Strony

niedziela, 22 maja 2011

4. Johnny przyjacielem matematyki

-Cześć, Rose- wymamrotał Johnny, jeszcze odrobinę sennie, obejmując kobietę i składając na jej policzku krótki pocałunek. Dziś udało mu się wyrobić wyjątkowo wcześnie i miał jeszcze ponad kwadrans do wyjścia, co niezmiernie go cieszyło- Co tak świetnie pachnie?
-Naleśniki- odparła Rose, zwyczajowo odganiając Johnny’ego pełnym zniecierpliwienia gestem dłoni- Siadaj- poleciła jeszcze, po czym położyła przed nim na stole porcję naleśników, która zapewne powstrzymałaby falę głodu w Afryce.
Johnny uśmiechnął się z autentyczną wdzięcznością i natychmiast zabrał się do jedzenia. Rano był tak głodny, że pewnie gdyby nie Rose, byłby w stanie pochłonąć całą lodówkę.
-Ło tam, Hose?- wymamrotał z pełnymi ustami, a kobieta posłała mu karcące spojrzenie, nie przestając ani na chwilę krzątać się po kuchni. Ustawiała zakupy, przestawiała coś z miejsca na miejsce, zapełniała lodówkę… Johnny po prostu wiedział, że Rose musi coś robić. Siedzenie na miejscu zwyczajnie ją nudziło, bierność wcale do niej nie pasowała. Nawet w czasie Świąt trudno było ją zatrzymać przy stole dłużej niż kwadrans, od razu zabierała się za porządki.
-Nie zadawaj głupich pytań, Johnny- ucięła, posyłając Johnny’emu pełne politowania spojrzenie, po czym rozłożyła dłonie w geście bezradności- Mam już pięćdziesiąt sześć lat, co ciekawego może dziać się w moim życiu…? Wstałam rano, żyję, oddycham, mogę chodzić, więc jestem przeszczęśliwa… Nie to, co u ciebie, rzecz jasna- dodała natychmiast, po czym poklepała chłopaka po ramieniu niemal serdecznie, przechodząc akurat obok. Po Rose naprawdę nie należało się spodziewać jakichś większych oznak czułości, ale Johnny’emu w zupełności to wystarczało. I bez podobnych gestów doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest dla niej wyjątkowo ważny- Dyskoteki, randki, spotkania… Chłopcy w twoim wieku zawsze mają coś do roboty… Zazwyczaj coś głupiego, ale jednak. A propos, miałeś wczoraj gości…?
-Hm…?- Johnny posłał jej cokolwiek mało rozumne spojrzenie. O tej porze wszelkie informacje dochodziły do niego w spowolnionym tempie- Ach, tak! Benny wpadł pod wieczór!
-Tylko Benny…?- Rose uniosła pytająco brew, a Johnny uśmiechnął się jedynie i wzruszył ramionami.
-No… I Carl… I Eric… Byli w pobliżu- wyjaśnił, chociaż właściwie nie było takiej potrzeby. Rose tak naprawdę nigdy nie miała do niego pretensji o to, kto do niego przychodzi i gdzie wychodzi on. No, może poza jednym razem, gdy Johnny był tak pijany, że zasnął na kanapie u Benny’ego i nie wrócił do rana.
-No mam nadzieję… Nie spodziewałam się, żebyś samodzielnie albo nawet przy niewielkiej pomocy wypił taką ilość alkoholu…- mruknęła kobieta, po czym, widząc pełne zaskoczenia spojrzenie Johnny’ego, dodała- Przed chwilą wyniosłam butelki.
-Wybacz, Rose- jęknął ze skruchą Johnny. Zazwyczaj starał się nie zostawiać po sobie wielkiego bałaganu, zawsze było mu głupio, gdy przysparzał jej więcej pracy, niż było trzeba. Nie był w końcu dzieckiem. A jednak wczoraj siedzieli do późna i po wyjściu przyjaciół natychmiast powlókł się do łóżka, zbyt wycieńczony, by zrobićcokolwiek- Byłem taki zmęczony… Zupełnie nie pomyślałem o tym, żeby je wyrzucić. Przepraszam.
-E tam, e tam- Rose machnęła obojętnie dłonią, po czym zgarnęła opróżniony już talerz Johnny’ego i natychmiast opłukała go, a następnie odłożyła na suszarkę. Johnny, co prawda, miał zmywarkę, ale przy tempie i systematyczności zmywania naczyń przez Rose okazała się zupełnie zbędna- Wiem przecież, jacy są chłopcy w twoim wieku… W końcu sama wychowałam synów- dodała, jakby na dowód swojego doświadczenia w tym temacie- Pijecie alkohol, rozglądacie się za dziewczynami, eksperymentujecie… Przychodzą wam do głowy idiotycznie rzeczy, ale i tak w końcu wyrastacie… Ale u was to normalne. Nie to, co dziewczęta… Na przykład ta córka twojej sąsiadki… Taka ładna dziewczyna. Zawsze mówi mi „dzień dobry” i jest miła… Bardzo porządna dziewczyna.
Johnny jedynie odkaszlnął wysoce dyplomatycznie, dopijając do końca jogurt.
Postanowił nie rujnować idealistycznych wyobrażeń Rose i nie informować jej o tym, jaką opinią cieszy się „ładna, miła, porządna” córka sąsiadów.
-A ten chłopiec, który był tutaj wczoraj…?- zagadnęła nagle Rose, zatrzymując się na chwilę i spoglądając na Johnny’ego uważnie- Kto to taki?
-Och…?- chłopak posłał jej odrobinę zdziwione spojrzenie, po czym odparł- Keith.
-Keith?- Rose zmarszczyła brwi- Chyba nie widziałam go u ciebie wcześniej… To twój kolega?
-No…- Johnny zawahał się odrobinę. Właściwie nie był do końca pewien, jak powinien go określić… „Obiekt wyzwania” nie brzmi dobrze- Tak. Chodzimy do jednej klasy.
-Nigdy o nim nie opowiadałeś- zauważyła Rose.
-Bo… Bo… Bo w sumie zaczęliśmy się kolegować od niedawna.
-I bardzo dobrze!- pochwaliła go Rose, uśmiechając się pogodnie- Sprawia wrażenie bardzo sympatycznego… Ale jest taki szczuplutki, drobniutki… Biedny chłopaczek… Te dzisiejsze dzieciaki na nic nie mają czasu, nie odżywiają się dobrze, nie wysypiają… W moich czasach…
-Muszę lecieć, Rose- rzucił prędko Johnny, starając się uniknąć kolejnego wykładu, i podniósł się z miejsca, a następnie chwycił swoją torbę, po czym ucałował jeszcze kobietę na pożegnanie i wybiegł szybko z mieszkania. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że o czymś zapomniał.
Gdy wrócił się do domu, Rose już stała w progu z torbą, w której znajdowało się jego drugie śniadanie.
-Dzięki- uśmiechnął się z autentyczną wdzięcznością.
Co on by bez niej zrobił?

Johnny wszedł do szkoły i od razu podszedł do swojej szafki, by wyciągnąć z niej książki. Benny’ego jeszcze nie było, ale chłopak nie dziwił się temu specjalnie. Podejrzewał, że jego samochód ciągle nie jest w dobrym stanie, a to oznaczało podwózki przez jego dziewczynę. Właściwie Johnny’emu było go żal. Zawsze z Maicy uchodzili za bardzo zgodną, dobrą parę, a ostatnio, jak wynikało z opowieści jego przyjaciela, naprawdę coś zaczynało się pomiędzy nimi psuć. Johnny nie znał jej za dobrze, ale Maicy wydawała się być bardzo w porządku, znała często ich wszystkie sekrety, bo Benny, chociaż zarzekał się, że jej nie powie, w końcu i tak mówił wszystko, ale niczego nie rozgadywała. Nigdy wcześniej nie kojarzyła mu się też bynajmniej z awanturnicą. Owszem, zdarzało jej się obrazić na Benny’ego czy poważnie z nim pokłócić, czasem nawet o drobnostkę, ale wtedy też jego przyjaciel nie był święty i najczęściej jakieś powody były. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej, i chociaż Johnny miał świadomość tego, że Benny pewnie nieco całą historię wyolbrzymia, wcale nie był spokojny. Jego przyjaciel chyba by się załamał, gdyby ze sobą zerwali.
-Stary, ratuj mnie- jęknął cicho Benny, nagle pojawiając się obok niego z iście błagalnym spojrzeniem- Przyjedź po mnie jutro, bo przysięgam ci, że dłużej tego nie wytrzymam!
