Strony

niedziela, 22 maja 2011

- 4 - [Edmund Lancaster]

Jamesa zbudziła głośna muzyka. Westchnął głęboko i wymamrotał coś niewyraźnie pod nosem. Już dawno przestało go to dziwić. Jego sąsiedzi mieli stosunkowo mało wyrozumiałości dla pozostałych, a ludzie, mieszkający tuż nad nim, założyli chyba jakąś kapelę.
… Mimo to James jakoś nie uważał, by była to pora najlepsza do prób.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że leży na podłodze. I z tego, kto leży na łóżku stojącym tuż obok niego. Czy raczej w obecnej chwili kuli się ze strachu pod kołdrą.
Edmund Lancaster.
No tak.
Westchnął cicho. A pomyśleć, że naprawdę wszystko mogło być tylko i wyłącznie snem…
-Edmund…?- zaczął łagodnie James, starając się ściągnąć z niego materiał kołdry.
-Zabierz mnie do domu, Jamie!- zażądał natychmiast młody hrabia, wcale nie dając mu się odkryć- Uszy mi pękną!
-To tylko muzyka…
-TO jest muzyka?!- obruszył się arystokrata, prychając donośnie.
James uśmiechnął się lekko. Powiedzmy, że czasem miewał na ten temat podobne zdanie.
-Wyjdź, Edmund- poprosił raz jeszcze- Wszystko jest naprawdę w porządku. Zaraz ucichnie. No chodź.
-Nie wyjdę stąd- stwierdził potomek hrabiego, zupełnie niekonsekwentnie zważywszy na jego prośby, czy raczej rozkazy odnośnie powrotu do zamku- Będę tutaj siedział tak długo, jak tylko mogę.
James parsknął cicho.
Czyli kolejne kilka wieków…?
Nie zapowiadało się to dobrze. James rozumiał to, że Edmund będzie musiał jeszcze wiele się nauczyć i przyzwyczaić się do przeróżnych rzeczy i sytuacji, ale martwiło go to, że sam nie do końca widział siebie w roli ewentualnego nauczyciela. Miał wrażenie, że przyzwyczajenie młodego Lancastera do otaczającego świata, może być zadaniem, które go przerośnie.
Podniósł się z posadzki, pozostawiając arystokratę pod grubą warstwę pościeli.
Ach.
Nikt w końcu nie mówił, że będzie łatwo, prawda…?

-Co jesz, Jamie?
Koło południa wszystko się uspokoiło. Hrabia Lancaster przystanął w drzwiach, opierając się o futrynę i spoglądając na Jamesa z uwagą. Mężczyznę po raz kolejny dopadło wrażenie, że jak na żyjącego od wieki wieków hrabiego, wyglądał całkiem zdrowo. I żywo.
-Hm... Płatki z mlekiem- odparł chłopak, uśmiechając się odrobinę niepewnie.
-A co ja mogę zjeść?
James aż zaniemówił. Dobrze, może i młody Lancaster mógł oddychać, czuć zimno, mógł nawet spać (o ile uznać, że rzeczywiście spał, bo tego James wcale nie był pewien), ale jeść?! Przecież jego układ pokarmowy musiał wyglądać jak... No... Właściwie to James nie miał zbyt dużej wiedzy o tym, jak wyglądają wnętrzności żywych, którzy teoretycznie umarli, ale podejrzewał, że jest to cokolwiek mało prawdopodobne, by coś w organizmie Edmunda Lancastera funkcjonowało jeszcze normalnie. Sam fakt życia Edmunda Lancastera był zjawiskiem tak nienormalnym, że aż mało prawdopodobnym.
-Ekhem... Jesteś głodny?- zapytał w końcu James, chcąc się upewnić, czy aby na pewno dobrze zrozumiał.
-Teraz tak- stwierdził Edmund, wzruszywszy ramionami i usiadł przy stole- U siebie nie byłem. Zresztą tam nie było zbyt wiele do jedzenia. Były tylko szczury.
