Strony

niedziela, 22 maja 2011

- 5 - [Edmund Lancaster]

Edmund Lancaster chyba nie czuł się zbyt dobrze.
O ile wczorajszy dzień, mimo wielu nowości technicznych i kulturalnych, minął mu całkiem spokojnie, teraz wydawał się być najzwyczajniej w świecie smutny. Nie oglądał już nawet telewizora i wcale nie domagał się jego włączenia. Właściwie w ogóle się nie odzywał. James kręcił się po sypialni kilkanaście razy pod różnymi dziwnymi pretekstami, mając nadzieję, że w końcu młody hrabia zagadnie go, zapyta o coś, coś powie...
Sam nie wiedział dlaczego. Po prostu chciał się upewnić się, że wszystko jest w porządku.
… Jak to możliwe, że przez te dwa dni James tak strasznie przyzwyczaił się do tego cholernego „Jamie”...?
Wreszcie doczekał swego.
-Chcę wracać do domu- usłyszał cichy, ponury pomruk Edmunda i już po chwili młody Lancaster wyłonił się spod swojego kołdrzanego namiotu, wpatrując się w niego cokolwiek złowrogo.
James zagryzł nerwowo wargę i nic nie odpowiedział. Owszem, hrabia początkowo bardzo często sygnalizował mu, że chce stąd odejść, ale mężczyzna myślał, że ma już ten etap za sobą. W końcu miał wrażenie, że Edmundowi się tutaj podobało. Wielu rzeczy nie rozumiał, wiele rzeczy go przerażało, ale i tak... Chyba lepsze to niż siedzenie w opustoszałym, starym zamczysku, prawda?
-Chcę wracać do domu!- powtórzył uporczywie Lancaster, najwyraźniej nie zamierzając dać za wygraną- Odprowadź mnie do zamku! Słyszysz, Jamie?! Odprowadź mnie do zamku!
-Nie mogę- szepnął jedynie w odpowiedzi James, wychodząc z sypialni i przechodząc do niewielkiego salonu. Naprawdę się tego nie spodziewał. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie był specjalnie przekonującym człowiekiem i nie chciał jeszcze bardziej denerwować Edmunda. Sądził, że jeżeli młody hrabia będzie miał trochę czasu, żeby to przemyśleć, ostatecznie zmieni zdanie.
Tak się jednak nie stało.
Edmund Lancaster wszedł do pomieszczenia tuż za nim i spojrzał na niego z poirytowaniem.
-Jamie! Odprowadź mnie do domu!- warknął wściekle. O ile rozjuszenie czy oburzenie było reakcją wręcz charakterystyczną dla potomka hrabiego, James nigdy nie widział go równie zezłoszczonego.
-Nie mogę- powtórzył raz jeszcze już czując, że staje się kompletnie bezradny. Usilnie starał się przypomnieć sobie, co zawsze odwracało uwagę Edmunda od podobnych pomysłów i w końcu zaczął ostrożnie- Edmund... Może chciałbyś obejrzeć telewizję...?
-Nie chcę telewizji!
-Zobacz...- mężczyzna uśmiechnął się wymuszenie, włączając na jakiś kanał dla dzieci. Sam Lancaster jawił mu się teraz niczym dziecko. Dziecko, które uparło się, że chce coś dostać i jest gotowe upierać się przy tym tak długo, dopóki ktoś nie spełni jego zachcianki. Problem w tym, że Edmund nie był już dzieckiem. A owa zachcianka nie była żadnym kaprysem, ale czymś, o czym młody hrabia właściwie miał prawo decydować- Zaraz pewnie będą reklamy... To na pewno cię zaciekawi...
-Zabierz mnie do zamku, Jamie!- Edmund nawet nie spojrzał na ekran. Wciąż wpatrywał się uporczywie w mężczyznę, tym razem sprawiając wrażenie wyjątkowo zdeterminowanego.
-Ale dlaczego...?- zapytał z niezrozumieniem James.
-Nie chcę tu być! Nie podoba mi się tutaj!
-Ale ja...