-Co się stało?- Johnny parsknął z rozbawieniem, spoglądając na niego pytająco.
-Ona jest wariatką- stwierdził chłopak, a Johnny nawet nie musiał pytać, o kogo chodzi- Naprawdę. Wytrzymam jej ciągłe uwagi na temat mojej niedojrzałości, czepianie się do tego, co robię, co mówię, robienie mi mega awantur o każdą pierdołę, obrażanie się, i tak dalej, ale to był już szczyt wszystkiego. Przyjechała po mnie rano, wydawało mi się, że wszystko będzie w porządku. Wiesz… Wczoraj nie odzywaliśmy się do siebie za bardzo- dodał w tonie wyjaśnienia- Kiedy byłem u ciebie wyłączyłem telefon, i tak dalej… Wysłała mi chyba z milion sms-ów. Ucieszyłem się trochę, bo wiesz… Zależy jej…- mruknął już nieco ciszej, a Johnny uśmiechnął się łagodnie pod nosem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Benny strasznie się martwi- No i dzisiaj była całkiem miła, nawet zrobiła mi śniadanie…- chłopak zamachał w powietrzu różowawą torebką- Tego też nigdy nie robiła. Trochę się z tego śmiałem, ale wiesz… No… To miłe, nie? W każdym razie gadałem z nią i było sympatycznie. Nawet nie prowadziła dzisiaj tak, jakby pierwszy raz wsiadła do samochodu, więc nie kłóciliśmy się ani nic… I nagle stajemy sobie na czerwonym świetle, a obok, chodnikiem, przechodziła jakaś dziewczyna… No odwróciłem się- przyznał Benny, a Johnny z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem- Och, stary, co miałem zrobić? To przecież odruch! A ona nigdy nie robiła mi żadnych afer o takie rzeczy! Śmiała się albo czasem, jak miała gorszy humor, rzucała tylko jakieś uwagi czy patrzyła na mnie krzywo! Wiesz jak to jest z facetami, nie?- westchnął głęboko chłopak, jakby w tonie usprawiedliwienia samego siebie- Nawet specjalnie nie przyjrzałem się tej dziewczynie ani nic… Zapaliło się zielone światło, a Maicy nie ruszyła. Patrzę się na nią zdziwiony, a ona nagle każe mi wysiadać z samochodu! No kompletny obłęd, nie wiedziałem nawet, o co chodzi! Ale w końcu wysiadłem. Za nami zrobił się chyba z kilometrowy korek. Wszyscy trąbili i gapili się na mnie, a ja po prostu stałem przed tym samochodem.
-Zostawiła cię…?- zdumiał się Johnny, a Benny jęknął cicho i pokręcił głową.
-Gdyby tak zrobiła, to jeszcze bym to jakoś przeżył… Ale ona siedziała w samochodzie i robiła mi aferę. Nawet przechodzący ludzie się na łem z powrotem. Do końca drogi do szkoły się do mnie nie odzywała… Mówię serio, dłużej z nią nie wytrzymam.
-Zamierzasz z nią zerwać?- zapytał Johnny, chociaż właściwie niezbyt w słowa przyjaciela wierzył. Już niejednokrotnie słyszał podobne deklaracje, nawet ostrzejsze, i nigdy nic z nich nie wynikało. Jak i tym razem.
-Nie… Jasne, że nie…- burknął Benny, dużo ciszej niż zwykle i zaczerwienił się lekko- Ale wiesz… Hm… No w sensie… No… Nie wiem, co mam robić!- wybuchnął w końcu, wyraźnie poirytowany- Maicy jest taką fajną dziewczyną… Czasem każdemu zdarzają się gorsze dni, owszem, ale jej gorsze dni trwają od dłuższego czasu i z dnia na dzień jest coraz gorzej! Nie chcę, żeby tak między nami było, ale to przecież nie moja wina! Zupełnie nic jej nie zrobiłem!
-A rozmawiałeś z nią o tym?
-Próbowałem, rano- jego przyjaciel westchnął zrezygnowany i machnął dłonią- Chciałem się jej subtelnie wypytać, o co chodzi… Czy może ma okres… Miesięczny…- skwitował ironicznie, po czym kontynuował- Ale to zupełnie nie to. Ona tylko popatrzyła na mnie tym swoim wzrokiem, jakim patrzy zawsze, jak coś przeskrobię, i rzuciła, że faceci najchętniej wszystko sprowadziliby do jednego.
-No cóż…- odparł jedynie Johnny, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Wbrew powszechnej opinii nie był specjalistą w sprawach kobiet. Nie miał też z nimi nigdy takich problemów, chociaż zapewne wynikało to z faktu, że nigdy zbyt długo z żadną dziewczyną nie był, a póki co zdecydowana większość jego związków ograniczała się do ewentualnych wyzwań. Zresztą, jak widać, to było znacznie prostszym i mądrzejszym rozwiązaniem niż szukanie sobie kogoś na stałe.
Na szczęście jednak nie musiał się już gimnastykować i wymyślać jakichkolwiek innych sposobów na udobruchanie Maicy, bo w tym momencie pojawił się Carl. Szedł w ich stronę z grupką dziewczyn, trzymając za rękę Agathę.
-Cześć- rzucił pogodnie, żegnając się jeszcze z dziewczyną krótkim pocałunkiem.
-Cześć, Johnny!- wykrzyknęła pogodnie Linda, zupełnie tak jak zawsze. Johnny jeszcze nie przyznał się kumplom, że wie o ich zakładzie… I wcale nie był pewny, czy powiedzenie jej było naprawdę dobrym pomysłem. Ale póki co nikt nie mierzył go krzywymi spojrzeniami (ha, kto by się ośmielił!), więc chyba wszystko było w porządku.
Natomiast Maicy minęła ich bez żadnego słowa, z iście naburmuszoną miną.
Benny również milczał.
Wyglądało na to, że tego ranka rzeczywiście poważnie się pokłócili, bo nie chcieli nawet stwarzać pozorów, że wszystko między nimi okej.
-Co tam?- zagadnął Carl, a dziewczyny oddaliły się tłumnie w kierunku damskiej toalety.
-W porządku- odparł Johnny, a Benny jedynie burknął coś cicho, wzruszywszy ramionami, i zapytał:
-Maicy coś o mnie mówiła?
-Eee… No wiesz, stary…- Carl wydawał się być odrobinę zakłopotany- Przy mnie nie. Ale podobno nieźle się pokłóciliście. O co chodzi?
-E, tam…- chłopak westchnął ciężko, wyraźnie zrezygnowany- Nie ma o czym mówić…
-Ej, Johnny, zauważyłeś, że jak już zaczniesz chodzić z Lindą, to nasze paczki jakby się… połączą?- zapytał Carl, najwyraźniej również postanawiając nie ciągnąć tematu.
-Skąd wiesz, że zacznę?- parsknął cicho Johnny, chociaż właściwie podejrzewał, że tak będzie. Dziewczyna naprawdę była nim zainteresowana, była ładna, była przyjaciółką Maicy, lubili ją jego przyjaciele… Czego jeszcze więcej było potrzeba do udanego związku?
… Może tego, żeby lubił ją Johnny?
Ach, nieistotne.
-Jak Linda kogoś upoluje, to raczej nie daje mu wyboru- zaśmiał się Benny- Więc możesz już czuć się usidlony. To tylko kwestia czasu… W każdym razie… O ile będę z Maicy…- dodał pochmurnie- Rzeczywiście.
-To strasznie fajnie, co?- podchwycił wesoło Carl- Rozmawiałem o tym z Agathą i mówiła, że wtedy moglibyśmy wychodzić gdzieś całą grupą i umawiać się wspólnie… Co wy na to?
Johnny i Benny skwitowali tą propozycję milczeniem.
Żadnemu z nich wspólne spotkania z dziewczynami zdecydowanie się nie podobały. To nie to samo, co bycie wyłącznie w towarzystwie męskiej paczki, zawsze mieli przecież jakieś swoje sprawy, o których dziewczyny nie wiedziały. No, może prócz Maicy.
-Poczekajmy, aż Johnny zacznie chodzić z Lindą- skwitował dyplomatycznie Benny, jakby przed chwilą nie zarzekał się, że to i tak się niedługo stanie.
-Tak, a poza tym… Co z Erickiem?- przypomniał Johnny, spoglądając na nich pytająco.
-Och, Eric!- wykrzyknął Carl i aż plasnął się w czoło, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że kogoś pominął- Zupełnie o nim zapomniałem!
-Ta, ja też…- przyznał Benny, odrobinę zdziwiony- Hm… Kurczę, gdzie on tak właściwie jest?
