Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 5 . ~ [Drag Queen]

Proszę was, uszczypnijcie mnie.
Po prostu nie mogę uwierzyć własnym oczom…
-No, no, no…- mruknąłem, z jawną satysfakcją zachodząc mojego szefa od tyłu- Nathan Mason spóźniony.
Podskoczył nieco spłoszony i odwrócił się w moim kierunku, po czym prychnął cicho.
-I co w tym dziwnego?
-Ty się nie spóźniasz.
-A jednak. Wygląda na to, że tak jak ty. Ale wybacz, że nie wykażę podobnego zdziwienia. Jakoś nie wiedzieć czemu… Tego się spodziewałem.
Nie czekając więcej, wszedł do budynku banku, a ja ruszyłem tuż za nim.
-No tak, u mnie to normalne, ale ty zazwyczaj lubisz się chwalić punktualnością…- z moich warg wciąż nie schodził raczej mocno zadowolony uśmiech- Więc? Co takiego działo się wczorajszej nocy?
Spłonął rumieńcem i odkaszlnął, wyraźnie spłoszony.
-Zawsze wyobrażasz sobie jakieś nieprzyzwoitości, Carlton- skwitował jedynie, naciskając przycisk windy.
-Och, ja sobie wyobrażam?- parsknąłem z politowaniem, opierając się o ścianę, tuż obok niego- Ja tylko zapytałem co robiłeś w nocy.
Zagryzł nieco niepewnie wargę.
Uniosłem brew w pytającym geście, dostrzegając jak przygląda mi się z niesamowitą wprost uwagą.
I w tym momencie cichy dzwonek zakomunikował przyjazd windy.
-Okulary ci spadają- stwierdził jedynie, jakbym o to go pytał i wszedł do środka.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową, ruszając za nim.
-Nie powiesz mi?
-To twoje… Och, nie jestem nawet pewien, pogubiłem się w rachubie…- mamrotał wciąż, niezbyt konkretnie- Ale bądź pewien, że zacznę podliczać wszystkie twoje spóźnienia i…
-… I potrącisz mi je z wypłaty. Tak, tak, wiem. Czy możemy jednak wrócić do ciebie? Co robiłeś wczoraj w nocy?
Skrzywił się nieznacznie, nerwowo machając neseserem.
-Carlton… Sądzę, że to naprawdę nie jest twoja sprawa, ale jeśli musisz wiedzieć… Pracowałem.
-Wierzę- odparłem z bezczelnym uśmiechem- Bardzo długo i namiętnie. Tylko… Nad kim?
-Carlton, na litość boską!- wycedził przez zęby, gdy winda zatrzymała się na którymś piętrze i wsiadło kilku innych pracowników.
-No co? Uważasz, że jako dyrektor nie musisz tłumaczyć swoich potknięć?- prawdopodobnie jeśli nadal będę się tak uśmiechał, uzna mnie za chorego psychicznie. Albo domyśli się o co chodzi.
…  Z czego bardziej prawdopodobne jest jednak to pierwsze, zważywszy, że niezbyt przypominam wspaniałą Roxanne…
Och, świetnie.
Sam siebie nie przypominam.
Jak to o mnie świadczy?!
-Tak właśnie uważam- stwierdził, najwyraźniej starając się brzmieć chłodno, ale zamiast tego jego głos pobrzmiewał jawnym zażenowaniem- Mogło mi się zdarzyć spóźnienie, nie sądzisz? Samochód mi padł.
-Bzdura- parsknąłem cicho- Stoi na parkingu i ma się dobrze, widziałem jak podjeżdżasz.
-Po prostu nie chciał zapalić.
-Och jaaasne…
Dalej, dalej, brnij w kłamstwa.
Ja i tak wiem, kto zajął ci cały poprzedni wieczór…
… Czy też pół nocy, zależy jak na to patrzeć…
No kto?
Ja!
Znaczy…
… W sumie jakby nie do końca ja…
I byłbym bardziej zadowolony, gdybym to był naprawdę ja.
To znaczy nie żeby Roxanne nie była mną…
… Jezu.
Zauważyliście?
Zaczynam mówić o sobie samym w trzeciej osobie.
Ja naprawdę jestem chory psychicznie, albo mam rozdwojenie jaźni czy inne licho…
-Naprawdę nie wiem co cię to interesuje- uciął w końcu, wychodząc na naszym piętrze. Nie czekając ani chwili, ruszyłem za nim, zaraz zrównując się z nim krokiem.
-Wszystko co ma związek z moim szefem mnie interesuje…- stwierdziłem niemalże złośliwie. I niemalże, niestety, bardzo dobijająco, zgodnie z prawdą- Ale sądzę, że mógłbyś mi się przyznać, gdybyś sobie kogoś znalazł. Przecież chyba nie sądzisz, że jestem zazdrosny?
… Gdybym był zazdrosny o siebie, to byłoby jakby kompletnie żałosne.
Zatrzymał się na środku korytarza i spojrzał na mnie uważnie, po czym odkaszlnął cicho.
-Alex… Tak właściwie to ja…
-Spóźniłeś się?- Bookcher wyszedł ze swojego biura i podszedł szybkim krokiem do Nathana, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Przy okazji odepchnął mnie nieznacznie ramieniem, ale co tam, nie ma co podskakiwać do zastępcy dyrektora, nieprawdaż? Zresztą mam wrażenie, że on naprawdę nie ma bladego pojęcia o moim istnieniu…
-Tak- sapnął niemalże zniecierpliwiony Nathan- Co w tym dziwnego?
-Ty się nie spóźniasz!
-Na litość boską!- zirytował się wyraźnie Mason- Wydaje mi się, że jako osoba zazwyczaj punktualna, mam prawo raz w życiu się spóźnić i nie zostać przez to publicznie wychłostany?! I uważam za wyjątkową bezczelność to, że wypominają mi to dwie osoby, które spóźniają się niemalże nagminnie!
Bookcher spojrzał na mnie krótko, spojrzeniem tak nieobecnym, jakby w ogóle nie miał bladego pojęcia, że w ogóle tam stoję.
-A teraz wybaczcie, ale chciałbym się udać do pracy zamiast marnować tutaj cenny czas na wyjaśnianie tak oczywistej kwestii- rzucił, wymijając Bookchera i ruszając w kierunku swojego biura.
No, no…
Nathan Mason szaleje.
… Gdyby nie fakt, że ze mną byłbym chyba odrobinę zazdrosny…
… Chyba tak czy inaczej jestem odrobinę zazdrosny…
Cholera.
Źle ze mną.

