Strony

niedziela, 22 maja 2011

. 4 . [Nathaniel & Louis]

Znieruchomiałem. Nie mogłem się odezwać. Całe moje ciało sparaliżował przeszywający strach.
-Co jest, Louis? Chcesz już zakończyć naszą rozmowę?
-Nie- odparłem prędko, opierając się całym ciężarem ciała o ścianę- Nie, ja...- nie wiedziałem co mam powiedzieć. Pierwszy raz czułem się tak cholernie bezsilny- Kim jesteś? Gdzie cię znajdę?
-Masz mnie za idiotę, Louis?- tym razem głos pobrzmiewał lekką irytacją. Przez chwilę, zaraz jego ton ponownie zmienił się w rozbawiony- Nie wpraszaj się tak nachalnie… Poczekaj na moje zaproszenie. Muszę wszystko przygotować… A tymczasem, wybacz, ale mam innego gościa… Muszę się nim zająć.
-Nie, nie rozłączaj się!- krzyknąłem niemalże w przypływie paniki.
-Nie martw się, Louis… Na pewno jeszcze zadzwonię.
-Zostaw Nathaniela!
Usłyszałem jedynie głuchy sygnał telefonu. Osunąłem się pod ścianę, ze słuchawką w dłoni, lądując gdzieś pomiędzy kawałkami rozbitego szkła. Czułem się otępiały, bezradny, pierwszy raz w życiu niezdolny by cokolwiek zrobić.
I bałem się.
Pierwszy raz w życiu tak strasznie się bałem, że już go nie zobaczę.
Że stanie mu się krzywda.
Pierwszy raz w życiu dopadła mnie świadomość tego, jak bardzo nie mógłbym sobie wybaczyć gdyby cokolwiek mu się stało.
Z mojej winy.
Przeze mnie.

Pukanie do drzwi.
Alkoholowe otępienie zdążyło odejść. A ja zdążyłem oprzytomnieć, przebrać się, ogarnąć. Włączyć ostatnimi siłami resztki jakiegokolwiek świadomego myślenia.
Otworzyłem.
-Louis…- Drago spoglądał na mnie jak zwykle surowo, z nutką zniecierpliwienia- O co chodzi?
Bez słowa przepuściłem go w drzwiach. Wszedł do środka, rozglądając się badawczo po wnętrzu pomieszczenia.
-Co się dzieje?- zapytał po raz kolejny, przenosząc uważny wzrok na mnie.
-Potrzebuję cię tutaj- odparłem, starając się brzmieć stosunkowo chłodno. Nie wyszło. Głos mi drżał.
Uniósł brwi w geście zaskoczenia.
-Tutaj? W twoim domu?- spoglądał na mnie niemalże z politowaniem- Po co?
Nic nie odpowiedziałem.
Przeszedłem do salonu.
Wszedł za mną, spoglądając na strużki zaschniętego na ścianach alkoholu i szkło pokrywające posadzkę.
Teraz wydawał się być już poważnie zaniepokojony. Zmarszczył brwi.
-Co tu się wydarzyło?- zapytał w końcu, przenosząc wzrok na mnie.
Pokręciłem jedynie głową, opadając na kanapę.
-Nie mogę ci jeszcze dokładnie powiedzieć…- mruknąłem, przymykając powieki. Pieprzyć to wszystko- Ale potrzebuję cię tutaj. Na razie…- dlaczego nie mogłem sobie z tym poradzić sam? Poradzić? Śmieszne. Moją jedyną metodą na poradzenie sobie z problemami, było zmiażdżenie sobie dłoni, a później zdemolowanie mieszkania i doszczętne zalanie się. Teraz też bym się napił, gdyby nie fakt, że musiałem zachować jako taką trzeźwość myślenia.
Nie odzywał się.
I nie pytał.
To właściwie dobrze, nie miałem ochoty niczego wyjaśniać.
I nawet nie mogłem sobie wytłumaczyć czemu zadzwoniłem akurat po niego. Chyba tylko dlatego, że był jedynym, którego numer miałem. Jedynym, do którego mogłem się zwrócić z czymś takim i nie zostać wyśmiany.
On po prostu nigdy się nie śmiał.
Dźwięk telefonu sprawił, że niemalże poderwałem się z miejsca, podchodząc prędko do aparatu i podnosząc słuchawkę.
-Louis?- ani przez chwilę nie miałem wątpliwości do kogo należy ten cholernie rozbawiony głos- Czekałeś?
-Posłuchaj…- zacząłem, siląc się na chłodny ton- Nie wiem co tobą kieruje i nie wiem co chcesz osiągnąć, ale natrafiłeś na niewłaściwego człowieka. Wypuść chłopaka.
-Och. Wcześniej nie rozmawiałeś ze mną tak szorstko… Jaka szkoda. To dodaje ci uroku, wiesz? Takiego właśnie sobie ciebie wyobrażałem…
-Wypuść Nathaniela- powtórzyłem, zaciskając aż do bólu pokaleczone palce na słuchawce.
-Nie mogę. Jest gwarantem.
-Gwarantem?
-Spotkania z tobą.
-Mam pieniądze- poinformowałem go cicho- Tyle ile chcesz. Nie będę załatwiał tej sprawy inaczej, przeleję ci wszystko co chcesz na konto, a ty go wypuścisz.
-Nie rób ze mnie taniej dziwki, Louis- syknął z poirytowaniem- Nie chcę pieniędzy.
-Więc czego?- warknąłem z niezrozumieniem.
-Ciebie, Louis. Ciebie.
Wiedziałem, że Drago przygląda mi się uważnie. A ja nie miałem pojęcia co zrobić. Co powiedzieć. Jak rozumieć jego słowa.
-Dlaczego?- rzuciłem w końcu, zerkając kątem oka w kierunku stojącego nieopodal mężczyzny- No odezwij się do licha, jesteś jakimś popierdoleńcem?- syknąłem z wściekłości, nie słysząc jego odpowiedzi- Odpowiadaj do kurwy nędzy!
-Ohoho… Coraz bardziej zaczynasz mi się podobać, Louie! A już myślałem, że mnie rozczarujesz… Podoba mi się twój temperament! Oczywiście nie darowałbym sobie, gdybym nie mógł się spotkać z tobą twarzą w twarz…
-Wypuść chłopaka.
-Wypuszczę. Po naszym skromnym spotkaniu.
-Masz mnie za idiotę?- warknąłem cicho, przecierając skronie- Jaką daje mi to gwarancję?! Wypuść go teraz, ja przyjdę, przyjadę po niego, ja…
-To ty masz mnie za idiotę, Louis…- odparł chłodno- A ja bardzo tego nie lubię. Nie daję ci żadnej gwarancji. Musisz mi uwierzyć na słowo. To ja tutaj ustalam zasady i to ja decyduję o tym kto ma prawo żyć, a kto nie. Niczym pan życia i śmierci, nie sądzisz?
-Co to za popaprana gierka u licha?- syknąłem z poirytowaniem.
-Gra w Boga. Pobaw się ze mną w Boga, Louis. Lubisz decydować o cudzej śmierci, prawda? Lubisz mieć władzę nad cudzym życiem? Och tak, wiem, że to lubisz. Ale tym razem ja będę tym, który ma władzę. Tym razem to ja będę decydował. Chłopak wyjdzie żywy i… No cóż…- parsknął cichym śmiechem- Powiedzmy, że zdrowy do pewnego stopnia też…
Znieruchomiałem, czując po raz kolejny przeszywający mnie strach.
-Ty skurwielu…- wycedziłem przez zęby- Co mu zrobiłeś?! Zabiję cię, rozumiesz?! Nie wiesz do czego jestem zdolny! Zatłukę cię jak psa jeśli cokolwiek mu się stało!
-Tak się nie zwraca do swojego Boga, prawda, Louie?
-Chcę z nim porozmawiać- oświadczyłem stanowczo- Chcę z nim porozmawiać i sprawdzić czy…- żyje. Jest przytomny. Jest zdrowy. Głos mi się łamał. Nic nie mogłem na to poradzić.
-Widzisz, ja nie mam nic przeciwko, ale on chyba nie chce z tobą rozmawiać… Bardzo nieposłuszne zwierzątko… Co prawda mogę go jakoś zmusić, ale…
-Zostaw go!- warknąłem, niemalże z jakimś niepohamowanym przerażeniem- Zostaw ja… Przyjdę. Powiedz tylko gdzie i kiedy.
-Masz być sam, Louie. Nie lubię zbiorowych orgii… Zresztą… Sam wiesz. Mi nie zależy…- oświadczył niemalże obojętnie- Stawkę znasz.
-Będę sam- odparłem natychmiast- Powiedz tylko gdzie.
-Znasz stare magazyny przy zamkniętym porcie "San Francisco"? Znajdziesz mnie tam. Dziś koło północy. Będziemy czekać z niecierpliwością.
-„My”?- zapytałem bez zrozumienia.
-Ja i twoi przyjaciele, Louis. Nie spóźnij się. Bardzo tego nie lubię.
Rozłączył się.
Cholerny skurwiel.
Odłożyłem słuchawkę, nie mając nawet pojęcia jak rozumieć jego słowa. Moi przyjaciele? Kogo miał na myśli do licha?
-Louis?- Drago wpatrywał się we mnie z uwagą.
-Muszę wyjść dziś wieczorem…- odparłem cicho- Ty tutaj zostaniesz, dobrze?
Wpatrywał się we mnie z niepokojem, ale skinął głową.
-Dobrze- odparł szorstko, bez zbędnych pytań.
-Nie wiem o której wrócę. Jeśli będę cię potrzebował, zadzwonię do ciebie. Jeśli… Jeśli wróci tutaj przede mną pewien chłopak… Ma na imię Nathaniel…
Drago nie rozumiał.
Drago nie wiedział.
Drago jedynie wpatrywał się we mnie bez zrozumienia, ale jednocześnie nie zadawał żadnych pytań. Skinął głową na znak potwierdzenia i najwyraźniej oczekiwał moich kolejnych słów.
-Jeśli tutaj przyjdzie dopilnuj tego, żeby nikt z naszych go nie znalazł…- nie mogłem się powstrzymać, nie mogłem zachować chłodu jakiego chciałem. Jęknąłem bezradnie i przetarłem twarz dłonią. Bałem się i już nie mogłem tego w sobie nawet tłumić. Nie samego momentu spotkania. Nie z tym cholernym draniem. Z Nathanielem. Żył? Naprawdę żył? A co jeśli nie? Co mu zrobił? Jak bardzo go skrzywdził?
Nikt, prócz mnie nie ma prawa, żeby…
Żeby co?
Żeby go bić?
Żeby go poniżać, pogardzać nim?
… Żeby go zabić?
Oddychałem płytko, opierając się o ścianę.
-Kim jest Nathaniel, Louis?- padło w końcu ciche pytanie. Cofnąłem dłoń, spoglądając na Drago.
-Nikt o nim nie wiedział… Prócz Mefisto i Amadeusza- mruknąłem w końcu cicho, przecierając skronie- Znaleźliśmy go u starego Rettile na strychu… Nie mogłem go tam zostawić… Nie mogłem dać go zabić… On był tylko ofiarą. Całe życie.
Nie oczekiwałem, że zrozumie.
Nie oczekiwałem, że przytaknie, zgodzi się ze mną. Nie był taki. Wpatrywał się we mnie z uwagą ale bez zbytnich emocji.
-Ile dla ciebie znaczy?- kolejne pytanie. Pytanie, które zupełnie wyprowadzało mnie z równowagi nawet wtedy, gdy sam podświadomie je sobie zadawałem. To go właśnie obchodziło? Nie to na spotkanie z kim jadę, nie to po co, nie to dlaczego nie powiedziałem o Nathanielu ani słowa?
-Nie wiem- odpowiedziałem, przymykając powieki- Ja… Nie chcę, żeby umierał. Jeśli wróci… Jeśli tu przyjdzie, a mnie nie będzie… Niech nikt o nim nie wie. Na górze, w pokoju, zostawiłem zapisane wszystkie moje konta i hasła do nich… Przekaż mu wszystko. Dom też niech zostanie jego jeśli tego chce. Ale najlepiej niech wyjedzie. Wiesz jaka jest sytuacja… Zadbaj o wszystko.
Nie, nie ufałem mu.
I on mi nie ufał.
Współpraca wcale nie musi opierać się na zaufaniu.
Nie było w nim zaufania kiedy do mnie przyjeżdżał, ani nie było go we mnie, gdy do niego dzwoniłem.
Nie byliśmy przyjaciółmi.
Ale wiedziałem, że zrobi to o co go poprosiłem.
Właśnie dlatego.
Bo to była prośba.
-Co to ma być, Louis? Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu?- pytanie nasączone subtelną drwiną- A więc mam rozumieć, że jesteś gotów dla niego zginąć?
Jeszcze wczoraj byłem gotów go zabić.
A dzisiaj…
Sam nie wiem do czego jestem zdolny.