-Ty też mi się nie podobasz!- przerwał mu ze złością młody Lancaster, nim James zdążył dokończyć- Obiecałeś, że zabierzesz mnie do zamku! Obiecałeś! Więc dotrzymaj słowa i po prostu mnie tam zaprowadź!
-Edmund, ale tam niczego nie ma- starał się go przekonać mężczyzna- Nie będziesz miał tam nic do roboty... Tu będzie ci lepiej, sam zobaczysz...
-Nie jest mi lepiej!- zaprotestował natychmiast Edmund, po czym skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej i przysiadł na kanapie z wyjątkowo buńczuczną miną. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto zamierza się łatwo poddać.
Kłopot w tym, że James nie miał żadnego pomysłu, jak jeszcze mógłby go przekonać. Mógł się posunąć do jakiegoś szantażu. Raz jeszcze nastraszyć go hałasem miasta, tylko po co...? Edmund miał już trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do otaczającej go rzeczywistości. Owszem, nie na tyle, by świetnie się w niej odnajdować, ale był przynajmniej w stanie stwierdzić, czy mu się tu podoba czy nie.
I wcale mu się nie podobało.
James nie mógł się temu dziwić. Z pewnością wiele rzeczy go intrygowało, ale to przecież nie jego świat, nie jego realia, nie jego czasy... Nic ze współczesności nie należało do Edmunda. I Edmund nie należał do niej. James powinien był się z tym liczyć. Przecież wiedział, że opieka nad żywym człowiekiem wyrwanym z piętnastego wieku nie będzie niczym prostym. Chociaż właściwie... Może jednak nie wiedział? Nie miał w końcu czasu dobrze się nad tym zastanowić. Działał szybko, impulsywnie... Nie zastanawiał się nad tym, czy młody Lancaster będzie szczęśliwy czy nie. Po prostu czuł, że nie może go tam zostawić. A teraz...
A teraz czuł, że nie może dłużej protestować.
Edmund zadecydował. Może rzeczywiście James postąpił zbyt egoistycznie biorąc go tutaj ze sobą...? Może w ogóle nie wziął pod uwagę jego potrzeb i oczekiwań...? W końcu sądził, że młody Lancaster pozwoli mu rozwikłać zbrodnię. Ale on przecież nie miał o tym bladego pojęcia. Niczego nie pamiętał. Niczego nie wiedział. Z niczego nie zdawał sobie sprawy, nawet ze śmierci własnych rodziców.
James nie mógł go tutaj trzymać wbrew jego woli.
To nie było w porządku.
-Zabierz mnie do zamku- powtórzył jak echo Edmund, nieco bardziej spokojnie, choć z równą upartością.
-Dobrze- odparł jedynie James. Nie znajdował żadnych innych słów do dodania. Wraz z ową decyzją poczuł w sobie dziwną pustkę.
-Naprawdę?- ożywił się natychmiast młody hrabia, choć spoglądał na niego podejrzliwie.
-Naprawdę- potwierdził mężczyzna, nie będąc w stanie zdobyć się na podobny entuzjazm. Było mu po prostu przykro.
-Bez żadnych dodatkowych warunków...?- dopytał przezornie młodzieniec.
-Żadnych warunków.
-Więc chodźmy!- stwierdził raźno młody Lancaster, podrywając się natychmiast z miejsca, najwyraźniej gotów do wyjścia.
James westchnął smętnie.
Naprawdę spodziewał się, że Edmund będzie potrzebował jeszcze chwili do zastanowienia...

Droga do zamku minęła im bez większych rewelacji. Edmund Lancaster rozglądał się dookoła z ciekawością, ale najwyraźniej sama wizja powrotu do zamku zajmowała go tak bardzo, że nawet o nic nie wypytywał. Nadal co jakiś czas podskakiwał przerażony i wszczepiał się kurczowo w ramię Jamesa.
A James po prostu pomrukiwał coś od czasu do czasu, uśmiechał się wymuszenie i czuł się tak strasznie zdołowany, jak nigdy wcześniej. Nie miał pojęcia z czego to wynika. Nie zwracał nawet uwagi na pełne zdumienia i zaciekawienia spojrzenia ludzi. Nie obchodziły go dziwne komentarze i śmiechy. Nic. Nic prócz tego, że zawiódł.