Ziewnąłem szeroko, zarzucając torbę na ramię i wychodząc z biura.
-Carlton!
Och, ten słowiczy, urokliwy głosik.
Odwróciłem się leniwie w kierunku Nathana, unosząc jednocześnie brew w pytającym geście.
-Gdzie się wybierasz?- zapytał podejrzliwie, marszcząc brwi.
-Do toalety- mruknąłem, ruszając ponownie przed siebie- Jeżeli chciałeś wpaść na odwiedziny to poczekaj kilka minut.
Zrównał się ze mną krokiem.
-Z całą torbą?
-A to nielegalne?- udałem przemożne zdziwienie i przewróciłem oczyma- Przepraszam, wyraźnie pominąłem ten punkt w regulaminie, którego i tak raczej nie przestrzegam.
-Nie ma takiego punktu w regulaminie, ale… Po co ci cała torba?- zapytał z niezrozumieniem.
-Papier toaletowy się skończył- odparłem krótko- Zamiast szlajać się po biurach cycatych pracownic, mógłbyś się zatroszczyć o komfort pracy.
Nathan chwycił mnie za ramię, zatrzymując przy sobie.
-Co tam masz?- powtórzył, tak jakby wcale nie dosłyszał odpowiedzi.
-O rany… Nie mówiłem ci? To TE dni…
-Te dni…?- powtórzył z niezrozumieniem, unosząc pytająco brew.
-Taaaak, TE dni… To pewnie dlatego byłem ostatnimi czasy taki nieznośny… Wiesz, my kobietki mamy swoje problemy…
-Alex, na litość boską!- zirytował się nieznacznie- Nie wyjdziesz przed końcem, masz jeszcze dwa spotkania.
-Przecież nie wychodzę!- odparłem, kręcąc z niedowierzaniem głową- Moja kurtka jest w biurze, możesz sprawdzić. A jak tak dalej pójdzie, zleję się na naszą niedawno założoną wykładzinę. Zapach szczyn nie znika tak szybko, wierz mi… Nathan, mogę iść?- mruknąłem, nie do końca rozumiejąc czemu wciąż mnie przy sobie zatrzymuje.
Zaczerwienił się nieznacznie i odkaszlnął, jakby nie wiedząc co powiedzieć, wciąż jednak nie puszczając mojego ramienia.
-Co tam masz?- rzucił w końcu powoli- Alkohol? Narkotyki? Papierosy? Alex, naprawdę dużo już widziałem…
-Pornograficzne gazetki- parsknąłem z politowaniem, przewracając oczyma- Nathan, o co ci chodzi do licha?
Zawahał się przez chwilę, po czym puścił mnie wreszcie i wzruszył nieco bezradnie ramionami.
-O… O nic… Powodzenia.
Spoglądałem z osłupieniem jak rusza wzdłuż korytarza.
Ehm… Naprawdę powinienem w takim wypadku odpowiedzieć: „dziękuję”?
Rany.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową, skręcając do łazienki.
Człowiek naprawdę nie może już się odlać bez zbytnich komplikacji.
… Tudzież otworzyć swoją dopiero co przyszłą przesyłkę…
Zamknąłem się w kabinie, rozrywając papier.
Och, nie dziwcie się.
Nie chciałem paradować przez korytarze z pudełkiem z ogromną reklamą sklepu z damską odzieżą…
Zresztą…
Aaaach, jest cudowna!
Wspaniała!
Kosztowała majątek i prawdopodobnie długo jeszcze będę kwięczał, że wydałem na nią stanowczo zbyt dużo jak na swoje możliwości, ale opłacało się, cholera!
Uśmiechnąłem się z jawną dumą, chowając swój nowy nabytek z powrotem do torby.
Co zresztą coś mi przypomniało…
… A mianowicie to, że skoro dziś przyjeżdża do mnie matka to powinienem schować gdzieś kłopotliwe elementy mojej garderoby…
… No i odrobinę posprzątać…
Posprzątać!
Ugh!
To słowo napawa mnie niemalże przerażeniem.
Naprawdę nie mam pojęcia kiedy sprzątałem po raz ostatni i chyba nie było to doświadczenie na tyle przyjemne bym miał ochotę je powtarzać…
Westchnąłem ciężko, wychodząc z łazienki.
Matki to takie skomplikowane istoty.
… Nie mniej skomplikowane niż niektórzy dyrektorzy…
Nathan chyba nie potraktował poważnie mojego zaproszenia do siebie, bo stał na środku firmowego korytarza, rozmawiając z cycatą Sandrą.
… I raczej nie wyglądał na zbytnio poirytowanego…
… Bardziej na zadowolonego i zrelaksowanego.
Zgrzytnąłem zębami.