Zaparkowałem samochód przed wjazdem do portu. A później już tylko ruszyłem w kierunku magazynów, nie wiedząc nawet gdzie konkretnie mam się pojawić. Czując przejmujący strach. Nie dotyczący mojego spotkania. Dotyczący Nathaniela i słów, które usłyszałem na jego temat. Wziąłem broń. Wziąłem broń, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że to na pewno nie jest takie proste. Opatrzone dłonie nie radziły sobie najlepiej z jej utrzymaniem. Ale to nic.
To nic.
Nie spudłowałbym.
Lata praktyki.
Światło. W jednym z magazynów. Ruszyłem w tamtym kierunku, otwierając drewniane drzwi i wchodząc powoli do środka i przymykając powieki pod naporem rażącego światła, kontrastującego z mrokiem panującym na zewnątrz. I wyczuwając nieprzyjemny zapach stęchlizny.
-To tutaj, Louis…- usłyszałem od razu jego głos- Dobrze trafiłeś.
Mój wzrok powoli się przyzwyczaił. Przetarłem oczy, spoglądając na postać przed sobą.
Nie mogłem w to uwierzyć.
Chłopak, który przede mną stał… Miał góra osiemnaście lat. Niemalże parsknąłem z niedowierzaniem. Niemożliwe. Niemożliwe, żeby on…
-Rozczarowany?- uniósł brwi, chociaż z jego ust wciąż nie znikał pogodny uśmiech. Tak nie pasujący do sytuacji. Tak irytujący- Musisz przyznać, że nie rzucam się w oczy. Ale to dobrze, prawda? Inaczej już dawno byś mnie zauważył. Gdy wychodziłeś na zlecenie. Gdy wracałeś, ukradkiem ścierając resztki krwi twoich ofiar z dłoni. Gdy zamykałeś się w domu na cale dnie… Tak, tak, nie byłeś łatwym celem.
-Zabawa w detektywa się skończyła, szczylu- syknąłem cicho- Gdzie jest Nathaniel?
-Ach, on! Powinienem być mu wdzięczny, wdzięczny i jeszcze raz wdzięczny! Właściwie to nawet mi go szkoda… Gdyby nie on nie miałbym okazji się z tobą spotkać… Gdyby nie on nigdy byś nie przyszedł…
-Gdzie jest Nathaniel?!- warknąłem już donośniej, ignorując jego wcześniejsze słowa- Myślisz, że po tym co widziałeś masz jakiekolwiek pojęcie z kim masz do czynienia?! Przeliczysz się.
-Mylisz się, Louis…- odparł gładko- To ty nie masz najmniejszego pojęcia z kim masz do czynienia. Ale nie mam ci tego za złe. Tym bardziej, że postaram ci się szybko udowodnić jak bardzo twoje pierwsze wrażenie okazało się mylne.
-Co to ma być?- wycedziłem przez zęby- Randka w ciemno? Po to mnie tu zaprosiłeś? Czyżbym stał się twoim pierwszym zauroczeniem? Och, biedactwo. Szkoda, że to twój mózg będą niedługo zdrapywać ze ścian! Gdzie jest Nathaniel?!
Zaśmiał się donośnie, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-Doprawdy, Louis… Ty potrafisz mnie rozbawić…- parsknął jeszcze cichutko, ocierając z oka wyimaginowaną łzę- Nie, nie zaprosiłem cię tu na randkę… Nie ze mną przynajmniej. Chociaż jest ktoś kto chętnie by cię zobaczył… Tylko nie będzie miał już okazji tego przyznać…
-Nathaniel…?- zapytałem z rosnącym przerażeniem.
-Och nie, nie. Nie on. Ktoś inny, ale dawno się nie widzieliście, na pewno to spotkanie was ucieszy…- uśmiechnął się szeroko, odgarniając kosmyk jasnych włosów za ucho- I Louis… Tak dla ścisłości… To nie mój mózg będą zdrapywać ze ścian.
Prychnąłem cicho. Nie miałem bladego pojęcia o czym on bredzi.
Chciałem wiedzieć gdzie jest Nathaniel.
A tego małego gnojka…
-Po co mnie tu ściągnąłeś? Czemu akurat ja, co?- warknąłem cicho- Losowałeś sobie cel? Wybrałeś mnie spośród tłumu na ulicy? Ach, czuję się kurewsko zaszczycony! Czego chciałeś, gówniarzu?!
-Nie, nie, Louis. Powiedziałbym wręcz, że ty wybrałeś mnie… A może to nie był twój wybór? Nie, pewnie nie…
Spoglądałem na niego z nieustannym niezrozumieniem. Nie potrafiąc pojąć do czego zmierza i o co mu chodzi. Wyciągnął coś z kieszeni. Kartkę. Zdjęcie. Niedokładnie potrafiłem każdego kto na nim był, ale przedstawiało chyba jakąś rodzinę.
-Wiesz kto to jest, Louie?
-Skąd miałbym wiedzieć?
-Oczywiście, że nie wiesz…- stwierdził, nie mniej wesoło niż wcześniej- Nie zwracasz uwagi na takie szczegóły… Szkoda, że czasem szczegóły zwracają uwagę na ciebie… Och. Co za szkoda.
-Nie wiem o co ci chodzi, cholerny dzieciaku. Ale jeśli chcesz wyjść stąd cało to powiedz mi gdzie jest Nathaniel i…
-Nie rozkazuj mi, Louis- przerwał mi, tym razem zadziwiająco chłodnym tonem. A ja nie mogłem zrozumieć, czemu nagła zmiana głosu u tego chłopaka wywołuje u mnie takie uczucie. Niemalże graniczące ze strachem- I nie groź mi, to naprawdę nie wypada, nie w twojej sytuacji… Nie wzbudzisz w ten sposób mojej litości.
-Nie chcę twojej litości. Powiedz mi gdzie jest Nathaniel.
-Na tym zdjęciu jest moja rodzina…- powiedział spokojnie, wodząc palcem po jego powierzchni, by odwrócić je ponownie w moją stronę- Rodzina, wiesz, Louie?
-To cudownie…- syknąłem sarkastycznie- Nie mam czasu na użeranie się z wariatami. Przypominam ci kogoś?! Zmarłą mamusię?! Tatusia?! Czego chcesz ode mnie do licha?!
-O tak, jestem wariatem…- uśmiechnął się, skinąwszy głową- Ale to nie do końca moja wina… Nie lubiłem ich. Nie byli dobrymi rodzicami.
Do licha.
Nie miałem bladego pojęcia co się dzieje.
I czemu to ja tu jestem.
Z tym niestabilnym psychicznie dzieciakiem.
Co miałem z tym wszystkim wspólnego?
-Nie było mi ich żal, Louie… Nawet nie było mi ich żal…
-Posłuchaj…- zacząłem ze zniecierpliwieniem.
-Nie było mi ich żal kiedy znalazłem ich martwych na podłodze w kuchni… Bang! Bang! Bang!- zadrżałem gwałtownie słysząc jego przeszywający, ostry głos. Nie wiedziałem co takiego było w tym bachorze. Przerażał mnie.
Ale ja nie zamierzałem ukazać strachu, prawda?
Nigdy.
-Ciągle nie wiesz kto ich zabił, Louie…?
I dopiero teraz…
I dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę z tego o co chodzi.
-Ja…?- zapytałem cicho.
-Bingo! Sto punktów dla tego pana!- zaklaskał w ręce i zaśmiał się radośnie- Widzisz, Louie? Wcale nie było tak trudno, prawda?
-Słuchaj… Nie mam pojęcia skąd o tym wiesz… Ja tego nie pamiętam…
-Mówisz, że to nie twoja wina?- przerwał mi ostro.
-Nie, nie powiedziałem tego!- syknąłem w odpowiedzi. Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia. Nie pamiętałem nawet tych ludzi- Ale to przeszłość. Nic już na to teraz nie poradzisz. Zresztą… Nie byli dobrymi rodzicami, prawda? Nie byli. A teraz wypuść Nathaniela i…
-Doskonała próba, Louis- stwierdził, parsknąwszy cicho- Potrafisz wspaniale grać zatroskanie… Już prawie zapomniałem, że przed chwilą fantazjowałeś o rozbryzganiu mojego mózgu po ścianach… Tak, tak, rodzice byli z nich fatalni… Ale chyba nie sądzisz, że ściągnąłem cię tutaj, żeby ci osobiście pogratulować, prawda?- uśmiechnął się krótko, po czym westchnął cicho- Nienawidziłem ich… Nienawidziłem każdego dnia jaki musiałem z nimi spędzić pod jednym dachem… A jednak mieszkałem z nimi, nie uciekłem. Wiesz czemu, Louie?
Milczałem.
Skąd u licha miałem mieć o tym pojęcie?!
Zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Pożółkłe ściany. Kotara przy oknie. Drzwi dokładnie naprzeciwko wejścia. I nic więcej, nic godnego uwagi, prócz kilku starych kartonów. Chciałem to jak najszybciej skończyć, wydostać się… Wydostać Nathaniela.
-Wiesz dlaczego nie uciekłem, Louie?- ponowił nachalnie pytanie.
-Nie wiem- odparłem krótko w odpowiedzi.
-Nie uciekłem, ponieważ kogoś kochałem. Strasznie i nad życie tak jak rzadko się kogoś kocha… Wiesz kogo kochałem, Louie?
-Nie wiem- powtórzyłem po raz kolejny, nie widząc sensu, nie widząc celu tej rozmowy. Chcąc ją jak najszybciej dokończyć.
-Mojego brata…- jego głos nie pobrzmiewał już wcześniejszym rozbawieniem. Teraz drgał lekko, nasączony wilgocią - Wiesz ile miał lat, Louie?
-Nie wiem…- odparłem cicho, przełykając ślinę. Spodziewając się do czego zmierza. Dopiero teraz.
-Pięć, Louis. Miał pięć lat- jego ton znowu się zmienia. Staje się poważny, niemalże szorstki- Wiesz gdzie go znalazłem?
Milczałem.
-Wiesz gdzie go znalazłem, Louie? Odpowiadaj!
Drgnąłem lekko i odetchnąłem głębiej.
-Nie wiem.
-W mojej szafie. W moim pokoju…- wargi zadrgały mu lekko, by po chwili ułożyć się w histeryczny niemalże uśmiech- To była nasza kryjówka, Louie. Za każdym razem kiedy rodzice zaczynali się kłócić i obrzucać wszystkim co mieli pod ręką, przybiegał do mnie i chował się w tej szafie. Ja wchodziłem tam razem z nim, bo bał się ciemności… I siedzieliśmy tak całymi godzinami. Razem. Tylko my. Opowiadałem mu bajki, a on przytulał się do mnie i słuchał. Chciałem być już tylko z nim, Louie… Już tylko z nim…
Stałem nieruchomo, nie wiedząc co mam powiedzieć.
-Obiecałem mu, że będziemy razem, Louie… Już tylko razem…- uśmiechnął się szaleńczo, przyciskając zdjęcie do serca i kołysząc się lekko- Chciałem zabić rodziców. Chciałem ich zabić, bo i tak nie dali nam nigdy nic dobrego. Zasłużyli sobie na śmierć, nie byli potrzebni. Mogliśmy radzić sobie sami! Tamtego dnia poszedłem do szkoły… Ale nie wróciłem od razu do domu… Kolega obiecał mi załatwić jakieś prochy… Dla nich. Żeby ich zabić. Ale nic nie przyniósł. Poszedłem więc do sklepu i kupiłem trutkę na szczury, wiesz? Zwykłą trutkę na szczury… Wiesz co chciałem z nią zrobić, Louie?
Przełknąłem ślinę, cofając się nieznacznie.
To nie był już ten sam chłopak, którego uznałem za głupiego dzieciaka, kiedy tu wszedłem.
Przerażał mnie.
Przerażało mnie to do czego był zdolny.
To co już był w stanie zrobić.
To co mógł zrobić Nathanielowi.
-Wiesz co chciałem z nią zrobić, Louis?
-Nie, nie wiem- odpowiedziałem prędko, przecierając skronie.
-Nie?- udał zdziwienie- Zabić ich oczywiście. Chciałem im tego dosypać do kawy i herbaty, a później niczym uroczy i pomocny syn im to podać… I czekać obok, potulnie, by patrzeć jak zdychają. Chciałem to widzieć, Louis! Chciałem widzieć do końca jak pokutują za to co zrobili mi! Za to co zrobili jemu! Za to co musiał przez nich oglądać i za to, że płakał godzinami, że moczył się w nocy ze strachu i budził z koszmarami! Musieli odpokutować za każdą jego łzę, rozumiesz?! Miałem ochotę ich zadźgać, zarżnąć jak zwierzęta, ale wiedziałem, że nie będę w stanie, że muszę to zrobić tak, że nie dałbym im rady! Szedłem do domu i nawet nie masz pojęcia co czułem. Wypełniało mnie szczęście. Ulga. Zastanawiałem się dokąd go zabiorę. Wszedłem do domu… Drzwi były otwarte. Zawołałem ich od progu, ale nic nie słyszałem. Było cicho. Zupełnie cicho. Jak nigdy. Bez odgłosów kłótni. Bez telewizora grającego na całą możliwą głośność, gdy ojciec chciał zagłuszyć wrzaski matki. Nic. Cisza. Nigdy jeszcze nie było tak cicho.