Bo zawiódł, prawda? Zabrał Edmunda z miejsca, w którym go znalazł. Z jego domu. Jedynego domu i to od piętnastego wieku. Naprawdę powinien się dziwić, że Lancaster był do niego przywiązany...? Nie powinien był tego robić. Tak naprawdę osiągnął to dzięki podstępowi. Pewnie gdyby Edmund wiedział, co się naprawdę dzieje i jak wygląda świat, któremu wyszedł naprzeciw, nigdy by się na to nie zgodził.
Może James w ogóle nie powinien się wtrącać w jego sprawy...? Może miejsce młodego Lancastera było w tym właśnie zamku? Skoro nikt wcześniej go nie widział... Nikt nie zwrócił na niego uwagi... Może mężczyzna popełnił błąd, zabierając go stamtąd...?
Tak mogło być.
Wkroczyli na teren zamku w milczeniu. James obawiał się trochę, że mogli by kogoś spotkać. W końcu ktoś musiał się zajmować tym miejscem, prawda...? Chociażby dbać o to, by nie wchodził tu nikt nieproszony... James miał wszystkie potrzebne dokumenty i tak dalej, ale... Komu miał je okazać, skoro tu nikogo nie było? Zupełnie tak, jak pierwszego dnia. Gdzie podziali się wszyscy...? Jeżeli nikt nie zajmuje się bezpieczeństwem tego zamku, to gdzie złodzieje, gdzie bezdomni, gdzie ludzie, którzy zazwyczaj schodzili się do tego typu opuszczonych budynków...?
Nie. Nie było nikogo.
Zupełna cisza.
Za bramą nie było już nawet słychać śpiewu ptaków.
Jakby nie było tutaj nikogo prócz nich.
-Jesteśmy na miejscu- rzucił nieco nerwowo mężczyzna.
Edmund wyciszył się wyraźnie. Zatrzymali się obaj na środku ścieżki wiodącej do frontowych drzwi. James raz jeszcze rozejrzał się dookoła. Kompletnie nie pojmował, jak młody Lancaster mógł nie zauważyć tego, że świat wokół niego się zmienił. Zamek był w ruinie. Wielki ogród, który niegdyś otaczał budynek, był teraz zupełnie zarośnięty i zapewne nie przypominał ani trochę tego jaki pamiętał hrabia.
-Edmund...- zaczął cicho James, wpatrując się w niego z uwagą- Jesteś pewien, że... Jesteś pewien, że chcesz tutaj zostać...?
-Jestem pewien, Jamie- stwierdził z pełnym przekonaniem Edmund i uśmiechnął się lekko. Naprawdę sprawiał wrażenie zadowolonego. I najwyraźniej wcale nie było mu tak przykro jak mężczyźnie.
-No... To... Hm...- James uśmiechnął się nieco nerwowo, po czym odetchnął płytko, wsuwając lekko drżące dłonie do kieszeni. Nawet się nie spodziewał, że przez dwa dni można się do kogoś tak przywiązać. A może to nie było przywiązanie...? A może czuł się po prostu rozczarowany, bo zdawał sobie sprawę z tego, że zawiódł...?- Było mi... Bardzo miło... Bardzo miło cię poznać- dokończył wreszcie z wyraźnym trudem- Dziwnie... Ale jednak miło... No i... Ekhem...- mężczyzna odkaszlnął, starając się pozbyć ze swojego gardła dławiącej kuli, ale efekt był marny- Po prostu... Do zobaczenia- szepnął w końcu ledwie słyszalnie i odwrócił się na pięcie.
-Jamie!- usłyszał wołanie Edmunda i nie mógł się nie odwrócić. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na niego przez ramię, nieco zdezorientowany.
Hrabia Lancaster wpatrywał się w niego ze zmarszczonymi brwiami, jakby nie rozumiał, co się dzieje.
-Dokąd idziesz?- burknął w końcu.
-Jak to dokąd...?- powtórzył James, nieco nieprzytomnie- Do domu.
-Nie!- zaprotestował buńczucznie hrabia- Nigdzie nie idziesz, Jamie! Zostajesz ze mną!
