Strony

niedziela, 22 maja 2011

` 5 ` [AFY]

Obudziłem się i wyplątałem ze zmiętej pościeli, po czym zerknąłem na zegarek. Było już dobrze po dziesiątej. Westchnąłem głęboko, przecierając skronie i podnosząc się do pozycji siedzącej. Wciąż huczało mi w głowie po wczorajszym wieczorze. Przez krzyki i głośną muzykę zupełnie nie byłem w stanie zasnąć. W końcu zdecydowałem się na to, by wstać. Przebrałem się szybko z piżamy, a następnie wyszedłem ze swojej sypialni i skręciłem do salonu.
Całe pomieszczenie wyglądało jak jedno wielkie pobojowisko. Na podłodze roiło się od puszek, butelek i pobitego szkła. W kącie leżały skłębione jakieś ubrania. Po całym stole porozrzucane było jedzenie. W powietrzu unosił się zapach papierosowego dymu i alkoholu. Kenny leżał na wersalce, okryty jakimś kocem, na którym widać było ślady wymiocin. Zagryzłem nerwowo wargę i przestąpiłem kilka kroków do przodu. Niechcący nadepnąłem na pustą puszkę i aż podskoczyłem, gdy ta wydała z siebie głośny trzask. Mój brat warknął coś głucho, przewracając się na drugi bok i szczelniej okrywając materiałem.
-Kenny...- szepnąłem, ale nawet nie zareagował.
Podszedłem do okna i odsłoniłem żaluzje. Promienie słońca wdarły się do pomieszczenia, uwydatniając ślady wczorajszej imprezy.
-Kenny- powtórzyłem, tym razem nieco głośniej, po czym podszedłem do kanapy i szarpnąłem go za ramię- Kenny, wstawaj...
-Spieprzaj!- warknął gniewnie, odpychając moją dłoń.
-Rodzice niedługo wrócą... Trzeba tu posprzątać... Kenny, proszę...- spróbowałem raz jeszcze, ale on jedynie wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo i odwrócił się do mnie plecami.
Wycofałem się po cichu z pomieszczenia, po czym ruszyłem do kuchni. Jej wnętrze było równie zdemolowane jak salon. Udało mi się odnaleźć miotłę i zacząłem zamiatać kawałki rozbitego doszczętnie wazonu – ulubionej pamiątki mojej matki.
W tym momencie usłyszałem dzwonek do drzwi. Zamarłem z przerażenia na dłuższą chwilę.
Rodzice...?
Tak szybko...?
Odetchnąłem płytko, po czym ruszyłem w kierunku drzwi, przeczesując nerwowo włosy palcami i zastanawiając się nad tym, jak wyjaśnić to wszystko, co się tutaj wydarzyło.
-Kto tam...?- rzuciłem słabo w kierunku drzwi, czując, że zaraz rozpocznie się prawdziwa awantura.
-Policja- padła odpowiedź, która zupełnie mnie zaskoczyła- Proszę otworzyć.
Zamarłem. Przez dłuższą chwilę zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem w kierunku salonu.
-Ch... Chwileczkę!- rzuciłem w końcu nerwowo- Muszę się ubrać...
Wróciłem do pomieszczenia i raz jeszcze podszedłem do mojego brata, po czym szarpnąłem go za ramię, tym razem dużo mocniej.
-Kenny... Kenny, wstawaj, szybko...
-Odczep się, do diabła!- wymamrotał niechętnie mój brat, nawet nie otwierając oczu.
-Jest tu policja!
Trudno chyba byłoby znaleźć hasło, które szybciej by go wybudziło. Kenny poderwał się gwałtownie z miejsca i spojrzał na mnie ze zdumieniem, po czym zaczął błądzić nerwowym wzrokiem po całym pomieszczeniu, jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje.
-Policja...?- powtórzył w końcu z paniką w głosie.
Skinąłem lekko głową, wpatrując się w niego z napięciem.
-Kenny... Co ty zrobiłeś...?- zapytałem w końcu cicho. Sądziłem, że to oczywiste, że przyszli po niego. Sądziłem, że znowu wdał się w niewłaściwe towarzystwo i zrobił coś złego...
-Przymknij się!- warknął, zupełnie tak, jakby ktoś miał to usłyszeć- Niczego nie zrobiłem, rozumiesz?! Niczego! I nie waż się ich tutaj wpuszczać! Nie ma mnie i w ogóle mnie w ostatnim czasie nie widziałeś, zrozumiano?!
-Nic nie powiem- odparłem zgodnie z prawdą. Nie miałem pojęcia, co się tak właściwie działo.
-I dobrze... I dobrze, do licha, dobrze...- powtarzał chaotycznie, szybkim ruchem dopinając spodnie, a następnie zebrał koc z podłogi i ruszył do swojego pokoju- Ani słowa- syknął jeszcze ledwie słyszalnie, zamykając za sobą drzwi.
Zacisnąłem powieki i raz jeszcze odetchnąłem głęboko, starając się uspokoić, po czym ponownie podszedłem do drzwi wejściowych i otworzyłem je lekko, z wyjątkową niepewnością.
-Dzień dobry- rzucił spokojnie, stojący w progu policjant i pokazał mi odznakę- Ryan Davis. Pan Wilson...?
-Tak- potwierdziłem cicho, wpatrując się w niego z napięciem- Joe Wilson- dodałem prędko, zaczesując nerwowo pasemko włosów za ucho. Nie chciałem, by pomylono mnie z moim bratem.
-Syn Jeremy'ego i Heleny Wilson...?
Znieruchomiałem na dłuższą chwilę, wpatrując się w niego z zupełnym osłupieniem.
Dlaczego pytał o rodziców...?
Coś drgnęło we mnie z zaniepokojenia.
-Z... Zgadza się...- odparłem, przełykając ślinę. Poczułem, że moje serce przyspiesza ze strachu- Czy coś... Czy coś się stało?- wydukałem w końcu, wpatrując się w niego z napięciem.
Mężczyzna milczał przez moment, spoglądając na mnie badawczo, po czym westchnął głęboko i powiedział w końcu jedynie ciche:
-Przykro mi.

Stałem przed lustrem, wpatrując się niemrawo w swoje odbicie.
Kolejny raz.
Kolejny dzień.
Kolejna zmarnowana chwila...
Przymknąłem powieki i odetchnąłem płytko. Miałem zbyt dużo czasu na rozmyślania. Nie chciałem wyobrażać sobie tego, co mnie tutaj czeka. Nie chciałem wracać do Red, do naszej ostatniej rozmowy, do jego słów, zapewnień i obietnic... Nie chciałem zastanawiać się nad tym, co przyniesie kolejny wieczór, nad tym, jak nisko można upaść i wciąż zasługiwać na miano człowieka... Nie chciałem. Nie mogłem. Nie byłem w stanie.
Moje myśli zaczynały uciekać w zupełnie innym kierunku. W kierunku przeszłości. Przypominałem sobie pojedyncze sceny z mojego życia z taką dokładnością, jakby w moim umyśle rozgrywały się one na nowo. Ale nie miałem możliwości zmiany czegokolwiek. Nie mogłem zrobić niczego. Tylko patrzeć. Tylko myśleć. Tylko cierpieć.
Wypadek rodziców wstrząsnął mną do głębi. Długo nie byłem w stanie sobie z tym poradzić, zaakceptować tego... Czułem się tak przerażająco winien temu wszystkiemu, co się wydarzyło, że pogodzenie się z rzeczywistością okazało się okropnie trudne i bolesne. Ale musiałem to w końcu zrozumieć. Musiałem uświadomić sobie to, że nigdy więcej ich nie zobaczę. Że ich już po prostu nie ma. Że do końca życia będę się tym zadręczał i zastanawiał się, jak wiele mogłem zmienić, jak wiele mogłem zrobić, by temu zapobiec albo chociażby sprawić, że byliby ze mnie dumni. Wtedy sądziłem, że to najgorsze, co mogło mnie spotkać.
… Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że trafię tutaj.
Trzask drzwi wyrwał mnie z zamyślenia. Podskoczyłem gwałtownie, a następnie nieco zlękniony wyjrzałem z łazienki i niemal osłupiałem z zaskoczenia. To był Thomas. Przekroczyłem niepewnie próg, zupełnie nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć.
-Cześć...- rzuciłem w końcu po dłuższej chwili.
-Witaj- odparł cicho. W dłoniach trzymał tacę na której stał talerz z jakimiś kanapkami i szklanka mleka. Odłożył ją na szafkę, wciąż wpatrując się we mnie badawczo i dodał- Przyniosłem ci śniadanie.
-Dziękuję.
Milczeliśmy.
Żadne z nas się nie odzywało, jakby czekało na kolejne słowo tego drugiego. Ale ja nie miałem pojęcia, co miałbym teraz powiedzieć. Wpatrywałem się w niego z uwagą i widziałem swoiste napięcie malujące się na jego twarzy, wahanie, wątpliwości, jakby sam do końca nie zdawał sobie sprawy z tego, co tutaj robi i po co w ogóle się tutaj znalazł.
-Ubrania są w łazience- odezwałem się w końcu po kilku minutach zupełnej ciszy. Spojrzał na mnie bez większego zrozumienia- Wczorajsze- dodałem w tonie wyjaśnienia- Zostawiłem je w kącie, żeby łatwiej było je znaleźć i posprzątać... Mogę je przynieść, jeśli chcesz.
-Nie sprzątam tutaj.
-Rozumiem.
Zagryzłem niepewnie wargę. Coś mi mówiło, że roznoszeniem śniadań też się nie zajmował. Nie potrafiłem jednak znaleźć żadnego powodu, dla którego miałby się tutaj pojawić. Żadnego, prócz zdarzenia, którego był wczoraj świadkiem... Wpatrywałem się w niego z zaniepokojeniem. Modliłem się w duchu o to, by nikomu o tym nie powiedział. Nie chciałem, by Red miał przeze mnie kłopoty. Sam też nie chciałem ich mieć.