-Nie mam pojęcia- Carl wzruszył ramionami- Ale chyba spotyka się z tą swoją dziewczyną… W końcu tak rzadko z nami wychodzi…
-Wierzysz w tą jego dziewczynę?
-A ty nie?
-Nie- odparł stanowczo Benny- Myślę, że to jakaś ściema. Wiesz, jaki jest Eric… Zawsze się wkurza, gdy ktoś wtrąca się w jego sprawy i pewnie to wymyślił, żebyśmy dali mu spokój i go tak nie naciskali… Widziałeś ich razem czy coś?
-Nie no…- przyznał niepewnie Carl- Agatha mi mówiła.
-A ona ich widziała?
-Też chyba nie… Tak po prostu gadają w szkole, wiesz, jak jest.
-Ta…- mruknął Benny, wciąż odrobinę ponuro- Nie wiem, czy to prawda, ale jeżeli tak, to naprawdę głupio z jego strony. Owszem, mogę zrozumieć, że ma dziewczynę, i tak dalej, ale ostatnio w ogóle się z nami nie widuje. No, może prócz wczorajszego wieczora i ostatniej imprezy. Wcześniej przecież totalnie nas olewał! Nawet nie oddzwaniał i nie odpisywał. Wszystko ma swoje granice, no naprawdę… Żaden z nas przecież nie ograniczał spotkań z pozostałymi, jak zaczął mieć dziewczynę, nie?- dodał, a Carl pokiwał gorliwie głową.
Johnny jedynie uśmiechnął się lekko pod nosem.
Wolał nie przypominać, że olewanie kumpli jest całkiem normalne, szczególnie, gdy dopiero zaczyna się z kimś związek. Benny’ego znał dłużej niż innych chłopaków i pamiętał, jak jeszcze ledwie dwa lata temu zarzekał się na wszystkie świętości, że dziewczyny są głupie i dlatego nigdy z żadną nie będzie. A później przeżył gwałtowne zauroczenie jedną z praktykantek, niestety zakończone dość żałośnie, po którym twierdził dokładnie to samo. Ale w końcu zaczął się spotykać z Maicy, a to już przekształciło się w poważny związek i Benny zupełnie zapomniał o swoich wcześniejszych deklaracjach. Johnny pamiętał, jak jego przyjaciel początkowo nic mu nie mówił i urywał się nagle ze spotkań, cały czas siedział z telefonem w dłoni, wymyślał głupie wymówki, żeby z nimi nie iść… Później oczywiście wydało się, że spotyka się ze swoim obiektem wyzwania i chociaż Eric strasznie się z niego śmiał, Johnny naprawdę się ucieszył. Benny miał dla nich o wiele mniej czasu, ale był znacznie pogodniejszy i weselszy.
Carl z kolei zawsze miał bardzo duże problemy z dziewczynami i nawiązywaniem z nimi jakichkolwiek kontaktów. Zawsze robił z siebie przy nich idiotę, rzucał niezbyt rozważnymi żartami i strasznie się denerwował. Agatha jednak pasowała do niego doskonale, zarówno poczuciem humoru, jak i ogólnym usposobieniem, a gdy Carl nagle zaczął jej pomagać w lekcjach i rozmawiać z nią na przerwach, Johnny już wiedział, co się święci, i ich związek nie był dla niego żadnym zdziwieniem.
-Chciałbym zobaczyć tą jego dziewczynę…- wymamrotał jeszcze Benny, ale już po chwili umilkł, bo w tym momencie zza rogu wyłonił się Eric i podszedł do nas, po czym uniósł brew w pełnym politowania geście.
-Czekacie na mnie…?- zapytał z igrającą w głosie drwiną- Już po dzwonku.
-Tak?- zdumiał się Johnny i rozejrzał wokół. Rzeczywiście, na korytarzu nikt już się nie plątał. Najwyraźniej byli tak zajęci zastanawianiem się nad wybranką serca Erica, że żaden z nich tego wcześniej nie zauważył.
W końcu jednak powlekli się wszyscy do klasy, a Johnny już wiedział, że to nie będzie jego najlepszy dzień.
Żaden dzień nie może być dobry, jeżeli zaczyna się od matematyki.
-Spóźnialscy pod ścianę, ale już!- dopadł go głos pani Stevens i aż jęknął cicho, po czym razem z przyjaciółmi ustawił się posłusznie, czekając z taką miną, jakby miał zaraz zostać przykładnie rozstrzelany.
Pani Stevens w gruncie rzeczy nie była taka zła. Nie taka zła jak Worner z pewnością, której Johnny wprost nie trawił, zresztą zapewne z wzajemnością, bo Worner ot tak, dla zasady, nie lubiła wszystkich uczniów. Pani Stevens natomiast nie lubiła kilku rzeczy: gdy ktoś jej przeszkadzał, gdy ktoś jej nie słuchał i gdy ktoś się spóźniał.
Niestety, Johnny ze względu na swoje jakże barwne i cudowne usposobienie, najczęściej spełniał wszystkie te warunki i tym samym z góry był skazany na czarną listę Stevens, która przyglądała mu się ze znacznie większą uwagą niż pozostałym uczniom. Szczególnie, że jego oceny też nie były specjalnie obiecujące, w przeciwieństwie do Benny’ego, który jakoś sobie radził i Erica, który był niewiele gorszy od samego Keitha. A Carl? Carl, jak to Carl, nie odzywał się zbytnio na lekcjach, więc nie zwracał na siebie uwagi. W przeciwieństwie do Johnny’ego.
Ale zważywszy na jego niezwykłą urodę, dawno przestało go to dziwić…
-No tak… Bradley i jego gromadka- skwitowała Stevens z lekkim niesmakiem, jakby Johnny był jakimś hersztem bandy- Mogłam się tego spodziewać… Siadajcie na miejsca i łaskawie milczcie.
Johnny zajął potulnie miejsce obok Benny’ego, wyjmując podręcznik i omiótł wzrokiem całą klasę. Linda plotkowała o czymś wesoło z Maicy, a tuż za nimi siedział Carl z Agathą. Eric zazwyczaj siadał prawie na samym końcu, ale zawsze sam. A w ostatniej ławce siedział jak zawsze nikt inny, jak Keith, który zresztą akurat również spoglądał wprost w jego stronę. Johnny uśmiechnął się pogodnie i zamachał do niego wesoło, zupełnie nie rozumiejąc owego wyrazu politowania, który nagle zagościł na twarzy chłopaka.
-Bradley…- wycedziła przez zęby Stevens, a Johnny odwrócił się w jej kierunku- Czy masz jakiś problem z władaniem nad swoimi kończynami…?
-Nie, proszę pani- odparł jedynie, wciąż uśmiechając się iście czarująco.
-Co ty wyrabiasz?- jęknął cicho Benny, kręcąc z niedowierzaniem głową- Miałeś tego nie robić tak… publicznie.
-Bradley, masz mi coś jeszcze do powiedzenia?- rzuciła nauczycielka, chociaż Johnny nawet nie zdążył otworzyć ust, by odpowiedzieć przyjacielowi.
Więc w końcu sobie darował i umilkł. Na szczęście Benny owego milczenia wcale mu nie utrudniał, bo sam chyba wyjątkowo skupiał się na tym, co mówi Stevens. Johnny bardzo chciałby mieć chociaż tyle zawziętości, żeby symulować, że cokolwiek rozumie. Ale nie rozumiał nic i to bynajmniej, ależ bynajmniej, nie było jego winą! Po prostu matematyka działała na niego usypiająco. Zupełnie się wyłączał i po prostu przepisywał z tablicy wszystko, jak leciało, nie zwracając nawet uwagi na to, co tak właściwie bazgrze. Pewnie nawet gdyby pojawiło się tam coś tak absurdalnego jak „2 + 2 = 5”, Johnny przepisałby to bez wahania. Wcale nie dziwne, że gdy próbował się uczyć na sprawdziany, zupełnie nie wiedział, o co momentami chodzi… Na matematyce zajmował się wszystkim, dosłownie wszystkim prócz liczenia. Myślał o swojej fryzurze, o tym, co jutro założy, myślał nawet o Benny’m i Maicy, myślał o tym, co powinien powiedzieć Keithowi i znowu o swojej fryzurze… Wkraczał w swój cudowny świat pełen żelu do włosów, kremów i całej reszty tych cudownych wynalazków, bez których absolutnie nie potrafił funkcjonować. A cyferki i cała reszta przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie…
-Czy jest ktoś chętny do zrobienia zadania?- dopadł go jakby przez mgłę głos Stevens i Johnny zmusił się do tego, by zachować przytomność umysłu, przynajmniej jeszcze na chwilę. Zerknął na rozpisany na tablicy przykład, pełen iksów, igreków i tym podobnych i aż jęknął w duchu.