Wpatrywałem się w niego w milczeniu. Czując moje serce, walące jak oszalałe ze strachu. Wiedziałem jaki będzie finał… Pamiętałem chłopca z szafy…
-Wszedłem do kuchni i ich zauważyłem. Matka miała całą twarz we krwi. Ojciec klatkę piersiową i głowę. Krew była wszędzie. Pokrywała całą podłogę w kuchni. Nawet nie wiesz jak strasznie kojącym uczuciem było zobaczenie ich martwych…- kolejny szaleńczy uśmiech zagościł na jego wargach- Zawsze chciałem ich takimi widzieć… Ale jego nigdzie nie było. Nie zastanawiałem się nad tym kto to zrobił. Było mi to obojętne. Czekałem tylko na niego. Początkowo sądziłem, że matka nie zdążyła go odebrać z przedszkola… Ale to była już właściwa pora. Już powinien być w domu. Wszedłem na górę, po schodach. Zajrzałem do jego pokoju. Był pusty. A później poszedłem do siebie… I zdałem sobie z czegoś sprawę… Zdałem sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś pojawił się w domu, on na pewno schowałby się w naszej kryjówce… Zdałem sobie sprawę z tego, że musi tam być. I wiesz co się okazało, Louie?
-Nie wiem…
-Wiesz!- krzyknął z wściekłością- Oczywiście, że wiesz! Ja byłem pewien, że on jest bezpieczny… Że jest tam, musi tam być… Że boi się, ale uspokoję go i się nim zaopiekuję…- głos zaczął mu się łamać, a jego wargi zadrgały- Zawołałem go po imieniu, ale nie odpowiedział… Podszedłem powoli do szafy… I otworzyłem drzwi… A on wypadł prosto na mnie! I był martwy! Był martwy, rozumiesz?!- załkał głośno, zakrywając twarz dłońmi.
Rzuciłem krótkie spojrzenie w kierunku drzwi, wyczuwając jednocześnie dłońmi spoczywającą przy pasku broń. Odetchnąłem cicho.
Przymknąłem powieki, przecierając skronie.
-Był taki mały… Był taki mały, nic przecież nie zrobił… Oni byli winni. Nie wiem dlaczego zginęli, ale zasłużyli na to. Na wszystko co ich spotkało… Ale powiedz mi Louis… Dlaczego on? Dlaczego mały chłopiec ginie z ręki seryjnych morderców wynajętych na jego rodziców? Dlaczego nie mogliście go oszczędzić?
-To nie jest takie proste…- zacząłem powoli- Nie chcieliśmy mieć świadków… Po prostu…
-Łżesz jak pies!- wrzasnął, nie chcąc najwyraźniej mnie dalej słuchać- Był małym chłopcem! Schował się w szafie! Schował się tam przed wami, słyszał strzały, nie był na dole! Gdyby był, zginąłby tam! Nie, on się schował! To wy go szukaliście! A później zastrzeliliście… Mojego braciszka…- głos ponownie zaczynał mu się łamać- Był cały we krwi… Cały… Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego zabrałeś mi brata, Louie?
Nie odpowiedziałem.
Nie mogłem znaleźć żadnego argumentu, żadnego wyjaśnienia, nic. Nie powinienem nawet wyjaśniać. Tylko zostawić to wszystko jak jest. Tylko coś co widziałem w jego oczach strasznie mnie niepokoiło.
-Wiem co odpowiesz, Louis. Odpowiesz „nie wiem”. Zawsze tak odpowiadasz- uśmiechnął się krótko- A teraz podaj mi swoją broń.
Rozchyliłem oczy w wyrazie zdziwienia.
Wiedział…?
-Nie mam broni- zaryzykowałem cicho.
-Brednie, nie rób ze mnie idioty! Nie przyszedłbyś nieuzbrojony! Wiem, że masz broń. Obserwuję cię, wiem gdzie ją trzymasz. Odepnij ją i przesuń w moim kierunku. Już!
Spoglądając na niego uważnie, sięgnąłem za poły płaszcza, by dotrzeć do pistoletu… I nie zastanawiając się dłużej, wyciągnąłem go, po czym wycelowałem w chłopaka.
-Brawo, Louis…- syknął, a jego glos ponownie pobrzmiewał rozbawieniem- Teraz chcesz mnie zastrzelić? Wspaniale. Zapominasz chyba o jednym elemencie… Ten chłopak zginie.
-Nie zginie- odparłem szorstko- Jeśli ty go nie zabijesz. A nie zrobisz tego, bo ja zabiję cię pierwszy.
-Nie jestem sam, Louis… Mam wielu przyjaciół… Ci przyjaciele wiedzą, że jeśli nie wrócę, mają go po prostu zabić i…
-Przestań bredzić- warknąłem z poirytowaniem- Myślisz, że nie znam takich jak ty? Nie masz żadnych przyjaciół. Jesteś zwyczajnym popierdoleńcem, któremu poprzewracało się w głowie. Jesteś sam, sam to wszystko zorganizowałeś i sam tu przyszedłeś.
-Być może!- warknął, tym razem rozjuszony- Być może, ale pamiętaj, że mnie nie zależy! Możesz strzelać, Louis! No strzelaj! Śmiało, zrób to teraz! Ale ten chłopak nigdy nie wydostanie się z miejsca w którym go trzymam. Będzie zdychał z głodu i pragnienia, a ty po niego nie przyjdziesz, bo nie masz bladego pojęcia gdzie jest! Będzie zdychał, a ty będziesz miał jego krew na rękach, jak krew wszystkich twoich poprzednich ofiar! Nie zdążysz mu pomóc!
-Mów gdzie jest! Mów gdzie jest, albo cię zabiję, rozumiesz?!
-Nie powiem, Louis. Możesz strzelać. Możesz mnie nawet poćwiartować. Niczego się ode mnie nie dowiesz… Mówiłem ci już… To ty jesteś graczem. Ja jestem Bogiem. Bogu nie zależy. To jest twoja gra pomyłek… A teraz odłóż broń na podłogę i przesuń ja w moim kierunku! Już!
Wpatrywałem się w niego jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym… Schyliłem się powoli, by położyć broń na posadzce, a następnie pchnąć ją w jego kierunku. Zatrzymała się kawałek przed nim, podszedł kilka kroków i chwycił ją w ręce.
-Widzisz, Louis, ja to mam szczęście… Sam mnie zaopatrujesz… Co prawda wziąłem dla ciebie kilka zabawek, ale… Lubię, kiedy ktoś wykazuje inicjatywę w takich sprawach…
-I co? Zabijesz mnie?- warknąłem cicho- Zabijesz mnie za tego dzieciaka? To ci nic nie da. Nie wróci mu życia.
-Tak, zabiję cię- odparł gładko- Ale jeszcze nie teraz. Lubię się bawić, Louie. Ty też?
-Nie zabijesz mnie…- syknąłem, przecierając skronie- Nie zabijesz mnie, bo jesteś na to za słaby psychicznie, za młody! Nie będziesz w stanie tego zrobić, nie oszukuj się!
-Nie…?- zaśmiał się donośnie i pokręcił głową- Och, Louie… Już ci mówiłem, że pierwsze wrażenie bywa bardzo mylne. Nie będziesz pierwszym, którego zabiję, nie łudź się… Niestety, ten honor nie przypadł tobie, a właścicielowi złotego zegarka…
Znieruchomiałem, teraz niemalże w przypływie paniki.
… Mefisto?
Prawdopodobnie egzekucja. Przez cały czas klęczał. Ktoś obdzierał go ze skóry i wyłupał mu oczy i zmiażdżył czaszkę… Straszna śmierć.
Drgnąłem lekko, cofnąwszy się o parę kroków.
-Ty go zabiłeś?
-Oczywiście, że ja!- odparł z donośnym prychnięciem- Spodziewałem się, że wykażesz się odrobiną dedukcji i sam na to wpadniesz!
-Jak nas znalazłeś…?- zapytałem z niezrozumieniem- Przecież nawet policja tego nie zrobiła…
-Bo policja nie szukała…- odparł szorstko- A ja tak. Bardziej niż kiedykolwiek. Sprawdziłem wszystko. Popełniłem wiele błędów. Denerwowałem się, ciągle natrafiałem na niewłaściwych ludzi, ale… Ale w końcu was znalazłem.
-Skąd wiesz, że to byliśmy my?
-Wiem wszystko, Louis. Wszystko. Docieram tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt inny. Z tamtym sprawa była prosta. Trochę się bałem, na początku. Schylił się po coś. Przyłożyłem mu butelką i wpakowałem go do jego własnego bagażnika, a później wywiozłem za las. A dalej… Nie będę ci streszczał… Wolę pokazać, Louie…
-Nie rób głupot…- zacząłem cicho- To nie ma żadnego sensu…
Wypełniała mnie panika. Strach, którego wcześniej nie czułem. Widząc jego spojrzenie. Słysząc ton jego głosu.
-Nic nie ma sensu odkąd on nie żyje, Louis. Dlatego dobrze samemu wyznaczyć sobie cel. Ja swój zamierzam zrealizować. Oczywiście gdyby nie Nathaniel nic by mi się nie udało tak szybko… Byłeś trudnym celem. Prócz zleceń nie wychodziłeś wiele z domu, nie dało się ciebie napotkać w ciemnych uliczkach i nie mogłem właściwie zrobić nic. Dopóki nie zauważyłem jak on wychodzi z twojego domu…
Drgnąłem lekko.
-Zrobiłeś mu krzywdę…?- zapytałem cicho, nie mogąc powstrzymać lekkiego drżenia głosu.
Uśmiechnął się jedynie wyniośle.
-Zrobiłeś mu krzywdę czy nie?! Odpowiadaj do cholery!- warknąłem ze złością.
-Nie krzycz na mnie, Louis. To ja w naszym duecie mam broń… A co do Nathaniela… Jedyna informacja jaka ci wystarczy to to, że żyje. Jeszcze.
-Jaką mam pewność, że jeśli skończysz ze mną nie zrobisz tego samego z nim?
-Nie masz żadnej pewności. To kwestia twojego sumienia, Louis. Nie moich czynów.
Przełknąłem ślinę, widząc jak unosi broń i celuje w moim kierunku.
-Posłuchaj… Ja… Nie musisz tego robić… Ja ci zapłacę… Zrewanżuję ci się za wszystko…- głos łamał mi się powoli, kiedy czułem narastający strach- Ja nie chciałem… Bardzo żałuję, bardzo mi przykro…
-Ach widzisz, Louis… Teraz mnie przepraszasz, bo się mnie boisz- spojrzał na mnie pobłażliwie- Teraz żałujesz, bo wiesz, że zginiesz. Ciekawa zależność, prawda? Tak jak to, że ludziom łatwiej jest wyznawać grzechy na łożu śmierci. Ale ja nie jestem spowiednikiem, Louie… W naszej grze jestem Bogiem… A wiesz jak rozmawia się z Bogiem?
Zanim zdążyłem się zorientować, usłyszałem strzał i poczułem ostry ból w nodze i opadłem na kolana, ściskając krwawiącą ranę. Jęknąłem donośnie, by zaraz zagryźć mocno wargi, starając się powstrzymać od krzyku i oddychając z trudem.
-Widzisz, Louie, jak niewiele trzeba żeby rzucić człowieka na kolana…- stwierdził z rozbawieniem.
Wciąż uciskając krwawiącą ranę, podniosłem się powoli z cichym syknięciem bólu.
-Och, widzę, że pojąłeś zasady… Nie można mnie łatwo znudzić, prawda…? Twój poprzednik zdychał jak zwierzę, do końca błagał mnie, żebym nic mu nie robił… Ale ty też w końcu zaczniesz. Chcę zobaczyć w którym momencie to nastąpi… No co, Louie? Krzycz jeśli chcesz. Nie masz się czego wstydzić. Nie ma tu nikogo poza nami. No dalej!
Zagryzłem wargi niemalże do krwi, powstrzymując się od krzyku.
Nie spodobało mu się to.