-Przyszedłem ci tylko powiedzieć, że to był ostatni raz- głos Thomasa stał się nagle dużo ostrzejszy, chłodny- Nie będę tolerował tego rodzaju scen... Podarowałem ci tylko i wyłącznie dlatego, że jesteś tutaj nowy, ale jeżeli coś takiego się powtórzy, możesz być pewien, że ktoś się o tym dowie... A wtedy sytuacja nie będzie przyjemna. Ani dla ciebie, ani dla niego.
Nawet na mnie nie patrzył. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi.
-Pomóż mi- szepnąłem, zupełnie tak, jak poprzedniego wieczora. Zatrzymał się niemal natychmiast, z dłonią na klamce, jakby tylko tego oczekiwał. Wpatrywałem się w niego z głupią nadzieją, zupełnie tak, jakby mnie wczoraj nie zignorował, jakby przed chwilą nie groził mi tym, że powie komuś o tym, co się wydarzyło... Ale nie byłem w stanie się powstrzymać. Wydawało mi się, że tylko on z tych wszystkich ludzi tutaj może cokolwiek zrobić. To było idiotyczne. Pozbawione sensu. Nie on tym kierował. Nie on o tym wszystkim decydował. A jednak... A jednak coś sprawiało, że nadal tkwiło we mnie przekonanie, a może już tylko marne złudzenie, że istnieje tutaj ktokolwiek, kto byłby mnie w stanie ocalić.
-To jest moja praca...- stwierdził cicho Thomas, odwracając się z powrotem w moim kierunku- A ty masz swoją. Nie możesz się do mnie zwracać w taki sposób. Ktoś to usłyszy i będę miał przez ciebie problemy... Nie mogę ci pomóc.
-Pomóż mi- powtórzyłem niemal rozpaczliwie, chociaż nie było we mnie żadnej determinacji ani rzeczywistej wiary w to, że może to przynieść jakikolwiek efekt. Nie widziałem w Thomasie potwora. Nie widziałem w nim kogoś, kto przyszedł tutaj, żeby mi grozić, kogoś, kto chce wyrządzić mi krzywdę albo kogoś, kogo mój los zupełnie nie obchodzi. Widziałem w nim raczej człowieka nie mniej przerażonego tym wszystkim, co dzieje się wokół, niż ja sam. Widziałem w nim kogoś, kto chciał mnie ostrzec. Kogoś, kto prawdopodobnie przyszedł tutaj właśnie po to.
-Mówiłem już...- syknął cicho, zupełnie tak, jakby ktoś nas podsłuchiwał- Nie możesz mówić mi podobnych rzeczy... Ktoś to w końcu usłyszy, rozumiesz? To była twoja decyzja. Rozumiem, że możesz tego żałować, ale nic na to nie poradzę... Musimy w życiu ponosić konsekwencje swoich działań.
-Moja decyzja...?- powtórzyłem niemal z niedowierzaniem.
-Twoja- stwierdził ostro- Nikt cię do tego nie zmuszał... Zdaję sobie sprawę z tego, że mogłeś nie wiedzieć, jak to dokładnie wygląda, ale mimo wszystko...
-Nikt mnie nie zmuszał...?- wpatrywałem się w niego z zupełnym osłupieniem, nie mając pojęcia, o czym on mówi.
Nie. To nie była moja decyzja.
To nie był mój wybór.
To nie była kwestia mojej wolnej woli.
-Wiem, skąd biorą się tutaj ci wszyscy chłopcy i mężczyźni. Wiem, przed czym uciekają i dlaczego tu trafiają. Wiem, dlaczego niektórzy traktują to miejsce jako swój azyl...- Thomas odwrócił wzrok w kierunku ściany i odetchnął głęboko- Słyszę, o czym rozmawiają. Słyszę, jak opowiadają o tym, dlaczego się tu znaleźli. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Nie wiem, co znaczy patologiczna rodzina i nie wiem, jak to jest, gdy umiera się wewnętrznie z nienawiści do samego siebie, bo nie ma się pieniędzy na kolejną działkę... Nie wiem, jak to jest, gdy marznie się na jakimś dworcu i nie wiem, jak to jest, gdy trzeba sprzedać wszystko, nawet samego siebie, by tylko przeżyć... Nie wiem. Nie rozumiem. Nie potrafię tego pojąć. Ale nie każdy, kto tutaj trafia, jest w stanie przez to przebrnąć. Przechodzi się z bramy jednego piekła w drugie. Zdaję sobie sprawę, jak wiele może kosztować jedna, podjęta pod wpływem chwili decyzja... Ale ciesz się z tego, co masz. Bo nie wiadomo, gdzie byłbyś dzisiaj, gdybyś się nie zdecydował...
-Ja wiem, gdzie bym był...- odparłem zbolałym głosem- Byłbym w swoim domu. Razem z moim bratem. Pracowałbym... Utrzymywał mieszkanie... Starał się jakoś uporządkować swoje życie...
-Więc trzeba było to zrobić, zamiast decydować się na to miejsce.
-Nie ja się na nie zdecydowałem- dlaczego nie był w stanie tego zrozumieć?! Dlaczego tak usilnie upierał się przy tym, że to był mój wybór, skoro ja nie miałem z tym nic wspólnego?!- Nadal nie rozumiesz...? Nikt nie pytał mnie o zgodę ani o moje zdanie. Ktoś mnie porwał. Przetrzymywał. Nie wiem nawet kto i dlaczego... A później ci mężczyźni przywieźli mnie tutaj... I nie miałem wyboru. Nie miałem możliwości decyzji. Nie miałem niczego.
Thomas wpatrywał się we mnie z zupełnym osłupieniem. Jakby miał wrażenie, że go oszukuję. Jakby chciał powiedzieć, że to niemożliwe... A jednak. Milczał przez dłuższą chwilę, nie mogąc chyba wydobyć z siebie ani słowa, po czym jedynie pokręcił głową i odparł ledwie słyszalnie:
-Już za późno. Nikt cię stąd nie wypuści.
-Więc pomóż mi uciec.
-Nie ma ucieczki.
Jego słowa wdarły się boleśnie do mojej świadomości sprawiając, że miałem ochotę się rozpłakać. Nie wierzyłem przecież w to, że naprawdę mi pomoże. Nie wierzyłem, ale mimo to poczułem się tak okrutnie opuszczony i pozbawiony nadziei, jak jeszcze nigdy wcześniej. Jakby tym jednym zdaniem przekreślił całe moje życie.
-Thomas...- szepnąłem jedynie, czując, że wargi zaczynają mi drżeć- Pomóż mi...- nie byłem w stanie wydusić z siebie niczego więcej. Niczego, prócz owej prośby, w której kryło się coraz więcej rozżalenia i zwykłej desperacji.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się plecami, gotów do wyjścia i rzucił jedynie krótkie:
-Przykro mi.
Odetchnąłem płytko i ledwie zamknęły się za nim drzwi, załkałem żałośnie, siadając na brzegu łóżka i skrywając twarz w dłoniach. Poczułem się osowiały, opuszczony i kompletnie bezradny. Nie miałem już nawet cienia nadziei, której mógłbym się trzymać. Nie miałem zupełnie niczego. Zostałem sam, ze swoimi problemami, w miejscu, w którym nie toczyło się prawdziwe życie. W którym wszystko było jedynie iluzją, zbudowaną na złudzeniach, niespełnionych obietnicach i cierpieniu. A ja, powoli stawałem się jej częścią. I nie dało się tego uniknąć.
… Nie było na to najmniejszych szans.
Nie teraz.
Nigdy.

Przekroczyłem próg sali, chwiejąc się na nogach. Ruszyłem powolnym krokiem w kierunku baru, chociaż właściwie sam nie wiedziałem, po co tam idę. Czułem się źle. Sam już nie wiedziałem, czy jestem otępiały i gotowy na wszystko, czy raczej roztrzęsiony i niemniej przerażony niż na samym początku. Moje nastroje zdawały się zmieniać w przeciągu chwili. Raz mogłem siedzieć w kącie i po prostu nie istnieć, zniknąć dla siebie, i dla całego świata, a ledwie sekundę później miałem ochotę krzyczeć i płakać z wściekłości i bezsilności. Z dnia na dzień było coraz gorzej.
Ja wcale nie przyzwyczajałem się do tego miejsca.
Przyzwyczajałem się jedynie do własnego lęku i bólu, który zdawał się być nieodłączną częścią pobytu tutaj.
Nic nie było dobrze.
Pochłonąłem śniadanie w niemal zabójczym tempie. Sądziłem, że wraz z ustąpieniem głodu poczuję się choć trochę lepiej, ale myliłem się. Zebrało mi się na wymioty. Brzuch bolał mnie niemiłosiernie, a dodatkowo dochodziła jeszcze owa okropna świadomość... Świadomość tego, skąd to wszystko się wzięło. W jaki sposób udało mi się uzyskać ten posiłek. Za czyje pieniądze.
… I w jaki sposób zostały one zarobione.
Nie przeze mnie.
Przez Red.
Ta myśl nie pocieszała mnie ani trochę. Czułem się zły, rozgoryczony i wściekły na samego siebie za to, że w ogóle dopuściłem do takiej sytuacji. Robiło mi się słabo na samą myśl, na samo wyobrażenie rudowłosego w ramionach innego mężczyzny... Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nie potrafiłem tego zaakceptować. Wolałem sobie wmawiać, że jest tylko ze mną. Roić sobie, że nie ma nikogo innego. A przecież zdawałem sobie sprawę z tego, że jest inaczej. A przecież słyszałem o nim i o „szefie”. O innych facetach, którzy tu przychodzili...
Ale mimo to, po raz kolejny wybrałem własne złudzenia, bo czułem, że tak będzie lepiej.
Zbywałem każdą niepokojącą myśl.