-Och... No tak...- odkaszlnął niepewnie James. Naprawdę nie pojmował zasad funkcjonowania organizmu żywo-martwego hrabiego. I w dodatku nie do końca mógł go o wszystkie ciekawostki wypytywać, bo w końcu potomek Lancasterów nie zdawał sobie sprawy ze swojej śmierci, co jeszcze bardziej komplikowało całą sprawę- Proszę- w końcu podsunął swoją  miskę Edmundowi. Chyba rozmyślanie o jego wnętrznościach sprawiło, że zupełnie stracił apetyt.
-Macie czerwone mleko?- zapytał niemalże z niedowierzaniem młodzieniec- Od czerwonych krów...?- dodał już mniej pewnie, a James z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, które ostatecznie zamaskował subtelnym odkaszlnięciem.
-Nie, nie...- wyjaśnił pospiesznie, widząc spłoszone spojrzenie Edmunda. Właściwie nie mógł się dziwić jego zdziwieniu. W końcu dla niego to było tak, jakby wylądował na obcej planecie- Płatki są truskawkowe. Jadłeś kiedyś truskawki, Edmund...?
Młody hrabia wzruszył jedynie ramionami, po czym sięgnął po łyżkę i zamieszał nią kilkakrotnie w misce, jakby nie mógł się zdecydować – jeść, czy nie jeść. James wpatrywał się w niego z uwagą, licząc po cichu na to, że może uda mu się zaobserwować coś, co chociażby o krok zbliży go do rozwiązania zagadki o życiu Edmunda Lancastera. Ten z kolei wpatrywał się jeszcze w posiłek nieco podejrzliwie, ale ostatecznie... zabrał się do jedzenia.
-I co...?- zapytał James, z istnym napięciem śledząc jego ruchy.
-Nie jest złe- stwierdził dość oszczędnie Edmund, chociaż płatki zdawały się znikać w wyjątkowo szybkim tempie- Dawno nic nie jadłem- dodał, wzdychając cicho, jakby z tęsknotą.
James tymczasem schylił się i zajrzał pod stół. Tak, to było dosyć dziwaczne i pewnie niespecjalnie grzeczne, ale po prostu był ciekaw. Zważywszy na to, że organizm Edmunda, praktycznie biorąc, nie miał prawa funkcjonować, wszystko powinno z niego... wypaść? Wylecieć? Tego chyba James oczekiwał, ale nic takiego nie nastąpiło.
-Co robisz, Jamie?
James aż uderzył głową w stół, próbując się podnieść aż nazbyt gwałtownie, po czym wreszcie wyprostował się z cichym jękiem, trzymając się za tył głowy.
Edmund Lancaster zaśmiał się iście radośnie. James również uśmiechnął się leciutko i zadał pytanie, które nagle przyszło mu do głowy:
-Czujesz ból?
-Oczywiście- odparł Edmund, wzruszając ramionami w taki sposób, jakby chciał podkreślić, że jest to najbardziej oczywista rzecz na świecie- Czemu miałbym nie czuć? Przecież nie jestem martwy...
I znowu to samo.
James odetchnął głęboko, gotów podjąć próby uświadomienia hrabiego w jego obecnym położeniu.
-Sęk w tym... Sęk w tym, że jesteś, Edmund- stwierdził w końcu cicho.
-Głupi jesteś, Jamie- prychnął młody hrabia z wyraźnym poirytowaniem- Nie jestem martwy, wiedziałbym przecież o tym. To znaczy nie wiedziałbym, bo byłbym martwy. Zresztą, wiesz o co mi chodzi. Wiem, jak wyglądają martwi. Mój zdechły kot śmierdział jak diabli. Ja nie śmierdzę. Więc żyję. Głupi jesteś, Jamie- powtórzył po raz kolejny, spoglądając na niego niemal z politowaniem.
James westchnął ciężko. Cholernie trudno było powiedzieć komuś, że nie żyje. Naprawdę. A fakt, że prawdopodobnie był jedynym człowiekiem na świecie, który stanął przed takim oto dylematem, wcale niczego mu nie ułatwiał. Mimo to, postanowił się tak łatwo nie poddawać.