-… W gruncie rzeczy robimy jednak jakieś postępy, to bardzo dobrze… Wydajność jest naszym głównym celem- oooch błagam, Nathan! Chyba nie sądzisz, że poderwiesz ją na bredzenie o wydajności?! Na miłość boską, nie wierz w ten jej inteligentny uśmieszek, ona nawet nie wie o czym mówisz, to gest czysto wypracowany!- Nie wiem co byśmy zrobili bez ciebie… Gdyby inni pracownicy wykazywali się takim oddaniem…
… Och, na przykład ten… No… Och… Jak on ma? Cerlon? Carlon? Carlton?
O kogóż innego może chodzić, prawda?!
-Nie ma sprawy- zachichotała Sandra- Ta praca jest po prostu moją pasją…
… Tak? A ja myślałem, że chirurgia plastyczna, no patrz, ty to mnie potrafisz zaskoczyć…
-Doskonale cię rozumiem- odparł Nathan, uśmiechając się lekko.
Skrzywiłem się nieznacznie.
Och, cóż za wszechogarniająca słodycz!
Jak to dobrze, że korzystasz z rad Roxanne…
Czy też MOICH rad…
-Wiesz, znalazłam ostatnio ciekawe szkolenie… Kilka dni, nad morzem, dużo czasu wolnego, a rano zajęcia… Sądziłam, że może…
-Skończyłem!- oznajmiłem donośnie, przerywając to jakże wspaniałe planowanie przyszłego miesiąca miodowego.
-Długo ci zajęło- stwierdził Nathan, zerkając na zegarek.
-Och, zacznij mi wydzielać limity czasowe…- wycedziłem przez zęby, wchodząc do biura i zatrzaskując za sobą drzwi.
Usiadłem przy biurku, sapnąwszy aż ze złości.
No litości!
To cycata blond flądra co w niej takiego niezwykłego?!
Co w niej takiego niezwykłego, że Nathan chwali ją, a nie mnie?!
Hmm…
… Hmm…
… Może zna się na tym co robi?
Może nawet to lubi?
Może po prostu naprawdę stawia na wydajność i jej wychodzi?
Może nawet mami klientów swoimi wdziękami, ale to potrafi?
I może…
… Tylko może…
… Nie ma bałaganu w biurze i potrafi wykazać odrobinę entuzjazmu.
Westchnąłem cicho, przecierając skronie.
No dobrze, teoretycznie Nathan ma niezbyt dużo powodów, żeby mówić mi miłe rzeczy, ale jednak…
Prychnąłem cicho.
Gdybym chciał też mógłbym pracować wydajnie!
I mieć porządek w biurze!
I nawet przestrzegać regulaminu.
Phie!
… Teoretycznie nawet mógłbym spróbować.
Wiecie, nie to, że dla Nathana…
.. Czy coś…
Tak tylko posprzątałem zalegające podłogę papierki… A nawet zabrałem się za dokumenty, które miałem skserować już od baaardzo dawno temu.
… I powiem wam szczerze, że nazbierała się ich cała masa…
Przeniosłem wszystko do pomieszczenia z kopiarką i westchnąłem ciężko.
Wiecie co?
Zmieniłem zdanie.
Wydajna praca jest zupełnie nieopłacalna.
I…
Strasznie nudna!
Zacząłem wyjątkowo niechętnie kserować pierwsze strony, gdy do pomieszczenia wszedł Nathan.
-Alex…?- zapytał ostrożnie.
-Hm…?
-Ty… Kserujesz papiery?- zapytał niemalże z niedowierzaniem.
-Tak, to takie dziwne?- odparłem, zerkając na niego przez ramię z politowaniem- Ty się dzisiaj spóźniłeś- dodałem, zanim zdążył otworzyć usta żeby coś powiedzieć- Nie przyzwyczajaj się.
-W porządku- odparł gładko, skinąwszy lekko głową- Ale… Mogę się wepchnąć w kolejkę? Masz tego naprawdę dużo.
-Nie ma sprawy- mruknąłem, wzruszywszy ramionami- Daj, skseruję ci.
Podał mi papiery, a ja po chwili oddałem mu je wraz z kopiami.
Wcale nie wyszedł.
-Carlton…- odkaszlnął cicho- Chciałem ci tylko powiedzieć…
-Alex- przerwałem mu chłodno.
-Alex…- powtórzył, skinąwszy lekko głową- Chciałem ci tylko powiedzieć, że… Ty… Bardzo dobrze to robisz.
Spojrzałem na niego z osłupieniem.
-Co robię?- zapytałem z niezrozumieniem- Kseruję?
-T… Tak, między innymi…- stwierdził, poluzowując nieznacznie krawat.
-Nathan… To naprawdę nie taka trudna sprawa… Wystarczy nacisnąć kilka przycisków… Nauczę cię i ty też będziesz mógł to robić bardzo dobrze!- obwieściłem z udawaną dumą, a on zaczerwienił się nieznacznie i wyszedł.
Mówię wam, on naprawdę coś bierze.
I pewnie stąd podejrzenia co do ćpania w łazience do licha…

