Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 4 # [Theodore]

Theodore przebudził się rano, czując się inaczej niż zwykle. Głowa znowu bolała, ale nie tak uciążliwie jak zawsze. Jego myśli też nie krążyły wokół tego, co zazwyczaj. Tylko wokół…
Argh.
Cholerny dzieciak.
Theodore zerknął na niego kątem oka. Rudzielec spał, oddychając spokojnie, a na jego wargach błąkało się coś na kształt uśmiechu. Pewnie musiało mu się teraz śnić coś niedorzecznego…
Znowu ubodło go wrażenie, że wpatrywał się w chłopaka odrobinę zbyt długo niż to było konieczne.
Spróbował się podnieść, ale wyplątanie się z kurczowo obejmujących go kończyn dzieciaka nie było wcale taką łatwą sprawą.
-Felix…- warknął w końcu, nieco poirytowany.
-Mh…?- mruknął nieprzytomnie chłopak, uchylając powieki i spoglądając na mężczyznę z lekkim uśmiechem- Dzień dobry, Theo!- rzucił z takim entuzjazmem, że Theodore’a niemalże zemdliło.
-Będzie dobry, jak uda mi się wreszcie od ciebie uwolnić…- syknął cicho i o dziwo tym razem chodziło mu tylko i wyłącznie o ten moment, a nie o całokształt ich znajomości.
-Przepraszam, Theo- odparł natychmiast, niewiele jednak skruszony, i wypuścił mężczyznę ze swoich objęć.
Lokaj sapnął nieznacznie poirytowany, podnosząc się wreszcie z łóżka.
-Dzisiaj… Dzisiaj ta kolacja z moim wujem, prawda?- zapytał w końcu niepewnie rudzielec.
Theodore odwrócił się w jego stronę, spoglądając na niego uważnie.
-Przecież wiesz- odparł sucho, po czym podszedł do szafy i wyjął z niej ubrania.
-Hmm… Powinienem się jakoś specjalnie przygotować…?
-Na razie ubierz się, w co chcesz. Kolacja zostanie podana o osiemnastej, więc dobrze by było, żebyś o siedemnastej był już przebrany w wyjściowe ubrania. A później po prostu zejdź na czas. Nic prostszego.
-Mhm…- odparł cichutko.
Nie chcąc już niczego tłumaczyć, Theodore wyszedł z sypialni i skierował się do łazienki, nie zwracając na dzieciaka więcej uwagi.
Kiedy wrócił ponownie do swojego pokoju, jego już na całe szczęście nie było. A dalej wszystko wyglądało tak, jak każdego ranka. Uprzątnął pokój, później pokrzątał się trochę po domu, aż w końcu zszedł na dół, do kuchni.
-Znowu nie zszedł na śniadanie…- raczej stwierdził niż zapytał, dostrzegając talerz z kanapkami na stole.
-Jego sprawa- odparła chłodno Carmen.
-Nie, nie jego. Jego służby. Gdzie jest, u licha, Mirtha albo Clara?
-Mają swoje obowiązki.
-A to jest jeden z nich- wycedził niemalże przez zęby, czując, jak jego migrena staje się z chwili na chwilę coraz dotkliwsza- Ja nie jestem od tego, one powinny się tym zajmować.
-Młody panicz nie wyraził takiej woli…- stwierdziła sucho.
Theodore czuł, że jak tak dalej pójdzie, to chyba chwyci za nóż i rozpocznie krwawą rzeź na każdym, kto mu się nawinie pod rękę.
-Najwyraźniej zdał się na naszą domyślność…- odpowiedział w końcu, siląc się na spokój.
-Najwyraźniej się zatem pomylił…- prychnęła cicho Carmen- Służba nie jest od myślenia, jest od wypełniania jasno określonych poleceń.
-Przecież to wszystko…
-Nie wychowasz go w ten sposób, Theodore!- przerwała mu z wyraźnym poirytowaniem w głosie- Ma szesnaście lat, nikt nie będzie wokół niego skakał! Nie zasłużył sobie na to, nie pasuje tutaj! On musi przywyknąć do tego domu, nie odwrotnie! Ten dom ma tradycję! Ten dom ma historię! Ten dom ma…
-… Nowego właściciela…- dokończył cicho- I nic na to już nie poradzisz. Nie zmienisz tego.
Widział, że Carmen zaszkliły się nieznacznie oczy, lecz nic już nie odpowiedziała na jego słowa.
Ledwie chwilę później do kuchni wpadł nikt inny, jak Felix, i z pogodnym uśmiechem przysiadł przy stole.
-Cześć, Theo!
-Już się witaliśmy…- zauważył z ciężkim westchnieniem.
Ten dzieciak był tak przeklęcie irytujący…
-Nie zechcesz zjeść w sypialni…?- zapytał, spoglądając na niego badawczo.
