi po prostu wstyd. Niczego nie ułatwiał też fakt, że sam zareagowałem na bliskość mężczyzny i czułem, że moja bielizna zrobiła się przyciasna.
Rudowłosy uniósł się lekko, po czym rozsunął poły swojej szaty do końca, w pełni ukazując mi swoje ciało.
Odetchnąłem płytko, odgarniając zbłąkane pasemka włosów z twarzy. Raz jeszcze posłałem mu niepewne spojrzenie, po czym musnąłem wargami czubek jego męskości.
Tego też nigdy jeszcze nie robiłem.
Znowu poczułem się speszony i wyjątkowo zawstydzony.
Zdobyłem się na to, by zrobić to po raz kolejny, a następnie wziąłem jego męskość w usta, czując wciąż nieznośne pieczenie policzków. Nie wiedziałem za bardzo, jak się do tego zabrać, pieściłem ją powoli językiem i ssałem lekko, bojąc się posunąć do czegokolwiek więcej albo zawędrować wargami dalej. Usłyszałem cichy jęk Red i poczułem, jak wsuwa dłoń w moje włosy, nie popędzając mnie jednak ani nie przyspieszając niczego. Chyba właśnie dlatego poczułem się dużo pewniej. Zależało mi na tym, by sprawić mu przyjemność.
Nadałem moim pieszczotom szybszego tempa, wciąż wsłuchując się w pomruki zadowolenia mężczyzny, które były dla mnie najlepszym wskaźnikiem tego, jak powinienem to robić. Powoli zaczynałem dostrzegać, co sprawia mu największą rozkosz.
W końcu jednak rudowłosy rzucił odrobinę chrypiącym głosem:
-Wystarczy.
Przerwałem na chwilę, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-Coś nie tak…?- zapytałem niepewnie, ale on jedynie uśmiechnął się lekko w odpowiedzi i przyciągnął mnie do siebie, po czym odparł:
-Dokończ ręką.
A następnie wpił się mocno w moje wargi. Odszukałem dłonią jego męskość i po kilku chwilach doprowadziłem go do spełnienia. Red jęknął przeciągle, po czym objął mnie ciasno ramionami i przycisnął do siebie kurczowo. Wtuliłem się w niego mocno, z szybko bijącym sercem, znowu chcąc zatracić się w tej jednej chwili, ale tym razem nie mogłem. On nie dał mi takiej możliwości.
-Zrób dokładnie to samo jutro- poinstruował mnie ze spokojem- To nic trudnego, Piękny. To tylko kwestia przyzwyczajenia.
Kwestia przyzwyczajenia…?
Dlaczego wszyscy nazywali to tutaj w ten sposób?
Zacisnąłem powieki i pokręciłem gwałtownie głową. Znowu zebrało mi się na płacz. Wiedziałem, że nie dam rady.
-Zaufaj mi- szepnął miękko Red, składając delikatny pocałunek na mojej skroni- Tylko pierwszy raz jest ciężki. Później naprawdę wszystko staje się już zwyczajne i proste.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie potrafiłem odmówić. Nie byłem w stanie zaprotestować. Poczułem jakieś bolesne ukłucie gdzieś w sobie. Red mi pomógł. Pomógł mi, a teraz ja czułem się zobowiązany, żeby go nie zawieść. Ale nie potrafiłem. To było dla mnie zbyt trudne. Chciałem wierzyć, że jedno przełamanie się zmieni wszystko, że nagle zacznę postrzegać świat inaczej. Chciałem w to wierzyć i jednocześnie byłem tym przerażony. Byłem przerażony tym, że można być kimś takim jak Fenicio, Keisy, Bello… Przerażony ich obojętnością, trybem życia. A ja chciałem stąd po prostu wyjść. Chciałem po prostu uciec, wrócić do domu. To był zupełny obłęd.
-Piękny…? Zrobisz to?- rudowłosy spojrzał mi prosto w oczy z wyczekiwaniem i jednocześnie jakąś dziwną stanowczością.
Zagryzłem nerwowo wargę, drżąc lekko i zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
-Zrobię- szepnąłem w końcu ledwie słyszalnie.
Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Uśmiech, który zmroził mnie wewnętrznie i sprawił, że po raz kolejny doznałem uczucia kompletnej beznadziei, zagubienia i bezsensu.
Po raz kolejny przekonałem się o tym, że wszystko wokół mnie to tylko złudzenia.
I że tak naprawdę nie ma ucieczki.
A na tym świecie nie istnieje nikt, kto chciałby mnie szukać…

2 komentarze:

  1. Melancholia8:45 PM

    Jezuuu! Ten rozdział jest cudowny... Mam wrażenie, że Red chce sobie trochę zrekompensować to, że on już nie jest taki niewinny... Ale coś się rodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:09 AM

    Fenicio jest przegenialny. :3

    OdpowiedzUsuń