James parsknął cichutko, zagryzając lekko wargę.
I co miał odpowiedzieć...?
-Nie mogę, Edmund- stwierdził, spuszczając wzrok.
-Jak to nie możesz...?- młody hrabia zachowywał się tak, jakby w ogóle nie brał takiej opcji pod uwagę- Chcesz mnie tu zostawić samego?!
-Edmund, nie mogę tu mieszkać- powtórzył raz jeszcze James.
-Ale dlaczego?!
-Bo...- ...i co miał niby powiedzieć? Jak miał mu wyjaśnić, że to miejsce nie jest już zamkiem, który znał? Że jest po prostu ledwie marą, bladym wspomnieniem przeszłości...? Niemal zupełnie tak jak Edmund...- Bo to nie jest miejsce dla mnie- dokończył wreszcie- Jest... Jest zimno...I... I po prostu... Po prostu muszę wrócić do siebie.
-Zostań ze mną!- poprosił raz jeszcze Lancaster, wpatrując się w niego niemal błagalnie- Zostań, Jamie! Nie chcę być tutaj... sam...- dokończył niemrawo.
-Przepraszam- szepnął James, odwracając wzrok. Boże, to było dla niego zbyt wiele! Nigdy nie miał serca do pożegnań, a już na pewno nie takich! Co on miał właściwie powiedzieć?! Przecież nie mógł tutaj zamieszkać. A Edmund nie chciał mieszkać z nim. Nie było mowy o żadnym innym rozwiązaniu- Odwiedzę cię- dodał w końcu, uśmiechając się nerwowo- Na pewno cię odwiedzę- sam już nie wiedział, kogo pociesza. Siebie czy Edmunda- W końcu będę pisał pracę i w ogóle... Przyjdę.
-Kiedy?- zapytał młody hrabia, wpatrując się w niego pytająco.
-Jutro.
-Nie!- zaprotestował Lancaster, niemal rozpaczliwie- Jutro będzie za późno! Musisz przyjść jeszcze dzisiaj, Jamie! Koniecznie przyjdź jeszcze dzisiaj!
-Dzisiaj nie mogę.
-Jutro będzie za późno!- powtórzył chaotycznie Edmund, zupełnie rozbity.
-Dlaczego...?- zapytał bez zrozumienia mężczyzna.
-Jutro już mnie tu nie będzie!
-A gdzie będziesz?
-Nie będzie mnie wcale!
-Słucham...?- James kompletnie nic nie pojmował- O czym ty mówisz, Edmund?
Młodzieniec rozejrzał się dookoła zbłąkanym wzrokiem, jakby sam nie wiedział, o czym mówi. W końcu jedynie wzruszył bezradnie ramionami i raz jeszcze spojrzał na mężczyznę błagalnie, po czym szepnął ciche:
-Zostań ze mną.
-Przykro mi, Edmund- rzucił nieco chaotycznie James. Nie miał siły przekonywać Edmunda by z nim wrócił. I nie miał siły stać tam i dłużej na niego patrzeć. Odwrócił się i ruszył do bramy, a następnie opuścił teren zamku. Wyszedł na ulicę i odetchnął głęboko.
Nie zastanawiał się nad tym, co robi. Po prostu chciał stamtąd uciec. Szedł szybkim krokiem przed siebie, czując się jakoś dziwnie poruszony. Boże, skąd te wszystkie emocje...? Przecież Edmund był... Edmund był... Ach, zresztą! Nie powinien się nad tym zastanawiać. Nic złego mu się chyba nie stanie. Prawda...? W końcu skoro udało mu się przeżyć tyle wieków... A co jeżeli znajdzie go ktoś inny? A co jeżeli James popełnił jednak błąd? Co jeżeli nie powinien był go tam zostawiać?
Mężczyzna zwolnił nieco, kompletnie zdezorientowany.
Ledwie kilka minut temu wydawało mu się, że pozostawienie potomka Lancasterów w jego rodzinnym zamku będzie najlepszą decyzją z możliwych, ale teraz...
Teraz coraz bardziej zaczynał w to wątpić.