Nie. On zdecydowanie nie był chętny.
Kłopot w tym, że inni też nie byli, co zresztą stanowiło stan permanentny. Keith raczej nie podchodził do tablicy sam z siebie, chyba, że Stevens dostawała już białej gorączki i gotowa była ich wyzywać od zupełnych niedorozwojów i intelektualnych miernot. Wtedy litował się najwyraźniej nad zdrowiem pani profesor i łaskawie robił zadanie. A cała reszta albo miała to gdzieś, albo za bardzo bała się zgłosić.
-Raz jeszcze pytam, czy są jacyś ochotnicy…- kontynuowała Stevens, odrobinę złowrogo- Inaczej ochotników będę musiała wyłowić z tłumu… Więc?
Johnny niemal błagał w duchu, żeby ktoś się jednak zgłosił. Zawsze miał wrażenie, że zapyta właśnie jego, ale dzisiaj był tego pewien. Szczególnie po jego spóźnieniu i niezbyt udanym początku lekcji.
I miał rację.
Stevens spojrzała wprost na niego i już otwierała usta, gdy…
-Ja mogę.
Johnny zupełnie osłupiał i w pierwszej chwili nawet nie wiedział, do kogo należy ów głos. Dopiero, gdy odwrócił się i zobaczył idącego przez klasę Keitha, dotarło do niego, że chłopak właśnie uratował mu życie.
No dobrze… Może aż tak dramatycznie nie było, ale Johnny nienawidził stać przy tablicy, zwłaszcza na matematyce, gdzie wszyscy nagle stawali się wyjątkowo serdeczni i zaczynali mu podpowiadać. Niestety, podpowiadali i ci, którzy się znali, jak i ci, którzy kompletnie nie mieli pojęcia, o czym mówią, a Johnny zupełnie tracił rachubę i pisał takie rzeczy, że Stevens łapała się za głowę i pytała, czy aby na pewno skończył chociaż podstawówkę. A później zaczynała mu najczęściej zadawać jakieś banalnie proste pytania albo pytać z tabliczki mnożenia, a Johnny mimo tego, że tak głupi przecież nie był (możecie mu wierzyć na słowo!), zupełnie się gubił i mówił straszne durnoty przez stres. I wtedy wszyscy się z niego śmiali. Johnny tego nie lubił. Cieszył się, gdy ludzi bawiły jego żarty czy celowe zachowanie, ale robienie z siebie głupka na oczach całej klasy zawsze było dla niego zupełnie żenujące i głęboko współczuł tym, którzy od czasu do czasu znajdowali się na jego miejscu.
Oczywiście Keith poradził sobie z zadaniem wyjątkowo szybko i zręcznie, wcale nie potrzebował też żadnych podpowiedzi i uwag.
-Bardzo dobrze, Larson- pochwaliła go Stevens, po czym zwróciła się do Johnny’ego- A ty Bradley… Bądź tak łaskaw i przynajmniej zmaż tablicę… Mam nadzieję, że nie zmęczysz się przy tym zbytnio…
Johnny natychmiast poderwał się z miejsca, uradowany faktem, że ominęło go robienie z siebie głupka na oczach całej klasy, i odwrócił się w stronę Keitha, posyłając mu szeroki i pełen autentycznej wdzięczności uśmiech.
Niestety, Keith był w tamtym momencie całkowicie pochłonięty szukaniem czegoś w swojej torbie i owego olśniewającego uśmiechu nawet nie dostrzegł.

Johnny Bradley westchnął ciężko, ustawiając się w szeregu tuż obok Benny’ego. Nie przepadał za lekcjami wychowania fizycznego. Naprawdę nie. Po pierwsze – nie znał się na sportach. Oglądał mecze, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie, co się dzieje i mieć o czym rozmawiać. W ewentualnych sporach zazwyczaj milczał, śmiał się wtedy, gdy śmiali się wszyscy, a gdy się kłócili, zawsze stawał po stronie Benny’ego. To była dobra taktyka. A poza tym… Och, dobra. Nie był w tym zbyt dobry. Benny świetnie grał w piłkę nożną, więc zawsze brali go do drużyny jako pierwszego, Eric należał do szkolnej drużyny lekkoatletycznej, a w dodatku trenował siatkówkę, a Carl był co prawda nieco nieporadny, ale doskonale radził sobie, gdy grali w rugby. Natomiast Johnny…
No cóż.
Johnny radził sobie niezbyt dobrze.
Oczywiście, gdy wybierano członków drużyn, był wybierany jako jeden z pierwszych, ale raczej ze względu na jego pozycję i namowy pozostałych chłopaków niż rzeczywiste umiejętności. Cóż tu dużo mówić – Johnny nie miał za bardzo okazji się wykazać. Sami rozumiecie. Za bardzo się bał, że może się zbytnio pognieść, że może mu się popsuć fryzura, że za bardzo się spoci… Oczywiście był na tą okoliczność wyjątkowo dobrze przygotowany. W jego torbie, w szatni, bezpiecznie spoczywały zawsze dezodorant, perfumy i masa innych kosmetyków potrzebnych do zachowania higieny absolutnej, ale i tak wolał nie ryzykować tego, że ktoś mógłby go zobaczyć w gorszej formie.
Ale zazwyczaj ćwiczył, mimo niechęci do tego przedmiotu. Ci, którzy nie ćwiczyli, uchodzili za mięczaków.
A nie ćwiczył na przykład Keith. Dość często, przynajmniej raz w tygodniu, a zdarzało mu się i częściej. Zresztą, Johnny wcale się temu nie dziwił, Keith zazwyczaj do wszystkiego wybierany był ostatni i nie robił na nikim specjalnego wrażenia, a w ewentualnych sprawdzianach wypadał najgorzej.
-Co tam, Keith…?- wuefista uniósł pytająco brew, spoglądając na chłopaka uważnie, po czym dodał odrobinę złośliwie- Znowu niedyspozycja…?
-Coś w ten deseń- mruknął chłopak, wzruszywszy ramionami, i usiadł na ławce.
Nauczyciel skończył jeszcze sprawdzać obecność, po czym zrobił im krótką rozgrzewkę (w którą Johnny nie zaangażował się zbyt intensywnie), a następnie rzucił:
-Benny, Eric… Wybierajcie drużyny. Dzisiaj koszykówka.
Chłopacy ustawili się po dwóch stronach sali, spoglądając na pozostałych uczniów.
-Johnny- padło natychmiast ze strony Benny’ego, co chłopaka nawet nie zdziwiło, i od razu przeszedł do jego drużyny. Carl spojrzał na Erica z autentyczną nadzieją, ale ten nigdy nie postępował zgodnie ze swoimi sympatiami i wybrał kogoś zupełnie innego. Carl zatem trafił w końcu do ich drużyny i tak w niedługim czasie udało się ustalić oba składy i zaczęła się gra.
Johnny raz na jakiś czas podał komuś piłkę, ale generalnie unikał większego zaangażowania w grę i w końcu podszedł do wuefisty z krótkim:
-Mógłbym usiąść…? Kolano mnie boli.
Mężczyzna jedynie machnął dłonią w kierunku ławki, zbyt zajęty sędziowaniem, a Johnny natychmiast zajął miejsce obok Keitha, uśmiechając się do niego lekko.
-Cześć- rzucił wesoło.
-Cześć- odparł chłopak, unosząc brew w pełnym politowania geście- Wydaje mi się, że już się dzisiaj widzieliśmy.
-Dzięki.
-Hę?- Keith spojrzał na niego zupełnie zbity z tropu- Za co?
-Wiesz, za co- odpowiedział pogodnie Johnny- Za ratunek na matmie… Przecież gdyby nie ty, na pewno wzięłaby mnie do tablicy- dodał, widząc wyraz absolutnego niezrozumienia widniejący na twarzy Keitha.
-A skąd ja niby miałem to wiedzieć?- parsknął cicho Keith, a Johnny zmieszał się odrobinę i zapytał:
-Więc… Więc dlaczego się zgłosiłeś?
-To było proste zadanie- odparł Keith, wzruszywszy ramionami- Czemu miałem się nie zgłosić…?
-N-No tak…- potwierdził Johnny odrobinę zmieszany. Wyłapał iście mordercze spojrzenie Benny’ego, ale zignorował je- Znajdziesz dla mnie dzisiaj chwilę?
