Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 4 . ~

Nathan się żeni.
Jak… Jak to możliwe w ogóle?
Przecież wiecie… No… Khem… Był raz ze mną…
A to oznacza…
… No dobrze, nie do końca oznacza…
Ale spodziewałem się, że jego zainteresowania odbiegają nieco od kobiet.
Nieco.
No bo na litość boską! Z żadną kobietą nigdy go nie widziałem!
No może prócz reszty pracownic w czasie zebrania, ale to zupełnie co innego.
W tym właśnie rzecz, że one mrugały, kokietowały go i uśmiechały się słodko, a Nathan nie robił nic.
A teraz znalazła się jakaś..
… Dobra partia i…
Phie.
Też mi coś.
Wpadłem do pracy jak burza. Nie czekając wiele, wszedłem do windy i nacisnąłem przycisk z numerem trzynaście, starając się uspokoić oddech. Chyba powinienem zainwestować w jakiś lepszy środek transportu… Nawet rower, cholera…
… Ale żeby go kupić trzeba by było chociaż odrobinę oszczędzić…
Ach, podwójne życie bywa takie uciążliwe!
I ledwie winda zatrzymała się na właściwym piętrze i drzwi rozsunęły się, a…
Zobaczyłem jego.
Nathana.
Stojącego tuż naprzeciw windy i wpatrującego się we mnie ze zmarszczonymi brwiami.
I naprawdę, uwierzcie, nie wiem co mi odbiło.
Nie wiem co mi odbiło, że ruszyłem prędko przed siebie i zanim zdążył się odezwać, bezceremonialnie rzuciłem mu się na szyję.
Znieruchomiał, zupełnie zaskoczony.
-Nathan, jak dobrze cię widzieć!- jęknąłem niemalże dramatycznie- Całego… Zdrowego…
… Nie żonatego!
-Alex co ty wyrabiasz?- syknął, spoglądając na niego badawczo, a ja odsunąłem się nieznacznie, wzruszywszy jedyne ramionami.
-Nic- burknąłem- Tak się chciałem… Przywitać.
-Dzień dobry- wycedził przez zęby- Nie myśl, że nie dostrzegłem twojego spóźnienia.
-E tam- machnąłem obojętnie dłonią- Dziesięć minut!
-Dwadzieścia- poprawił mnie czysto złośliwie pan punktualny Nathan.
-Kiedy wychodziłem z domu było dziesięć- sprostowałem, parsknąwszy cicho.
-Rany boskie, Carlton… Jakim skończonym leniem trzeba być, żeby mieszkając tak blisko biura, spóźniać się każdego ranka?
-To nie lenistwo- odparłem z cichym prychnięciem. Oczywiście, że nie. To coś zupełnie przeciwnego. To pracowitość!- To kwestia aktywnego trybu życia.
-Mhm…- mruknął jedynie, kręcąc głową- Idź do siebie. Masz klientkę na dwunastą. Załatw wszystko tak jak zależy. Zrozumiano?
-Oczywiście- odparłem gładko.
Ach, jak dobrze jest dać twojemu szefowi trochę złudnej nadziei z samego rana…

Nie wierzę.
Po prostu w to nie wierzę.
No dobrze, może to, że nie mogę sobie znaleźć innego tematu rozmyślań nie świadczy o mnie najlepiej, ale…
NATHAN SIĘ ŻENI?!
Na litość boską, po co człowiekowi żona?!
Po co jemu żona?!
Przecież on… No… Rany!
Powinien zostać wolny!
Wiecie… Jak te ginące gatunki, które przenosi się do specjalnych rezerwatów i tak dalej.
Powinni wydzielić taki rezerwat dla niego, bo z pewnością biurokraci jego pokroju to ginący gatunek. No i…
… Rany boskie, czemu on się żeni?!
Usłyszałem dźwięk firmowego telefonu, ale nie pierwszy raz tego ranka, włączyłem po prostu sygnał zajętości. A co. Ja jestem bardzo zajętym człowiekiem, czyż nie?