Strzelił po raz kolejny, trafiając mnie ledwie kawałek od poprzedniego miejsca. Wrzasnąłem niepohamowanie, upadając na podłogę.
Oczy zaszły mi mgłą, z trudem łapałem powietrze, krzycząc wciąż i miotając się na podłodze. Czułem się jak zwierzę. W tym momencie nie mogłem się skupić na Nathanielu, na moim powodzie przybycia tutaj. Wszystko odpłynęło. Została tylko myśl o ucieczce. Gwałtowna, niemalże instynktowna. Powoli przeczołgałem się w bok, uciskając krwawiącą ranę nad kolanem pozostawiwszy za sobą krwawą wstęgę. Czułem na sobie jego wzrok. Nie szedł za mną. Nawet mnie nie gonił…
Próbowałem się podnieść na nogi, ale poczułem paraliżujący niemalże ból. Zachwiałem się, chwytając za ową kotarę, z którą zaraz upadłem na posadzkę.
… Tuż obok…
Krzyknąłem, zatykając usta i odsunąłem się możliwie jak najdalej.
To był…
To był Amadeusz.
Jego… Jego zwłoki. Zimne, niemalże sine, z zapadniętymi oczyma. Oddychałem płytko, mając niemalże konwulsje.
I pomyśleć, że chociaż widziałem w życiu tyle trupów… Ten jeden widok sprawił, że miałem ochotę zwymiotować.
-I jak ci się podoba gość specjalny, Louie?- usłyszałem pogodny głos chłopaka.
Nie podniosłem na niego wzroku. Nie miałem siły. Zatykałem usta dłonią, drżąc niemalże spazmatycznie i próbując się uspokoić.
-On miał szczęście…- kontynuował- Nie zdążyłem do niego dotrzeć… Dlatego jest tutaj dzisiaj w formie widza… Louie no co ty? Rozkleiłeś się? Czuję się strasznie rozczarowany... No, Louie! Co z tobą! Porozmawiaj ze mną!
Milczałem, wciąż z trudem łapiąc powietrze.
Słyszałem jego kroki. Wiedziałem, że podchodzi bliżej. Nie cofnąłem się, nie zrobiłem nic, po prostu nie byłem w stanie. Po chwili poczułem jak chwyta mnie za włosy. Wymierzył kolanem w moją twarz. Poczułem przeszywającą falę bólu. Krew spływającą po mojej twarzy, jej metaliczny posmak w ustach….
-Nie chcesz mówić Louie?- jego głos był spokojny- W porządku. Więc ja będę mówił. Mam nadzieję, że znajdę jakiś… Bliski nam obojgu temat. Hmm… A może chciałbyś posłuchać o Nathanielu…?
Podniosłem na niego wzrok. Nie widziałem go wyraźnie, kręciło mi się w głowie, ale starałem się skupić na jego twarzy.
-Ach, więc chcesz o nim posłuchać, Louie? Bardzo dobrze, wolałbym, żebyś nie zapominał czemu tu jesteś… Uroczy chłopak. Naprawdę uroczy… Uroczo wierny powiedziałbym. Nie sądzisz, że to zawsze wielka szkoda, kiedy jedni ponoszą karę za błędy drugich…?
-Karę…?- powtórzyłem cicho, zachrypniętym głosem.
-Och tak… Skoro wolałeś, żebym to ja mówił… Naprawdę musi być przyzwyczajony. Dasz wiarę, że w ogóle nie krzyczał? Nawet nie jęknął. Chciałem go trochę wypróbować… Mam nadzieję, że się o to nie obrazisz… Mogłem co prawda przesadzić, ale…
Czułem narastającą z każdym jego słowem wściekłość. Uderzyłem go całą pozostałą siłą w kolana.
Nie spodziewał się tego. Stracił równowagę i upadł na podłogę, tuż obok mnie.
-Nie pozwoliłem ci mnie dotykać, Louie…- warknął cicho, próbując się podnieść, ale chwyciłem go za nogi, ściągając go z powrotem na posadzkę.
Zanim zdążyłem się zorientować uderzył mnie czymś metalowym w twarz. Opadłem na posadzkę, czując pulsujący ból w okolicach skroni. Nie czekał długo. Po chwili poczułem jak wbija mi coś w moją ranę. Wrzasnąłem przeraźliwie, szarpnąwszy się, ale przyniosło to zupełnie odwrotny skutek. Ostrze weszło jeszcze głębiej w moje ciało.
-Ciebie też trzeba nauczyć wierności…- zaśmiał się cicho chłopak- Ciebie też trzeba przyzwyczaić…
Odepchnąłem go od siebie, wyciągając ze swojej rany drut. Jęknąłem cicho, drżąc niemalże spazmatycznie. Próbował dostać się do mnie ponownie. Uderzyłem go znowu, tym razem mocniej niż poprzednio. Opadł na plecy, ogłuszony, z rozciętą wargą i złamanym nosem.
Zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, poruszył się niespokojnie i zaraz sięgnął po broń, wycelowawszy nią we mnie. Chwyciłem go za nadgarstki, przyciskając do podłogi.
-Trzeba mnie było związać, skurwielu, tak samo jak Mefisto- warknąłem z wściekłością, wyłamując jego rękę. Usłyszałem trzask łamanej kości. Krzyknął.
-Nie masz pojęcia co robisz!- szarpnął się wściekle, wypuszczając broń z dłoni.
-Gdzie jest Nathaniel?!- syknąłem , chwytając go drugą ręką za szyję.
Uśmiechnął się lekko, niemalże szaleńczo.
-Nie ma go, Louis…
-Gdzie jest Nathaniel, do cholery?!- zacisnąłem mocniej dłoń na jego gardle. Zaśmiał się, łapiąc powietrze z trudem.
-Nie ma…- powtórzył z rozbawieniem.
-Zabiję ciebie… Zginiesz, rozumiesz?! Zginiesz jeśli mi nie powiesz! Gdzie on jest?! Gdzie jest?!- uderzyłem jego głową o posadzkę.
Zaśmiał się ponownie, tym razem cicho, chrapliwie.
-Nie żyje!- wrzasnął niespodziewanie, z całą mocą- Zabiłem go! Zarżnąłem jak zwierzę, chwilę zanim tutaj przyszedłem!
-Przestań łgać!- ponownie rąbnąłem jego głową o posadzkę. Nie przestawał się śmiać. - Gdzie on jest?!
-Powiedziałem… Nie był mi potrzebny, Louie… Przecież nie był mi potrzebny…
-Kłamiesz! Mówiłeś co innego! On musi żyć!- powtarzałem niemalże rozpaczliwie. Chciałem go zmusić do tego żeby mówił. Chciałem go zmusić do tego, żeby w tym momencie zrobił, powiedział cokolwiek co utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Nathaniel żyje. Ale on tylko się śmiał… Przeklęty!
-Zarżnąłem go! Czego nie rozumiesz, Louie?! On nie żyje! Zdechł! Ma to na co ty sobie zasłużyłeś!
Czułem się jakbym stracił świadomość.
Nie wiem co robiłem.
Wszystko w jednej chwili rozmazało mi się przed oczyma, ustępując uczuciu zatracającej wściekłości.
Przestałem dopiero gdy przestał się śmiać. Dopiero gdy leżał w kałuży krwi, z roztrzaskaną głową, siny niemalże.
Odsunąłem się. Powoli. Zorientowawszy się, że tym co sprawiało, że miałem trudność z widzeniem, nie był już ból ani wściekłość.
Że to były…
Łzy?
-Nathaniel… Nathaniel!- zawyłem niemalże, ukrywając twarz w dłoniach.
Świadomość tego, że nie żyje… Że go nie znajdę… Dławiła łzami, paliła od środka, bolała… Przesłaniała wszystko inne.
Usłyszałem jakiś hałas. Podniosłem wzrok, spoglądając z niedowierzaniem na martwe, nieruchome zwłoki chłopaka.
Nie…
To nie to.
Podniosłem się powoli, opierając całym ciężarem ciała o ścianę i ruszyłem powoli na przód, podpierając się wciąż na niej kurczowo.
Doszedłem do drzwi wewnątrz magazynu i nacisnąłem klamkę, z trudem wchodząc do środka. Ledwie przeszedłem kilka kroków, a upadłem, nie będąc w stanie utrzymać równowagi.
Ktoś tam leżał.
Zakryty do połowy jakąś płachtą, drżący jednak wyraźnie.
-Nathaniel…?- przysunąłem się bliżej, próbując zdjąć z niego materiał.
Drgnął gwałtownie, podsuwając się nieco wyżej.
-Nie, mój panie!- pisnął gwałtownie- Zostaw mnie tutaj!
-Nathaniel…- odetchnąłem niemalże z ulgą, nie reagując zupełnie na jego słowa. Szarpnąłem za rąbek płachty, ściągając ją z niego.
Żył.
Jak dobrze.
… Jak…
Dobrze…
Uśmiechnąłem się niemalże blado.
Załkał donośnie, zakrywając się skrępowanymi w nadgarstkach rękoma i starając się ode mnie odsunąć.
-Nathaniel...- powtórzyłem ciszej, wpatrując się w niego z zaniepokojeniem- Nathaniel do licha! Zabierz ręce od twarzy!- szarpnąłem go lekko za ręce, starając się odsłonić jego twarz, ale wzbraniał się przed tym jak mógł.
-Zostaw mnie tutaj, panie!- łkał nieprzerwanie- Zostaw mnie, nie przydam ci się, idź sobie!
Sapnąłem gniewnie.
-Nathaniel, co ci do licha…- urwałem. Ustąpił. Przełknąłem ślinę, obserwując jak odsłania swoją twarz.
Swoją… Twarz…
Anielską, piękną twarz.
Pokrytą szramami, krwią, zmasakrowaną…
Nie patrzył na mnie.
I ja też przez chwilę nie mogłem.
Wtuliłem go w siebie, oddychając płytko.
-Jestem teraz wstrętny, mój panie- zadrżał niemalże spazmatycznie- Nie chcesz na mnie nawet patrzeć…
Odsunąłem go od siebie na długość ramion i odetchnąłem głęboko.
-Wszystko jest w porządku, Nathaniel… Wszystko jest przecież w porządku…
Było.
Żył…
Po prostu żył i to było najważniejsze. Uchylił powieki, kiedy zacząłem rozwiązywać sznur krępujący jego ręce.
-Mój panie…?- spojrzał na mnie z przerażeniem, dotykając mojej twarzy, zaschniętej krwi na nosie, policzkach, brodzie… A później spojrzał na moją zakrwawioną nogę- Mój panie, jak…?- zaczął powoli i umilkł.
Nie odpowiedziałem. Po dłuższej chwili udało mi się również uwolnić jego nogi.
-Wracajmy…- powiedziałem cicho- Przepraszam, Nathaniel.
Wargi zadrgały mu lekko. Podniósł się z pewnym trudem na odrętwiałe nogi. Ja też spróbowałem wstać, ale natychmiast ponownie łupnąłem kolanami o posadzkę, nie będąc się w stanie utrzymać równowagi.
Pomógł mi. Chwycił mnie mocno w pasie, a ja oparłem się całym ciężarem ciała na jego ramieniu.
-Przyszedłeś po mnie mój panie…- szepnął cicho, samemu idąc niemalże na drżących nogach- Przepraszam, że musiałeś po mnie przychodzić.
… Przepraszam, że musiałeś tutaj trafić.
Sięgnąłem do kieszeni, odnajdując w niej swój telefon i wybrałem numer Drago.
-Drago- rzuciłem do aparatu, słysząc, że odebrał- Stare magazyny przy porcie "San Francisco"…
-Jadę- odpowiedź była krótka i taka jakiej oczekiwałem.
Odetchnąłem głęboko, starając się zachować świadomość. Kręciło mi się w głowie i coraz trudniej mi było iść, nawet mimo tego, że stanowił moje oparcie.
-Musimy jeszcze po kogoś wrócić…- powiedziałem niemalże w gorączce.
-Po kogo, mój panie?- zapytał z niezrozumieniem.
Nie odpowiedziałem, kierując go wgłąb magazynu. Omijając z dala zwłoki tego cholernego skurwysyna i dochodząc bliżej Amadeusza. Chwyciłem go za zimny nadgarstek, ciągnąc za sobą niespiesznie.
-Możemy iść, Nathaniel… Możemy iść…
Wyszliśmy z magazynu.
A później już tylko…
Oślepiające światło wschodzącego słońca.
Przerażona twarz Nathaniela, gdzieś nade mną.
I coś innego, ciepłego, rozlewającego się przyjemnie po całym organizmie.
Uczucie ulgi. Uczucie błogości. Rozganiające ból.
Rozjaśniające się niebo.
Hałas podjeżdżającego samochodu.
Amadeusz. Stojący nieopodal, z różą w ręku i pogodnym uśmiechem.
I cisza.
… A jednak łatwo jest umierać.