-Jakąś godzinkę…- odpowiedział Keith, a Johnny aż uśmiechnął się szeroko- Ale poświęcę ją tylko na matematykę…- zastrzegł natychmiast chłopak, chyba mając już dość kulinarnych przygód Johnny’ego- Powinieneś od razu zaznaczyć tematy, które mam ci wyjaśnić, inaczej to nie będzie miało większego sensu.
-W porządku- potwierdził wesoło Johnny. Oczywiście już po cichu liczył, że jednak uda mu się porozmawiać z Keithem na bardziej interesujące tematy niż matematyka, no ale… Ale chyba naprawdę go lubił. Fajnie się z nim rozmawiało, i tak dalej… Może niezupełnie tak jak z Benny’m czy Carlem, ale z pewnością dużo lepiej niż z Erickiem.
Powiedzmy, że Johnny wyczuł pewną nikłą nić porozumienia. Nikłą i odrobinę naciąganą.
W końcu nie było wielu spraw, które mogłoby łączyć klasowego geniusza i outsidera ze szkolną gwiazdą, prawda…?

Gdy lekcje wreszcie się skończyły, Johnny pożegnał się krótko z chłopakami, a następnie wsiadł wraz z Keithem do samochodu i ruszył. Podczas drogi starał się z nim załapać jakiś kontakt, ale Keith nie wydawał się być już tak otwarty jak ledwie wczoraj. Znowu odpowiadał półsłówkami i chyba wcale nie zależało mu na tym, by podtrzymać rozmowę. Johnny naprawdę chciał go do siebie przekonać, ale nie miał zbyt wielu pomysłów. Jeżeli chodziło o rozmowę z Benny’m, nie musiał się specjalnie wysilać – temat znajdował się sam. Najczęściej gadali ze sobą o Maicy albo o sprawach, których nie chcieli poruszać w towarzystwie Erica i Carla. No dobrze. Szczególnie w towarzystwie Ericka. Natomiast jeżeli chodziło o rozmowy z pozostałą częścią paczki, ograniczały się najczęściej do sportu, wyzwań i szczegółowego obgadywania kobiecych wdzięków. W każdym razie raczej nigdy nie miał problemu z tym, by się w jakąś rozmowę wpasować, ta zwykle kleiła się sama z siebie. Jeżeli chodzi o Keitha – problem był. Johnny tak naprawdę nie znał zainteresowań chłopaka, nie wiedział, o czym powinien z nim rozmawiać, a jakie kwestie ma zostawić w spokoju. Ostatecznie doszedł do wniosku, że skoro Keith jest taki inteligentny i uchodzi za klasowego geniusza, to pewnie powinien gadać z nim o szkole. Ba. Nawet starał się brzmieć mądrze, gdy zadawał mu kolejne pytania o matematykę, poszczególne przedmioty, zajęcia… Ale chyba jednak mu nie wyszło, bo Keith cały czas posyłał mu pełne politowania spojrzenie.
… Chociaż może bardziej dlatego, że Johnny co chwila używał słów, których w ogóle nie znał.
Ale mniejsza z tym.
W końcu dojechali na miejsce i Johnny wprowadził Keitha do mieszkania. Z lekkim zdumieniem odnotował fakt, że drzwi wcale nie były zamknięte na klucz. Wątpił, by Rose o to nie zadbała. A to oznaczało tylko jedno.
-Johnny? To ty?
Rose była w domu.
-Cześć, Rose!- wykrzyknął i już po chwili kobieta pojawiła się w kuchni, ujmując się pod boki i mierząc chłopaka uważnym spojrzeniem, a następnie przeniosła wzrok na Keitha i jej twarz niemal natychmiast rozjaśniła się uśmiechem- Dzień dobry.
-Dzień dobry- odpowiedział cicho Keith, wyraźnie speszony.
Johnny aż nie mógł się nie uśmiechnąć.
Nikt nie potrafił tak skutecznie odrzeć ludzi z ich zewnętrznej skorupy, jak właśnie Rose.
Przy niej naprawdę ludzie stawali się zupełnie inni. Wszyscy znajomi Johnny’ego w jej obecności pokazywali swoją lepszą stronę, często taką, o którą Johnny w ogóle by ich nie podejrzewał. Benny, co prawda, znał Rose bardzo dobrze, bo u Johnny’ego bywał szczególnie często, ale zawsze był przy niej serdeczny i miły. Carl stawał się bardziej okrzesany, nie rzucał żadnymi żartami ani nie wygłupiał się. Nawet Eric przestawał być przy niej totalnym dupkiem i wychodził z niego: „kulturalny, miły, młody człowiek”, jak mówiła o nim Rose. A Keith po prostu wyraźnie nie wiedział, jak powinien się zachowywać.
-Wybaczcie, trochę się zasiedziałam…- rzuciła Rose, sięgając po swój płaszcz.
-Nic się nie stało- zapewnił ją pospiesznie Johnny, chociaż wiedział, że i tak nie zostanie. Zawsze wychodziła, gdy tylko pojawiał się u niego ktoś znajomy.
… Oczywiście tuż po tym, jak zadbała o to, by nie mógł wstać z przejedzenia.
-Keith, prawda?- zagadnęła jeszcze bruneta, a ten spłoszył się po raz kolejny i jedynie skinął głową- Miło cię poznać, Johnny mi o tobie opowiadał…
Teraz to Johnny nieznacznie się speszył, szczególnie, że Keith posłał mu jakieś dziwne spojrzenie, które on nie do końca potrafił rozszyfrować.
Hm…
Gdyby Rose powiedziała coś takiego przy jakiejś dziewczynie, z którą Johnny próbował się umówić, przy żeńskim obiekcie jego wyzwania, pewnie byłby wręcz z tego zadowolony. Teraz czuł się po prostu trochę skrępowany.
-Jesteście kolegami z klasy, tak…?- drążyła dalej kobieta. Johnny i tak wiedział, że w końcu pokusi się o drobne przesłuchanie. Nie była specjalnie wścibska i nie wtrącała się w jego sprawy, ale najczęściej wolała wiedzieć, z kim Johnny ma do czynienia.
-Tak- potwierdził Keith, wciąż wyraźnie zawstydzony całą tą sytuacją.
-Aż jestem zdziwiona… Taki spokojny chłopak z ciebie- Rose uśmiechnęła się do niego ciepło- Mój Johnny zawsze zadaje się z takimi narwańcami… Mam nadzieję, że uda ci się go trochę przyhamować…
-Rose!- jęknął cicho Johnny w swoistym proteście.
-Ja tylko daję mu korepetycje- wyjaśnił nieśmiało Keith, a Rose spojrzała na Johnny’ego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
-Korepetycje…? Johnny’emu…? A to dopiero!- zaśmiała się lekko, kręcąc z niedowierzaniem głową- A dałabym głowę, szkoła to ostatnia rzecz, na którą poświęca swój czas...
-Ja też…- odparł Keith, jednak na tyle cicho, że tylko Johnny mógł to usłyszeć.
-W każdym razie nie będę wam przeszkadzać. W lodówce są jeszcze naleśniki, jest też zupa pomidorowa… Koniecznie odgrzej koledze- dodała, a Keith zaczerwienił się lekko.
-Nie trzeba- zaprotestował natychmiast.
-Och, ależ trzeba, wierz mi!- odparła stanowczo Rose- Mężczyzna powinien być silny, dobrze zbudowany… A ty jesteś taki szczuplutki, drobny… Trochę jedzenia na pewno ci nie zaszkodzi. Johnny, zadbaj należycie o kolegę… Na pewno nie jedliście jeszcze obiadu. Do widzenia- uśmiechnęła się raz jeszcze do Keitha, po czym wyszła z mieszkania.
Johnny odkaszlnął cicho.
Keith odkaszlnął cicho.
Och, Boże.
Powszechne skrępowanie nie wpływa zdecydowanie korzystnie na rozwój ewentualnej rozmowy.
-No…- rzucił w końcu Johnny, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę- Więc może…
-Nie- odparł stanowczo Keith, widząc już chyba, że chłopak zmierza w kierunku lodówki- Na pewno nie teraz.
Johnny parsknął cicho z rozbawieniem.
Na wargach Keitha także pojawił się uśmiech.
-Przepraszam cię za Rose- dodał Johnny- Bywa uparta i wzięła sobie za nadrzędny cel dokarmianie młodzieży…
-Nie, nie, jest bardzo miła- odparł Keith, po raz kolejny odrobinę zmieszany- Po prostu… Nie jestem do tego przyzwyczajony. To wszystko.
-W porządku.
-W każdym razie, o ile nie przeszkadza ci twój pusty żołądek, możemy zaczynać… Pamiętaj, że mam tylko godzinę…

Godzina, którą Keith miał poświęcić na nauczenie Johnny’ego matematyki, minęła już dawno.