Zamiast tego, podniosłem słuchawkę i wybrałem numer matki.
-Cześć mamo- rzuciłem pogodnie, słysząc jej głos.
-Cześć, synciu!- odparła wesoło- Wiesz, że Carlos wyjechał z tą swoją trupą teatralną do Ameryki?! No nie wierzę, po prostu nie wierzę! A Lucas zrezygnował z pracy w sklepie i zatrudnił się w cyrku! Boże, dziecko, dobrze, że przynajmniej z ciebie mam pociechę…
… Dziwicie się, że niekoniecznie mam ochotę opowiadać jej o moich życiowych aspiracjach i marzeniach o paradowaniu w sukience przed facetami pokroju Bookchera?
-No…- odparłem niezbyt entuzjastycznie.
-A jak ten drań? Rozmawiałeś z nim na temat awansu…?
-Eee… Wiesz jak jest mamo…- odpowiedziałem ostrożnie- Coś tam poruszyłem, ale przecież wiadomo, że awansu mi nie da…
-Drań- skwitowała po raz kolejny- Mój synek zasługuje sobie na to co najlepsze! On chyba nawet nie wie jaki ty jesteś pracowity!
… Och, chyba niestety wie…
-… że pracujesz aż po nocach, żeby wyrabiać normę…
… na pewno nie w bankowości…
-…i że z pewnością każdy chciałby mieć takiego pracownika jak ty!
Właściciel klubu „Scylla” chyba tylko i to za darmo…
-Tak, tak, wiem mamo…- westchnąłem z udawanym zmęczeniem- Naprawdę nie jest mi łatwo, ale wiesz jak jest… Teraz o pracę trudno, więc jakoś sobie poradzę na tym miejscu.
-No nie wiem… Ale wiesz co? Chcę przyjechać do miasta. Pomyślałam, że może wpadnę do ciebie. Mam naprawdę dobre wieści.
-No cóż, mamo…- zacząłem i w tym momencie kątem oka dostrzegłem, że ktoś stoi przy drzwiach. Podskoczyłem gwałtownie i nieco spłoszony skierowałem wzrok w kierunku wyraźnie poirytowanego Nathana. Odkaszlnąłem cicho- No… Ten… Pani Lantan… Oczywiście może pani przyjechać.
-Rozumiem, synu- odparła życzliwie matka- Będę jutro z samego rana.
-Mhm… Tak, tak, pasuje mi…- rzuciłem, udając, że przeglądam kalendarz. Nathan podszedł o kilka kroków bliżej biurka.
Odłożyłem prędko słuchawkę i uśmiechnąłem się do niego słodko.
-Ach ta pani Lantan… Ona to zawsze ma jakieś pytania…
-Powiedz mi, Carlton…- ooo… Nazwisko. Niedobrze- Jakie pytania może mieć klient już po podjęciu kredytu?
-Pytania o raty oczywiście- odparłem, wzruszywszy ramionami.
-Mhm… Pani Lantan dzwoni do ciebie średnio dwa razy dziennie pytając o raty?
-Aaach, znasz te stare sklerotyczki- zachichotałem cicho, a on pokręcił głową z ciężkim westchnieniem.
-Nie wiedziałem, że do pani Lantan zwracasz się per „mamo”.
-Ekhem.. No wiesz. Staram się być blisko moich klientów- odparłem dość pokrętnie, a on nachylił się przy mnie, zerkając na wyświetlacz mojego komputera.
Internetowa gra w kalambury nie wygląda w takim wypadku zbyt dobrze, prawda…?
-Zastanawiam się o czym myślisz, Alex…- szepnął cicho, a ja niemalże zadrżałem, gdy poczułem jego ciepły oddech w okolicy mojego ucha.
Och, do diabła!
O czym mogę myśleć, mając Nathana w tak niewielkiej odległości obok siebie?!
Czy w ogóle mogę myśleć?! Oto jest pytanie!
-Zastanawiam się o czym myślisz, gdy w godzinach pracy robisz podobne rzeczy- dokończył z poirytowaniem, wyłączając monitor- Dopiszę to do listy stron blokowanych.
-Och nie, Nathan, bo się załamie i potnę bierką- parsknąłem, przewracając oczyma.
Spojrzał na mnie surowo.
-Carlton…- syknął jedynie ostrzegawczo.
-No dobra, dobra… Ale mógłbyś przy okazji poblokować strony z pornografią… Czasami przechodzę obok gabinetu Bookchera i…
-Carlton, zajmij się sobą- rzucił, w ekspresowym tempie opuszczając gabinet.
Ha!
Nie ma to jak błyskawiczne wypłoszenie własnego szefa!
… I przegranie przez niego w kalambury!
Niech cię szlag, Nathanie Mason!

-Wiesz z czego zdałem sobie sprawę…? Ała!- pisnąłem, zagryzając wargi.
Depilacja woskiem to naprawdę nic miłego.
Sarah spojrzała na mnie uważnie, naklejając mi na nogi kolejny diabelski plaster.
-Jesteś pewna, że do występu moje nogi znowu będą normalnego koloru…?- burknąłem z powątpiewaniem, przesuwając palcami po zaczerwienionej skórze.
-Tak, tak- machnęła niedbale dłonią- Więc? Z czego zdałeś sobie sprawę?
-Z tego, że jakimś cudem przepada mi gdzieś miesięcznie kilkaset dolarów!- oznajmiłem niemalże z oburzeniem- Dzisiaj sobie wszystko podliczyłem…- ha, dobrze, że ekonomik jednak się do czegoś przydaje…- Gdyby odjąć podatki, to co średnio przeznaczam na jedzenie- a nie jest tego zbyt wiele… Nie ma to jak wynosić wszystko z naszej pracowniczej stołówki…- No i… No nie wiem, jakieś ewentualne inne wydatki, powinno mi zostać średnio… Trzysta… Czterysta nawet dolarów. A zawsze zanim jeszcze nadchodzi koniec miesiąca, jestem totalnie spłukany. Chciałbym coś sobie zaoszczędzić, a tu po prostu… Bum! Nie ma! I nie wiem gdzie to ginie…
-Hmm… A odliczyłeś wszystkie ubrania jakie kupujesz na występy? Kosmetyki? Całą resztę?
-No…- odparłem ostrożnie- Trochę tego jest. Ale aż tyle?!
-Raczej tak- stwierdziła, wzruszywszy ramionami- Nawet więcej. Na same soczewki miesięcznie wydajesz prawie sto dolarów. Gdybyś z nich zrezygnował to może coś byś oszczędził…
-Nie dzięki- parsknąłem, kręcąc głową- Wolę jednak nie potykać się o własne nogi na scenie…
… I dostrzec Nathana Masona już z daleka…
-W takim razie naprawdę nie sądzę, żebyś cokolwiek oszczędził… Nie przy takim trybie życia- zaśmiała się lekko- Zresztą… Ostatnio też mam z tym problemy. Nie wyrobię długo przy pracy w klubie.
-Czemu?- zapytałem ze zdziwieniem.
-To niezbyt… Opłacalne. A ja zapożyczyłam się prawie u całej rodziny.
Zrobiło mi się głupio, gdy przypomniałem sobie, że sam niedawno pożyczałem od niej pieniądze.
-Sarah… Co do tej stówy… Oddam ci od razu na wypłatę, przysięgam.
-Wiem, wiem- zaśmiała się i machnęła niedbale dłonią- Zawsze oddajesz. Ale to zupełnie nie o to chodzi, nie czuj się winny. Po prostu chcę zmienić pracę. I… Poszukać sobie czegoś co pozwoli mi jakoś normalnie funkcjonować i nie popaść w większe długi.
-Hmm… Jeśli chcesz to pomogę ci szukać.
-Nie, nie- odparła prędko- Masz większe zmartwienia.
-To znaczy…?- zapytałem nieco niepewnie, marszcząc brwi.
Uśmiechnęła się nieco złośliwie.
-No… Nathan się żeni.
Odkaszlnąłem cicho, mocno zażenowany.
-N… No i?
-No… To jest chyba jakby twoje zmartwienie, nie?
-O co ci chodzi?- zapytałem odrobinę napastliwie- Chociaż już ja wiem co ty sobie myślisz! Ale to naprawdę nie jest to, mi po prostu chodzi o to, że… Ała! Miałaś mnie uprzedzić, zołzo!

-Nathan Mason, Nathan Mason!- pisnąłem spanikowany, wbiegając za kulisy.
Sarah spojrzała na mnie nieco zdziwiona.
-Ehm… Tak, to twój szef… No i…?
-Nathan Mason tutaj znowu- wyrzuciłem niemalże na bezdechu, opierając się o ścianę.
-Niemożliwe- parsknęła śmiechem i pokręciła głową- Przecież sam mówiłeś, że mu się tutaj nie podobało. Coś ci się przywidziało.
-Nic mi się nie przywidziało, zobacz sama!
Spojrzała na mnie nieco sceptycznie, po czym wyszła drugą stroną, na salę. I zaraz wróciła, spoglądając na mnie z autentycznym zaskoczeniem.
-Głowy nie dam…- powiedziała powoli- Ale wygląda podobnie.
-Wygląda identycznie, to on do licha!- syknąłem nieco zdenerwowany- I to bez Bookchera! Nie wiem co on tu robi, a jak się domyślił, Boże, przyszedł mnie oficjalnie zwolnić i…
-Alex…- spojrzała na mnie z politowaniem.
-Nie mów tak do mnie gdy jestem w tym stroju. Czuję się jak idiota.
-To jest… Roxanne, jak wolisz… Oddychaj.
Wziąłem głębszy oddech i skinąłem głową.
-Czy dzisiaj w pracy coś wskazywało na to, że się domyślił?
-Nie…- odpowiedziałem powoli.
-Właśnie- skwitowała, parsknąwszy cicho- Więc chyba nie oczekujesz, że wrócił do domu i nagle go olśniło? Idź tam.
-Oszalałaś?!
-Idź, Rox, na litość boską!- żachnęła się, przewróciwszy oczyma.
-Rox też do mnie nie mów- jęknąłem niemalże- Teraz czuję się jak zboczeniec w damskich fatałaszkach…
-Carlton…- zaśmiała się cicho- Spadaj już. Jeśli przyszedł to na pewno ma jakiś powód. Może mu się… Spodobałaś- uśmiechnęła się bezczelnie.
-Pf. Spadaj- mruknąłem iście dumnie, przesuwając dłońmi wzdłuż moich bioder, po czym wyszedłem na salę i ruszyłem powoli w kierunku stolika.
Wiecie, to na pewno nie jest normalne, że osoba zajmująca się typowo śpiewaniem, nagle z uroczym uśmiechem dosiada się do jednego z gości. Tak o. Bez wyraźnej przyczyny.
-Witam- rzucił krótko Nathan, jakby wcale nie był moją obecnością zdziwiony.
-Cześć- odparłem, starając się brzmieć jak najmniej… Jak ja.
-Wciąż problemy z gardłem?- uniósł pytająco brew. Och, chyba naprawdę musiałem skrzeczeć jak własna babka…
-Odrobinę…- potwierdziłem ostrożnie- Zdawało mi się, że nie wydawałeś się zachwycony tym miejscem… Nie spodziewałam się, że wrócisz. Chyba, że to przygotowania do wieczoru kawalerskiego- udałem śmiech. Niezbyt realnie…
-Hmm… Coś tak jakby- westchnął cicho- Staram się nauczyć… Relaksować, ale nie do końca mi wychodzi.
-Pomóc ci?- zaoferowałem się natychmiast, zanim zdążyłem się jakkolwiek ogarnąć.
Chyba zabrzmiało to odrobinę dwuznacznie, bo uniósł brwi, po czym odkaszlnął i rzucił jedynie pełne politowania:
-Nie, dziękuję bardzo, ale nie.
-W porządku- odparłem nieco spłoszony.
-Ale chętnie z tobą porozmawiam.
Spojrzałem na niego z zaciekawieniem.
-O czym?
-O ślubie…- odpowiedział z ciężkim westchnieniem- Jako kobieta powinnaś coś o tym wiedzieć…
… Jakbym był kobietą to może i bym wiedział.
-Denerwujesz się?- zapytałem powoli.
-Nie do końca mam na to ochotę…- odparł, obracając nerwowo w dłoniach szklankę z drinkiem- Ale to chyba konieczne… I tak nic lepszego mi się nie trafi.
-To pesymizm.
-Realizm.
-Och…- odkaszlnąłem cicho- No cóż… I tak sądzę, że takie małżeństwo nie będzie udane… Powinieneś się rozejrzeć za kimś na kim ci naprawdę zależy…
-Właściwie….- odpowiedział z zastanowieniem- Właściwie… Jest ktoś taki…
-Ja?- zapytałem, zanim na dobrą sprawę zdążyłem się powstrzymać.
No brawo, cholera, brawo.
W takich chwilach naprawdę rozważam odcięcie sobie języka, do licha!
Uniósł brwi w geście niepomiernego zdziwienia.
-Khem… To taki… Żart…- wyjaśniłem nieco pokrętnie.
Uśmiechnął się nieco złośliwie.
-Masz dziwne poczucie humoru… Podobne do jednego z moich pracowników…
Och, wybacz, że nawet nie muszę zgadywać… Jakoś nie masz wielu pracowników płci męskiej!
Moje poczucie humoru wcale nie jest dziwne!
Ono jest po prostu…
… Zbyt wyrafinowane, żebyś mógł je zrozumieć!
-Ach tak…- skwitowałem jedynie dyplomatycznie- No… A… Co do tej osoby na której ci zależy… Kto to taki?- zapytałem w końcu, starając się nie brzmieć tak, jakbym miał zamiar wymusić niemalże odpowiedź siłą, gdyby zaszła taka konieczność.
-Ktoś… Kto… No nie wiem…- odkaszlnął cicho, wyraźnie nieco zdenerwowany- Ktoś kto jest dla mnie… Ważny w pewien sposób… W pewien specyficzny sposób…
… A to ponoć ja mam problem z konkretnym wysławianiem się do licha!
A wystarczyłoby przecież tylko imię!
-I…?- podchwyciłem, czekając na ciąg dalszy i cokolwiek co mnie chociażby naprowadzi.
-I… I nie jestem pewien… Mam wrażenie, że nie postępuje względem niej…
-Niej?!- wykrzyknąłem niemalże, spoglądając na niego z osłupieniem.
-Tej osoby…- sprostował Nathan, wpatrując się we mnie z politowaniem- Że nie postępuje względem niej tak jak powinienem… I chciałbym się pokazać z trochę innej strony, ale chyba nie potrafię… Nie mam pojęcia jak przekroczyć pewną… Granicę pomiędzy nami.
-Och no wiesz…- mruknąłem odrobinę sceptycznie, stukając nerwowo palcami w blat stołu- To nie jest takie trudne… Kobiety lubią być doceniane…- rzuciłem, starając się dostrzec jakąś reakcję, która wskazywałaby (och Boże, proszę!) że się w swoim osądzie mylę. Nie było takowej- Najlepiej by było, gdybyś ją komplementował… Zaczął ją doceniać. To zawsze przynosi efekty.
-Ach tak…- odparł cicho- No cóż… Nie jestem pewien czy będę w stanie… To nie jest ktoś… Ach, nieważne…
Och błagam, błagam!
Przecież nie pytałem kto to nie jest!
Pytam kto to jest! Bardzo, baaaardzo konkretnie!
-Hmm… A jak ta osoba na której ci zależy się nazywa?
Uśmiechnął się jedynie krótko i odpowiedział:
-Przecież i tak jej nie znasz.
… Mam taką maciupeńką, ledwie widoczną nadzieję, że jednak chociaż odrobinkę ją znam…
… A może wręcz bardziej niż odrobinkę…
… I że może tą osobą jestem…
… Ja?

1 komentarz: