Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 6 . ~ [Drag Queen]

Spoglądałem na nią z niedowierzaniem.
-Ehm… Co?- zapytałem w końcu, czując się wyjątkowo rozbity.
-Znalazłam dla ciebie pracę!- powtórzyła nie mniej entuzjastycznie- Ostatnio żaliłam się naszej sąsiadce, Erice na twojego szefa i pracę… I nie uwierzysz, ale jej syn, Martin, założył w tym mieście firmę! Nie jest duża, ale funkcjonuje bardzo sprawnie i przynosi spore dochody.. No i szukają pracowników, żeby ją rozwinąć. Między innymi kogoś do spraw księgowości. Od razu pomyślałam o tobie!
Wpatrywałem się w nią z zupełnym osłupieniem, nie mając bladego pojęcia co mam powiedzieć.
Okej, opowiadanie jej o Nathanie, złym, potwornym szefie i o mnie samym, jako wspaniałym, zapracowanym synusiu, nie było najlepszym posunięciem, ale…
Naprawdę nie spodziewałem się, że stać ją na coś takiego!
-Ekhem… Mamo…- zacząłem w końcu powoli- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł… Martin… Hmm… Pamiętasz… No… Nie lubimy się zbytnio. Bił mnie w piaskownicy- dodałem, jakby rzeczywiście był to najlepszy argument na świecie.
-Ależ synku, to przecież dawne czasy!- pokręciła głową z niedowierzaniem i zaśmiała się lekko- Teraz bardzo się zmienił. Ma żonę, dziecko w drodze… To poważny biznesmen.
… Skoro wtedy był cholernym dupkiem to co dopiero teraz…
-Ale mnie nie zatrudni- stwierdziłem, wzruszywszy ramionami i powtórzyłem po raz kolejny- Nie lubi mnie.
-Bzdura, Alex!- żachnęła się, machnąwszy dłonią- Erica zadzwoniła do niego jeszcze tego samego dnia i był zachwycony tą pespektywą! Na pewno będziecie się doskonale dogadywać! Przy okazji jego pracownicy mają naprawdę wysokie pensje i szybko awansują!
… Czy nie dokładnie to samo mówiła kilka lat wcześniej o firmie w której pracuję?
-Ale… Ale…- brakowało mi argumentów. Totalnie brakowało mi argumentów. A przecież nie chciałem odchodzić od Nathana!
… To jest…
Odchodzić z firmy!
Nieważne, że tam będę miał więcej pieniędzy, ale przecież…
-Nie spieszyłbym się z tym tak…- rzuciłem w końcu ostrożnie- Rynek pracy jest bardzo chwiejny… Lepiej żebym trzymał się tego co mam…
-Alex, mój Boże! Jak będziesz tak tchórzliwy to nigdy nie zmienisz w swoim życiu niczego na lepsze! Stare odchodzi i nastaje nowe! Odetnij się od tamtego środowiska, skoro zapracowujesz się na śmierć…- taaak, na scenie można dostać niezłej zadyszki…- a nie przynosi to żadnych efektów! Twój szef cię nie szanuje!- … to ja nie szanuję mojego szefa…- nie szanuje twojej pracy! Jeżeli nic nie zrobisz to będziesz tam pracował do starości na tej samej posadzie przy tej samej marnej pensji! Nawet twoi bracia, mimo tego, że wyprawiają te wszystkie dziwactwa, to potrafią z tego wyciągnąć jakieś pieniądze! Nie pożyczają ode mnie co miesiąc!
Ach tak…
… Co do dziwactw…
… Sądzicie, że to dobry moment, żeby zaprezentować jej się w mojej nowej sukience?
-Mamo, ale ja mam umowę o pracę- parsknąłem, przeczesując nerwowo włosy palcami- Naprawdę… No… Muszę pracować, nie mam wyboru.
-Alex, dziecko…- spojrzała na mnie niemalże z politowaniem- Dobrze, że tu jestem. Tak myślałam, że sam sobie z tym nie poradzisz… Po prostu złóż wypowiedzenie.
-Wypowiedzenie… Khem… Genialny pomysł- stwierdziłem w końcu, czując, że jakoś sucho mi w gardle.
-Wiem, kochanie! Martin jest na razie na jakimś wyjeździe, ale za trzy dni będzie w mieście i koniecznie chce z tobą porozmawiać. Ale właściwie tę posadę masz już w kieszeni. Czy to nie wspaniałe?!

Och tak, cudowne.
To przerażające, wiecie?
Tak nagle zdać sobie z czegoś sprawę…
Zawsze sądziłem, że pracuje w tym miejscu, bo nie mam nic lepszego do roboty i potrzebuję pieniędzy.
A teraz dostaję pracę, gdzie będę miał więcej pieniędzy i i tak nie chcę rezygnować.
Czy to nie idiotyczne?!
Totalnie. Westchnąłem cicho, przecierając skronie.
Moje niezbyt udane próby do uprzątnięcia całego tego chaosu były zupełnie daremne. Mama w piorunującym wprost tempie posprzątała wszystko naokoło i jeszcze jej mało. Prawie do północy szorowała łazienkę.
A dzisiaj rano zrobiła zakupy.
… I zjadłem normalne śniadanie.
Co wcale nie poprawiło mojego nastroju.
-Alex…?- Nathan wszedł do budynku tuż za mną i zerknął na zegarek, marszcząc brwi- Już myślałem, że to ja się spóźniłem… Co tutaj robisz tak wcześnie?!
-O tej porze zaczynam pracę- warknąłem niemalże. Och tak, nie ma to jak wyżyć się z samego rana na moim złym, podłym szefie!
-Tak, ale ty nigdy…- zaczął, po czym umilkł, przyglądając mi się uważnie- Co się stało?
-Nic- mruknąłem stosunkowo niechętnie, nie wdając się już w dalsze rozmowy i od razu ruszając w kierunku wind.
Naprawdę ostatnim o czym teraz marzyłem było rozpatrywanie tego, że chcę się zwolnić.
Cholera, naprawdę muszę napisać to wypowiedzenie…
… Albo powiedzieć matce, że jestem leniwą Drag Queen, a mój szef aż nazbyt cierpliwym pracoholikiem…
Ha, ha, żartowałem.
Taka opcja nie wchodzi w grę.
Wiecie co jest zupełnie żałosne?
Czuję się paradoksalnie wprost dobity faktem, że rzucam robotę, której totalnie nienawidzę.
Albo tak mi się do tej pory zdawało, bo dzisiaj obudziłem się z myślą, że wprost ją uwielbiam.
Ale wiecie.
Może to po prostu wynika z innego faktu…
… Nie pytajcie jakiego.
Nie mam siły więcej myśleć.
-Alex…- Nathan wyszedł za mną z windy, najwyraźniej postanawiając przyjąć postawę złego szefa naciskacza- Co się dzieje?
-Mówiłem, że nic- odparłem, starając się brzmieć spokojnie- Ile mam dzisiaj spotkań?
-Póki co trzy, ale wszystko może się zmienić- odpowiedział cicho- Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
Machnąłem jedynie dłonią, zamykając za sobą drzwi od biura.
Nie jest w porządku.
Jest wprost fatalnie.

-Cześć- Nathan zajrzał ostrożnie do wnętrza mojego biura, jakby spodziewał się tutaj zastać co najmniej sceny brutalnego mordu, po czym wszedł do środka.
-Cześć- odparłem krótko, kręcąc się zupełnie bezsensownie na krześle i czując już niemalże jak zbiera mi się na wymioty. Niech to wszystko szlag!
Postawił coś na biurku.
Zatrzymałem się na chwilę, po czym zerknąłem na naczynie żaroodporne.
-Co to…?- zapytałem niepewnie.
-Kurczak… Jakieś frytki… Nie do końca wiedziałem co wziąć- przyznał po dłuższej chwili- Czemu nie zszedłeś na lunch?
-Nie byłem głodny- wzruszyłem obojętnie ramionami, chociaż gdy Nathan otwarł wieczko, a pokój wypełnił niezwykle kuszący zapach, zupełnie zmieniłem zdanie- Przyszedłeś się zatroszczyć o swojego najgorszego pracownika?
-Nigdy nie powiedziałem, że jesteś najgorszy.
-ZAWSZE mówisz, że jestem najgorszy- uściśliłem, obracając w dłoni cudownie chrupiącą frytkę- I masz rację- dodałem, zanim powiedział cokolwiek więcej- Jestem totalnie leniwy i zapewne zupełnie nieprzydatny. Czemu mnie jeszcze nie wylałeś?
Spoglądał na mnie nieco zaskoczony.
-Czemu… Czemu miałbym cię wylać?
-No wiesz… Jakby nie patrzeć przed chwilą wymieniłem ci co najmniej dwa powody…- mruknąłem, zabierając się za jedzenie.
-Daj spokój, Alex…- parsknął cicho- Chyba nie musimy naprawdę rozmawiać w ten sposób, nie jesteśmy dziećmi. Doskonale wiesz dlaczego cię nie zwolnię.
-Dlaczego?- zapytałem, podnosząc na niego uważne spojrzenie.
-Bo… Lubię cię.
Cholera, Nathan!
W takim momencie, kiedy oczekuję, że powiesz coś w stylu: „bo liczę, że twoja wydajność się poprawi” i tym podobne pierdoły, żeby przekonać mnie do tego, że naprawdę nie mam tu nic do roboty, ty pierwszy raz od bardzo dawna mówisz coś wyjątkowo na miejscu!
-Mhm…- mruknąłem w końcu jedynie, wcale nie czując się wielce pocieszony.
-Ale to nie może wyjść poza ten pokój- zastrzegł z lekkim uśmiechem- Ktoś nie daj Boże zacznie mnie podejrzewać o pewne… Faworyzowanie.
… Och rany i pewnie wcale nie ma do tego żadnych podstaw, co?
Uśmiechnąłem się krótko pod nosem, kręcąc głową.
-Co jest nie tak?- zapytał w końcu po dłuższej chwili- Tylko nie mów mi, że nic. Naprawdę nie mam zwyczaju chodzić po biurach i wypytywać dlaczego ktoś ma zły humor, więc…
-Och, Boże, Nathan, jakże dziękuję za twą nieprzeciętną troskę!- rzuciłem z autentycznym przejęciem, łapiąc sięga serce- Jestem wzruszony.
-Więc po prostu powiedz co jest nie tak.
Milczałem.
-Alex, na miłość boską… Spóźniasz się każdego dnia, a nagle przychodzisz punktualnie. Wydzwaniasz na rachunek banku, a dzisiaj nie wykonałeś żadnego połączenia. Olewasz klientów, a dzisiaj przyjąłeś wszystkich, a poza tym… A poza tym wynosisz zawsze pół stołówki, a dzisiaj nawet nie zszedłeś na lunch.
-No to powinieneś być zadowolony chyba- stwierdziłem, spoglądając na niego z politowaniem.
Zdołowany Alexander Carlton!
Najlepszy interes roku, co?
Umilkł na chwilę, najwyraźniej się zastanawiając.
-Tak…- odparł w końcu powoli- Powinienem… Ale nie jestem. Martwię się- dodał, co wywołało u mnie niemalże jakieś dzikie drgnięcie serca- Powiesz o co chodzi?
-Moja mama przyjechała…- zacząłem w końcu niepewnie.
-Hmm… No tak…- parsknął cichutko- To wyjaśnia, że nie dzwonisz co chwila do pani Lantan… No i że się nie spóźniłeś…- uśmiechnąłem się odrobinę blado- Ale z pewnością nie wyjaśnia twojego fatalnego nastroju. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że nie cieszysz się z tej wizyty?
-Cieszyłem się…- odparłem powoli- Tylko… A nieważne. Nie ma o czym mówić.
-Może… Może chodzi o tą dziewczynę?- zapytał w końcu stosunkowo cicho.
Zaśmiałem się i pokręciłem głową.
-Nie ma żadnej dziewczyny.
-Och. Rozumiem.
-Nie, nie rozumiesz- westchnąłem ciężko, kręcąc głową- Mówię poważnie, Nathan. Nie było i nadal nie ma żadnej dziewczyny. Po prostu kliknąłem w jakiś link i poprzeglądałem z nudów…
-Więc czemu mi powiedziałeś, że kogoś masz?- zapytał, unosząc brew w pytającym geście.
-Nie wiem- mruknąłem w końcu stosunkowo bezradnie- Tak mi się jakoś… Powiedziało…
-Więc… Nie dołują cię sprawy sercowe?
… To trochę trudne pytanie w mojej obecnej sytuacji, cholera, nie sądzisz?!
-W tym konkretnym momencie… Raczej nie.
-Więc to wszystko wina mamy?
-Raczej moja- jęknąłem niemalże bezradnie.
-Dlaczego?- zapytał z niezrozumieniem.
-To… Dłuższa sprawa. Nie chcę o tym gadać.
-W porządku- odparł z cichym westchnieniem- Ale tak sobie pomyślałem… Może chciałbyś ze mną zostać trochę po pracy?
-Chyba nie podejrzewasz, że nagle z racji wizyty mojej matki stałem się najambitniejszym pracownikiem na oddziale?- parsknąłem, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
-Nie- zaśmiał się lekko- Ale… Oddział po zamknięciu… Będziemy mogli na spokojnie porozmawiać.
-Teraz nie możemy?
-Rozumiem, że jesteś zajęty- wycofał się niemalże natychmiast.
-Nie, nie!- odparłem prędko- Wiesz… Moje życie towarzyskie nie jest aż takie ważne, a poza tym… Mama pomyśli, że jestem chociaż odrobinę pracowity…
… Ona już tak myśli, niestety.
Uśmiechnął się lekko i w tym momencie do biura zajrzał Bookcher.
-Wszędzie cię szukam- oznajmił tylko, mnie znowu najwyraźniej zupełnie ignorując- Pamiętasz o tym spotkaniu o szesnastej, prawda?
-Ekhem…- spojrzał na mnie i pokręcił głową- Przepraszam, Alex. Wypadło mi z głowy.
-W porządku- odparłem, wzruszywszy ramionami- Naprawdę- dodałem, widząc jego pełne niedowierzania spojrzenie- Nic mi nie jest, zaraz spadam do domu.
-Gdyby coś było nie tak…
… Ach, cóż za przewrotność.
Nathan Mason wykazuje mną zainteresowanie akurat wtedy, gdy jestem zupełnie przybity.
Ja wykazuję zainteresowanie moją firmą dopiero wtedy, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo, że już nie będę w niej pracował.
Cóż…
Bazując na tej zależności…
Ciekaw jestem jak zareaguje Nathan na wieść, że nie będę tutaj pracował…
… Chociaż mówiąc szczerze, jakoś nie liczę na oświadczyny.