-Serce ci nie bije. To znaczy bije czasem, niech będzie, ale... Ale ciało człowieka nie może tak funkcjonować. Ani bez tlenu, a ty przecież nie oddychasz.
-Bo się nauczyłem! Mówiłem ci przecież, Jamie, baranie...- irytacja Edmunda zdawała się rosnąć z każdą chwilą- Długo ćwiczyłem.
O, tak. Kilka wieków.
-To nie kwestia ćwiczeń...- James starał się zachować spokój i odpowiednio dobierać słowa. Sam starał się postawić w sytuacji Edmunda i dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby jego ktoś wszem i wobec poinformował o tym, że nie żyje, nie przyjąłby tego zbyt łatwo- Edmund. Mamy dwudziesty pierwszy wiek.
Stalowe oczy hrabiego wpatrywały się w niego bez większego zrozumienia.
-Dobrze...- James westchnął cicho, starając się wymyślić jakiś sposób na to, by lepiej to wszystko wyjaśnić- Kiedy się urodziłeś, Edmund?
-Dwudziestego pierwszego kwietnia tysiąc czterysta dwunastego roku- wyrecytował niemalże, spoglądając na Jamesa z wyczekiwaniem, jakby oczekiwał, że to jakaś zabawa- I co w związku z tym?
-I... Ile lat mieszkałeś w zamku?
-Szesnaście!- prychnął młody hrabia- To przecież całkiem oczywiste. Odkąd się tylko urodziłem.
-Edmund... Mamy rok dwa tysiące dziesiąty.
-Nie, nie mamy- zaprotestował Lancaster, chociaż w jego głosie pojawiła się nutka zaniepokojenia- Głupi jesteś, Jamie.
-A ty zginąłeś dwudziestego pierwszego kwietnia, tysiąc czterysta dwudziestego ósmego roku- kontynuował James- Ja wiem, jak to może brzmieć i wiem, że pewnie jesteś przerażony i mi nie wierzysz, ale...
-Ja żyję, Jamie!- warknął z obruszeniem Edmund- I teraz jest rok tysiąc czterysta dwudziesty ósmy! Jamie, idioto. Nie chce już z tobą mieszkać, zabierz mnie do zamku.
-Edmund... Zastanów się dobrze. Pomyśl. Twój zamek jest prawie w ruinie.
-Mój zamek ma się dobrze!
-W takim razie... Gdzie są twoi strażnicy?
-Śpią- młody hrabia spłoszył się natychmiast i spuścił wzrok.
-A służący?
-Wyszli, razem ze strażnikami- młodzieniec poruszył się niespokojnie na krześle, zagryzając nerwowo wargę.
-Przecież mówiłeś, że strażnicy śpią- James uniósł pytająco brew.
-Wiem- potwierdził Edmund Lancaster, zupełnie tak, jakby w swojej poprzedniej wypowiedzi nie zawarł niczego zupełnie sprzecznego z poprzednimi słowami. Jego wzrok zawędrował nagle gdzieś ku ścianie. W jego oczach zagrały na krótką chwilę iskierki niezrozumienia i strachu, jakby się zamyślił.
-Edmund, raz jeszcze...
-Nie będę cię słuchał, Jamie...- wymamrotał gniewnie, wstając od stołu i posyłając chłopakowi pełne niechęci spojrzenie- Nie jestem martwy. Wiedziałbym, gdybym był. Martwi ludzie nie chodzą i nie rozmawiają z innymi.
-To prawda- westchnął cicho James- I właśnie w tym rzecz, że...
Mina hrabiego wyrażała autentyczną żądzę mordu. James skapitulował więc i pokręcił głową, rzucając jedynie ciche:
-Dobrze, dobrze... Nie jesteś martwy.
-Wiem- Edmund Lancaster uśmiechnął się lekko, chociaż w owym uśmiechu więcej można było dostrzec ulgi niż satysfakcji.
-Usiądź, proszę.
-Nie mogę.
-Dlaczego?- James spojrzał na niego bez zrozumienia.
Edmund zmieszał się wyraźnie.
-Och, Jamie... Strasznie mi się chce...
-Słucham?