Właściwie minęły już dwie, ale chłopak jakoś wcale nie wydawał się spieszyć, chociaż jego irytacja wyczynami Johnny’ego sięgała zenitu. Mimo czasu, jaki Keith poświęcił na wyjaśnienie mu poszczególnych tematów, szatyn jakoś nadal niewiele rozumiał i nie był pewien, czy udało mu się zrobić samodzielnie chociaż jedno zadanie. Keith denerwował się co chwila i rzucał coś w stylu: „Rany boskie, przerabialiśmy to w pierwszej klasie!”, „Poświęciliśmy temu prawie miesiąc!” albo „Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!”.
Kłopot w tym, że Johnny nie słuchał.
To znaczy słyszał, ale nie słuchał.
Dochodziły do niego wszystkie pouczenia i uwagi Keitha, ale jakoś… Nie przyjmował ich do wiadomości. I w kolejnym zadaniu robił dokładnie ten sam błąd, w dokładnie ten sam sposób, a zdarzało się nawet, że dokładnie takim samym przykładzie. Wtedy Keith jedynie wzdychał głęboko i przymykał powieki, najwyraźniej modląc się o cierpliwość. Wyglądał wtedy naprawdę zabawnie.
Tym razem jednak brak uwagi Johnny’ego nie wynikał jedynie z jego braku zrozumienia czy po prostu niechęci do matematyki. Nie mógł nic poradzić na to, że jego myśli samoczynnie powędrowały ku znacznie ciekawszym tematom niż równania i nierówności. Myślał o Keithie. Myślał o tym, co powinien powiedzieć, co zrobić, jak to dalej rozegrać…
Pewnie gdyby chodziło o dziewczynę, nazwałby to wstępnym planem działania lub czymś w tym stylu, ale jeżeli chodziło o Keitha, to zupełnie nie pasowało. Sam nie wiedział, dlaczego. W ogóle, jeżeli chodziło o Keitha, wszystko stanowiło dla Johnny’ego pewien kłopot. W końcu do tej pory podrywał tylko i wyłącznie kobiety i chociaż na początku wydawało mu się, że to żadna różnica, teraz zupełnie zmienił co do tego zdanie.
-Boże, nie nadaję się na korepetytora…- wycedził przez zęby Keith, przecierając skronie- Jak tak dalej pójdzie, to któregoś z nas zabiję… Ciebie albo siebie, żadna różnica.
Johnny uśmiechnął się przepraszająco.
-Nie lubię matmy.
-Jak widać, z wzajemnością- odparł Keith, po czym podniósł się z miejsca i stanął tuż obok Johnny’ego. Do tej pory siedział naprzeciwko, a teraz, gdy nagle znalazł się tak blisko, nachylając się w dodatku w jego kierunku, chłopak poczuł się jakoś dziwnie. Jakby skrępowany, ale tak nie do końca i właściwie niewiadomo, czym… Johnny sam nie wiedział, jak określić to uczucie- Rozumiem, że jeden minus w tą czy w tamtą nie robi ci różnicy, ale w matematyce nie pomijamy takich znaków, naprawdę.
-Ale wynik wyszedł mi dobry?- zainteresował się z nadzieją Johnny, zerkając na Keitha przez ramię.
-Nie. Miał wyjść na plusie.
-Ale pomijając plus, jest dobry.
-Nie możesz „pomijać” plusów ani minusów. Na tym właśnie polega matematyka.
-Przecież to prawie żadna różnica…
-Powiedziałbym, że jednak dość zasadnicza. Taka, jak pomiędzy posiadaniem stu funtów oszczędności a stu funtów długu.
-Och.
Johnny mimo usilnych starań i tak niezbyt mógł się skoncentrować na tym, co tłumaczył mu Keith. Fakt, że stał teraz tak blisko niego, też bynajmniej niczego mu nie ułatwiał, a wprost przeciwnie. Do głowy przychodziły mu jeszcze dziwniejsze myśli i rozważania. Zastanawiał się na przykład na tym, czy… Czy… No… Och, czy naprawdę dojdzie między nimi do jakiejś bliskości, nawet pocałunku? Chyba musiało, skoro zamierzał wygrać ten zakład. Przecież go niczym nie obezwładni, a później nie rozbierze i nie zrobi mu zdjęcia, chociaż i to radził mu Benny, ku przerażeniu Johnny’ego, wcale nie na żarty. Ostatecznie jednak Johnny doszedł do wniosku, że to wcale nie byłoby takie złe doświadczenie. Nie, nie rozbieranie Keitha. Raczej… No… Po prostu gdyby do czegoś pomiędzy nimi doszło, chyba wcale nie czułby się obrzydzony. To znaczy, nie wiedział. To znaczy, wiedział, ale jeszcze nie był pewien, jak rzeczywiście by zareagował.
Keith ładnie pachniał.
Kolejna myśl, która wdarła się do jego świadomości, znowu będąc bardziej interesującą niż kolejne, tłumaczone przez Keitha z iście cierpiętniczą miną, zadanie. Johnny niemal mimowolnie przysunął się do niego jeszcze bliżej, starając się przywołać na swoją twarz jakiś inteligentny wyraz. Albo przynajmniej udawać, że słucha, bo nie miał pojęcia, jak w jego wykonaniu wygląda „inteligentna mina”.
Ale znowu całą jego koncentrację szlag trafił i zaczął się zastanawiać nad najważniejszą kwestią… Czy Keith w ogóle był gejem?
Teoretycznie mógłby go po prostu zapytać.
Teoretycznie.
Rany, gdyby jego jakiś facet zapytał o coś takiego, pewnie zwiałby, gdzie pieprz rośnie, albo poczuł się co najmniej nieswojo. Chociażby z tego powodu postanowił sobie darować przeprowadzanie szczegółowego wywiadu na ten temat i po prostu zdać się na swój instynkt. A instynkt Johnny’ego nigdy nie mylił go w sprawach kobiet, ale jeżeli chodziło o mężczyzn… Jakoś nigdy go nie stosował. Bo i nie miał powodu.
Keith właściwie mógłby być gejem.
I właściwie mógłby nim nie być.
W końcu były jakieś za i przeciw, nie?
… No dobrze.
Było bardzo niewiele „za” i „przeciw”, ale to przecież o niczym nie świadczyło, prawda?
Keith mógł być gejem, bo odrzucił Lindę, która przecież jest naprawdę ładną dziewczyną, a przy tym wcale nie głupią.
I jednocześnie – Keith wcale nie musiał być gejem, bo Johnny najwyraźniej wcale mu się nie podobał.
A umówmy się – gdyby był gejem, pewnie by tak było, prawda?
Johnny miał dość mieszane uczucia i tak naprawdę sam nie był pewien. Głównym problemem było to, że ledwie znał Keitha. I chociaż słaba znajomość dziewcząt, które dotąd podrywał, jakoś wcale mu nie przeszkadzała (rady Benny’ego i jego własny urok osobisty oraz oszałamiający wygląd robiły swoje), to jeżeli chodziło o Keitha, wyglądało na to, że będzie musiał go najpierw troszkę poznać, zanim będzie w stanie go poderwać.
… Albo zanim zda sobie sprawę, że poderwać go po prostu nie da rady.
-Ej, Keith…- zaczął w końcu Johnny, przerywając chłopakowi właściwie w środku zdania- Masz w ogóle jakichś przyjaciół…?
Keith umilkł i wbił w niego odrobinę zdezorientowane spojrzenie.
-Słucham?
-Masz jakichś przyjaciół?- powtórzył Johnny. Wiedział, że może to nie jest odpowiednia chwila na zadawanie takich pytań i pewnie wręcz denerwuje Keitha swoim brakiem uwagi względem matmy, ale zastanawiał się już od dłuższego czasu.
No dobrze, zastanawiał się od wczoraj, czyli odkąd udało im się ze sobą normalnie porozmawiać i przekonał się, że Keith: nie jest kujonem, nie jest nudziarzem, nie jest nieśmiały, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów, nie jest beznadziejny ani nie jest żadnym desperatem. Do tej pory tak sobie go właśnie wyobrażał, jako zakompleksionego, wiecznie uczącego się chłopaka i przy tym takiego, który nie ma zupełnie nic do powiedzenia. Keith naprawdę sprawiał takie wrażenie. Zawsze siadał osobno, a gdy w klasie pojawiały się jakieś spory, nigdy nie zabierał głosu. Ale teraz Johnny wiedział, że to tylko mylne wrażenie, i że Keith mógłby się właściwie przyjaźnić z kim tylko zechce. Nawet z nimi.