-Niee, wolę tutaj, Theo. Zresztą, chcę z tobą trochę porozmawiać- uśmiechnął się lekko, zabierając się do jedzenia.
-Nie mam czasu na rozmawianie...- mruknął, już wyczuwając na swoich plecach niemalże przeszywające spojrzenie Carmen- Muszę przygotować jadalnię na przyjazd twojego wuja.
-To… Długo zajmie?- zapytał rudzielec, odrobinę niepewnie.
-Na pewno…- odparł powoli Theodore- Dawno nikt z niej nie korzystał i… I…- głos uwiązł mu w gardle, nie wiedzieć czemu. Znowu czuł się zupełnie pusty od środka- Na czym to ja…?- zapytał w końcu, starając się uspokoić i przypomnieć, o czym ledwie chwilę temu mówili. Nie potrafił. Jego myśli błądziły teraz tylko i wyłącznie wokół jednego aspektu… Tylko i wyłącznie wokół jednej osoby… Tylko i wyłącznie…
-Całą salę trzeba gruntownie wysprzątać- z zamyślenia wyrwał go lodowaty głos Carmen- Powiesić zasłony, zmienić obrus, wszystko przygotować… To z pewnością zajmie dużo czasu.
-Och… Rozumiem- odparł Felix, przypatrując się Theodore’owi badawczo- Więc… Może ja pomogę?
-To absurdalne- stwierdziła z donośnym prychnięciem Carmen- To zajęcie dla służby, a nie dla panicza.
-Ale… Ja i tak nie mam żadnych innych zajęć- zauważył nieco nieśmiało- A mógłbym się do czegoś przydać… Umiem sprzątać. Theo…?
Dzieciak wbił w niego niemal proszące spojrzenie.
Na litość boską!
-Znajdę dla ciebie jakieś zajęcie- odparł w końcu krótko, zdając sobie sprawę z tego, że idiotyzmem byłoby kłócenie się w takiej kwestii- Zaraz zobaczę, co dokładnie trzeba zrobić…- rzucił na odchodnym, wychodząc z pomieszczenia i ruszając do jadalni.
A do zrobienia naprawdę nie było wcale mało.
I wypadało na to, że zapewne całość pracy przypadnie w udziale jemu i dwóm średnio aktywnym pokojówkom… Och, już się cieszył na samą myśl, no doprawdy… Właściwie to nawet dobrze byłoby mieć chłopaka gdzieś obok… Do pomocy… I ewentualnego towarzystwa. Towarzystwa wyjątkowo irytującego i gadatliwego, ale jednak… dziwnie kojącego.
Wrócił do kuchni i przystanął w jej progu.
-Gdzie Felix?- zapytał nieco niepewnie, nie dostrzegając chłopaka na jego poprzednim miejscu.
-Panicz…- poprawiła go Carmen, zerkając na niego surowo- Panicz znalazł sobie lepsze zajęcie i zdecydował się wrócić do siebie.
Theodore wzruszył jedynie ramionami. Skoro tak zdecydował…
Zdecydowanie nie zamierzał w tym temacie nalegać.
-Niech będzie- rzucił krótko, chcąc się wycofać, ale w tym momencie usłyszał głos Carmen:
-Cztery dni…
Oparł dłonie o futrynę, spoglądając na nią z zaskoczeniem.
-Słucham…?
-Cztery dni- stwierdziła, obracając się  jego stronę- Tylko tyle potrzebowałeś, żeby zapomnieć.
Coś ubodło go w samo serce.
Nie, nie zapomniał. Nie potrafił.
-Gdzie Mirtha i Clara?- odkaszlnął cicho, czując nieznośną suchość w gardle. Nie chciał poruszać tego tematu- Nie zrobię wszystkiego sam…
-Nie będziesz ze mną o tym rozmawiać? Nie wstyd ci?
-Będę w jadalni- rzucił, wychodząc z pomieszczenia, tak jakby wcale nie słyszał jej słów.
Ale słyszał.
Aż za dobrze, żeby do niego nie trafiły.
Owszem.
Było mu wstyd.
Teraz był w swoich oczach zdrajcą.
Przecież tyle razy obiecywał… A teraz ten dzieciak… Jak bardzo zmieniły się jego uczucia względem niego?
Przecież go nienawidził!
Nienawidził…?
Powinien go nienawidzić nadal!
Przecież to wszystko jego przeklęta wina, nie powinno go tutaj być! To nie było jego miejsce!
A jednak…
Nie potrafił. Czuł za dużo współczucia. Za każdym razem, kiedy myślał o nim nieprzychylnie, czuł się cholernym draniem.
A za każdym razem, kiedy myślał o nim jakkolwiek inaczej – podłym zdrajcą.
Nie potrafił nic na to poradzić.
Czuł się winny, czuł się wewnętrznie nieszczęśliwy, zagubiony… Nie miał pojęcia, co robić.