-Jestem!- obwieściłem, wchodząc do domu i przystając z pełnym osłupieniem.
Wiecie, właśnie przypomniałem sobie, że trzy lata temu pomalowałem przedpokój na kolor łososiowy, a nie brudno-szary. No i pierwszy raz w przedpokoju panuje absolutny porządek z moimi butami. No i salon zupełnie uprzątnięty…
Wcześniej jakoś ograniczałem się do wytarcia telewizora z kurzu.
I mój pokój i kuchnia…
Z pełną lodówką!
Och jak dobrze, że oddałem ubrania Sarah.
Moja mamusia z pewnością przetrząsnęła całe mieszkanie!
-Cześć, kochanie- mama wyjrzała z łazienki i uśmiechnęła się do mnie lekko- Zrobiłam obiad, zjesz?
-Nie, dzięki…- odparłem powoli- Dziękuję, że posprzątałaś.
-Nie ma problemu.
… Widzę.
-Hmm…- odkaszlnąłem cicho, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
-I jak twój szef?
-Hm?- spojrzałem na nią z niezrozumieniem.
-No jak zareagował na wiadomość o twoim odejściu- wyjaśniła, wpatrując się we mnie uważnie.
-Wiesz…- zacząłem powoli- Jeszcze mu nie powiedziałem.
-Nie powiedziałeś?!- wykrzyknęła niemalże z oburzeniem.
-Bo go nie było- wyjaśniłem prędko. Ach, jestem cholernym kłamcą…- Miał jakieś spotkanie służbowe…
-Trzeba było zostawić wypowiedzenie jego sekretarce albo coś w tym stylu…- rzuciła matka z cichym westchnieniem- Miałbyś już o jeden dzień mniej dnia w pracy.
-Mogę jeszcze jutro popracować.
-Jutro?- parsknęła cicho- Przecież masz trzymiesięczny obowiązek pracy w razie wymówienia…
… Do licha!
Rzeczywiście, mam!
Czy to nie wspaniałe…?
Hmm.
Nie.
To jak informacja: „Masz trzy miesiące życia”.
Po prostu świadomość, że coś się stanie i będzie to z pewnością beznadziejne.
Ach, cholera.
A jutro przyjdzie wreszcie czas na złożenie wymówienia…
Doszedłem do pewnego wniosku.
Nic nie może tak dobić człowieka jak „wspaniałe wieści”…

1 komentarz:

  1. Anonimowy2:21 AM

    Uuu ciekawe ciekawe. Rozwalil mnie teskst o scianie xD. Myslal ze miala kolor brudno szary tak naturalnie, haha. :D

    OdpowiedzUsuń