… No dobra, najpierw trzeba by go było zaprowadzić do fryzjera i zająć się trochę jego garderobą, ale przecież wszystko było z nim w porządku.
A tymczasem Johnny nigdy go z nikim nie widział.
Keith siedział sam na lekcjach, siedział sam na przerwach i sam wracał do domu.
Zawsze sam.
-To ma jakiś związek z matematyką…?- ciemnowłosy uniósł brew w pełnym politowania geście, ale ostatecznie odpowiedział- Nie. Nie mam.
-Dlaczego?- zdumiał się Johnny, a Keith chyba zdumiał się jego zdumieniem.
-A dlaczego miałbym mieć…?
-No… Bo jesteś fajny- stwierdził chłopak, wzruszywszy ramionami- I fajni ludzie zazwyczaj mają dużo przyjaciół, nie…?
O, tak.
Według tej definicji, Johnny zdecydowanie był fajny.
-Szkoła jest od tego, żeby się uczyć, a nie, żeby się przyjaźnić... Wiem, że masz na ten temat inne zdanie, ale to dość znacząco przekłada się na twoje oceny- dodał odrobinę kąśliwie, ale Johnny wcale nie poczuł się zrażony i kontynuował ten temat:
-Ale przecież warto jest nawiązać jakieś znajomości, prawda?
-Po co?
Johnny potrzebował dłuższej chwili, żeby zdecydować się, że podawanie Keithowi takich argumentów jak: „Żeby się z kimś napić” albo „Obgadać dziewczyny” nie jest specjalnie dobrym rozwiązaniem.
-Żeby się komuś zwierzyć, na przykład- powiedział w końcu, autentycznie dumny z siebie, że na to wpadł.
-Od tego mam rodzinę- uciął Keith, na powrót wracając wzrokiem do książki- Więc teraz…
-Ale rodzina to nie to samo, co znajomi- zauważył Johnny.
-Ale może pełnić taką samą funkcję- odparł Keith, jakby nie widział w tym żadnego problemu.
-No tak, ale… Z rodzicami nie pogadasz o tym wszystkim, co z kumplem- stwierdził chłopak z pełnym przekonaniem. On z rodzicami nie rozmawiał prawie w ogóle, ale chyba umarłby ze wstydu opowiadając Rose o swoich podbojach. Nawet nie było takiej opcji.
-Jakoś sobie radzę… A poza tym… Z kim niby miałbym się przyjaźnić?
-Ze mną- wypalił Johnny, zanim zdążył się dobrze zastanowić.
Keith tylko parsknął cicho w odpowiedzi.
-Jest cała masa osób, z którą mógłbyś się poznać- dodał prędko jasnowłosy, odrobinę speszony- Na przykład… No ci… Kujo… Znaczy… No ci, którzy dobrze się uczą- podsumował w końcu dyplomatycznie.
-Nie, chyba do nich nie pasuję- odparł Keith z lekkim rozbawieniem.
Chyba rzeczywiście nie pasował.
Johnny siedział kiedyś przy ich stoliku i przez całą przerwę śniadaniową licytowali się tylko, kto poświęca więcej czasu na naukę i kto będzie miał lepszą, a kto gorszą średnią. To było naprawdę strasznie nudne towarzystwo.
Jakby się dobrze zastanowić… Keith chyba naprawdę nie pasował nigdzie.
Nie był żadnym szkolnym sportowcem, nie był muzykiem, nie był specjalnie popularny, nie wpasowywał się też do uroczego, kujońskiego kółka, więc właściwie gdzie mógł znaleźć znajomych?
-Naprawdę masz jeszcze ochotę uczyć się matematyki…?- Keith uniósł brew, spoglądając na niego pytająco.
-Nie- przyznał szczerze Johnny- A ty?
-Moja cierpliwość została wystarczająco nadwyrężona- odparł z ciężkim westchnieniem ciemnowłosy, a chłopak parsknął śmiechem.
-Musisz już iść…?- zapytał niepewnie.
-Powinienem…- odparł wymijająco Keith, jednak jego głos też jakoś nie pobrzmiewał stanowczością.
-Może… Może zostałbyś jeszcze chwilę?- zaproponował Johnny, wpatrując się w niego z autentyczną nadzieją- Odgrzeję tą zupę. Rose mnie zabije, jak się dowie, że wypuściłem cię stąd głodnego…
Słaba wymówka.
Bardzo słaba.
A mimo to Keith przyjął ją z lekkim uśmiechem i krótkim, pozornie obojętnym:
-Niech będzie.
Johnny ucieszył się w duchu. Naprawdę zależało mu na tym, by załapać z Keithem jakiś lepszy kontakt. I chociaż teraz tak naprawdę nie był pewien, z jakiego powodu, starał się, jak tylko mógł.
Zależało mu na tym, by wygrać ten zakład.
I zależało mu na tym, by lepiej poznać Keitha.
Wcale nie był pewien, czy te dwie kwestie da się ze sobą pogodzić, ale na razie postanowił się tym specjalnie nie przejmować.
Kilka minut później oboje mieli już przed sobą miskę zupy, a Johnny z niewiadomych powodów dwoił się i troił, by wymyślić jakiś ciekawy temat. No dobrze, teoretycznie z wiadomych. Wyzwanie. Teraz sam już nie był pewien, czy gdyby nie ono, nadal starałby się go tak bardzo poznać, czy nie. Naprawdę nie miał pojęcia. Keith był bardzo sympatyczny, chociaż odrobinę szorstki i momentami wyjątkowo skryty oraz niechętny do odpowiedzi. Ale i tak zupełnie inny, niż Johnny się spodziewał.
-Właściwie to dlaczego nie mógłbyś się ze mną przyjaźnić?- zapytał nagle Johnny, a na twarz ciemnowłosego jak zwykle wkradł się wyraz autentycznego politowania.
-Nie mówiłem, że bym nie mógł. To po prostu mało możliwe. A poza tym, ważniejszą kwestią jest nie to, czy ja mógłbym się przyjaźnić z tobą, ale z jakiego powodu ty chcesz się przyjaźnić ze mną.
-Jak to z jakiego?- zdziwił się Johnny- Jesteś przecież fajny.
Keith jakoś nie wydawał się być specjalnie przekonany tą odpowiedzią.
-Jest masa fajnych osób na tej planecie, a nawet w twoim najbliższym otoczeniu, w klasie… I jakoś nie zauważyłem, żebyś równie zabiegał o ich znajomość- skwitował wyjątkowo sceptycznie chłopak.
-No… Tak… Ale…- och, rany, dlaczego Keith zawsze wytrącał go z równowagi i zmuszał do wymyślania lepszych wymówek niż dotychczas?- Ciebie już trochę znam… A innych nie.
-Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś ich poznał… A poza tym, mnie wcale nie znasz.
-Więc chcę poznać- wyszczerzył się Johnny, a Keith westchnął jedynie głęboko i pokręcił głową.
-Tylko ciągle nie wiem, jaki masz w tym interes…
-J… Jak to "interes"?- Johnny zaśmiał się odrobinę nerwowo.
Keith jedynie wzruszył ramionami w odpowiedzi.
Szatyn zaniepokoił się wprost wyjątkowo. Reakcja chłopaka jakoś mu się specjalnie nie spodobała, chociaż nie oczekiwał, że Keith będzie skakał z radości. A jednak jego ostrożność wydawała mu się wyjątkowo podejrzana. A co, jeżeli…
A co, jeżeli Keith wiedział o wyzwaniu?!
Nie. Spokojnie. Niemożliwe.
Benny na pewno by się nikomu nie wygadał, no chyba, że Maicy, ale ona jakoś do tej pory nie zdradziła nikomu ich sekretów, więc nie miał powodów jej podejrzewać. Carl był w porządku i też na pewno by tego nie zrobił, no chyba, że Eric, ale on też opadał. Był cholernym draniem, ale za bardzo wstydziłby się przyznać, że to on zlecił Johnny’emu podobne wyzwanie. A prócz nich, nikt przecież nie wiedział, prawda…?
… Linda.
O Boże, Linda.
Johnny aż jęknął w duchu.
A co, jeżeli Keith dowiedział się od Lindy…?
No dobra, to było stosunkowo mało prawdopodobne, ale nie zaszkodziło sprawdzić.
-Ej, Keith…- chłopak odkaszlnął nerwowo i zaczął- Rozmawiałeś może ostatnio z Lindą…?
-Z Lindą…?- powtórzył ciemnowłosy, wyraźnie zdziwiony- Nie, dlaczego?