-Ładnie się goi.
Nathaniel odwrócił się w moją stronę z lekkim uśmiechem. Od tamtego zdarzenia minęło już kilka miesięcy, a jego twarz zaczynała coraz bardziej wracać do dawnego stanu. Oczywiście nie miałem wątpliwości, że blizny pozostaną zapewne już na zawsze… Ale w porównaniu z tym co widziałem tamtego dnia…
Odetchnąłem głęboko.
Nie mówiliśmy o tym. Nigdy, odkąd wróciłem ze szpitala. Czasami tylko używaliśmy obaj formy „od tamtego wypadku…” tak jakby rzeczywiście nie było to czymś wielce znaczącym o czym warto wspominać.
Ale tak było dobrze.
Do pewnego stopnia.
Usiadłem na krześle, opierając o nie kule.
Nie odzyskałem pełnej sprawności w prawej nodze i prawdopodobnie nigdy jej już nie odzyskam. Problemy z chodzeniem przekładały się na wszystkie inne płaszczyzny, łącznie z zawodową. Nie było już sensu uczestniczenia w tym całym gównie.
Odszedłem. Bez podejrzeń, bez wątpliwości, bez ściągania na siebie problemów, albo kogoś, kto przypadkiem, tak na wszelki wypadek, postanowi pozbyć się problemu. Nie pracowałem, bo nie mogłem.
I tak też było dobrze.
Usiadł obok mnie i ucałował mnie lekko w wargi, po czym oparł głowę na moim ramieniu.
Dużo się zmieniło… Od… Od tamtego wypadku właśnie.
Tak dużo, że nie wiem czy gdyby do niego nie doszło, starczyłoby mi w życiu czasu, żeby zrozumieć pewne kwestie… Nie, nie wierzyłem w miłość. Nie swoją bynajmniej. Nie wiedziałem, nie potrafiłem tego nazwać i scharakteryzować. Ale coś czułem.
I wiedziałem, że nie chciałbym go stracić. Nie zmieniłem się całkowicie. Czasem wciąż dostawałem furii. Czasem czułem się wściekły, czasem chciałem się na nim wyładować, czasem nie potrafiłem sobie ze sobą poradzić… Ale widziałem jego twarz. I ślady po tym do czego przyczyniło się moje działanie. A to nie było to samo co blizny na dłoniach. Tego nie mogłem tak łatwo zakryć i nie zauważać. Odcięcie od pracy jednak robiło swoje. I bez tego przychodził też od czasu do czasu spokój. Coś na kształt wewnętrznego ładu. Ciszy. Harmonii.
-Wyjdziesz ze mną dzisiaj, mój panie? Chciałbym się przejść.
-Wyjdę- odparłem zwyczajowo, bawiąc się pasemkiem jego włosów. Nie wypuszczałem go już samego. Zawsze wychodziłem razem z nim, obserwując, rozglądając się naokoło, płochliwie niczym zwierzę. Czułem niepokój, gdy ktoś przyglądał mu się dłużej niż powinien. Ciągle miałem wrażenie, że tamten… Wypadek… Mógł nie być ostatnim. Że mogą być setki ludzi, którzy mnie znaleźli. Którzy chcą zemsty…
Och tak, to zaczyna zakrawać po paranoję.
Jak tak dalej pójdzie to będę strzelał na ulicy do ludzi, którzy tylko na niego spojrzą.
Nathaniel wstał na chwilę od stołu, by zaraz przynieść kurtkę. Pomógł mi się ubrać, a następnie podniosłem się powoli, wspierając na kulach.
-W porządku?- zapytał łagodnie.
-Zawsze jest w porządku- odburknąłem w odpowiedzi mało serdecznie. Ale on i tak się uśmiechał. Ostatnio uśmiechał się cały czas.
I paradoksalnie, mimo tych wszystkich zmian, mimo tego co się wydarzyło, długotrwałych skutków… Chyba byłem w pewien sposób szczęśliwy. Szczęśliwszy niż wcześniej. I nawet jeśli irytowałem się gdy po raz setny pytał mnie czy dobrze się czuję i czy mnie nie boli, to i tak było dobrze.
-Kocham cię, mój panie- szepnął już niemalże zwyczajowo. Ostatnimi czasy powtarzał to praktycznie rzecz biorąc codziennie. I chociaż czasem wykazywałem zdenerwowanie tym faktem, to w rzeczywistości nie zmieniło się nic. Wciąż jego słowa wydobywały ze mnie jakieś ciepło. I nutkę czegoś na kształt goryczy, czegoś bolesnego. Ale czekałem na te słowa. I gdybym któregoś dnia przypadkiem ich nie słyszał, pewnie zaniepokoiłbym się. I sam bym o się o nie upomniał.
Ach, cholerny Nathaniel…
-Mam nadzieję, że przejdziemy się gdzieś gdzie będą ławki…- mruknąłem stosunkowo niechętnie.
-Och, panie. Lekarz kazał ci przecież dużo chodzić jeśli zamierzasz odzyskać chociaż trochę dawnej sprawności…
-Możliwe, że nie zamierzam- mruknąłem cicho.
Zaśmiał się lekko.
-Chodźmy już, mój panie.
Zastanawiałem się nad tym czy o tym myśli. Czy może usilnie starał się zapomnieć…
Ja myślałem.
Paradoksalnie, bardzo dużo.
Często tuż przed snem. Dobrze było mieć go wtedy przy sobie. Wiedzieć, że jest obok, że tamto jest tylko wspomnieniem. Albo wtulić się w niego dyskretnie po kolejnym koszmarze z jego udziałem.
Myślałem też o tamtym chłopaku. Cóż to za ironia losu, że człowiek, którego nie znałem nawet z imienia tak strasznie zmienił moje życie…
Myślałem o nim, ale nie byłem go w stanie nienawidzić.
Zastanawiałem się.
Zastanawiałem się czemu wziął wtedy ze sobą Nathaniela.
Czy rzeczywiście nie miał go gdzie zostawić? Z kim zostawić?
Czy może miał zupełnie inny cel?
I czy rzeczywiście zwabił mnie tam żeby mnie zabić?
Czy po to żebym to ja zabił jego?
Wiedziałem, że i tak nie uzyskam odpowiedzi.
I chciałbym pewnego dnia obudzić się, bez wspomnienia tamtego zdarzenia, rozgrywającego się na nowo w mojej wyobraźni każdej nocy. Tylko z innym finałem.
I wtedy właśnie dobrze było obudzić się u boku Nathaniela. I kazać mu udawać, że śpi, kiedy samemu wtulałem się w jego plecy, drżąc niemalże ze strachu.
Dobrze było go mieć, chociaż jego „panie” brzmiało teraz paradoksalnie.
Dobrze było go mieć, chociaż coraz częściej zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem bardziej bezradny bez niego niż on beze mnie. Że zawsze taki byłem.
A jednak…
Czułem się jakbym przez całe lata był ślepy i nie rozumiał pewnych rzeczy.
Jego niewinność drażniła mnie i fascynowała jednocześnie.
Zaślepiała, a zarazem oddzielała światło od ciemności.
Budowała od nowa światopogląd.
Odróżniała dobro od zła.
Wytyczała ścieżkę.
Była czymś co mnie przerażało.
Ale chyba dawała nadzieję.
I to też było dobre.
Mam nadzieję…
Że kiedyś…
Będę mógł powiedzieć w jego stronę coś więcej.
Albo przynajmniej nie czuć bólu i wściekłości.
Gdy będzie powtarzał, że mnie kocha.
Ale nawet jeśli nic się więcej nie zmieni…
To to też będzie dobre.
Czasem chcę, żeby wszystko zostało jakie jest. I boję się momentu, w którym mogę zostać sam.
W którym nie będę czuł jego ciepłej dłoni i słyszał za każdym razem gdy tylko go zawołam.
Ale póki taki dzień nie nadejdzie…
Jest dobrze.
I nie potrzeba niczego więcej.