-Och, wiesz... Jamie, no...- młody hrabia jęknął donośnie niemal w tonie swoistej skargi.
-Och- zreflektował się James, wstając prędko- W sensie... W sensie... No tak, no dobrze, chodź...- chwycił go pod ramię i poprowadził do łazienki- To jest toaleta...- pouczył go cierpliwie, wskazując na ubikację- Możesz... Tutaj... Otwiera się... No i... Robisz...
-Jamie, chce mi się!- warknął Edmund, najwyraźniej nie do końca zainteresowany dalszą nauką postępowania w takich sytuacjach- Wyjdź!
James opuścił pomieszczenie, cokolwiek zmieszany.
Sposób działania ciała Edmunda Lancastera zaczął stanowić dla niego jeszcze większą zagadkę.

Kolejne kilka godzin Edmund Lancaster znowu spędził przed telewizorem. Nie wykazał się wielką chęcią poznania innych przedmiotów codziennego użytku, ale też na szczęście nie wydarzyło się nic, co stawiałoby Jamesa w równie ciężkiej sytuacji jak owego poranka. Naprawdę nie do końca wiedział, co robić. Z Edmundem było trochę tak, jak z dzieckiem. Wszystko trzeba było mu tłumaczyć, wszystko wyjaśniać, we wszystkim pomagać... A najgorsze było to, że przystosowanie go do normalnego życia wydawało się prawie niemożliwe. Jamesowi trudno było sobie wyobrazić taką sytuację w dalszej perspektywie. Ale był pewien, że za nic w świecie nie pozostawi Edmunda samemu sobie.
Największym zainteresowaniem młodego hrabiego cieszyły się z pewnością reklamy, które oglądał to ze swoistym oburzeniem, to znowu z wyrazem absolutnej fascynacji. Od czasu do czasu zadawał Jamesowi jakieś pytania, na które ten nie do końca potrafił odpowiedzieć. Wyjaśnienie tego, dlaczego groszek na ekranie tańczy i śpiewa, stanowiło dość trudną kwestię dla kogoś, kto zupełnie nie pojmował najprostszych pojęć z zagadnienia animacji komputerowej i tym podobnych rzeczy. Zresztą, James miał wrażenie, że Edmund traktuje go trochę jak chorego psychicznie. Gdy ten zabierał się za wyjaśnianie jakiejś skomplikowanej kwestii, młody hrabia wpatrywał się w niego z autentycznym politowaniem i chyba nie traktował jego słów poważnie, co wcale nie ułatwiało ewentualnej nauki.
A prócz nauki Edmunda, James z autentycznym zacięciem badacza, zajmował się też czymś innym.
Samym Edmundem.
Działaniem jego organizmu.
Tym, kim tak naprawdę był i dlaczego, u diabła, żył.
Koło południa, przygotował Edmundowi coś do przekąszenia i wszedł do salonu, a następnie przysiadł na podłodze, obok młodzieńca, podając mu talerzyk z galaretką.
-Proszę- uśmiechnął się lekko. Jeżeli chodziło o jego umiejętności kulinarne, to był prawdziwy szczyt.
-Co to...?- Edmund Lancaster zmarszczył brwi, spoglądając na ów deser mocno podejrzliwie.
-To galaretka. Dobra- dodał, widząc jak młody hrabia krzywi się niemiłosiernie.
-Dobra do czego?
-Do jedzenia, oczywiście- James parsknął cichutko.
Edmund Lancaster chwycił za talerzyk i obrócił go kilkakrotnie w dłoniach, po czym pokręcił odmownie głową.
-Nie chcę- stwierdził, wracając wzrokiem z powrotem do ekranu- Rusza się.
James spoglądał na niego, zupełnie zbity z tropu.
-No to co?
-Jeżeli się rusza, to jest żywe. Tak mówił mój ojciec. To taka podstawowa zasada...- Edmund posłał Jamesowi pełne wyższości spojrzenie- … do osądów czy ktoś jest martwy czy nie.
… Tak, tak, podobnie jak sprawdzanie pulsu, oddechu i tym podobne.