Johnny odetchnął z ulgą.
I wszystko jasne.
Keith nie wie o wyzwaniu, co zresztą wcale nie było takie trudne do wydedukowania. W końcu gdyby wiedział, pewnie nie spotykałby się z nim tutaj tak chętnie.
… No dobrze, „chętnie” w przypadku Keitha było dość naciąganym stwierdzeniem, ale jednak tu był.
-Eee… No bo… Ten… Ona zaprosiła cię na tą imprezę, nie?- rzucił w końcu Johnny, uśmiechając się pogodnie, jakby naprawdę od początku zmierzał do tej właśnie kwestii.
-Na imprezę…? Ach, tak…- przypomniał sobie Keith i skinął lekko głową na znak potwierdzenia- Tak, ona. Czemu pytasz?
-No cóż… Najwyraźniej wpadłeś jej w oko- szatyn mrugnął do niego porozumiewawczo. I chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda, nagle uznał, że to doskonały wstęp do wypytania Keitha o sprawy bardziej intymne.
-Nie- odparł stanowczo chłopak.
-Nie?- zdziwił się Johnny- Dlaczego tak uważasz?
-Bo najwyraźniej w oko wpadłeś jej ty- odparował Keith, unosząc brew.
No cóż.
To akurat prawda.
Kto by przypuszczał, że Keith jest aż takim dobrym obserwatorem…
-Eee… Ekhem…- Johnny naprawdę nie do końca wiedział, co powiedzieć, ale ostatecznie postanowił trzymać fason- Możliwe, ale wtedy zaprosiła cię na tą imprezę, rozmawiała z tobą, i tak dalej… To mogło coś znaczyć, nie sądzisz?
-Nie.
-Dlaczego?
-Podeszła po prostu któregoś dnia i poprosiła o pomoc w zadaniu- wyjaśnił, wzruszywszy ramionami- Pomogłem jej, a ona później zaprosiła mnie na tą imprezę. Niezbyt chciałem się wybrać, ale ona nalegała, a poza tym chciałem sprawdzić, jak to jest…
-Aha!- wykrzyknął Johnny iście triumfalnie- Jednak zależało ci na tym, żeby kogoś poznać!
-Niespecjalnie…- Keith jak zwykle rozwiał jego wszelkie wątpliwości i nadzieje- Chciałem po prostu zobaczyć, jak to wygląda. Raczej mi się nie spodobało. To nie moje klimaty.
Tak, Johnny pamiętał, że chłopak przez cały wieczór stał pod ścianą ze zdecydowanie niewesołą miną. Może rzeczywiście Keith nie do końca pasował do towarzystwa, jakim chłopak otaczał się do tej pory…?
-Ale mimo wszystko… Linda ci się nie podoba?- zapytał w końcu, wpatrując się w ciemnowłosego z uwagą. Teraz byłoby chyba najprościej, gdyby Keith rzucił coś w stylu: „Nie, bo jestem gejem”, ale szatyn nie był na tyle naiwny, by tego oczekiwać.
-Nie wiem, jakoś się nad tym nie zastanawiałem…- chłopak wzruszył obojętnie ramionami, jakby naprawdę mało go to interesowało- To nie ma chyba większego znaczenia.
-Dlaczego? Jeśli jej się podobałeś…
-Nie podobałem jej się- przerwał mu Keith, a na jego twarzy po raz kolejny zagościł wyraz autentycznego politowania- Mówiłem ci już, że po prostu pomogłem jej zrobić zadanie… Nie masz powodów do zazdrości- dodał kąśliwie.
-Ej, to było wredne!- skarcił go Johnny z udawaną urazą- Nie jestem o nią zazdrosny!
-A chyba powinieneś być.
-Czemu?- zdumiał się chłopak.
-No… Kręcicie ze sobą, nie…?
Jasne, że tak.
-Jasne, że nie- stwierdził stanowczo szatyn, kręcąc głową- Linda jest tylko moją dobrą koleżanką, nic więcej między nami nie będzie…
… Przynajmniej dopóki nie wygra wyzwania.
-Ona chyba ma na ten temat inne zdanie- stwierdził Keith, a Johnny posłał mu pełne niezrozumienia spojrzenie- Patrzy na ciebie na przerwach, zagaduje, i tak dalej… To chyba nie świadczy o głębokiej przyjaźni, nie?
-Ekhem… Cóż… Może…- zmieszał się po raz kolejny chłopak, po czym zaczął- Ale przyjmując, że Linda by cię lubiła… jakoś bardziej… byłbyś z nią?
Okej, teraz chwila prawdy.
Odpowie, że tak, jest hetero i Johnny będzie musiał sobie odpuścić.
Odpowie, że nie, jest gejem i dopiero wówczas Johnny naprawdę weźmie się do roboty.
-Nie wiem.
… No nie.
-Nie wiem- powtórzył po chwili Keith, już znacznie pewniej- Naprawdę się nad tym nie zastanawiałem, nie miałem po co… To raczej mało prawdopodobne, żeby mnie polubiła.
-Czemu tak uważasz?- drążył dalej Johnny- Przecież jesteś naprawdę fajnym chłopakiem. Skąd wiesz, że akurat nie jesteś w jej typie?
-Bo w jej typie jesteś ty- odparował po raz kolejny Keith, jakby był tego w stu procentach pewien- A między mną a tobą jest jednak dość zasadnicza różnica…
Zdecydowanie.
-A poza tym… Prawie jej nie znam, więc nie wiem, jaka naprawdę jest- kontynuował ciemnowłosy- Zresztą, nawet z niewielkim prawdopodobieństwem zakładając, że mógłbym się jej jakkolwiek spodobać, wątpię, żeby chciała ze mną być.
-Dlaczego?
Keith posłał mu pełne politowania spojrzenie.
-Bo należy do waszej grupki, a to nie jest towarzystwo, które chętnie zajmuje się osobami takimi jak ja- zauważył, posyłając jednocześnie Johnny’emu znaczące spojrzenie- Przecież obracacie się tylko we własnym gronie i nie zadajecie z nikim innym. Osoby „popularne” nie zadają się z tymi mniej popularnymi, bo straciłyby swoją elitarność. Takie są prawa szkoły.
-Więc mnie się te prawa zdecydowanie nie podobają- stwierdził stanowczo Johnny i o dziwo, wcale nie na pokaz, ale odpowiedzi Keitha nie dane mu się było doczekać.
W tym momencie rozdzwonił się telefon ciemnowłosego i ten – zupełnie tak jak wczoraj – sięgnął po niego i jedynie zerknął na wyświetlacz, a później najwyraźniej odrzucił połączenie, bo dźwięk dzwonka umilkł.
-Muszę iść- rzucił jednak.
Też dokładnie tak jak wczoraj.
-Odwiozę cię- zaoferował się Johnny, też wpisując się idealnie w scenariusz zeszłego dnia, ale Keith jedynie pokręcił głową i odpowiedział:
-Dam sobie radę. Naprawdę nie mieszkam daleko.
Johnny westchnął głęboko i nawet nie starał się naciskać, doskonale wiedząc, że i tak nie uda mu się go do niczego przekonać. W milczeniu obserwował, jak Keith narzuca na siebie kurtkę, a następnie ruszył w ślad za nim w kierunku drzwi. Otworzył je na oścież, przepuszczając ciemnowłosego, a sam oparł się o framugę, patrząc, jak ten schodzi na dół.
I dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że o czymś zapomniał.
-Cześć, Keith!- wykrzyknął pogodnie.
I nastąpił przełom.
Chłopak zatrzymał się na półpiętrze.
I nie, nie zignorował go zupełnie, nie westchnął ciężko, nie posłał mu pełnego politowania spojrzenia… Uśmiechnął się tylko pod nosem, co prawda odrobinę pobłażliwie, ale jednak, i odpowiedział krótko:
-Cześć.
A następnie zbiegł po schodach.
Johnny uśmiechnął się delikatnie.
Może jednak nie wszystko było tak jak wczoraj…?

1 komentarz:

  1. urocze :D
    znowu zaqrywam noc nad Twoimi opowiadaniami...
    oj tam studia, nie uciekna... a sesja? jakos to bedzieee..
    lubie Johnnego, mimo wad, jest fajniusi... a Keith jest taki milutki jakis... ale nie znosze lindyyy... i czuje ze benny cos wykreci xD rose jest kochana, ale czytanie tego jak ona ich karmi jak ja jestem glodna to tortura!
    wybacz pisownie i ogarnietosc tego komentarza, ale jest bardzo pozno...
    oj tam ide czytac dalej :D

    OdpowiedzUsuń