32 komentarze:

  1. Anonimowy3:48 PM

    Straszna opowiadanie wręcz nie ludzkie nadodatek bez żadnego happy endu

    OdpowiedzUsuń
  2. To rzeczywiście okropne :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy1:58 AM

    Szanowny panie Anonimku, prawdziwe życie to nie happy endy. I nie masz prawa krytykować autorki, (Buziaczki silenicio ;*). Moim skromnym zdaniem, opowiadanie było wyjątkowe a nie okropne. Silencio jesteś świetna.
    I po raz kolejny to znowu ja fan Silencio
    S.S
    P.S
    mam nadzieję że wiesz które komcie są odemnie zawsze zostawiam inicjały S.S Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy6:20 PM

    To opowiadanie ma w sobie coś co mnie pociąga. Ta nutka tragizmu nadaje wszystkiemu intrygującej barwy. Bardzo spodobała mi się postać Louis. Jego postawa, przemyślenia i to że nie był idealny. Bo chyba nikt nie jest prawda?
    Masz naprawdę ładny styl pisania
    Wena

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy8:55 PM

    Intrygujące , ciekawe i cuż..Tragiczne w cholerę,ale jednoczeście imponująco dobre .Jednym słowem zajebiste!XD

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2:25 AM

    Szczerze... jedyne opowiadanie które przeczytałam nie robiąc żadnych przerw, czy omijając jakichś fragmętów. I jak bez żadnego happy ednu?! Ja tu wyczuwam szczęśliwy koniec ^^
    Silencio masz nową fankę ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niesamowite opowiadanie.
    Od tego momentu moje ulubione.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy1:56 AM

    To opowiadanie było genialne. Ja tu widzę, może nie całkiem szczęśliwy, ale jednak pozytywny koniec. Podobała mi się postać Nathaniela. Jego upór i posłuszeństwo, łączyły się w zadziwiający, aczkolwieg wspaniały duet. Twoj styl pisania jest wspaniały, oby tak dalej. Życzę dalszych sukcesów.
    ~Misaki

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy12:04 AM

    Siada na psychikę... Więc cudo.
    Moja ulubiona postać właśnie zginęła z rąk głównego bohatera. Grrr... Ten chłopak... A może chciał zginąć, może miał po prostu dosyć ale chciał tylko pokazać sadyście i mordercy, przez co musiał przejść? Albo sam stał się sadystycznym mordercą, bo chciał zrozumieć, dlaczego Louis zabił jego brata...? No i ciekawe, jak miał na imię.

    Swoją drogą, trzeba dużo przejść, żeby pokochać swojego oprawcę. I trzeba być zdrowo pi...tym, żeby krzywdzić w jakikolwiek sposób inną istotę... niezależnie od przeszłości. To taka pustka i rozpacz, totalna tragedia.

    No nie, po prostu nie mogę... Silencio, to bezwarunkowe mistrzostwo.

    Kres...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy12:08 AM

      PS Jest taki utwór, który idealnie tutaj pasuje... Mozart, Summer Overture (bardziej znany jako Requiem for a dream / Requiem dla snu). Czytając i słuchając tego jednocześnie, moja wyobraźnia wymyka się spod kontroli.

      Ops. Żeby Ci z ACTA mnie nie wsadzili... -.-

      Usuń
    2. Nie bój się, nie wsadzą ;). Cieszę się, że ci się podobało.

      Usuń
  10. Anonimowy11:27 PM

    Wciągające...świetne...
    Jako że jest to pierwsze dzieło Twojego autorstwa, jakie przeczytałam (i na pewno nie ostatnie!) na początku pomyślałam "O matko. Kolejna dziewczynka która stworzyła sobie bad boya, który wymachuje spluwą i chłoptasia, który jest przez niego katowany, ale go "loffcia"..."
    Wybacz. Wybacz. Wybacz. Potulnie błagam o przebaczenie, bo moje osądy były bezpodstawne i nieprzemyślane. To opowiadanie to cudo. Jest wspaniałe, zostawia po sobie lekki niedosyt i skłania do refleksji... Z jednej strony chciałabym więcej, ale z drugiej sądzę, że zepsułoby to, to wspaniałe opowiadanie, które skończyło się idealnie.
    Jeszcze raz błagam o przebaczenie i idę czytać inne Twoje prace.
    Minuki~

    OdpowiedzUsuń
  11. Z ogromnym trudem przeczytałam to opowiadanie do końca.Jest przerażająco brutalne, a ja tego nie lubię.Ciekawe jest to, że porzucałam go i wracałam do niego, aż w końcu dotarłam do końca. Było jak narkotyk, który wiemy, że nam szkodzi, ale jednocześnie nie potrafimy się od niego oderwać.Potrafisz w naprawdę niezwykły sposób grać na uczuciach czytelników.
    A zakończenie było świetne.Takie w pewnym sensie pozytywne , dawało nadzieję na przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
  12. cieszę się że Im się udało chociaż zostawiłam cząstkę swego serca po drodze z tamtą tragiczną parą... tą najbardziej tragiczną

    wiem że to w sumie oczywiste, ale to było parę miesięcy temu i ciągle strasznie boli jak sobie o nich przypomnę

    OdpowiedzUsuń
  13. Zacznę od tego, że dziękuję bogu (tudzież osobie, od której dostałam linka xD) za to, że udało mi sie dostać na tego bloga.
    Nidy nie czytałam wiele opowiadań, a jak już to rzadko trafiałam na coś co odpowiadało moim preferencjom w 100%.
    Aż w końcu wczoraj, z nudów weszłam tutaj.
    na dobry początek przeczytałam jednego one-shota i KOCHAM CIĘ SILENCIO! xD
    Przeczytałam już wszystkie one-shoty (wybacz że nie zostawiłam komentarzy, ale to nie w moim stylu :P) i właśnie to opowiadanie.
    Twoje opowiadania są 100% w moim stylu i zamierzam przeczytać wszystko (coś czuję, ze mi to trochę zajmie xD)

    A co do tego opowiadania konkretnie to nie mogłam pozbyć się uczucia, że dzieś widziałam coś podobnego, niestety. Ale nie do końca TAKIEGO. Zdecydowanie ta wersja bardziej mi się podoba.
    Jak Nathaniel został porwany sama miałam ochotę roztrzaskać czaszkę temu chłopakowi, ale w gruncie rzeczy było mi go strasznie żal!
    I dalej jest mi go szkoda. Smutno, że musiał umrzeć, ale przynajmniej z rąk tego samego co jego cała rodzina... jeśli to jakiekolwiek pocieszenie... XD
    W każdym razie podoba mi się klimat tego opowiadania i coś czuję, że Nathaniel (główna postać mojego opowiadania nosi to imię!) i Louis są kolejnymi fikcyjnymi postaciami, które zasłużą na miejsce w jednym z moich idiotycznych snów. Przywiązuję się do bohaterów opowiadań i potem śnią mi się po nocach xD trochę przerażające xDD
    Pozdrawiam! (i przepraszam, że cały ten komentarz jest tak chaotyczny, że pewnie ciężko się go czyta!)

    OdpowiedzUsuń
  14. W sumie od początku miałam nadzieję, że Nathaniel umrze. Choć byłoby to smutne zakończenie, myślę jednak, że zasłużył sobie na jakiś spokój. Maltretowany przez siedem lat. Zauważyć można, że podporządkowałby się każdemu bo przecież tak go nauczono. Louis nie ułatwiał mu tego w ogóle, dlatego też wolałam by po śmierci Nathaniela zdał sobie sprawę, iż bez niego nie istnieję. Był więc wypadek, który trafił bezpośrednio do świadomości Louisa i w pewnym sensie zdarzenie te go odmieniło. Więc również zadowalam się owym zakończeniem. Potrafisz pisać opowiadania, one-shoty, które trafiają wprost do serca człowieka. Zazdroszczę talentu ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytając to opowiadanie drżałam za całym ciele. Płakałam, kiedy ten chłopak opowiadał o tym co przeżył. Nikt nie powinien czegoś takiego doświadczyć, być zmuszonym do myślenia o zabiciu własnych rodziców. Przepiękne, widać twój wielki talent, choć jak dla mnie trochę zbyt brutalne. Mimo wszystko chyba nic nie przebije twojego opowiadania o Desmondzie i Brandonie, które jest moim ulubionym. Pisz więcej, będę czytać ! ^^

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy2:20 AM

    Więc... Silencio, musisz wiedzieć kilka rzeczy; Nie mam w zwyczaju komentowania opowiadań które czytam (wiecznie zapominam ._.), ale czytam ich sporo. Nie jestem zbytnio wymagająca, ale jak już coś jest dobre, to potrafię to zauważyć. I przygodę z Twoimi historiami zaczęłam od 'Every me' (...Przez Ciebie jak ktoś wypowiada imię 'Desmond' mam gwiazdki w oczach i motylki w brzuchu ._.)- znalezione całkiem przypadkiem. No i, niestety, gdy już ktoś pisał do mnie, że czyta coś autorstwa Silencio, to świetnie wiedziałam, że będzie się to łączyc z jego zachwytem. Jesteś wspaniała <3
    Co do opowiadania? Ohh, naturalnie jest przecudowne. Brutalne, strasznie drastyczne (dla mnie..), ale zważmy na to, że osobiście wolę nieco lżejsze opowiadania. Wszystko świetnie ujęłaś, i pokazałaś we właściwym świetle, nie każdy ma coś takiego. Ponad to, kocham Twój styl pisania, masz po prostu w sobie to... to Coś. Godne polecenia <3

    Szasta.

    OdpowiedzUsuń
  17. Niesamowite! Już dawno nie przeczytałam tak niesamowitego opowiadania, że aż brakuje mi słów. Tyle dramatyzmu, sadyzmu, rozpaczy, jednak mimo tego, gdzieś tam na dnie wplątana skomplikowana miłość. Po prostu cudownie. Nie wiem co jeszcze napisać. Nie jestem w stanie, po przeczytani tego, napisać czegoś sensownego. Dotknęło mnie, bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  18. Witaj, skoro wreszcie sobie założyłam bloggera, to czystym nietaktem byłoby nie ujawnienie się pod moim ulubionym opowiadaniem (Every me w to nie wliczam, bo toć bezkonkurencyjne jest!). Otóż czytam twoje opowiadania już od dłuższego czasu, no i ciągle nie mogę wyjść z pewnej.. fascynacji nimi. No to tak, to będzie naprawdę długi komentarz i radzę Ci uzbroić się w miękką podusię, bo pewnie zaśniesz w trakcie XD. Już masz poduszeczkę? No to zacznę od wychwalania w niebiosa Every me.. I stałego dla wszystkich : Oh, Desmond! <3 XDD Oczywiście Brandona i jego "phie" również kocham nade wszystko, ale Desmonda nikt mi nie pobije, nawet słodki i jakże niewinny panicz obżerający się kisielkiem do końca swych dni. Ta powieść oczarowała mnie do tego stopnia, że przeczytałam ją chyba z sto razy i ciągle mam ochotę czytać ją od nowa. Przede wszystkim, wiem, że masz bety i te sprawy, ale parę razy dodałaś rozdział nie sprawdzany przez niego no i powiem Ci szczerze, że wielkiej różnicy to ja nie dostrzegłam.. Parę literówek owszem, było, ale poza nimi.. Przecinki wszystkie, ortów ni ma.. Jestem drażliwa na tym punkcie, więc byłam w istnym szoku, że ja - niesamowicie czepialska obrończyni przecinków - nie może nic znaleźć! Uwierz, to było traumatyczne przeżycie.. XDD Poza tym.. Uwielbiam pisać, to jest moja pasja jak i hobby, ale mam słomiany zapał. PRAWDZIWY, słomiany zapał, bo jak NIGDY w życiu nie napisałabym 140 rozdziałów tak porywających i magicznych jak te, które ty napisałaś.. Ja wymiękam zazwyczaj przy szóstym, siódmym rozdziale, w mojej głowie zakwita myśl "znowu wszystko zepsuje, no i po co pisać.. Nikt tego nie czyta, nie spodoba się, no jezu, nie robię. " No i na tym kończą się moje bohomazy. I wtedy nawet wielkie, długie jak cholera opierniczę na gg nie pomagają, bo ja i tak twierdzę, że to do luftu i nie piszę dalej. A ty potrafisz to kontynuować, no i tuż jest naprawdę coś. W dodatku to co kontynuujesz nie blaknie, nie traci na swojej wartości, bohaterowie nie stają się przewidywalni i nudni, skąd. Robi się coraz ciekawiej i wprowadzasz coraz więcej akcji. Tabletki Desmonda, jego 'choroba', homoseksualizm Williama.. Akcja nie stoi w miejscu, nie w twoim jakże wspaniałych opowiadaniach.. Słodzę Ci? Wiem wiem, mi się to naprawdę rzadko zdarza.. Ogólnie Every Me jest bezbłędne i jestem tego wielką, wprost psycho fanką, Desmond jest moim bogiem, no kurde, od dziś porzucam ateizm i rozpoczynam wiarę w Desmondowskie cuda XD. Ave Desmond, chwała na wieki! XD No, a teraz przejdę do tego, co umieściłaś tutaj.
    Schemat się powtarza.
    To jest fantastyczne, stylistycznie doskonałe, fabuła wprost oczarowuje.. nie lubię yaoiców, gdzie jedyni motyw przewodni to seks, seks i tylko seks. U mnie musi się coś dziać, być jakaś akcja poza całym tym przesłodkim romansem. No i ty to dajesz.
    Jak przeze mnie będziesz miała nadmiar cukru w organizmie, to wybacz, możesz o to winić tylko swój talent, który przyćmił takiego krytyka i zgreda jak ja.. No dosłownie, według moich znajomych, moja pasja to wciskanie ludzi w asfalt.. XD Więcej dodam w następnym komentarzu, bo, co było niemal pewne, żem przekroczyła sobie limit.. XD

    OdpowiedzUsuń
  19. No i dalsza część.. XD
    No, dość o mojej ogólnej fascynacji tobą.. (Miałaś kiedyś równie długi i pogmatwany komentarz jak mój? XDD) W tym opowiadaniu, zafascynowało mnie przede wszystkim to, że jak widać doskonale, psychika ludzka jest nie zgłębiona, podobnie jak i uczucia. Tutaj przedstawiłaś świat, według mnie prawdziwy, który przedstawia ludzką skazę jak i brutalność, dramat tego, co przytrafiło się głównym bohaterom. Nie wiem co mnie tak oczarowało akurat w tej powieści, ale jestem po prostu..Po przeczytaniu tego byłam niczym naćpana, tylko tak mogę to określić. Kolejne opowiadanie, które kocham, to Książę. Jak pewnie już zauważyłaś, lubię tą nutkę dramatu i tajemniczości w opowiadaniu. Książę, sam jego charakter, jego sposób bycia i idee.. Uwielbiam tego typu bohaterów. Książę i niewolnik, dwa zupełnie odległe światy. Tak, ale tylko z pozoru. No i Król bawiący się zabawkami, który w nocy zakrada się tam gdzie nie trzeba i nie może utrzymać łapek przy sobie.. No byłam po prostu wmurowana w krzesło, jak przeczytałam ten fragment. Książę i jego demony, lepiej bym tego nie ujęła. Przeczytałam też wszystkie one-shoty.. Szczególnie spodobała mi się możliwość rewanżu, Cian i Bastian.. Demon, który niby rozumie nie rozumiejąc niczego. Zrobiłbym to jeszcze raz porusza temat, który również kocham. Śmierć, zabójstwo, swego rodzaju zemstę.. Pożegnanie wzruszyło mnie, doprawdy piękny one-shot.. Taki.. realny?Prawdziwy? Brutalny wręcz, a zarazem tak cholernie uroczy. Natomiast Jedyny rozbawił mnie tak, że spadłam z krzesła.. No tak, co w tym zabawnego? Generał, moja droga, Generał. XD niezwykle śmieszny człowiek, w całej tej swojej żałosności.. Ale równie realny.
    Enjoy the Silence.. Wiesz, że lubię Depeche Mode i robisz to specjalnie, czy może całkiem przypadkowo? XD No i znowu, żadnych błędów, śmierć, parę linijek tekstu, które są niczym wciągająca głębia.. Zasłodziłam Cię już maksymalnie, nie? XD Wszystkie inne twoje twory są równie wspaniałe, podoba mi się jeszcze niezwykle Red, Nathan, Edmund, oraz podam tytuł, bo imion tam za wiele, Arrenium. Chaos też jest naprawdę świetny, tylko troszeczkę, tak ociupinkę irytuje mnie Nadim.. XDD Nie, to nie jest żaden rasizm! XDD Przyrzekam! Tyle, że jest jakiś taki.. irytujący, i ja nic na to nie poradzę mimo wszelakich moich starań. XD Odnośnie Wyzwania.. Główny bohater wydaje mi się czasami nie posiadać szarych komórek, ale jak w większości takich opowiadań, to efekt czysto zamierzony.. No cóż, pewnie rozpisałabym się bardziej, gdyby nie obawa, że przyśniesz i obudzisz się dopiero za tydzień, a ja tu na Księcia czekam.. No to ten.. Wybacz, że tak Cię dogłębnie zanudziłam tym zasładzaniem w niebiosa, ale to było silniejsze ode mnie. XD Będę Cię czciła tuż obok Desmonda, zbuduje Ci ołtarzyk i będę się do Ciebie modlić o nowe rozdziały.. c:
    ...
    ....
    Przyrzekam, ja nic nie ćpałam! XD
    No, może tylko trochę Every me popołudniu...
    No to pozdrawiam i życzę mnóstwa weny. C: Nie czytałam tego przed dodaniem, więc pewnie masa błędów i zagmatwanych zdań, ale liczy się, by pisać z prądem emocji, nie? XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej ;). Dziękuję bardzo za obszerny komentarz, zapewniam, że nie zasnęłam xD. Choć podobne wrażenie odnoszę czasem, gdy piszę jakiś długi rozdział i zastanawiam się wtedy, czy ktokolwiek dotrwa do końca, więc pod tym względem, jak najbardziej rozumiem. Cieszę się, że podoba Ci się tak wiele opowiadań i że zrobiły na Tobie pozytywne wrażenie, choć muszę jednak zaoponować i powiedzieć, że bez mojej bety byłoby kiepsko, bo widząc czasem, jakie błędy mi poprawia, niemalże płaczę ze śmiechu ;). Wynika to głównie z tego, że ja nie czytam ponownie tego, co napisałam, bo jakoś nie mogę "przebrnąć", a to z kolei rodzi pewne... dziwaczne formuły, przecinki z sufitu i tego typu sprawy, które występować nie powinny. Co do słomianego zapału... Cóż, myślałam o sobie to samo, zanim zaczęłam "EM". Wcześniej kilka lat pisałam różne opowiadania, planowałam i wychodziło po kilka, przy dobrych wiatrach kilkanaście niedługich rozdziałów, a potem koniec, bo traciłam zupełnie chęć. Przy EM było podobnie, bo po pierwszych rozdziałach dałam sobie spokój, ale później pisała ze mną osoba, która chciała to czytać, więc wznowiłam to niejako dla niej :). I tak mój słomiany zapał oficjalnie się skończył, choć nie mogę powiedzieć, bym była najbardziej aktywną osobą, jeśli o pisanie chodzi xD.
      Zapewniam, że nie zasnęłam i komentarz bardzo mi się podoba :D. Nie wiem, dlaczego komentujących to dziwi, ale naprawdę lubię obszerne komentarze.

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  20. Nie spodziewałam się, że mi odpiszesz, więc jak skończyłam dziś czytać od nowa Nathaniela i Louisa napotkałam przyjemną niespodziankę.
    Mnie raz się przysnęło czytając jeden z rozdziałów Chaosu, powiem szczerzę, ale to nie z winy tekstu, ani jego długości.. Widzisz, ja potrafię twoje opowiadania czytać tydzień pod rząd z zarywaniem nocek, więc siódmego dnia mój stan bardzo przypomina zombie. Jak czytałam Every Me, to nawet nie miałam czasu jeść, tak się wciągnęłam. Gdybyś widziała minę mojej matki, gdy odkryła, że jej wiecznie podjadająca córka nie ma czasu zawitać do kuchni.. Była bezcenna. XD
    No cóż, ja też jak piszę, robię błędy, z których potem się śmieje, jak czytam to ponownie.. Nie potrafiłabym opublikować czegoś bez przeczytania, bo jak przekonałam się nie raz i nie da, czasami nawet ja, czytając to, przynudzam.. Widzisz, moją "piętą achillesową" oprócz słomianego zapału jest to, że nawalam tyle opisów, że wszystkich muli już na sam ich widok.
    No cóż, jak zobaczyłam, ile rozdziałów ma Every Me, w życiu nie mogłam uwierzyć w to, że masz jakikolwiek słomiany zapał. Kiedyś napisałam opowiadanie o Księciu, który słyszał głos w głowie i był nieco.. daleki psychicznie od zdrowia. Spodobało się to mojej koleżance, nakłaniała mnie do pisania i nawet chciała pisać to ze mną, ale.. Nawet to na mnie nie zadziało. Jak ja sobie wmówię, że kontynuacja nie ma sensu, to mogą mnie nawet torturować, palcem tego nie ruszę. Może to wina tego, że szybko się zniechęcam... A bóg jeden wie.
    Mnie to nie dziwi, bo z własnego doświadczenia wiem, jak przyjemnie jest taki komentarz widzieć. Jak wysyłam na gg znajomym moje opowiadania, a oni w odpowiedzi rozpiszą się i zaczną się nad nimi zastanawiać, od razu chcę mi się śmiać. To taka reakcja bezwarunkowa, chyba. No, tym razem chyba tego limitu znaków nie przekroczyłam.. Mam do tego tendencje, no słowo daje. Może jak kiedyś coś opublikuje dam Ci znać, chociaż wątpię, aby Ci się to w jakikolwiek sposób spodobało. Tym bardziej, że nie mam żadnej bety, cała moja ekipa to ja i tylko ja.
    No to pozdrawiam ponownie i czekam z utęsknieniem na Księcia. Chyba go sobie dziś przeczytam, tak dla odświeżenia pamięci.
    A to, że Ci odpisałam.. Wybacz, po prostu musiałam. XD

    OdpowiedzUsuń
  21. Anonimowy4:31 PM

    Aww ... (ToT).
    Zakochałam sie w tym opowiadaniu . Jest chore, przerażająco smutne i przeszyło na wylot moje serduszko . Czyli najlepsza mieszanka dla chorego człowieka . XD .

    OdpowiedzUsuń
  22. A ja ci to tak przedstawię:
    O.o <- moja mina, kiedy przeczytałam pierwszy rozdział
    O.O <- mina, kiedy przeczytałam drugi do połowy
    *^* <- mina po drugiej połowie drugiego.
    T^T <- mina w trakcie trzeciego
    ToT <- mina w połowie tego rozdziału
    TUT <- końcowa mina
    XD. No to ten.. żałuję, że dopiero teraz zaczęłam czytać Twoje opowiadania i cieszę się, że to było pierwszym, bo zrobiłaś świetne wrażenie *^*. Uwielbiam ten styl. Dobrze wykorzystujesz akapity. Dodają tajemniczości i dobrze współgrają z przekazem, robiąc idealny efekt. Takie jakby żywcem wyrwane myśli z miejscówy na te prywatne. W dodatku ta narracja pierwszo-osobowa - cudo. Sama ją preferuję xd
    Fabuła - z początku do momentu w pierwszym rozdziale, kiedy zorientowałam się, że 'śmierć' Nathaniela była koszmarem, myślałam, że to jest mój one-shot "Już razem przez wieczność", tylko rozwinięty... i troszeczkę zmieniony XD Lecz Ty miałaś inną wizję xD I wyszła tak... no OCH! XD Cud, miód i orzeszki ;3
    Też porównuję blondwłosych chłopców do aniołów *U* Piękni są xd Mam bzika na ich punkcie. Jednakże tutaj nie umiem się zdecydować na ulubionego bohatera xD Amadeusz, Nathaniel, Louis oraz bezimienny, który porwał(?) Nathaniela byli świetnie przedstawieni i każdy z osobna miał swój własny, oryginalny charakter i wszyscy mnie intrygowali. Pięknie napisane opowiadanie, które z pewnością zostanie mi na długo w pamięci <3
    Lecę czytać inne historie ;3

    OdpowiedzUsuń
  23. Anonimowy2:57 AM

    Dobry...
    Szczerze? Zakończenie mnie zaskoczył... jestem nawet zadowolona? Chyba tak... po prostu... nareszcie jakieś opowiadanie, (ja tam bym to nazwała oneshot, ale to szczegół) które nie ma takiego typowego "Happy Endu".
    Czytałam (chyba) wszystkie twoje prace i szczerze jestem pod wrażeniem. Bardzo dobrze piszesz, a twoje opowiadania są ciekawe i oryginalne zarazem.
    Czytam bardzo dużo blogów z opowiadaniami (niezbyt często Yaoi, żeby nie było, że jestem Yaoistką =.=") i mogę śmiało powiedzieć, że twój blog jest jednym z nielicznych po którym, jak przeczytam jeden rozdział nie wale głową w biurko i załamuje się... to tak na serio. Wiele osób próbuje czegoś nowego np. pisania, które... szczerze totalnie im nie wychodzi... a trzeba przyznać, że pomysły na opowiadanie/opowiadania są (czasem) bardzo dobre... na wielu blogach opowiadania są wgl. nieprzemyślane i pokręcone, dlatego czasem nie wiadomo, o co chodzi... dlatego cieszyłam się (i żeby nie było - cieszę się) , że w końcu znalazłam twojego bloga, miło czytać twoje opowiadania, które mają w sobie to coś... (ale się rozpisałam...)
    Pozdrawiam i życzę weny twórczej
    kasuka

    OdpowiedzUsuń
  24. Yuzuyu12:20 AM

    Fajnie piszesz. Opo może nie wywołujące jakieś skrajne emocje (przynajmniej u mnie;P), ale myślę, że zapamiętam go na długo. Zakończenie może nie cukrzane, ale też nie szczególnie tragiczne. Wyszli z ranami, ale z takimi, co da się przeżyć. Ukazują one rzeczywistość. Nie zawsze jest kolorowo. The End mi się podobał. W takim samym klimacie, jak całe opo.
    Godne polecenia:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Chociaż przeczytałam kilka Twoich opowiadać, nie wszystkie, ale większość, to do N&L mam jakiś szczególny sentyment, podoba mi się klimat i takie słodko-gorzkie zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
  26. Mroczne i krwawe...ale naprawdę nie mogłam się oderwać...najpierw zaczęłam księcia, ale po sprawdzeniu oznaczeń (lubię wiedzieć co się stanie, a ponieważ nie wiem czy jeszcze będzie powrót...) przerzuciłam się na to opowiadanie żeby sprawdzić i się zaczytałam...naprawdę dobre opowiadanie...bardzo się cieszę, że znalazłam ten blog i na pewno jeszcze nie jedno przeczytam...pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  27. Co mogę powiedzieć? Pewnie wiele, gdyby nie to, że noc tak krótka, a tak wiele do czytania jeszcze zostało. Choć Twoje opowiadanie zasługuje na słów wiele, i to pozytywnych. Szczerze powiedziawszy słodzić nie lubię, więc nie będę zbytnio, ale wiedz, że ów twór naprawdę przypadł mi do gustu. Lubię takie brutalne klimaty.
    Wypowiedziałabym się jeszcze w wielu obszerniejszych kwestiach, gdyż zazwyczaj jestem tak wylewna, że aż czytać się mnie już nie chce i zazwyczaj przekraczam limity jednego komentarza, ale jak już powiedziałam wcześniej, czasu mam zbyt mało. Dlatego też zostawiam tą mało konstruktywną wypowiedź i idę dalej zgłębiać Twą twórczość.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  28. Tak. Brutalna rzeczywistość najmocniej odciska się na moim sercu. Ciężko znaleźć dobre opowiadanie bez happy endu. Tobie udało się idealnie wykreować brudny, przerażający świat, dający poczucie strachu, pełen brutalności i mentalnego chłodu. Wiele osób próbowało tworzyć taki obraz, trzeba tu pewnej specyficznej gamy barw, słów i wydarzeń. Tutaj nic nie brakowało, chociaż... sceny z porwaniem są już przereklamowane. Mimo to największą uwagę zwracała tu obojętność i tresura Nathaniela. Nienawidzę tej świadomości, że każdego tak łatwo złamać psychicznie, to największa z największych tortur. Jednak ogromnym pocieszeniem była ta więź... było coś w niej pozytywnego, mimo że w pewnych momentach dało się zauważyć, że Louis był po prostu perfidnie od niego uzależniony! Wtedy ta bańka nadziei pryska. Zachowanie człowieka, który jest uzależniony i nie potrafi niczego zrobić sam, pokazane jest w jego zachowaniu... Te wyzwiska, jak gdybyś sam nie był niczemu winny! Opowiadanie jest wręcz okropne, pokazujące głęboko ukrytą naturę człowieka, nawet jeśli widzimy jako tako niby pozytywny koniec.

    OdpowiedzUsuń
  29. Opowiadanie fascynujące. Występujące tu przywiązanie i późniejsze głębsze uczucie ofiary (Nathaniel) do oprawcy (Luis) nosi nazwę ,,syndromu sztokholmskiego''. To gwoli wyjaśnienia.

    OdpowiedzUsuń