James ledwie wczoraj przekonał się o tym, że to wszystko zawodzi.
-To nie jest jakieś... zwierzę... ani nic w tym stylu...- wyjaśnił cierpliwie- To po prostu jedzenie. Rusza się, kiedy ty ruszasz talerzem, bo to żelatyna i...- och, Boże. Czy naprawdę był sens tłumaczyć to komuś, dla kogo każde kolejne słowo stanowiło jeszcze większe dziwactwo?- Naprawdę jest smaczna.
Edmund Lancaster uniósł brew w geście politowania.
-Lubisz jak coś ci się rusza w ustach, Jamie?
James po prostu zdębiał, w pierwszej chwili zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
To nie było zbyt... oczywiste pytanie...
-Spróbuj tylko- udało mu się w końcu z siebie wydobyć, pomiędzy nieco nerwowymi kaszlnięciami. Czuł, że cały się rumieni. Edmund Lancaster najwyraźniej zupełnie nie zdawał sobie sprawy z przyczyn jego zażenowania. Młody hrabia pokręcił odmownie głową, najwyraźniej uparcie postanawiając pozostać przy swoim.
-Nie jestem już głodny, Jamie. Brzuch mnie boli.
-Dlaczego?- James wpatrywał się w niego z uwagą, odrobinę zaniepokojony.
-Bo ja wiem? To pewnie przez to twoje czerwone mleko!- prychnął Edmund, wyraźnie niezadowolony- Po prostu boli i już. Nie chcę jeść.
James skapitulował z cichym westchnieniem i odłożył talerzyk na blat stołu. Eksperymenty na Lancasterze był zmuszony zostawić sobie na inny czas. Chociaż na sam dźwięk tego słowa, czuł się tak jakoś... Dziwnie. W końcu potomkowi dawnej, arystokratycznej rodziny, przydałoby się trochę spokoju, szczególnie po tylu wiekach. Szczególnie, że większość zmarłych, tenże spokój ma zagwarantowany.
-Gdzie są twoi rodzice, Jamie?- zapytał niespodziewanie Edmund, wpatrując się w Jamesa badawczo- Nie mieszkają z tobą.
-Nie... Moja mama mieszka w innym mieście- James uśmiechnął się leciutko- Przeprowadziłem się tutaj, żeby pójść na studia.
-Aha... A twój ojciec?
James zmieszał się nieznacznie. Takie pytania zawsze były odrobinę niewygodne.
-Nie wiem. Nie znałem go- przyznał w końcu. Teoretycznie w dwudziestym pierwszym wieku, takie sprawy były na porządku dziennym, ale on czuł się trochę nieswojo, za każdym razem, gdy ktoś go o to pytał.
-Jak to nie znasz?- obruszył się młody Lancaster, wpatrując się w niego bez większego zrozumienia.
-Hm... Moja mama nie miała męża... Po prostu... Tak się jakoś złożyło, że zaszła w ciążę...- ach, jakże to optymistycznie brzmiało!- Urodziłem się i nigdy nie poznałem swojego ojca, ale wcale nie był mi potrzebny. Mama wystarczała... Nie patrz na mnie z takim zaskoczeniem- parsknął cicho, widząc na wpół zdziwioną, na wpół niepewną minę Edmunda- U nas to całkiem normalna sprawa.
Lancaster milczał przez dłuższą chwilę, jakby nie do końca wiedział, co powiedzieć.
-Mój ojciec nie mówił dobrze o takich kobietach- szepnął w końcu.
-Jakich?- James nie do końca rozumiał, dlaczego ten nagle ściszył głos.
-No... Takich bez mężów...- wyjaśnił Edmund, wzruszając bezradnie ramionami- Takich... Które maja dzieci... Wiesz o czym mówię, prawda?
-Wiem- odparł spokojnie James, skinąwszy lekko głową. To były zupełnie inne czasy, nawet teraz nie każdy patrzył na podobne sytuacje przychylnie.
Młody Lancaster zawahał się ponownie i zagryzł nerwowo wargę, po czym rzucił ledwie słyszalnie:
-Ojciec mówił, że są sukami.