-Synu!- mama od progu rzuciła mi się na szyję, obcałowując mnie jednocześnie.
-Cześć- rzuciłem z uśmiechem, wpuszczając ją do środka- Na długo przyjechałaś?
Oby nie…
Wiecie, nie żebym nie tęsknił za matką, ale jej wizyta równała się odwołaniu moich wszystkich występów…
-Żeby wszystkiego dopilnować. No dosłownie kilka dni!- zaśmiała się lekko, zdejmując buty i przechodząc od razu do kuchni- Jadłeś coś dzisiaj…? Mój Boże! Lodówka jest zupełnie pusta! Dziecko, jak ty się odżywiasz…- jęknęła dramatycznie- Naprawdę aż tak mało wam płacą?
-Khem… No…- potwierdziłem jedynie, nie bardzo wiedząc co powiedzieć- A tak a propo czego właściwie dopilnować?
-Na początek twojego trybu życia! A później… Formalności.
-Formalności?- powtórzyłem z niezrozumieniem- To znaczy…?
-To znaczy, że znalazłam ci pracę, synku!- oznajmiła pogodnie- Najlepszą pracę na świecie! Będziesz zachwycony!

3 komentarze:

  1. Anonimowy7:03 PM

    Ja ie moge ten rozdział jest po prostu mega całe to opowiadanie jest mega śmieszne ..masz talent ... szkoda że Twoich opowiadań nie ma w spisie lektur ... chciałabym by były ... uwielbiam Twoją twórczość.. pozdro i absolutnie nie zmieniaj stylu pisania jest po prostu genialne.....

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:13 AM

    Zgadzam się w 100% z poprzednim komentarzem :D
    Takie lektury to by było coś. I można się pośmiać, cudo. Po prostu uwielbiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy2:06 AM

    hue hue ten komplement parsklam ze smiechu xD. I jak zwykle zakonczenie intrygujace ^^

    OdpowiedzUsuń