Nie zastanawiałem się nad tym.
Zupełnie tak, jakbym założył sobie pewnego rodzaju blokadę.
Podświadomie zdawałem sobie sprawę z tego, że to nic innego, jak tylko uciekanie od problemu, ale mimo to...
… Ja po prostu nie chciałem dłużej cierpieć.
-Cissy!- okrzyk Fenicia wyrwał mnie z otępienia. Spojrzałem na niego zaczerwienionymi od łez oczyma i przysiadłem na miejscu obok, czując się jakoś dziwnie słabo- Jak się ma pieszczocha naszego mistrza rozkoszy...?- jego słowa zdawały się docierać do mojej świadomości dopiero po dłuższej chwili. Nie miałem jednak siły na to, by odpowiadać. Słyszałem tylko jak śmiał się donośnie i już po chwili poczułem jego dłoń na swoim ramieniu. Nachylił się nade mną i musnął nosem moja szyję- Długo cię nie było... Już sądziłem, że nie przyjdziesz... Słyszałem, że przeszedłeś wczoraj swoją inicjację...- aż drgnąłem na dźwięk tego słowa- I jak było...? Pamiętasz, jak się nazywał ten facet...? Jak wyglądał...? Zrobił ci dobrze, czy zajmował się tylko sobą...? Miał dużego...?
Przymknąłem powieki i odetchnąłem płytko. Czułem się tak, jakby niewidzialna dłoń ścisnęła mnie za gardło, utrudniając mi oddychanie i uniemożliwiając wypowiedzenie chociażby jednego słowa.
-Cissy, co z tobą...?- donośny, pełen drwiny śmiech Fenicia rozbrzmiewał drażniąco w mojej głowie- Opowiedz chociaż o twoim cudownym oblubieńcu... Przyszedł...? No, Cissy...? Przyszedł? Dlaczego nic nie mówisz...? Och, nasz mały, śliczny Cissy ma humorki... Nie opowiesz mi...? Szkoda.
Fenicio odsunął się ode mnie, wciąż chichocąc cicho. Niemal zmusiłem się do tego, by na niego spojrzeć. Wykrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu pełnego satysfakcji i przeniósł wzrok na chłopaka siedzącego prawie przy końcu lady. Ja też spojrzałem na niego, ale dobre kilka minut zajęło mi zdanie sobie sprawy z tego, że to Keisy. Chłopak zerknął na mnie ukradkiem, zakładając niepewnie pasemko włosów za ucho i uśmiechnął się niemrawo. Chciałem odpowiedzieć tym samym, ale czułem, że na mojej twarzy pojawia się jedynie jakiś mało przyjazny grymas. Wymówiłem więc bezgłośne: „cześć”, spuszczając wzrok i mając naiwną nadzieję, że Fenicio nie zacznie się z nim sprzeczać. Nie cierpiałem tego.
-Co jest...?- rzucił mężczyzna i chociaż na pozór w owym zdaniu nie było nic złośliwego, bez problemu dało się wyczuć, że to zwyczajna prowokacja- Czekasz na Bella...?
Keisy zagryzł wargę i odwrócił wzrok. W pierwszej chwili wyglądał tak, jakby w ogóle nie zamierzał odpowiadać, ale chyba wyczuł, że to i tak nie przyniesie spodziewanego efektu, bo w końcu wymamrotał jedynie ciche:
-Zostaw mnie w spokoju.
-Wiesz co...?- Fenicio podniósł się z miejsca i podszedł leniwym krokiem do chłopaka, po czym oparł się o ladę, tuż obok niego, uśmiechając się bezczelnie- Może ci coś uświadomię, skoro jeszcze nie zdałeś sobie z tego sprawy... Gdyby Bello chciał, przyszedłby do twojego pokoju i odpowiednio się tobą zajął... Nie musiałbyś tutaj na niego czekać... Ale najwyraźniej jemu to nie do końca pasuje, skoro każe ci tu sterczeć w nieskończoność, a sam zajmuje się czymś innym... A może kimś innym...? Hm...?
Zrobiło mi się przykro. Wiedziałem, że Fenicio stara się go po prostu sprowokować. Że robi mu na złość i mówi rzeczy, które dotykają go do żywego. Nie potrafiłem jednak stanąć w jego obronie. Nie miałem pojęcia, co mógłbym powiedzieć.
W tym momencie, jak nigdy wcześniej, uświadomiłem sobie to, że Keisy próbował popełnić samobójstwo... Gdy mówił mi o tym Fenicio, aż nie mogłem w to wszystko uwierzyć, ale teraz, patrząc na to, jak się trząsł, jak jego wargi drżały wyraźnie od powstrzymywanego płaczu, miałem wrażenie, że jest zupełnie rozbity i roztrzęsiony, kompletnie nieszczęśliwy, wbrew temu, co mi opowiadał... Sprawiał wrażenie bardzo drobnego i kruchego, nie tylko fizycznie. Każde słowo Fenicia zdawało się go ranić i napawać przerażeniem, a ja po prostu siedziałem tuż obok i patrzyłem na jego twarz i pozagryzane do krwi wargi, nie będąc w stanie zrobić czegokolwiek.
-Zostaw mnie w spokoju- powtórzył jedynie chłopak, tym razem z wyraźną nadzieją.
Fenicio nadal nie odpuszczał.
-To wszystko, co potrafisz powiedzieć...?- zadrwił, parskając z politowaniem- Doprawdy, zabawne... Bello powinien to zobaczyć... Ach, przecież on już wie... Nie bez powodu wybrał sobie taką ofiarę...
-Bello powiedział, że mam cię ignorować- odparł Keisy, starając się najwyraźniej, by jego głos brzmiał możliwie najbardziej spokojnie i godnie, ale nie wyszło mu to za bardzo. Cały się trząsł- Bo celowo mnie zaczepiasz i drwisz ze mnie, ale tak naprawdę nie stać cię na nic innego... Mówił też, że robisz to dlatego, że jesteś po prostu samolubny i zgorzkniały, i nie potrafisz zaakceptować tego, że ktoś może być inny od ciebie... Że ktoś może być szczęśliwy.
-Och, popatrz...- Fenicio bynajmniej nie wyglądał na kogoś, kogo słowa Keisy'ego jakkolwiek by dotknęły. Wprost przeciwnie. Wciąż uśmiechał się drwiąco i wpatrywał w niego z góry, wyraźnie nie zamierzając przestać- To dopiero ironia losu, bo mnie mówił coś zupełnie innego... Mówił mi, że mam cię zostawić w spokoju, bo jesteś słaby i pewnie się zabijesz... Ale mi to przecież i tak nie zrobi różnicy...- parsknął z rozbawieniem.
-Bello nie powiedziałby czegoś takiego- odparł Keisy, drżącym ze zdenerwowania głosem.
-Czyżby...?- uśmiech Fenicia nie zmniejszył się ani trochę, za to na twarzy chłopaka można było dostrzec wahanie.
-Tak... A nawet jeśli... Nawet jeśli, to tylko z troski o mnie- szepnął Keisy, odwracając wzrok.
-No popatrz... Z troski o ciebie...- drwił dalej mężczyzna, wpatrując się w niego z dziwaczną satysfakcją, jakby cała ta sytuacja na pewien sposób go bawiła. Nie potrafiłem tego zrozumieć- Poczciwy, stary Bello, co? A nie przyszło ci do głowy, że może ta sama... „troska”, jak to nazwałeś, skłania go do tego, żeby z tobą być...?
Keisy milczał, zaciskając mocno dłonie na siedzeniu krzesła. Obok mnie przysiadł się jakiś jasnowłosy mężczyzna. Miałem nadzieję, że on jakoś zareaguje, powie cokolwiek, zrobi... Ale on jedynie spojrzał na mnie przelotnie i mruknął ciche:
-Gdzie Thomas...?
-Nie wiem...- odparłem, kompletnie rozbity, ponownie powracając wzrokiem do Fenicia, który nachylił się nad chłopakiem i szepnął pełne rozbawienia:
-To co, Keisy...? Kiedy spróbujesz po raz kolejny...?
Wstrzymałem oddech. Wiedziałem, że posunął się za daleko. Że to nie były już zwykłe złośliwości ani przekomarzanki. Wiedziałem też, że powinienem jakoś zareagować... Czułem, że muszę coś powiedzieć, chociażby zawołać go po imieniu, upomnieć...
Nie potrafiłem.
Po raz kolejny stanąłem oko w oko z własną słabością i przegrałem.
Po raz kolejny tak boleśnie odczułem, że nie jestem w stanie się przemóc i zrobić czegokolwiek, by mu pomóc.
Że mogę jedynie na to wszystko patrzeć.
-Nie chcę się zabić...- odparł płochliwie Keisy. Bez trudu dało się wyczuć, że ledwie powstrzymuje się od płaczu.
Modliłem się w duchu o to, by Fenicio już przestał, by dał sobie spokój, by zainteresował się kimś innym albo czymś innym... Ale on zdawał się doskonale wiedzieć, co robi. Zupełnie tak, jakby chciał wywoływać takie reakcje u Keisy'ego. Jakby wszystko to, co robił, było zamierzone i zaplanowane.
-Nie...?- Fenicio udał zdziwienie i zastanowił się chwilę- Hm... Wydawać by się mogło, że jeżeli ktoś ma na swoim koncie trzy próby samobójcze, to raczej tego chce, nie sądzisz?
-To były drobne kryzysy.
-Drobne kryzysy...?- zaśmiał się głośno Fenicio- Jeżeli po drobnych kryzysach chcesz się zabić, to co będzie, gdy stanie się coś poważnego...?
-Nie chcę się zabić- rzucił po raz kolejny Keisy, ale w jego głosie brakowało choćby krzty stanowczości.
Spojrzałem ukradkiem na siedzącego obok mnie mężczyznę. Nie wydawał się nawet zainteresowany całą tą sytuacją. Momentami jedynie krzywił się z poirytowaniem, ale miałem wrażenie, że było to wynikiem jego oczekiwania na Thomasa, a nie tego, czego stał się świadkiem.
-Naprawdę...?- Fenicio uśmiechnął się niemal okrutnie, po czym zwilżył językiem wargi i zapytał- To czemu nie podciągniesz rękawów i nie pokażesz wszystkim swoich rąk...?
Keisy posłał mu pełne przerażenia spojrzenie.
Chciałem, żeby to już był koniec.
Żeby mężczyzna przestał go upokarzać.
Ale on chyba nie zamierzał na tym skończyć.
-Zostaw mnie w spokoju- teraz w głosie Keisy'ego wyraźnie można było wyczuć wilgoć. Wiedziałem, że płacze. Wiedziałem, że jego słowa nie są niczym innym, jak tylko wyrazem kapitulacji, cichą prośbą o to, by Fenicio już przestał. Tak się jednak nie stało.
-Pokaż ręce- powtórzył Fenicio, wpatrując się w niego lodowato.
-Nie!
-Czego się wstydzisz...? Przecież wcale nie chcesz się zabić, prawda? Prawda, Keisy?- mężczyzna chwycił go za rękę, a ten szarpnął się chaotycznie, usiłując wyrwać.
-Zostaw mnie!
-Dlaczego? Dlaczego nie chcesz wszystkim pokazać swoich rąk...?
-Daj mi spokój!
Zaczęli się ze sobą szarpać. Keisy wstał, ale i tak nie mógł się mierzyć ani ze wzrostem, ani z siłą Fenicia. Nie był w stanie się od niego uwolnić. Łzy ściekały mu po policzkach, a on starał się jedynie trzymać za swój rękaw i nie pozwolić mężczyźnie, by ten go podciągnął.
A ja nie byłem już w stanie dłużej na to patrzeć.
-Fenicio!- tyle. Tylko na tyle było mnie stać. Na krzyk, pełen przerażenia krzyk, który nie stanowił nawet żadnego realnego protestu.
-Zostaw go!
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, kto wypowiedział te słowa. Obejrzałem się za siebie i spostrzegłem Bella, który ruszył w stronę Fenicia, szybkim krokiem. Był wściekły. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Rozdzielił ich bez zbytniej trudności i stanął pomiędzy nimi, ale nie było już potrzeby nikogo rozgraniczać. Keisy odwrócił się na pięcie i wybiegł, starając się ukryć swoje łzy. Fenicio triumfował.
-Keisy!- krzyknął jeszcze za nim Bello, ale ten już zniknął za drzwiami sali- Co ty wyrabiasz, do kurwy nędzy?!- warknął ze złością w kierunku Fenicia, który nie zdawał się być tym specjalnie poruszony. Wprost przeciwnie. Uśmiechał się z zadowoleniem, jakby to, do czego doprowadził, zupełnie go nie obchodziło.
-O co ci chodzi...?- zapytał iście niewinnie.
-Dobrze wiesz o co! Tyle razy cię prosiłem, żebyś zostawił go w spokoju! Doprowadzasz go do szaleństwa! W końcu naprawdę strzeli mu do głowy coś głupiego! On się przez ciebie zabije, nie rozumiesz tego?!
Fenicio wyglądał na człowieka, który rozumiał to doskonale.
Rozumiał i jednocześnie zupełnie go to nie obchodziło.
-Przeze mnie...?- zaśmiał się lodowato, unosząc brew w pełnym politowania geście- Też coś... A może opowiem mu o tobie...?- zapytał nagle, a w jego oczach zabłysły iskierki złośliwości- Jak myślisz, Bello...? Przez kogo się zabije, jeżeli pozna prawdę...?
-Przestań.
-Dręczą cię wyrzuty sumienia?
-Przestań!- krzyknął Bello, wyraźnie zdenerwowany.
Fenicio umilkł, wykrzywiając jedynie wargi w jakimś pełnym pogardy wyrazie.
-Dlaczego to robisz...?- zapytał z niezrozumieniem mężczyzna.
-Bo mnie to bawi- odparł szatyn, po czym uśmiechnął się cynicznie i wyminął Bella, nie omieszkawszy go przy tym zdzielić w bok, a następnie ruszył w kierunku wyjścia.
Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę w bezruchu, po czym zaklął głośno i odwrócił się gwałtownie w moim kierunku. Gdy mnie zobaczył, zamarł ponownie, tym razem z zaskoczenia.
-Cissy...- rzucił cicho.
-Cześć- odparłem niepewnie, wpatrując się w niego z napięciem. Nie miałem pojęcia, jak się właściwie zachować ani co powiedzieć. Miałem wrażenie, że stałem się świadkiem rozmowy, której wcale nie powinienem usłyszeć. Nie miałem pojęcia, o czym mówił Fenicio i czy Bello rzeczywiście miał jakieś tajemnice przed Keisy'm, ale chyba wolałbym o tym nie wiedzieć. Teraz czułem się jakoś nieswojo i dziwnie.
-Cześć...- odpowiedział, już ze swoim zwyczajowym spokojem, chociaż widać było, że wciąż jest zdenerwowany. On chyba też nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć, bo w końcu mruknął coś niezrozumiale i odszedł.
Siedziałem przez kilka minut przy barze, zastanawiając się nad tym, co usłyszałem.
Bardzo chciałem odrzucić to wszystko w niepamięć albo najzwyczajniej w świecie uznać za sprawę, która nie powinna mnie w najmniejszym stopniu dotyczyć, ale nie byłem w stanie.
Czy Bello mógł być nieszczery z Keisy'm...?
Odpowiedź wydawała się być oczywista.
Przecież wszystko tutaj było iluzją, złudzeniem, jednym, wielkim kłamstwem, budowanym przez ludzi, którzy od miesięcy nie wychodzili z tego miejsca, którzy byli na siłę ograniczeni do swoich własnych spraw i sprawek, własnych porachunków... Dlaczego więc tak bezkrytycznie przyjąłem, że uczucia Bella do Keisy'ego są prawdziwe i że ten jest wobec niego szczery...?
W tym momencie przypomniał mi się Red.
Przypomniały mi się moje wszystkie wątpliwości, które teraz zdawały się być jeszcze bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek wcześniej.
Pomógł mi. Był ze mną.
Ale po co? Dlaczego?
Z jakiego powodu w ogóle się przy mnie pojawił...? Miałem tak po prostu uwierzyć, że to, co zaszło pomiędzy nami pierwszego dnia, było jedynie splotem przeróżnych okoliczności i ostatecznie właściwie dziełem przypadku...? Nie. To oczywiste, że nie. Więc po co do mnie przyszedł? Czego chciał? Dlaczego wybrał akurat mnie?
Pokręciłem głową, jakbym chciał odgonić od siebie nieprzyjemne myśli. Nie chciałem dochodzić do prawdy. Miałem wrażenie, że strasznie by mnie rozczarowała. Więc wolałem nie wiedzieć. Osoba Red była wszystkim, co jeszcze trzymało mnie przy zdrowych zmysłach, o ile rzeczywiście nie oszalałem.
Chciałem go widzieć. Myślałem o nim. Czułem to dziwne, charakterystyczne uczucie w podbrzuszu, gdy tylko go sobie wyobrażałem.
A jednocześnie...
A jednocześnie wciąż było we mnie zbyt dużo lęku. Zbyt dużo wątpliwości, zbyt dużo obaw.
Ufałem mu. Ufałem mu tak bardzo, że gdyby przyszedł tutaj teraz i kazał mi zrobić coś dziwacznego, pewnie bym to zrobił. Ale to nie było zaufanie, które wynikało z naszych relacji, z naszej bliskości, z jakichś głębszych uczuć... A raczej zaufanie oparte na bierności. Pewien rodzaj rezygnacji i chęć powierzenia własnego losu w cudze ręce, bo samemu nie jest się już w stanie nad nim zapanować.
… Ja po prostu nie chciałem zostać sam.
Za ladą nagle pojawił się Thomas. Spojrzałem na niego ukradkiem i natychmiast spuściłem wzrok. Mężczyzna obok mnie wychylił się z krzesła i zaczął chaotycznie mówić:
-Thomas, potrzebuję czegoś... Proszę, nie mogę już wytrzymać, przysięgam, że nikomu nic nie powiem, tylko mi coś załatw... Ja tu zwariuję.
-Poczekaj na swoją kolej- odparł jedynie lodowato mężczyzna.
-Nie! Dają mi zbyt mało, nie jestem w stanie wytrzymać całego miesiąca, rozumiesz?! Musisz mi coś załatwić! Nie wytrzymam dłużej!
-Nie.
-Zabiję się!- aż podskoczyłem, gdy uderzył dłońmi w ladę, podnosząc się gwałtownie z miejsca- Zabiję, rozumiesz?! Nie jestem w stanie tak dłużej żyć! I wtedy zobaczymy! Zobaczymy jak wszyscy dacie sobie beze mnie radę! Co?! Nic nie mówisz?! Świetnie! Idę się zabić! Zabiję się, a wtedy...
-Powodzenia- przerwał mu Thomas.
Jasnowłosy aż prychnął z irytacji i odszedł stamtąd zamaszystym krokiem.
Wyczułem na sobie spojrzenie mężczyzny.
-Podać ci coś...?- zapytał obojętnie.
Parsknąłem cicho z rozgoryczeniem.
O, tak.
Receptę na to, jak wydostać się z tego piekła...

Zatrzymałem się kilka kroków przed wejściem do sali. Odetchnąłem płytko, starając się przemóc i wejść do pomieszczenia, ale nie byłem w stanie. Wiedziałem, że jest jeszcze wcześnie, że wewnątrz nie ma zbyt wielu ludzi, że panuje tam jeszcze względny spokój. Ale mimo to, nie potrafiłem.