James uniósł brwi w geście zaskoczenia.
-No wiesz... Takimi od psów, Jamie...- wyjaśnił młodzieniec, wyraźnie mocno spłoszony- Ale ja wcale nie muszę tak uważać...
James uśmiechnął się lekko, chociaż poczuł się bardzo niepewnie. Mówiąc szczerze, niezupełnie tego się spodziewał. Nawet, jeżeli zdawał sobie sprawę z tego, że w czasach Edmunda, wszelkie atrakcje w stylu nieślubnych dzieci i niezamężnych kobiet odbierali niemalże jak prostytucję.
-No cóż... Takie wtedy były poglądy- skwitował krótko.
Użył słowa „wtedy” celowo. Chciał sprowokować Edmunda do rozmowy, do zadawania pytań, ale jak na złość, młody hrabia nie pytał wcale. Uporczywie wpatrywał się w ekran monitora, podrygując w rytm piosenki do reklamy promującej jakieś jogurty i mruczał coś pod nosem, jakby zupełnie nie usłyszał słów Jamesa.
-Edmund, bo widzisz... Teraz wszystko jest zupełnie inne. Świat się trochę zmienił od twoich czasów...- to była jawna prowokacja. Prowokacja, mająca na celu doprowadzić młodego hrabiego do pewnych wniosków na temat siebie i otaczającego go świata. Ale on najwyraźniej wcale nie czuł się zobowiązany, by odpowiadać- Dzisiaj mamy telewizory... Telefony komórkowe... Masę innych rzeczy, których wy nie mieliście. Zastanów się nad tym. Pomyśl o tym, co widzisz dookoła, jak bardzo różni się to od...
-Przymknij się, Jamie...- wycedził przez zęby Edmund, poruszywszy się odrobinę niespokojnie- Nie chcę rozmawiać.
James westchnął cichutko, po raz kolejny tego dnia, poddając się.
Miał przez sobą najlepszego świadka, jakiego mógłby mieć. Świadka, który jeżeli nie mógł niczego powiedzieć o własnej śmierci, bo jakkolwiek by to brzmiało – prawie żył, być może wiedział coś o przyczynach morderstwa swoich rodziców.
Ale żeby poznać prawdę, Edmund Lancaster musiałby sobie najpierw uświadomić to, że świat się zmienił.
To, że to nie jest piętnasty wiek.
I że jego rodzice już się nie obudzą.
James musiał mu to w końcu uświadomić.
Chociaż szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak to zrobić.

-Jamie!
James odetchnął głęboko, słysząc wołanie dochodzące z sypialni i spojrzał wyjątkowo tęsknie, na swoją niezbyt wygodną, ale jednak dużo bardziej miękką niż podłoga, kanapę, a następnie przeszedł do pokoju obok. Edmund wyciągnął w jego stron dłoń w pełnym wyczekiwania geście. Chłopak chwycił ją delikatnie, a następnie przysiadł na podłodze, dokładnie tak jak wczoraj.
Drugi dzień.
Dopiero drugi dzień...
James westchnął ciężko, przeczesując włosy wolną dłonią.
Życie z Edmundem przez ten czas było niezwykle trudne, a co dopiero w dłuższej perspektywie.
Musi go jak najszybciej uświadomić.
A później sprawdzić, co wie.
O ile w ogóle coś wie.
On w końcu... żył.
… Powiedzmy...
Mógł nie widzieć sceny zabójstwa, może nie zdawać sobie z niczego sprawy.
Ale trzeba będzie to sprawdzić.
A później...
No właśnie. Co będzie później?
James nie miał bladego pojęcia. Był pewien tylko jednego – tego, że Edmund Lancaster jest teraz zdany tylko na niego. I że nigdy nie pozostawiłby go na pastwę losu.
Lubił go.
-Śpisz, Jamie...?
-Przysypiałem...- przyznał James z iście stoicką cierpliwością- Coś się stało, Edmund?
Na twarzy młodzieńca wymalował się delikatny uśmiech.
-Nic, Jamie. Dobranoc.
Ach, Boże...
Czy można było się na niego złościć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz