Strony

niedziela, 22 maja 2011

4. O krok od szaleństwa [LPoH]

-Ach! M… Marco! Wsadź go! Wsadź go!
Nie, nie oglądam filmów pornograficznych.
Wyobraźcie sobie, że takie dźwięki też mam tutaj gratis. Chociaż nie są one szczególnie przyjemne, zwłaszcza, jeśli słyszy się je tak wcześnie rano, albo późno w nocy… Jak już mówiłem, jeśli chodzi o miejsce zamieszkania wybrałem idealnie. Pomiędzy wiecznie kłócącym się małżeństwem, nastolatkiem, którego rodziców stanowczo zbyt często nie było w domu i parą seksoholików, którzy kopulowali ze sobą po kilka razy dziennie. I to najczęściej tak, że słyszeli ich wszyscy.
Jak tu się dziwić starej Wilcox…?
Dalsze próby zaśnięcia nie miałyby większego sensu. Zresztą lepiej było zająć się czymś konstruktywnym przy… Takich dźwiękach w tle.
-Och, Marco! Jest taki duży!
… Jezu, bo wpadnę w kompleksy.
Do diabła, jak długo można nie uprawiać seksu?
Wszedłem pod prysznic, włączając wodę, która zagłuszyła jako tako większość niezbyt przyjemnych dla mojego ucha odgłosów.
Nie często myślę o… Seksie.
Co, jak pewnie nie trudno się domyślić, nie jest chyba do końca zdrowym zjawiskiem. Hugo myśli o nim cały czas.
Oczywiście nie sugeruję bynajmniej, by u niego był to przejaw zdrowia, ale kiedy ktoś nie ma ochoty uprawiać seksu, a na dźwięk jęków i krzyków ekstazy swojej całkiem urodziwej sąsiadki nie ma ochoty na coś więcej, to chyba nie jest to najlepszym znakiem. Nawet ja to wiem. Świetnie, jestem tego świadomy, więc następnym krokiem byłaby próba zmiany…
Nie chcę kobiety.
Autentycznie i szczerze.
… Naprawdę coś ze mną nie tak.
Nie jestem przecież jakimś starym prawiczkiem, który nie wie o co chodzi, ale jednak perspektywa zaproszenia do siebie kobiety i seksu z nią nie wydaje mi się… Obiecująca… Może Hugo ma rację ze swoim ciągłym podsuwaniem mi ewentualnych partnerek? Może naprawdę coś powinno wreszcie ruszyć?
A teraz podsunął mi Andy’ego…
… I sugerował, że mogę być innej orientacji.
To bzdura!
Nie jestem… Nietolerancyjny, ale… Ale wiedziałbym chyba, gdyby podobali mi się mężczyźni. Pracowałem na oddziale z co najmniej piętnastoma, nie wspominając już o różnych innych znajomych i nigdy do żadnego nie poczułem jakiejś większej sympatii ani mi się nie podobali. Na litość boską.
… Ale z drugiej strony żaden z nich nie miał szesnastu lat, niewinnej twarzy i pięknych, ognistych loków.
… Naprawdę jestem starym dewiantem.
Zacząłem się zastanawiać, co by było gdyby… Gdyby wtedy do czegoś między nami doszło. Gdybym pozwolił sobie i jemu posunąć się do czegoś dalej. Gdybyśmy uprawiali seks.
Och, do diabła…
Moja wyobraźnia działa stanowczo zbyt sprawnie…
… A moje ciało stanowczo zbyt odpowiednio zdaje się reagować na tworzone przez nią obrazy.
Jęknąłem cicho, gdy poczułem jak mój członek drgnął lekko.
Niech to szlag…
Znany mi jedynie z imienia chłopak wywołuje u mnie to, czego nie była w stanie wywołać żadna gazetka pornograficzna Hugo…
Naprawdę nie jest ze mną dobrze.
Sięgnąłem nieco niepewnie do swojej męskości, jakbym nie robił tego całe wieki.
Poprawka.
Nie robiłem tego całe wieki, toteż moja niepewność nie była kwestią szczególnie zaskakującą.
Pieściłem się początkowo powoli, by z każdą chwilą przyspieszać swoje ruchy.
Andy, Andy, Andy.
Kurwa.
Jedyna osoba, która chodziła mi w tym momencie po głowie.
Zagryzłem mocno wargi, opierając się przedramieniem o ściankę prysznica.
-Och, mój Boże! Mocniej!
… Czy zdarzyło wam się kiedyś, że głos waszej sąsiadki zmieniał się w głos uroczego chłopaka, podstępem podrzuconego do waszego pokoju?
-Mitch!
… Rany boskie, autentycznie słyszę swoje imię…
-O tak! Tak jest dobrze, jest bosko, oooooooooch!
Doszedłem we własnej dłoni, mając przed oczyma twarz Andy’ego.
… Jestem chorym człowiekiem.
To teza stanowczo potwierdzona przez moje myśli i zachowanie.
Do diabła, nie fantazjuję o szesnastolatkach, biegających po ulicach w krótkich spódniczkach, a szesnastolatek, którego znajduję u siebie na imprezie, sprawia, że mięknę w nogach, a twardnieję w zupełnie innym miejscu?!
Brawo, Mitch.
Posunąłeś się jeszcze o krok do przodu w swoim szaleństwie.
Jesteś z siebie zadowolony?
Westchnąłem głęboko, przecierając skronie i pozbyłem się śladów swojej spermy, po czym zakręciłem wodę i wyszedłem spod prysznica. Mój Andy przemówił znowu swoim poprzednim, kobiecym głosem, informując swojego kochanka zdecydowanie nazbyt głośno o tym jaki jest wspaniały i boski. Zdawać by się mogło, że ledwie chwilę temu przeżyła orgazm, właściwie równo ze mną. Boże, poczułem się prawie jak kochanek doskonały…
… Tyle, że moja kochanka zmieniła się w kochanka i w dodatku mieszka za ścianą. Seks przez ścianę jest raczej średnio możliwy, a już na pewno cholernie trudny.
Biedny Marco.
I na cholerę ci ta kobieta?
Zrobiłbyś to sam i wyszłoby na to samo…
Och, moje złote podejście do związków…
Ubrałem się i doprowadziłem do jako takiego, standardowego porządku. Przygotowałem sobie nieduże śniadanie, w trakcie którego doszedłem do wniosku, że powinienem się zająć czymś konstruktywnym, zamiast rozpamiętywać ciągle swoje spotkanie z chłopakiem (… i nie tylko spotkanie), ale żadne konstruktywne zajęcie się nie pojawiło.
W końcu, po gruntownym wysprzątaniu całego i tak czystego już mieszkania, zdecydowałem się nawet coś naszkicować, ale nie wiem, jakim cudem moje plany budynku zrobiły się nagle lekko owalne, jak twarz rudowłosego, a nawet dostały jego oczu.
… Czy nie mówiłem już, że jestem chorym człowiekiem?
Tak, tak, wiem, że aż nazbyt dużo razy.
Wyobraźcie sobie, że powtarzanie tego wcale nie pomaga.
No dobrze! Czas ruszyć do supermarketu!
… Tak wiem, że pomysł wziął się znikąd.
… I wiem, że właściwie mimo tego, że część zakupów oddałem Andy’emu, miałem wszystko, co mi było niezbędne do życia na najbliższe kilka dni i wcale nie potrzebowałem kolejnej wycieczki w tamte rejony.
… Ale z drugiej strony wiedziałem, że gdzieś tam jest Andy.
Oczywiście nie musiał być. Oczywiście nasze wczorajsze spotkanie mogło być po prostu przypadkiem, nie tylko z mojej, ale i z jego strony. Może wcale tam nie mieszka, a nawet jeśli mieszka, nikt nie powiedział, że spotkam go chwilę po tym, jak tamtędy przejdę. A jednak gdzieś być musiał.
A znacie takie przysłowie, że jeśli nie można o czymś zapomnieć, to należy to znaleźć?
… Wymyśliłem je chwilę temu, ale sądzę, że jest całkiem chwytliwe.
Tak, więc, Andy…
… Nadchodzę.

Nadszedłem.
A później zrobiłem wyjątkowo małe zakupy.
A później obszedłem wszystkie budynki naokoło z piętnaście razy i nie dostrzegłem chłopaka nigdzie.
… Och Boże, nie dość, że jestem starym dewiantem i wariatem, to jeszcze desperatem.
Jak tak dalej pójdzie, zacznę wypytywać o niego ludzi, a jeśli zacznę o niego wypytywać ludzi, to zupełnie się pogrążę, a jeśli zupełnie się pogrążę to…
… Andy!
(Nie, nie zjawi się, jeśli się zupełnie pogrążę).
Po prostu już był. Wyszedł z jakiegoś budynku, na którego szyldzie widniało: „Hotel Słoneczny” i sięgnął natychmiast po komórkę. Znowu dotarło do mnie to, jak wielkim idiotą jestem. Miałem do niego podejść z radosnym: „O hej, właśnie wracam z zakupów! Co prawda supermarket jest w sumie ulicę dalej i nie wiem jakim cudem nagle jestem w miejscu, w którym nigdy wcześniej mnie nie było, ale co tam u ciebie?”.
Przyszedłem tutaj i znalazłem go, żeby stać i gapić się na niego ze stosownej, jak mi się wydawało odległości. Oderwał w końcu wzrok od wyświetlacza komórki i schował ją na powrót do kieszeni, po czym rozejrzał się, w pierwszym odruchu chyba mnie nie dostrzegając. Ale zaraz zerknął w moją stronę raz jeszcze, tym razem zatrzymując się na mojej osobie dłużej. I już po chwili ruszył w moim kierunku.
Zacisnąłem mocniej dłonie na rączkach reklamówki. Nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał mi się rzucić na szyję z radosnym: „Och, Mitchel!”.
… Co oczywiście mogłoby wynikać z faktu, że nie zna mojego imienia, ale i tak nie wyglądał na kogoś, kogo na mój widok przepełniałoby szczęście.
-Co tu robisz?- zapytał niemalże agresywnie.
-Hm… Cześć- zacząłem nieco niepewnie i zupełnie żałośnie.
-Cześć?- powtórzył z cichym prychnięciem- Czemu za mną łazisz, co?! Ty mnie chyba naprawdę śledzisz… Jesteś jakimś zboczeńcem, czy coś?
-Nie, nie!- zaprzeczyłem gwałtownie, chociaż wszystkie symptomy zdawały się jednoznacznie na to wskazywać. Tak, cholera. Jestem zboczeńcem. Onanizowałem się rano, myśląc o chłopaku, który teraz spoglądał na mnie z mieszaniną oburzenia i dziwnego, niezrozumiałego dla mnie strachu- Ja… Wracałem z zakupów…- uniosłem na dowód swojego wyjątkowo marnego alibi reklamówkę.
Prychnął cicho.
-Zobaczyłem cię i stwierdziłem, że może chciałbyś ze mną porozmawiać…- zacząłem, jeszcze bardziej zażenowany niż ledwie chwilę temu. Chyba wcale nie chciał.
-Dlaczego tak pomyślałeś?
… Bo jestem idiotą, cholera, zupełnym idiotą.
-Posłuchaj… Hm… Jeśli masz jakieś problemy z pieniędzmi…- zacząłem, przypominając sobie naszą wczorajszą rozmowę- Bo chyba ich nie masz… Chociaż nie zamierzam wnikać w to na co je przeznaczyłeś- zaznaczyłem natychmiast, widząc jego pełen poirytowania wzrok- Ale… Możesz mi powiedzieć.
-Dlaczego miałbym ci mówić?- warknął, mierząc mnie wyjątkowo podejrzliwym spojrzeniem- Czego chcesz ode mnie?
-Niczego, naprawdę… Ja tylko… Chcę porozmawiać.
-Słuchaj, nie mam czasu na takie pierdoły, naprawdę…- stwierdził z głębokim westchnieniem- Tutaj niedaleko stoją jakieś dziewczyny… Może chłopacy też, nie wiem… Jak dobrze zapłacisz to zrobią z tobą wszystko. Nawet porozmawiają- przewrócił oczyma z cichym parsknięciem.
-Andy…- zacząłem, czując się zupełnie zdezorientowany. To cholernie beznadziejne uczucie, kiedy ma się świadomość tego, że nikogo innego się nie chce, wiecie?- Naprawdę, ja nie jestem jakiś dziwny…- nieee, zaczepianie ledwie znanych ludzi i proponowanie im pieniędzy za rozmowę czyni ze mnie człowieka całkowicie normalnego i zdrowego na umyśle. Podobnie jak wyczynianie z owymi ludźmi w swojej wyobraźni różnych innych rzeczy- Po prostu…- nie wiedziałem co powiedzieć. W końcu jedynie sięgnąłem po portfel- Chciałbym ci pomóc.
Uniósł brew w geście politowania i prychnął:
-Pomóc, tak…?- jednak jego spojrzenie już po chwili zrobiło się nieco bardziej łaskawe- Ile mógłbyś mi dać…?- zapytał, wpatrując się we mnie uważnie.
-No… Nie wiem- odparłem powoli, zaglądając do portfela- Nie mam przy sobie dużo, może ze sto dolarów…- stwierdziłem jedynie, wyciągając banknot i podając mu go.
Wziął go ode mnie, obracając niepewnie w dłoniach, po czym zapytał:
-I to tak zupełnie za nic?
-Za nic- potwierdziłem, skinąwszy lekko głową.
-Nie żartuj!- prychnął, rozjuszony- Nie ma nic za darmo!
… Pieprzyłem się z tobą w swojej wyobraźni cały ranek, jesteśmy kwita.
-Andy, naprawdę nie chcę nic w zamian… To znaczy, chciałbym od czasu do czasu porozmawiać, ale…- jestem desperatem. Jebanym desperatem, przysięgam.
Rudzielec spoglądał na mnie mocno podejrzliwie, ale ostatecznie schował banknot do kieszeni.
-Naprawdę nie wiem czego ty ode mnie…
Umilkł, gdy po drugiej stronie ulicy pojawiła się trójka jakichś chłopaków. Obejrzeli się krótko na rudowłosego, a ten nagle chwycił mnie pod ramię z iście czarującym uśmiechem.
-Więc…?- zaczął, wyjątkowo sympatycznie- Gdzie idziemy?
-Ehm… Może… Może… Na spacer…?- zaryzykowałem w końcu, a on zaśmiał się perliście i skinął głową, ruszając wraz ze mną wzdłuż uliczki. Nie rozumiałem zupełnie czym była wywołana owa zmiana w jego zachowaniu- Coś się stało?
-Nie, nic… Wszystko jest w jak najlepszym porządku- uśmiechał się w moją stronę całkiem pogodnie, nawet uśmiechając się jakoś tak czarująco i traktując mnie zupełnie inaczej niż ledwie chwilę temu, a jednak zatrzymał się- Chyba będę musiał już iść, ale bardzo miło się rozmawiało…
-Mhm…- niezbyt długo, ale cóż z tego. Uśmiechnąłem się odrobinę nieśmiało- Może… Gdybym był czasem w okolicy… Mógłbym cię spotkać?
Zaśmiał się lekko i skinął głową.
-Pewnie.
-I… Porozmawiamy jeszcze?
-Jeśli będziesz chciał… No dobra, spadam. Pa!
-Pa…- odparłem z cichym westchnieniem, obserwując jak rusza w zupełnie przeciwnym kierunku, nie oglądając się nawet za siebie- Nazywam się Mitchell!- zaryzykowałem i dostrzegłem, jak ogląda się przez ramię ze zdziwieniem, nie odpowiadając jednak nic.
… Ach.
Andy.

Położyłem się do łóżka, czując się dziwnie. Kiedy wróciłem do domu znowu poczułem się zupełnie wypompowany z sił i chęci do czegokolwiek. Ale Andy powiedział, że się ze mną spotka… Co prawda wcześniej nazwał mnie zboczeńcem i zdecydowanie zwątpił w szczerość moich intencji, ale ostatecznie…
… Hm…
Zmienił zupełnie nastawienie pod wpływem tamtych chłopaków.
A ja zupełnie nie rozumiałem, dlaczego.
Co nie zmieniało faktu, że wyglądał tak całkowicie uroczo i niewinnie jak zawsze…
… A te jego włosy…
Na litość boską…
Z ogromnym zażenowaniem zdałem sobie sprawę z tego, że moja bielizna zrobiła się przyciasna.
… Mitchell, ty stary zbereźniku.

1 komentarz:

  1. Anonimowy12:02 AM

    Na miejscy Andy‘ego też bym zięła Mitcha za jakiegoś zboczeńca i stalkera :D A Mitch jest taki naiwny, tak ma serce na dłoni, że aż mi go trochę żal..
    Alys

    OdpowiedzUsuń