Ubrałem się w jakieś dżinsy i obcisłą koszulkę. Czułem się w tym źle. Czułem się źle ze samym sobą. Miałem wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, wszyscy mnie obserwują, że każdy przechodzeń obdarza mnie spojrzeniem. Płoszyłem się, odwracałem wzrok, serce zaczynało mi szybciej bić. Sam już nie wiedziałem, kto tutaj mieszka, a kto przychodzi.
… Kto jest dziwką, a kto klientem.
Na myśl o tym, co zamierzałem zrobić, robiło mi się słabo.
Chciałem się wycofać. Chciałem wrócić do siebie, zakopać się pod kołdrą i po prostu udawać, że mnie nie ma, że nie istnieję. Nic nie wydawało się proste. Wprost przeciwnie, wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej. Bo przecież obiecałem coś Red, prawda...? Przecież mi pomógł. Zaryzykował dla mnie. Nie mogłem tak po prostu uciec. Nie teraz.
Sądziłem, że mężczyzna do mnie przyjdzie. Czekałem na niego. Przez kilka godzin siedziałem na łóżku i z idiotyczną nadzieją, wpatrywałem się w drzwi, podskakując na każdy odgłos kroków na korytarzu i głośniejsze stuknięcie. Ale nie przyszedł. Poczułem się rozczarowany, opuszczony. Tak bardzo chciałem go zobaczyć, poczuć zapach jego perfum, przytulić się do niego, zapomnieć na chwilę o tym, jak bardzo się boję...
Musiałem to zrobić.
Po prostu musiałem.
Nie mogłem już dłużej uciekać, przecież sam doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.
Przełamię się i to zrobię.
Uda się.
Skoro innym to nie przeszkadza, skoro mogą to robić, to ja też mogę, prawda? Fenicio, Bello, nawet Keisy... Oni już się przyzwyczaili. Ja też się przyzwyczaję. Ja też dam sobie radę.
… Nie.
Nie dam.
Nie potrafię.
Ja nie byłem nimi.
Nie potrafiłem czerpać z tego satysfakcji ani traktować tego jako coś naturalnego.
Czułem obrzydzenie do wszystkich tych mężczyzn, którzy mnie otaczali.
Czułem obrzydzenie do samego siebie, na samą myśl o tym, że mógłbym zrobić coś podobnego.
Czy naprawdę to, co się tutaj działo, można było uznać za coś normalnego...?
Przemogłem się i niepewnie ruszyłem do przodu, po czym przekroczyłem próg sali, zatrzymując się jednak nieopodal drzwi, jakbym chciał sobie dać możliwość szybkiego opuszczenia tego miejsca. Miałem wrażenie, że serce podeszło mi do gardła. Dłonie zaczęły mi się pocić z nerwów. A przecież jeszcze nic nie zrobiłem. Nawet nie doszło do żadnej niepokojącej sytuacji.
Rozglądałem się dookoła, niemal z nadzieją. Tak bardzo liczyłem na to, że jednak uda mi się spotkać Red. Miałem wrażenie, że gdybym mógł z nim teraz porozmawiać... Chwilkę, chociaż chwileczkę... Sam nie wiem, dlaczego tak bardzo mi tego brakowało. Potrzebowałem po prostu kogoś, kto byłby w stanie mnie uspokoić, odgonić ode mnie lęk. Wiedziałem, że jeżeli teraz by do mnie podszedł, pewnie interesowałaby go tylko jedna kwestia. Pewnie próbowałby mnie nakłonić do tego, żebym wreszcie się przełamał... Ale i tak modliłem się w duchu o to, by gdzieś się pojawił.
-Cissy...?
Drgnąłem lekko i odwróciłem się. Tuż przy drzwiach, oparty o ścianę, stał Fenicio. Palił papierosa i spoglądał na mnie z lekkim uśmiechem.
-Cześć- rzuciłem niepewnie.
-Co tak marnie?- zaśmiał się lekko, chwytając mnie za ramię i przyciągając do siebie- Dobrze wyglądasz- ocenił, mierząc mnie uważnym spojrzeniem- Co jest, Cissy, co z tobą? Chyba nie spłoszyła cię ta nasza poranna wymiana uprzejmości, co?
-Nie- odparłem ledwie słyszalnie.
-Nie opowiedziałeś mi jeszcze o swoim pierwszym razie- Fenicio uśmiechnął się lekko, wpatrując we mnie z uwagą- Jak było?
-Dobrze- spuściłem wzrok. Byłem beznadziejnym kłamcą. Miałem wrażenie, że któreś z kolei pytanie mężczyzny mnie zdemaskuje, a co za tym idzie, zdemaskuje także Red. Nie chciałem tego.
-Dobrze? I tyle?- Fenicio parsknął śmiechem, wpatrując się we mnie z politowaniem- No co ty, Cissy...? Nic nie powiesz? Jaki był? Dobry? Zajął się tobą odpowiednio...? Przystojny, bogaty...? Nie wstydź się... Ja bywałem już z takimi facetami, że naprawdę nie masz czego...
-Był... Był w porządku...- szepnąłem nieśmiało, ale doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie usatysfakcjonuje mężczyzny- Bardzo przystojny... Delikatny... Czuły...- sam nie wiedziałem dlaczego, zacząłem opisywać Red- Było mi z nim dobrze- dodałem, już znacznie ciszej, czerwieniąc się lekko.
-Użył gumki?- pytanie Fenicia przywróciło mnie z powrotem do szarej rzeczywistości.
-N... Nie...- odparłem po chwili wahania.
-Nie?!- mężczyzna spojrzał na mnie tak, jakbym zwariował- Pogięło cię, Cissy?! Dopilnuj tego następnym razem, przecież nie wiadomo w czym maczał kutasa... Dużo ci zapłacił?
-Dosyć- odpowiedziałem, zagryzając nerwowo wargę.
-To znaczy...?- dopytał, unosząc brew w geście politowania.
-N... Nie pamiętam...
-Nie pamiętasz ile zostawił ci kasy?!
-N-Nie bardzo...- wyjąkałem, czując, że jestem cały czerwony ze wstydu. Wczoraj byłem tak przejęty tym wszystkim, że nawet nie zwróciłem uwagi na pieniądze i całą resztę.
-To widzę, że nieźle cię zerżnął, skoro nawet nie zwróciłeś uwagi- parsknął drwiąco, kręcąc z niedowierzaniem głową- No, no... Nasz mały Cissy stał się mężczyzną... Powiedzmy- skwitował z rozbawieniem- W każdym razie... Widziałeś Bella?
-Nie.
-Więc chyba muszę go poszukać- stwierdził, po czym mlasnął z niezadowoleniem i rzucił jeszcze krótkie- Zajęli mi wszystkie miejsca przy barze... Dasz wiarę?- a następnie odszedł, nie czekając nawet na moją odpowiedź.
Przestąpiłem z nogi na nogę. Rozejrzałem się nerwowo dookoła, zagryzając wargę. Czułem się wyjątkowo niepewnie. Nie miałem pojęcia, co robić, jak się zachowywać... Czy powinienem do kogoś podejść, czy po prostu czekać...? Pamiętałem jeszcze tego mężczyznę, który zaczepił mnie pierwszego wieczoru. Wydawał się całkiem sympatyczny... A przynajmniej tak mi się wydawało teraz, z perspektywy czasu, chociaż wcale nie zmienił się mój stosunek do tych wszystkich ludzi tutaj. Ale mimo wszystko... Gdyby udało mi się go znowu spotkać... Gdybym trafił na niego... Może nie byłoby źle. Może nic złego by się nie stało.
Odetchnąłem płytko i ruszyłem chwiejnym krokiem w głąb sali. Starałem się zachować jakieś pozory, że wszystko ze mną normalnie, ale wewnątrz cały się trząsłem. Miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę, że będę musiał dać upust mojemu lękowi, bo dłużej już tego nie wytrzymam.
Otarłem się o kogoś niechcący i odruchowo spojrzałem w górę. Jakiś mężczyzna, sam nie wiedziałem, czy klient, czy ktoś taki jak ja, zerknął na mnie niemal z obrzydzeniem i warknął mało przyjemne:
-Uważaj.
Miałem wrażenie, że skurczyłem się w sobie. Natychmiast odsunąłem się na bok, dziwnie zlękniony, chociaż sam nie wiedziałem dlaczego. Czułem się tu po prostu jak jakieś zwierzę, zaszczuty, przerażony, wpuszczony w kąt... Miałem wrażenie, że zaraz ktoś się na mnie rzuci, ktoś zrobi mi krzywdę, pobije mnie... Sam już nie wiedziałem kto. Czy ci ludzie, którzy tym wszystkim kierowali. Czy klienci. Czy po prostu mieszkający tu mężczyźni, którzy potrafili się względem siebie zachowywać tak okrutnie i  bez najmniejszego zrozumienia, że aż mnie to porażało.
Zatrzymałem się gwałtownie, gdy dostrzegłem Red. Stał jakieś kilka metrów ode mnie. Był zupełnie sam. W pierwszej chwili wydawało mi się, że po prostu mnie nie widzi, ale zaraz potem przeniósł na mnie spojrzenie i przez moment, przez ledwie kilka sekund, patrzył mi prosto w oczy. Ale nagle odwrócił wzrok.
Tak po prostu.
Bez żadnego słowa.
Żadnego znaku, że powinienem do niego podejść.
Że w ogóle mnie poznaje...
Znowu miałem wrażenie, że zachowuje się tak, jakby w ogóle mnie nie znał. Nie miałem pojęcia dlaczego, ale nie podszedłem do niego. Starałem się sobie wmówić, że po prostu nie chce, by nas ze sobą łączono ze względu na jakieś okoliczności, o których jeszcze nie wiedziałem, ale i tak poczułem się osamotniony i jeszcze bardziej zdenerwowany niż wcześniej.
Teraz miałem poczucie, że po prostu muszę to w końcu zrobić.
Że muszę się przełamać.
Żeby zobaczył, że jestem w stanie to zrobić.
… Żeby zrozumiał, że jego pomoc nie poszła nadaremno.
Odszedłem prędko z tamtego miejsca. Przeniosłem się na drugi koniec sali i zająłem miejsce na jednej z kanap. Zbierało się coraz więcej osób. Pomieszczenie wypełniły dźwięki łagodnej muzyki i szum rozmów, śmiechów, igraszek... Znowu poczułem się jak zbędny element, wepchnięty na siłę do układanki, do której wcale nie pasowałem. To nie było miejsce dla kogoś takiego jak ja.
Obok mnie wylądowała nagle jakaś całująca się zaciekle para. Wzdrygnąłem się lekko i natychmiast poderwałem z miejsca, nie wiedząc, co innego mógłbym zrobić.
-Nie krępuj się- parsknął z rozbawieniem jeden z mężczyzn, spoglądając na mnie z lekkim uśmiechem, po czym powrócił do warg swojego towarzysza.
Zagryzłem niepewnie wargę i ruszyłem w kierunku baru. Kompletnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić ani gdzie się podziać. Miałem wrażenie, że zaraz będę świadkiem podobnych zdarzeń jak pierwszego wieczoru. Nie chciałem tego. Chciałem stąd wyjść, wrócić do pokoju i raz jeszcze zniknąć dla całego świata, przynajmniej w swojej wyobraźni... Chciałem po prostu poczucia bezpieczeństwa.
Ku mojemu zdumieniu, za barem nie siedział Thomas, ale jakiś inny mężczyzna, którego nawet nie kojarzyłem. Wszystkie miejsca były zajęte. Tuż przy końcu lady, siedziało dwóch mężczyzn, zwróconych twarzami do siebie. Jeden z nich trzymał rękę na kolanie drugiego. Drugi natomiast był panem w średnim wieku, w okularach i eleganckiej marynarce. W tym przypadku nie miałem żadnego problemu z rozpoznaniem kto jest kim. Wyglądali na mocno sobą zajętych. Pierwszy z nich sprawiał wrażenie niewiele starszego ode mnie.
Nie ruszyłem się z miejsca. Nie wiedziałem, dokąd właściwie mógłbym się jeszcze udać. Wciąż gryzłem nerwowo wargę i rozważałem powrót do siebie, ale ostatecznie za każdym razem z tego rezygnowałem. Wciąż miałem w sobie jakieś poczucie obowiązku względem Red. Poczucie, że muszę to wreszcie zrobić, bo teraz nie chodziło już tylko o mnie, ale także o niego.
Dostrzegłem, że ów starszy mężczyzna zerknął na mnie ukradkiem.
Nie minął długi czas aż zrobił to po raz kolejny.
Ja również spojrzałem na niego odrobinę niepewnie.
On najwyraźniej przestał się krępować, bo po kilku podobnych zerknięciach, zaczął się we mnie wpatrywać niemal przez cały czas. W pierwszej chwili odwróciłem wzrok, ale kilka sekund później przełamałem się i ponownie przeniosłem na niego wzrok. Czułem się jeszcze bardziej przerażony niż wcześniej. Miałem jakieś dziwne przeczucie, że powinienem stąd natychmiast iść i dać sobie spokój.
Mężczyzna podniósł się z miejsca. Jego towarzysz spojrzał na niego z lekkim zdumieniem i powiedział coś, czego nie mogłem usłyszeć, ale on już na to nie zareagował i podszedł prosto do mnie.
-Witaj- uśmiechnął się krótko, chociaż trudno było się doszukiwać w tym wyrazu jakieś serdeczności. Miałem wrażenie, że zrobił to wręcz odruchowo- Jesteś sam...?- dopytał, wpatrując się we mnie badawczo. Niemal czułem, jak jego wzrok ślizga się wzdłuż mojej sylwetki. Poczułem się nagle tak okropnie skrępowany, jakbym stał przy nim zupełnie nagi. Było mi strasznie gorąco i ledwie mogłem coś z siebie wydobyć ze zdenerwowania.
-Tak... Ale pan nie jest...- udało mi się w końcu z siebie wycisnąć. Schowałem drżące dłonie do kieszeni spodni.
-Harold- przedstawił się, nieco chłodnym tonem- Ja...? Ależ skąd, jestem tu zupełnie sam...- zerknąłem na siedzącego przy barze chłopaka, który nawet nie spoglądał w naszą stronę, pochłonięty rozmową z kimś innym- Szukam kogoś, kto dotrzymał by mi towarzystwa... Miałbyś ochotę...?
-Mh... Mhm...- wymamrotałem ledwie słyszalnie.
-Świetnie- skwitował krótko- Więc...? Gdzie masz swój pokój...?
-Na górze- odparłem jedynie, odwracając się i ruszając w kierunku wyjścia. Automatycznie. Niczym robot. Mężczyzna ruszył w ślad za mną, a ja chyba jeszcze nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, na co się właśnie zgodziłem. To wszystko działo się tak szybko... Tamten mężczyzna, którego spotkałem pierwszego dnia, był zupełnie inny. Chciał ze mną rozmawiać, zagadywał mnie... Temu najwyraźniej na tym nie zależało.
Dopiero, gdy wyszliśmy z sali, oprzytomniałem.
Dopiero wtedy zrozumiałem, dokąd idę.
Z kim idę.
Po co...
Odetchnąłem płytko i ruszyłem po schodach na górę, starając się zachować względny spokój. Wszystko we mnie drżało. Wszystko krzyczało ostrzegawczo, kazało zawracać, uciekać, zostawić tego faceta i po prostu zrezygnować, zanim będzie za późno...
Nie zrobiłem tego.
Czułem się dziwnie oszołomiony, wszystkie sygnały i dźwięki zdawały się docierać do mnie z opóźnieniem. Droga do pokoju zdawała się dłużyć w nieskończoność, a ja i tak z chwili na chwilę zwalniałem, chcąc jeszcze bardziej odwlec moment podjęcia odpowiedzialności za decyzję, którą podjąłem.
-Szybciej, do diabła...- zirytował się w pewnym momencie mężczyzna- Może jeszcze się nie zorientowałeś, ale nie mam dla ciebie całej nocy...
-Przepraszam- odparłem, zduszonym z przerażenia głosem.
Stanęliśmy w końcu przed właściwymi drzwiami.
Uchyliłem je i wszedłem niepewnie do środka. Mężczyzna również przekroczył próg i natychmiast zamknął za nami drzwi, po czym zdjął swoją marynarkę i zawiesił ją na oparciu łóżka.
-Nie pobrudź jej- ostrzegł mnie natychmiast, mało przyjaznym tonem- Kosztowała więcej, niż ty kiedykolwiek widziałeś na oczy.
-Postaram się- szepnąłem, po czym przełknąłem głośno ślinę, obserwując, jak mężczyzna bez żadnego skrępowania rozpina swoją koszulę. Sam zupełnie nie miałem pojęcia, co robić, a jego nastawienie też wcale mi nie pomagało. W końcu zaryzykowałem i rzuciłem ciche, pełne spłoszenia- Robię to pierwszy raz...
-Co takiego?- mruknął, zerkając na mnie ukradkiem, jakby nie zrozumiał- Uprawiasz seks?
-Nie... Pierwszy raz robię to... Tutaj...- wyjaśniłem. Sam nie wiedziałem, na co właściwie liczyłem. Może miałem nadzieję, że stanie się trochę łagodniejszy i mniej szorstki.
A może wprost przeciwnie...
… Że zirytuje go to tak bardzo, że stąd wyjdzie i zostawi mnie w spokoju...
-No i?- odparł obojętnie- Seks jak seks. Co za różnica gdzie?
Raczej co za różnica z kim.
Wzruszyłem niepewnie ramionami.
-O co chodzi? Nie wiesz, jak to się robi?- parsknął z politowaniem, unosząc brew. Zsunął koszulę ze swoich ramion, wciąż wpatrując się we mnie, jakby rozbawiony własnymi słowami- Na co czekasz? Rozbieraj się!
Drżącymi dłońmi chwyciłem za brzeg swojej koszuli i zdjąłem ją z siebie wyjątkowo powolnym ruchem. Czułem się wyjątkowo niekomfortowo, skrępowany i zlękniony. Nie miałem pojęcia, jak powinienem się zachować.
-Boże jedyny, trafił mi się jakiś cnotliwy chłopaczek...- mężczyzna prychnął pogardliwie- Słowo daję, mogłem wybrać tamtego...
Te słowa rozbiły mnie zupełnie.
Poczułem się fatalnie.
Jak przedmiot.
Jak zwykły przedmiot, który nie spełnia wymagań właściciela i staje się obiektem jego złości i narzekań.
Ale przedmiot przecież nic nie czuje, prawda...?
-Chodź tu, chłopcze- chwycił mnie za ramię i przyciągnął do siebie mocno, bez zbytnich ceregieli, a następnie ujął moją dłoń i wsunął ją pod swoje spodnie- Dotykaj mnie. Dotykaj mnie, słyszysz?!- warknął ze złością, ale ja jedynie odwróciłem wzrok, nie będąc się w stanie zdobyć na cokolwiek więcej. Sapnął z poirytowaniem- Co to ma być, do diabła...? Nie umiesz się mną porządnie zająć...?- milczałem przez dłuższą chwilę, po czym przemogłem się wreszcie i nachyliłem lekko, by złożyć delikatny pocałunek na jego szyi. Nie spodobało mu się to- Świetnie...- mlasnął z niezadowoleniem i odsunął się ode mnie- Jeżeli to wszystko na co cię stać, to możesz się równie dobrze położyć na łóżku i po prostu czekać... Słowo daję, pierwszy raz widzę coś takiego... Jesteś w ogóle facetem, co? Jak zdejmę ci spodnie to znajdę tam fiuta czy cipę...?
Nie odpowiedziałem.
Zgodnie z jego słowami, położyłem się na łóżku i przymknąłem powieki. Nadal czułem się okropnie zdenerwowany i przerażony, ale cieszyłem się, że nie muszę go dotykać.
Obrzydzał mnie.
Już po chwili poczułem, jak łóżko ugina się pod jego ciężarem.
-Na brzuch- wydał mi krótkie polecenie.
-Wolałbym...
-Na brzuch!- powtórzył ostro, a ja zagryzłem nerwowo wargę i spełniłem jego polecenie- Nie przyszedłem tutaj targować się z jakimiś chłopaczkami... Ja płacę, ja decyduję.
I znowu to samo.
Jakbym był niczym więcej, jak tylko rzeczą.
Czyimś zamówieniem.
Rozpiąłem rozporek i zsunąłem z siebie spodnie, oddychając z trudem i mając coraz większą ochotę uciec stamtąd jak najdalej.
-Proszę użyć prezerwatywy...- szepnąłem jedynie płaczliwie, mając w pamięci słowa Red i Fenicia.
-Oczywiście, że użyję... Masz mnie za kretyna, chłopcze...?- jego głos wciąż pobrzmiewał chłodem i pogardą- Mam własne. Słyszałem już zbyt dużo barwnych historyjek o tym, jak tu sobie żyjecie, żeby ryzykować...
Przez kilka minut słyszałem po prostu, jak wierci się na łóżku, ale w pewnym momencie otarł się męskością o moje pośladki. Poczułem się po prostu obrzydliwie. Skrzywiłem się mimowolnie, z trudem powstrzymując się od płaczu. Powtórzył ten ruch jeszcze kilkanaście razy, cały czas zwiększając tempo, a w pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, wszedł we mnie mocno.
Krzyknąłem głośno, czując rozdzierający mnie od środka ból. Nawet na to nie zareagował. Nie przygotował mnie, nie powiedział ani słowa... Od razu zaczął się we mnie poruszać. Szybko, gwałtownie, bez najmniejszej delikatności... Z każdym jego ruchem czułem się tak, jakby coś rozsadzało mnie od wewnątrz. Zaciskałem mocno powieki i jęczałem głośno z bólu, który promieniował wzdłuż całego mojego kręgosłupa, ale jego zdawało się to zupełnie nie interesować.
Nie wiem, ile czasu trwało, nim skończył.
Opadłem na pościel, nie będąc w stanie się ruszyć.
Czułem łzy na swoich policzkach.
Wszystko okropnie mnie bolało.
-Wstawaj, chłopcze...- jego głos był dziwnie przytłumiony, jakby dobiegał z daleka- Co z tobą...?
Nie odpowiedziałem.
-Zostawiam ci pieniądze- poinformował mnie krótko. Widziałem jedynie, jak sięga po swoją marynarkę- Nie licz na wiele...- dodał chłodno- Miałem nadzieję trafić na chłopaka, a nie kukłę...
Trzask drzwi upewnił mnie w tym, że mężczyzna wyszedł.
Z trudem podniosłem się do pozycji siedzącej.
Drżącą dłonią sięgnąłem po swoją koszulkę i nałożyłem ją na siebie.
Wstałem i podciągnąłem spodnie.
Wciąż czułem pulsujący ból, rozchodzący się falami wzdłuż kręgosłupa.
Nie wiedziałem, co czuję.
Nie potrafiłem tego w żaden sposób określić.
Chyba byłem w jakimś szoku.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje.
Niemal automatycznie wyszedłem z pokoju i ruszyłem chwiejnie wzdłuż korytarza.
Nie wiedziałem dokąd idę.
Nie wiedziałem, co tak właściwie zamierzam zrobić.
Nagle, zza rogu, wyłonił się Red.
Zamarłem w bezruchu. On również się zatrzymał, ledwie kilka kroków ode mnie, wpatrując się we mnie z mieszaniną zdziwienia i zaniepokojenia.
-Piękny...?- zaczął cicho.
Jego głos przywrócił mnie do rzeczywistości na krótką chwilę.
-Co się stało...?- zapytał, podchodząc do mnie prędko i natychmiast chwytając mnie w ramiona- Piękny, co się stało?- powtórzył już bardziej stanowczo, wpatrując się we mnie z uwagą- Ktoś zrobił ci krzywdę...?
Chciałem coś powiedzieć.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie. Po prostu wybuchnąłem głośnym płaczem i wtuliłem się w niego mocno. Trzeźwość umysłu zniknęła. Przestałem zupełnie myśleć o tym, co się stało. Modliłem się o to, by mnie od siebie nie odsuwał, by pozwolił mi trwać w tym uścisku choćby całą wieczność...
-Piękny... Powiedz mi, co się stało...- powtórzył raz jeszcze, tym razem niemal błagalnie.
-Boli mnie- szepnąłem jedynie w odpowiedzi.
Wpatrywał się we mnie bez zrozumienia.
-Chodźmy stąd- rzucił w końcu cicho i nie zważając nawet na mój jęk protestu, objął mnie delikatnie i zaprowadził z powrotem do pokoju. Wczepiłem się w jego szatę, nie zamierzając pozwolić mu się odsunąć ani na chwilę. Sam nie wiedziałem, co tak naprawdę chciałem uzyskać. Po prostu nie chciałem, by mnie zostawił...
Przecież zrobiłem o co prosił...
Nie powinien mnie już zostawiać, prawda...?
-Wszystko będzie dobrze...- powiedział, ale ja nie wierzyłem. Uśmiechnąłem się jedynie lekko, uśmiechem szaleńca, a on spojrzał na mnie z przerażeniem- Słyszysz mnie...? Będzie dobrze, obiecuję... To pierwszy raz... Bywa trudno, po prostu miałeś pecha... Rozumiem, że...
-Boli mnie- powtórzyłem jedynie. Kręciło mi się w głowie.
Red zmarszczył brwi. Spoglądał na mnie przez dłuższą chwilę, po czym chwycił mnie delikatnie za dłoń i wprowadził do łazienki. Obserwowałem to wszystko jak przez mgłę. Zdjął ze mnie koszulkę i zaczął oglądać mnie z każdej strony. Później rozpiął rozporek moich spodni i zsunął je ze mnie ostrożnie, robiąc dokładnie to samo. W końcu przeszedł do bielizny...
-Boże...
Jego kolejnym słowem było jedynie głośne przekleństwo.
-Kto to był?- zapytał, wpatrując się we mnie z uwagą- Kto to był, Piękny?
-Nie wiem...- szepnąłem cicho. Czułem się dziwnie. Jakbym był senny. Jakbym w ogóle nie rozumiał, co się tutaj działo, gdzie się znajdywałem, po co, dlaczego... Dziwnie. Po prostu dziwnie.
-Skurwiel! Cholerny skurwiel!- syknął ze złością, po czym spojrzał na mnie z niepokojem, a następnie przycisnął mnie do siebie kurczowo i złożył delikatny pocałunek na moim czole- Wszystko będzie w porządku, rozumiesz...?- patrzył mi prosto w oczy, ale ja wciąż nie widziałem w nich szczerości ani przekonania- Źle trafiłeś, ale... Och, Boże... Wejdź pod prysznic.
Spełniłem jego polecenie. On rozebrał się całkowicie i po kilku chwilach dołączył do mnie. Kabina była tak mała, że ledwie mieściliśmy się tam obaj, ale cieszyłem się, że był przy mnie.
Włączył wodę.
Aż syknąłem z bólu, gdy poczułem, jak obmywa dolne partie mojego ciała.
-Spokojnie, Piękny...- szepnął miękko- Spokojnie... Wszystko jest już dobrze... Jestem z tobą...
Rudowłosy obmywał dokładnie moje ciało, kawałek po kawałku, z niezwykłą wprost czułością i delikatnością. Otrzeźwiło mnie to. Powoli zyskiwałem pełną świadomość wszystkiego tego, co się wydarzyło... Wychodziłem z szoku. Zaczynałem rozumieć, co się stało. Zaczynałem zdawać sobie sprawę z tego, co oznacza owo nieznośne pieczenie, które czułem... Ale to niczego nie ułatwiało. Wprost przeciwnie.
Bo woda zmywała powoli ślady na moim ciele, ale nie była w stanie zrobić nic z tym, co czułem w sobie. Obrzydzenie, wstręt do samego siebie, niechęć... To nie znikało. Z chwili na chwilę stawało się coraz bardziej uciążliwe.
Nie wytrzymałem.
Po raz kolejny zacząłem płakać, tym razem jednak w pełni świadom tego wszystkiego, co się wydarzyło.
Świadom tego, do czego sam doprowadziłem...
Nie powinienem był.
To nie dla mnie.
Nie dla mnie!
Dlaczego w ogóle to zrobiłem?!
-Piękny, proszę...- szepnął cicho Red, muskając delikatnie moje usta- Nie płacz.
Pokręciłem jedynie głową, wciąż łkając nieprzerwanie.
Czułem się okropnie.
Z tym co zrobiłem, sam ze sobą, z całym światem...
Czułem się okropnie, gdy przypominała mi się twarz tego mężczyzny, gdy przypominały mi się jego słowa, pełne pogardy spojrzenie...
… Ale czy to naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie...?
Czy gdyby ktoś potraktował mnie lepiej, czy gdyby potraktował mnie dobrze, cokolwiek by to zmieniało...?
Czy wtedy nie zasługiwałbym na to samo miano, na które zasługiwałem teraz...?
Czy nie można byłoby mnie nazwać dziwką...?
Nie.
To nie zmieniało niczego.
Ból fizyczny zdawał się jedynie uwydatniać to, co czułem w środku.
Nienawidziłem się.
Nienawidziłem tego miejsca, tych wszystkich ludzi...
Przez chwilę nienawidziłem nawet Red, chciałem go obarczyć winą za to wszystko, co się wydarzyło, ale nie mogłem...
Przecież mi pomógł...
Przecież sam w tym wszystkim tkwił...
Nie mógł zrobić niczego innego...
To nie jego wina, że stałem się tym, kim się stałem.
Nikim.
Po prostu nikim.
Red zakręcił wodę i wyszliśmy obaj spod prysznica. Opatulił mnie szczelnie ręcznikiem i nie mówiąc ani słowa, wrócił ze mną do sypialni, a następnie zgasił światło i ułożył się w łóżku, tuż obok mnie, zupełnie nagi.
Milczałem.
Nie miałem siły.
Ani pytać, ani z nim rozmawiać... Ani nawet go dotykać.
Nie czułem się godny.
Czułem się... Zepsuty.
Zbrukany.
Nie byłem mu w stanie nawet spojrzeć w oczy.
Czułem się tak, jakbym go zdradził.
Nieważne, jak to brzmiało.
Nieważne, jak on to traktował, jak traktowali to ci wszyscy ludzie, jak mało go to obchodziło...
Nieważne, że on sam robił dokładnie to samo.
Zdradziłem go.
Coś we mnie drgnęło boleśnie z bólu i rozgoryczenia sprawiając, że miałem ochotę rozpłakać się po raz kolejny.
Nie odzywałem się ani słowem.
Red również milczał. Zupełnie tak, jakby czuł, że tego właśnie potrzebuję najbardziej.
Po chwili przysunął się do mnie bliżej i musnął delikatnie moje usta. Wahałem się przez moment, ale ostatecznie odwzajemniłem owo muśnięcie, przekształcając je stopniowo w niemal zachłanny pocałunek. Chwyciłem go za ramiona, przyciskając się do niego mocno. Chciałem zapomnieć. Utonąć w jego wargach. Zatracić się w jego pocałunku. Wmówić sobie, że wszystko jest w porządku, że nie zrobiłem nic nieuczciwego, że tak właśnie powinno być...
Nie potrafiłem.
Red przeniósł pocałunki na moją szyję, a następnie tors.
Nie czerpałem z tego żadnej przyjemności. Nie czułem niczego, zupełnie tak, jakby moje ciało przestało reagować na jakiekolwiek bodźce. Miałem jednak wrażenie, że jest mi to potrzebne. Jakby jego usta zacierały ślady dłoni tego mężczyzny. Jakby jego dotyk sprawiał, że mógłbym o tym tak po prostu zapomnieć.
W końcu przestał i powrócił na krótką chwilę do moich warg, by ponownie przytulić mnie do siebie mocno.
-Jak się czujesz...?- zapytał w końcu szeptem.
-Dobrze...- odpowiedziałem cicho. Nie było w tym ani krzty prawdy. Po prostu czułem, że powinienem tak odpowiedzieć. Że tak właśnie wypada.
-Przykro mi, że tak się stało, Piękny... Nie sądziłem, że... Wydawało mi się, że trafisz lepiej... Rozumiem, że to złe doświadczenie, ale nie powinieneś się wycofywać... Nie możesz tego zrobić.
-Wiem.
Red uniósł się na łokciu, wpatrując się we mnie z uwagą, po czym zaczął:
-Takie rzeczy czasem się zdarzają... Powinieneś im kazać używać nawilżacza... Nie jesteś jeszcze w pełni gotowy... Piękny... Spójrz na mnie- poprosił cicho, a ja przeniosłem na niego nieco spłoszony wzrok- Zależy mi na tobie. Bardziej niż sądzisz. I dlatego nie chcę, żeby coś ci się stało... Rozumiesz? Jesteś dla mnie bardzo ważny. Najważniejszy z nich wszystkich.
… Kłamstwo.
Jakie piękne kłamstwo.
Uśmiechnąłem się mimowolnie, ale w owym uśmiechu nie czaiła się żadnego rodzaju kpina czy poirytowanie. Wprost przeciwnie. To był niemal radosny uśmiech. Uśmiech człowieka, który właśnie usłyszał coś, co chciał usłyszeć. Coś, czego akurat potrzebował.
Ja potrzebowałem tego kłamstwa.
Potrzebowałem jego.
Jego pocałunków.
Bliskości.
Zapachu jego ciała.
Potrzebowałem się do niego przytulić i czuć, że jest tuż obok.
Potrzebowałem tego wszystkiego i wierzyłem w to jak w najszczerszą prawdę.
Wtuliłem się w niego mocno, skrywając dłoń w jego szyi.
Czułem, jak jego klatka piersiowa unosi się miarowo, słyszałem bicie jego serca, spokojny oddech i sam stopniowo się uspokajałem.
-Teraz będziesz musiał zająć się robotą ustną.
… Umierałem.

5 komentarzy:

  1. wiele myśli mam w głowie po przeczytaniu tego opka. Najbardziej wstrząsnęła mnie dawka emocji, jestem empatyczna dlatego odebrałam wszystko dwa razy mocniej.. I czuję lekki wstrząs. Chyba kolejny raz się powtórzę ale emocje piszesz niesamowicie. Sama to kocham więc moja miłość jest tu jak najbardziej na miejscu. Tylko mam małe ale. Emocje są piękne, ale nie można z nimi przesadzić. Przyznam szczerze, że w pewnych momentach już trochę mnie nużyły długie rozmyślenia Cissy'ego. W zasadzie jeden problem rozważa na wiele sposobów i to jest prawidłowe. Dostrzega nowe rzeczy i je przeżywa ale jest tego o ciupinkę za dużo. Wtedy brakuje mi dialogów. Wiem jak to jest jak człowiek piszę i jest tak pochłonięty przeżywaniem tego co czuje postać ale trzeba trochę przyhamować. To takie moje spostrzeżenie, w zasadzie nie wiem czy mam racje ale to jest coś co mi zaczęło przeszkadzać w czytaniu. Nie wiem czy bierzesz pod uwagę takie opinię ..no ale to nie zmienia faktu, że świetnie piszesz :)
    no dobra ale scena seksu Cissy'ego z tym ''dziadkie'' i jego emocje, odczucia sprawiły, że czułam łzy w oczach i uścisk w gardle. Jestem bardzo ciekawa co stanie się dalej. Poruszasz zawsze ciężkie tematy i to także mnie przyciąga. He kiedyś mi ludzie zarzucali, że za bardzo maltretuje swoje postacie.. no ale tak potrafię opisać emocje. Może to błędne myślenie, bo także i radość,szczęście są tymi emocjami, które można pięknie opisać, poruszając do głębi czytelnika. Ale chyba to te ..hmm smutniejsze emocje potrafią wstrząsnąć na prawdę mocno? Bo chyba ból przypomina nam, że żyjemy? Może w innym znaczeniu niż radość ale tak bardziej cieleśnie.. Jestem ciekawa jak sama podchodzisz do tego, jak odbierasz swoje opowiadanie, emocje, które w nich zawierasz. Nie musisz odpowiadać jak nie chcesz :)
    ale wracając do opka czekam na kolejny rozdział ! zauważyłam ,że lubisz swatać młodszych ze starszymi :)tak?

    pozdrawiam
    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  2. Kohaku - zdaję sobie sprawę z tego, że czasem jest za dużo rozważań, ale chyba trzeba to po prostu przeżyć albo przewinąć :). To znaczy ja nie cenzuruję samej siebie i jak mam ochotę o czymś pisać - po prostu piszę. Czasem czuję, że jest tego za dużo, ale nie chcę usuwać tego, co już zrobiłam, a uważam za udane. Są opowiadania, gdzie podstawą są dialogi i są opowiadania, w których skupiam się na rozmyślaniach postaci i one właściwie stanowią wyjście do wszystkiego, co się będzie działo. To raczej należy do tego drugiego rodzaju :). Co do przeżywania emocji... Cóż. Staram się czuć wszystko to, co czują w danym momencie postaci, o których piszę i rozumieć je w stu procentach, nawet jeżeli nie rozumieją ich czytelnicy :). A co do swatania... Hmmm... ^^". Nie wiem, mówiąc szczerze. Coś w tym może być, chociaż ja się celowo na to nie upieram, po prostu czasem przychodzi mi coś do głowy i rzeczywiście często zdarzają się takie mieszanki wiekowe :). Cóż zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. rozumiem, w końcu jakbyś miała skracać, to sama odczułabyś zapewne, że zaczyna czegoś brakować. A najgorsze jest jak na samym końcu autor nie jest zadowolony ze swojej pracy. Zniechęcenie jest czymś zabójczym dla twórczego ducha. Tak więc nie będę zmuszać, bo także rozumiem Twój punkt widzenia. Moze to kwestia czytania opowiadania jednym ciągiem i z tego wynikają moje uwagi.
    Znaczy ja rozumiem przeżywane emocje postaci, tylko pewnie taki natłok często może przytłoczyć, ale to jak pisałam wyżej pewnie wynika z czytania jednym ciągiem. Rozumiem i przeżywam :) umiejętność wniknięcia w postać jest czymś niesamowitym, a zwłaszcza jak nagle zdaje sobie sprawę, że podobnie bym zrobiła, uczyniła.
    Swatanie.. no jakoś tak mi się rzuciło w oczy, chociaż jestem w trakcie czytania dwóch opowiadań i dwóch, które na razie skończyłam z Twojego repertuaru. I na 4 w trzech właśnie jest duża różnica wiekowa między partnerami. Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak jakoś wychodzi samo :). Nie mam tego w zamiarze, jak wymyślam opowiadanie, po prostu pewien wiek odpowiada mi do pewnych postaci :D. A które opowiadania czytasz? Bo naliczyłam Drag Queen, AFY i You Found Me.

    OdpowiedzUsuń
  5. czytam jeszcze Every Me z Twojej drugiej strony :) hmm chociaż tak różnica wiekowa nie jest duża, tak samo w Drag Queen xD

    OdpowiedzUsuń