-Jesteście wreszcie- rzucił chłodno, dostrzegając w progu Mirthę i Clarę- Nie mamy wiele czasu, a trzeba wszystko uprzątnąć jeszcze przed osiemnastą…
Milczał, ściągając ogromne, ciężkie zasłony.
Milczał, czując się wewnętrznie podle, okropnie.
Milczał, i to milczenie ciążyło nad nim jak nic innego, a jego własne myśli atakowały go, zdawały się oczerniać, oskarżać, zabijać od środka.
Och, Boże, ile by w tym momencie dał, żeby obok pojawił się ten dzieciak.
Żeby swoim pełnym naiwności podejściem do świata znowu wprowadził go w stan bliski poirytowania.
Żeby po prostu był i nie pozwolił mu myśleć o niczym innym…
Jakże bardzo nienawidził siebie samego za podobne myśli…

Jeszcze przed osiemnastą sala była idealnie wysprzątana. Nie znalazłaby się tutaj pewnie nawet ociupina kurzu. Dywany zostały wytrzepane, zasłony wyprane i zmienione. Meble wyczyszczone, a stół pięknie nakryty.
I pomyśleć, że to tylko po to, żeby ten przeklęty Grekch przyjechał tutaj dzisiaj, żeby poznać swojego bratanka… Ach, jakże wspaniale! Jakże to pięknie z jego strony! Aż tak mu na nim zależy, że zamiast zająć się nim od razu, zrzucił go na głowę służby i dopiero po kilku dniach zdał sobie sprawę, że ach! - chce go zobaczyć.
Theodore wydął wargi w wyrazie pogardy.
Pogardy pomieszanej, nie wiedzieć czemu, z dziwną goryczą.
Zerknął na zegarek.
Za pięć osiemnasta.
Jeśli wierzyć w punktualność Grekcha, zaraz zacznie się wspaniałe przedstawienie.
-Idź do chłopaka sprawdzić, czy jest gotów- rzucił krótko do Mirthy, ruszając w kierunku drzwi i przystając obok majordomusa.
-Witaj, Theodore- Richard skinął mu lekko głową- Dzisiaj mamy wielki dzień, czyż nie?
-A co?- zadrwił, spoglądając na niego z wyższością- Gwiazdka czy Wielkanoc?
-Chłopak pozna swoją rodzinę.
-Chłopak nie ma rodziny- warknął sucho- Wychowywał się bez niej i niezależnie od tego, co by teraz usłyszał, nie uzna Grekcha za swoją rodzinę. Nie jest mu do niczego potrzebny.
-Za bardzo chcesz, żeby był taki jak ty, Theodore…
-Nie chcę, żeby był jak ja- wycedził niemalże przez zęby, wygładzając dłońmi marynarkę- Nie wiem, skąd podobne…
-To, że ty wychowałeś się bez rodziny, wcale nie oznacza, że on jej nie potrzebuje. To młody chłopak. Wszystko sobie jeszcze ułoży.
-Ma szesnaście lat!- rzucił z poirytowaniem Theodore, tak jakby jeszcze niedawno sam jego młodego wieku nie wysuwał jako argumentu przeciw niemu- W tym wieku niczego sobie już nie ułoży! Nie jest głupim dzieciakiem, ma świadomość tego, co się wokół niego dzieje! Wie, że jego ojciec mógł go kazać szukać lata temu, ale zrobił to dopiero po tym, jak zdechł, żeby opinia publiczna nie rzuciła się na niego jak sępy na padlinę, którą niewątpliwie był przez całe swoje życie. Ale o zmarłych nie mówi się źle, prawda…? Nawet o zmarłych skurwysynach.
-Theodo…
-Otwórz drzwi- syknął jedynie cicho, właściwie ledwie sekundę po tym, jak zadzwonił dzwonek.
Majordomus otworzył drzwi i ze zwyczajową usłużnością ukłonił się Ernestowi Grekchowi, wpuszczając go do wnętrza domu.
-Witamy, panie Grekch…
-Dobry wieczór…- rzucił chłodno Theodore i w tym momencie doznał lekkiego szoku… Nie widział Ernestra Grekcha już od czasu pogrzebu, ale… Ale nie spodziewał się aż takiej zmiany. Zeszczuplał znacznie, wyglądał jakoś blado, chorowito, zupełnie jak nie on, a w dodatku… Ogolona głowa?- Bardzo twarzowa fryzura- skomentował jedynie, starając się ukryć tę przeklętą nutkę złośliwości. Nieskutecznie.
-Witaj, Theodore- Grekch uśmiechnął się do niego odrobinę niepewnie- Czy chłopak…
-Zapraszam, zaraz podamy kolację- rzucił, nim ten zdążył dokończyć pytanie.
Przeszedł wraz z mężczyzną do jadalni i wskazał mu jedno z krzeseł.
Felixa nie było…?
-A ten chłopak…?- zaczął ponownie, nieco niepewnie Grekch.
-Felix- warknął gwoli upomnienia Theodore, zastanawiając się nad tym, czemu rudowłosy jeszcze się nie pojawił- Prawdopodobnie zaraz zejdzie…
Spóźniać się.
W taki dzień…
Skrzywił się nieznacznie.
Do pokoju weszła Mirtha, przystając obok Theodore'a i witając się jeszcze krótko z Grekchiem.
-Gdzie panicz?- zapytał Theodore, spoglądając na dziewczynę badawczo.
-Nie wiem…- przyznała ostrożnie- To znaczy, jest u siebie, ale… Nie chciał otworzyć drzwi. Kazał mi sobie iść.
Theodore aż sapnął z wściekłości. Przeklęty dzieciak, naprawdę nie potrafił robić niczego innego, jak tylko sprawiać problemy…
-Przepraszam, panie Grekch…- rzucił z lekkim zniecierpliwieniem- Mamy mały problem. Panicz za chwilę zejdzie.
-Oczywiście- potwierdził Grekch, wyglądając jednak na mocno zaniepokojonego. Miął nerwowo serwetkę w dłoniach.
Theodore wyszedł z jadalni i ruszył po schodach, na górę, po czym zatrzymał się przed pokojem chłopaka i nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły.
Cholerny dzieciak…
Załomotał w nie donośnie.
-Felix!- warknął, łupnąwszy mocniej- Otwieraj natychmiast!
Nie czekał długo. Ledwie chwilę później usłyszał brzdęk przekręcanego w zamku klucza. Otworzył drzwi z pełnym zniecierpliwienia syknięciem i wszedł do środka.
Rudowłosy siedział na brzegu łóżka, zupełnie rozdygotany i zapłakany.
-Co się dzieje? Twój wuj czeka…- chciał brzmieć chłodno, chciał brzmieć obojętnie, chociaż odrobinę konkretnie… Nie potrafił. To, co widział zupełnie go rozbrajało, sprawiało, że tracił swoją zwyczajową maskę niechęci i obojętności.
-Nie zejdę do niego- załkał cicho chłopak, kręcąc gwałtownie głową.
-Jak to nie zejdziesz?!- obruszył się nieco, siadając na brzegu łóżka. Rudowłosy starał się nieznacznie odsunąć, ale Thodore chwycił go za ramiona, przyciągając na powrót do siebie- Felix, do licha! Patrz na mnie! Co się stało?!
-Nic- chłopak szarpnął się odrobinę gwałtowniej, ale Theodore wcale nie zamierzał go puścić- Nie chcę tam schodzić! Nie chcę! Nie każ mi schodzić, Theo, proszę!
Wpatrywał się w niego z autentycznym osłupieniem.
Gdyby chłopak całkowicie spokojnie oznajmił mu coś takiego ledwie wczoraj, zapewne byłby nawet… Zadowolony? Chyba tak. Z cichą satysfakcją poinformowałby Grekcha, że jego wspaniały bratanek, którego tak uwielbiał i za którym tak tęsknił, wcale nie chce go widzieć, ale teraz…
Nie rozumiał.
-Felix co się stało?- powtórzył, starając się zachować jako taki spokój. Bo coś musiało się stać, prawda? Nikt nie zmienia nagle swojego stosunku z niemalże lekkiego entuzjazmu wręcz do tak ogromnej niechęci i lęku!
-Nie chcę do niego schodzić! Nie pasuję tam, w ogóle tam nie pasuję! Proszę cię, nie każ mi tam iść!- rudowłosy łkał nieprzerwanie, a Theodore spoglądał na niego z zupełną bezradnością, nie mając pojęcia, co zrobić- Ja nie jestem... Nie chcę... Nie chcę, Theo!
-Uspokój się, Felix, do licha ciężkiego, czemu...
-Nie chcę! Nie mów do mnie, Theo, po prostu nie chcę, nie każ mi iść, nie chcę, ja...
Wpił się w jego wargi. Gwałtownie, zupełnie niespodziewanie, zarówno dla siebie, jak i zapewne dla dzieciaka. Jego usta miały słony smak łez, tyle tylko zdołał odnotować przez te sekundy zaledwie, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, i cofnął się nieznacznie.
Skutek dobry był jeden.
Felix zupełnie zapomniał o swoim chaotycznym wywodzie i patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, nie płacząc już nawet i nie mówiąc nic więcej.
Theodore też przez kilka pierwszych minut nie był w stanie. Wciąż trzymał rudowłosego za ramiona, zapewne cholernie mocno, chociażby z uwagi na własne zdenerwowanie i wcześniejszą chęć uspokojenia, ale nie był nawet w stanie o tym myśleć.
-A teraz...- zaczął, siląc się na spokój- A teraz powiedz mi, o co chodzi. Co się stało, Felix?
Rudowłosy spuścił wzrok.
-Kiedy wyszedłeś z kuchni... Wtedy, kiedy pytałem, czy mogę ci pomóc... Pani Carmen mi coś powiedziała.
-Co ci powiedziała?- zapytał z zupełnie nie pasującą do jego zwyczajowego tonu głosu łagodnością- Felix, spójrz na mnie- chwycił go lekko za brodę, unosząc jego twarz i spoglądając w jego oczy- Co ci powiedziała Carmen?
-Że... Że nie nadaję się do tego, żeby mieć to wszystko. Że zupełnie na to nie zasłużyłem, że powinienem być góra jednym z pracowników, ale i na to jestem za głupi... I że wuj będzie zdenerwowany, że jestem... Taki... I na pewno mnie odeśle.
-To bzdury...- stwierdził, kręcąc głową- Jak mogłeś się w ogóle czymś takim przejąć? Nie odeśle cię.
-Odeśle, Theo! Popatrz na mnie! Nie potrafię nawet dobrze zapiąć koszuli! Nic nie potrafię zrobić dobrze, nie nadaję się tutaj, a ja nie chcę, żeby on mnie odsyłał, nie pozwól mu mnie odesłać, Theo!
Przycisnął go do siebie, starając się w ten sposób jakkolwiek uspokoić chłopaka.
W porównaniu z jego poprzednią próbą "uspokajania" wypadło to naprawdę stosunkowo moralnie...
-Nie pozwolę- rzucił niemalże stanowczo- Nikt cię stąd nie odeśle. Przysięgam.
Tak, oczywiście. Jakby mógł mieć na to jakikolwiek, najmniejszy chociażby wpływ... Chociaż odesłanie chłopaka było sprawą absurdalną, niemożliwą. Chociaż biorąc pod uwagę jego wcześniejsze przeżycia... Theodore nie powinien być zaskoczony tym, z jaką łatwością przyjął słowa Carmen do wiadomości.
Rudowłosy się uspokoił. Tak jakby naprawdę wierzył, że Theodore może cokolwiek w tym temacie zaradzić. Albo tak jakby zleżało mu tylko na tym zapewnieniu, nawet jeśli w rzeczywistości nie miałoby ono pokrycia...
-Przebierz się- polecił cicho Theodore, odsuwając go od siebie i wstając- Twój wuj nie będzie czekał długo. I wierz mi, nie jest człowiekiem na tyle niezrównoważonym i nierozważnym w swych decyzjach, żeby odesłać jedynego dziedzica z tego domu. On chce cię widzieć.
Felix przeniósł na niego wciąż załzawione spojrzenie, ale ostatecznie skinął głową, również podnosząc się powoli z miejsca. Przebrał się w kupione ledwie dzień wcześniej ubrania, a Theodore pomógł mu się uporać z ową najbardziej kłopotliwą częścią garderoby, jaką okazała się koszula.
-Wyglądasz idealnie- stwierdził sucho, a na wargach chłopaka pojawił się nikły uśmiech- Możemy zejść.
Żadne z nich nie wspomniało o pocałunku.
O pocałunku?!
To nie był pocałunek.
To był odruch.
Theodore sam właściwie nawet nie był do końca pewien, co to było, ale miało na celu jedynie uspokojenie chłopaka.
Nie zrobił niczego niemoralnego.
Nie zrobił niczego wbrew sobie.
Przecież przez to nie stał się...
Zdrajcą.
Sprowadził go na dół po schodach, wchodząc wraz z nim do jadalni. Ernest Grekch wyglądał już, jakby przeżywał stan przedzawałowy z nerwów. Theodore uśmiechnął się krótko pod nosem.
-Panicz Felix- obwieścił, wskazując chłopakowi krzesło naprzeciw wuja, a Grekch podniósł się natychmiast tak gwałtownie, że uderzył w stół i zaraz okrążył go, by stanąć tuż przy rudowłosym.
-Dobry wieczór, proszę pana- rzucił nieco spłoszony Felix.
-Dobry wieczór...- odparł mężczyzna, wydając się wcale nie mniej onieśmielonym- Ja... Nazywam się Ernest Grekch... Jestem twoim wujem... I... I.... Nie ma potrzeby, żebyś mówił do mnie "pan"... To znaczy, jeśli chcesz... Ale jeśli nie chcesz, to możesz inaczej... Na przykład "wujku", ale jeśli nie, to możesz mi mówić po prostu po imieniu i...
Theodore uśmiechnął się lekko pod nosem i pokręcił głową. Nie, Ernest Grekch zdecydowanie nie miał zbyt wiele wspólnego ze swoim przeklętym braciszkiem. I ten słowotok... Chyba nawet Felix zorientował się, że z ich dwójki to jego wuj wydaje się bardziej przerażony i spłoszony niż on.
-Wujku- rzucił po prostu krótko z pogodnym uśmiechem- Dobry wieczór, wujku.
Na twarzy Grekcha wymalowała się autentyczna ulga. Podszedł jeszcze bliżej chłopaka, nie wiedząc chyba jednak, jak ma postąpić. To rudowłosy pierwszy wyciągnął ręce i objął go po prostu serdecznie. Grekch ogarnął go nieco nieporadnie ramionami, wyraźnie nie będąc w ogóle przyzwyczajonym do tego typu sytuacji.
-Podać już kolację?- Theodore czuł się niemalże zobowiązany przerwać ową uroczą scenę.
-Tak, proszę- odparł cicho Grekch, wypuszczając w końcu bratanka z ramion- Usiądziesz obok?- zapytał, a Theodore westchnął nieznacznie zniecierpliwiony, gdy Felix jedynie skinął wesoło głową, i przeniósł talerz i sztućce na miejsce tuż obok Grekcha, po czym wyszedł do kuchni.
-Podajcie kolację- prawie warknął do jednej z kucharek- A ty zajmij się winem i całą resztą- polecił z kolei Mirthcie.
-No nareszcie...- Carmen zmierzyła go chłodnym spojrzeniem- Co tak długo?
-Doskonale wiesz, co- odparł z poirytowaniem- Jak mogłaś powiedzieć mu coś takiego?
-Och, czy to współczucie? Czy już obrona?
-To nie jest żadna obrona! Utrudniasz mi pracę!- warknął z wściekłością- Czemu opowiadasz mu takie rzeczy chwilę przed tym, jak mam go przygotować na ważne spotkanie z Grekchiem?! Co miałbym mu powiedzieć, gdyby nie zdecydował się zejść?
-Prawdę. Że jego bratanek nie ma nic wspólnego z tą rodziną.
-Przestań- wycedził przez zęby- Nie ma żadnej rodziny. Jest tylko jeden chłopak i cały ten idiotyczny chaos wokół niego!
-Jest tylko bękart i zupełnie niepotrzebne zainteresowanie jego osobą!- odwarknęła Carmen- W tym cały problem! Nie powinno go tutaj być, nie powinno się go nawet szukać... Nie będę dłużej udawała, że jestem zadowolona z faktu, że się odnalazł... Nie jestem- głos zadrżał jej lekko- I nie próbuj mnie pouczać, Theodore... Nie będę tolerować obecności tego dzieciaka.
-Musisz- stwierdził chłodno- To nowy właściciel tego domu. Czy tego chcesz, czy nie. Nic nie zmieni tego faktu. Nieważne, jak bardzo chciałabyś, żeby było inaczej. A teraz wybacz, ale mam ważniejsze sprawy na głowie niż twórcze rozważanie tego, co by było, gdyby go nie znaleziono...
Wyszedł.
Doskonale wiedział, co by było.
Wszystko.
Wszystko, co do tej pory miał.
Powinien go nienawidzić. Powinien go nienawidzić i ma do tego pełne prawo!
... Ale już nie potrafił.
Los bywa taki okrutnie przewrotny...

Czekał przed jadalnią, niemalże potulnie. Aż to wszystko się skończy, aż wreszcie Grekch odjedzie, chłopak wróci do siebie... Czekał, nie chcąc się nawet ruszać z tego miejsca, bojąc się napotkania Carmen. Bojąc się konsekwencji ich ewentualnej rozmowy.
Ucieczka wydawała się bezpieczniejsza.
-... Przygotuję dla ciebie pokój...- doszedł go głos Grekcha i zaraz drzwi od sali otworzyły się- Już wcześniej go dla ciebie zostawiłem, ale nie miałem pojęcia, jak urządzić... Może... Gdy przyjedziesz... Pomożesz mi z tym trochę?
-Bardzo chętnie- odparł Felix z pogodnym uśmiechem.
-Więc spodziewaj się mojego telefonu za kilka dni- Ernest Grekch wydawał się być naprawdę wesoły. Jeszcze odrobinę zażenowany i zawstydzony, ale jednak wyraźnie szczęśliwy.
-Nie mogę się doczekać, wujku.
... Wujku
... Nie mogę się doczekać...
... Pokój.
Theodore niemalże zgrzytnął zębami z wściekłości. Co to ma znaczyć?!
Co to ma wszystko znaczyć, do licha?!
Chciał go do siebie zabrać? Teraz?!
Po tym wszystkim?!
Jak to?!
Wiedział, owszem, że Ernest Grekch ma swoją posiadłość, ale nie spodziewał się, że...
Och, to było aż nazbyt oczywiste.
Przeklęty!
I po co to wszystko?!
-Theo!- Felix uśmiechnął się pogodnie, dostrzegając wreszcie mężczyznę.
-Dobry wieczór- rzucił chłodno.
-Pożegnajmy się już, Felix... Chciałbym jeszcze chwilę porozmawiać z Theodore'm- oznajmił Grekch, a chłopak jedynie skinął głową, i uściskał go raz jeszcze ze zwyczajową dla siebie serdecznością i otwartością, po czym pożegnał się z nim krótko i pognał na górę.
Theodore przetarł skronie w geście irytacji.
-Cóż, panie Grekch... Owocne spotkanie, czyż nie?
-Bardzo- mężczyzna uśmiechnął się delikatnie- Felix to taki wspaniały chłopak! I pomyśleć, że tak bardzo denerwowałem się przed poznaniem go...
-Niemniej niż on sam...- stwierdził lodowato- Może dlatego, że był przekonany, że odeśle go pan z powrotem do sierocińca...
-Dlaczego miałbym?- zapytał Grekch, autentycznie zaskoczony.
-Raczej dlaczego tak myślał... Może dlatego, że kilkanaście lat spędził w sierocińcu, odsyłany z domu do domu... Raczej niedobrze by było, gdyby ktoś raz jeszcze udowodnił mu, że nie jest nic wart, prawda?
-Theodore, na Boga...- Grekch spojrzał na niego niemalże z przerażeniem- Sądzisz, że mógłbym go odesłać?
-Nie wiem, panie Grekch...- wzruszył obojętnie ramionami- Chciałem po prostu panu uświadomić, że Felix nie jest zabawką dla nawróconego milionera... I że powinien pan na niego uważać i odpowiednio o niego zadbać, skoro podjął się pan opieki nad nim. Szczególnie, że teraz zamieszka z panem...
-Zamieszka ze mną...?- powtórzył z niezrozumieniem.
-A tak nie będzie?- Theodore uniósł brew w geście politowania, chociaż coś w nim drgnęło niemal szczęśliwie- Spodziewałem się, że to naturalna kolej rzeczy... Poza tym ten pokój...
-Nie, nie, Theodore, źle mnie zrozumiałeś- odparł natychmiast- Chciałem go po prostu zapraszać na parę dni... Co jakiś czas... Nie mam warunków na nic więcej...
Theodore wykrzywił pogardliwie wargi.
Nie ma warunków!
No litości!
-To nie zwierzątko domowe, panie Grekch... Nie potrzeba mu wiele- stwierdził chłodno- Ale jeśli nie o przeprowadzce, to o czym chciałby pan ze mną porozmawiać?
-To ma coś wspólnego... Z tymi warunkami właśnie...- przełknął cicho ślinę- Widzisz, Theodore... Nie spodziewałem się czegoś takiego... To znaczy... Nikt się tego nie spodziewa, ale...
Theodore spoglądał na niego z niezrozumieniem.
-Czego?
-Mam raka- powiedział cicho.
Theodore wpatrywał się w niego z osłupieniem.
-Słucham?- prychnął niemalże z niedowierzaniem.
-Mam raka- powtórzył Grekch, zagryzając nerwowo wargę- Przez dłuższy czas byłem w szpitalu... Chemioterapia to nic miłego- uśmiechnął się nieco wymuszenie- Dlatego nie odebrałem chłopaka bezpośrednio z sierocińca i dlatego nie wziąłem go do siebie i nie wezmę... Nie wiem, jak to się dalej potoczy. Chcę wyjechać do zagranicznej kliniki, ale sam wiesz... W takich sprawach... Nie ma nigdy pewności.
-Ten chłopak dużo wycierpiał...- stwierdził Theodore niemalże z poirytowaniem- To nie jest kwestia pańskiej pewności, tylko jego. Przecież... Przecież dopiero co pana poznał, a pan chce go wystawiać na możliwość, że będzie musiał się zmierzyć z pana śmiercią?
Na twarzy Grekcha pojawił się ledwie wyraźny grymas.
-Wiem... Wiem, Theodore, wiem, jestem egoistą... Ale ja naprawdę chcę po prostu mieć pewność, że zrobiłem wszystko, co trzeba...- głos załamał mu się wyraźnie- To wspaniały chłopak i bardzo chciałbym, żeby ze mną mieszkał i chciałbym być dla niego prawdziwą rodziną, ale jeszcze nie mogę... Jeszcze nie potrafię. Wiem, że fakt, że umrę...- znowu skrzywił się nieznacznie- Wiem, że...
-Nie, nie wie pan- przerwał mu chłodno Theodore- Nie ma pan pojęcia, ile już śmierci ten chłopak widział w swoim życiu. Nie ma potrzeby, żeby żył teraz ze świadomością pańskiej choroby i cierpiał.
-Dlatego nie chcę, żeby się dowiedział. Nie chcę, żebyś mu o tym mówił.
Theodore spojrzał na niego z osłupieniem i niemal parsknął z niedowierzaniem.
-Jak pan to sobie wyobraża?
-Błagam cię, Theodore- głos Grekcha pobrzmiewał niemalże rozpaczą- Nie mów mu nic. Nikt inny nie wie... Chciałem po prostu, żebyś ty miał świadomość... W razie, gdyby coś nie wyszło z moimi planami... Żebyś w takim wypadku mógł mu to wyjaśnić.
Prychnął cicho.
Och, łaskawy pan Grekch obarczył swoimi problemami jego, a teraz proponuje mu ukrywanie prawdy i kłamanie w razie czego.
Prócz tego chce zapewnić swojemu bratankowi masę rozczarowań, począwszy od odwołania jakiegoś spotkania, na jego śmierci kończąc. Dobry wujek się znalazł, ot co.
Był niemniej żałosny od swojego przeklętego brata, który dopiero po śmierci był w stanie przyznać się do wszystkiego, co zrobił. On pewnie nie zwróciłby na Felixa większej uwagi, gdyby nie fakt, że niedługo zdechnie.
Ach, pomyśleć, że sam Theodore dał się nabrać na tę jego wujowską miłość i realną chęć spotkania się z bratankiem.
Żałosne.
-Jak sobie pan życzy, panie Grekch...- odparł niemalże jadowicie- Jak sobie pan życzy.

Nie mógłby mu nie powiedzieć. Był tego całkiem świadom. Nie chciał, czy może raczej wręcz bał się momentu, w którym chłopak nagle dowiedziałby się o tym, że Grekch zginął. To byłoby...
Straszne.
Po prostu.
Nie chciał widzieć jego rozpaczy, a już dzisiaj miał drobną próbkę i zdawał sobie sprawę z tego, że w obliczu jego łez zupełnie nad sobą nie panuje.
Oczywiście świadomość choroby Grekcha wcale nie była lżejsza, ale przynajmniej będzie mógł się przygotować na ewentualny koniec.
... Przynajmniej będzie mógł się przygotować...
Westchnął cicho, wchodząc do pokoju chłopaka. Felix leżał już w łóżku, szkicując coś na kartce papieru, którą, tradycyjnie już, schował, gdy tylko dostrzegł Theodore'a.
-Cześć, Theo!- rzucił pogodnie- Przyszedłeś mi życzyć dobrej nocy?
-Między innymi- odparł cicho mężczyzna, siadając na brzegu łóżka- Jak ci się podobała kolacja?
-Było świetnie!- uśmiechnął się iście szczęśliwy- Wujek jest bardzo dobry i miły... Trochę cichy i chyba się mnie troszkę boi, ale jest naprawdę wspaniały... Wcale nie tak sobie go wyobrażałem... Wydawało mi się, że będzie bardziej... No nie wiem... Jak pani Carmen...
-Tak, pan Grekch nie prezentuje się najgorzej...- rzucił niemalże z politowaniem- Chociaż nie mówi ci całej prawdy.
Felix spojrzał na niego pytająco.
-Twój wuj jest chory.
Ku jego niepomiernemu wprost zdziwieniu, na wargach chłopaka pojawił się nikły uśmiech zrozumienia.
-Tak, wiem- odparł, skinąwszy lekko głową.
-Wiesz?- zapytał niemalże z osłupieniem.
-Tak... Nie mówił mi, ale to w gruncie rzeczy widać... A poza tym jego zdenerwowanie, fakt, że tak bardzo chciał się ze mną spotkać i tak dalej... To wszystko wskazuje na to, że miał ważny powód. Bardzo ważny. A ludzie w obliczu śmierci chcą sobie uporządkować wiele rzeczy. I wtedy dopiero na dobre zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są samotni.
Theodore spoglądał na niego niemalże z niedowierzaniem.
Wiedział...?
Jak...?
-I nie widzisz w tym niczego... nieodpowiedniego?- zapytał, wpatrując się w niego z uwagą- Przecież jeśli tylko dlatego się z tobą spotyka, jeśli tylko dlatego się stara, to nie świadczy o nim dobrze, nie sądzisz?
-Wprost przeciwnie- odparł Felix, kręcąc głową- Ja go dobrze rozumiem.
Theodore parsknął cicho.
-Ach tak...? Uważasz, że to chwalebne z jego strony?
-Nie, naturalne. Nikt nie chce umierać samotnie, Theo.
Spoglądał na niego z osłupieniem, czując jak coś niemal drga w nim boleśnie.
Podniósł się nieco chwiejnie na nogi.
-Theo?- Felix spojrzał na niego z zaskoczeniem- Theo, wszystko w porządku?
-Tak, oczywiście- wymamrotał- Dobranoc, Felix- rzucił, zmierzając niepewnie do drzwi, a następnie wychodząc z pokoju i zatrzaskując je za sobą.
Oparł się o nie całym ciężarem ciała i osunął powoli na posadzkę.
Nikt nie chce umierać samotnie.
Nikt...
... Nie chce...
…Umierać...
… Samotnie.

2 komentarze:

  1. Anonimowy11:33 AM

    strasznie mnie ciekawi przeszlosc theo ! kurde, on cos ukrywa !

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy6:41 PM

    no łał

    OdpowiedzUsuń