Obejrzał się za sobą, w wyrazie jakiejś głupiej nadziei. Przez chwilę wydawało mu się, że może Edmund zmienił zdanie... Że może jednak za nim idzie... Że może jednak...
Dosyć tego! James zawrócił i skierował się ponownie w stronę zamku. Nie wiedział, czy robi dobrze. Nie wiedział, czy Edmund zechce z nim jednak wrócić i czy w ogóle postępuje tak jak należy. Wiedział jednak, że czuje zbyt duże wątpliwości co do tego, że postąpił właściwie. Dużo większe niż wtedy, gdy zabrał go do siebie. I to właściwie wystarczyło.
-Edmund!- krzyknął mężczyzna, przechodząc za bramę i rozglądając się dookoła- Edmund!
I jakie było jego zdumienie, gdy dostrzegł młodego hrabiego, siedzącego nieruchomo na schodkach wiodących do zamku.
-Edmund...- powtórzył raz jeszcze, niemal z ulgą, ale ledwie podszedł bliżej niego, a niepokój powrócił.
Edmund Lancaster rozglądał się dookoła pełnym zaskoczenia i przerażenia wzrokiem. Wydawał się być kompletnie zagubiony, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje.
-Jamie, co się stało...?- zapytał w pewnym momencie, a w jego oczach pojawił się wyraz niezrozumienia.
James westchnął głęboko i przysiadł obok niego, nie mając pojęcia, jak powinien się zachować.
-Edmund...
-Gdzie są moje rodzice...?- kolejne pytanie, które padło od strony potomka hrabiego, kompletnie go sparaliżowało.
Och, Boże.
James spuścił wzrok i zagryzł nerwowo wargę. Co miał zrobić? Udawać, wmawiać mu, że śpią, tak jak on sam początkowo twierdził...? Edmund Lancaster chyba zaczynał coraz więcej rozumieć, a przynajmniej mężczyzna miał takie wrażenie. Ale wcale nie czuł się odpowiednią osobą do uświadamiania go w kwestii śmierci jego bliskich. Nie miał pojęcia, jak powinien to zrobić. Czy dało się komuś delikatnie i łagodnie powiedzieć o czymś takim...? Wątpił.
-Nie żyją- stwierdził w końcu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo brutalnie zabrzmiały te słowa, ale przecież nie mógł wiecznie uciekać. A już na pewno nie teraz, gdy Edmund zdawał się mieć przynajmniej nikłą świadomość tego, że coś się wokół niego zmieniło.
Edmund przeniósł na niego pełne niedowierzania spojrzenie.
-Przecież śpią...- rzucił bez większego zrozumienia, uciekając wzrokiem w bok.
-Edmund, posłuchaj mnie...- zaczął łagodnie mężczyzna- Nie żartowałem wczoraj. I wcale cię nie okłamuję, nie mam w tym żadnego celu. Twoi rodzice nie żyją. Od dawna, od kilkuset lat... Bardzo mi przykro, ale taka właśnie jest prawda... Mogę ci to udowodnić, pokazać zapiski, sam nie wiem, ale...
Młody hrabia w teatralnym geście zakrył uszy dłońmi i fuknął coś głośno, odwracając się i dając mężczyźnie do zrozumienia, że nie chce go słuchać. James jednak nie dawał za wygraną.
-Edmund...- spróbował raz jeszcze, starając się brzmieć jak najbardziej delikatnie, ale już widział, że jego słowa nie przynoszą żadnego rezultatu- Musisz zrozumieć, że...
-Idź sobie, Jamie, kłamco!- wrzasnął wściekle Edmund, zaciskając powieki- Nie chcę cię już! Nikogo już nie chcę! Nie będę z tobą rozmawiał!
James westchnął bezradnie, zupełnie nie wiedząc co robić. Być może i Edmund Lancaster zaczynał rozumieć, że świat, który go otacza jest inny, niż ten który znał, i być może zaczynał dostrzegać pewne różnice, ale to i tak nie dawało żadnych efektów. On po prostu nie chciał uwierzyć w śmierć swoich rodziców i James wcale nie mógł mu się dziwić. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić, co młodzieniec może teraz czuć.
W pierwszej chwili zamierzał zrezygnować z tej rozmowy, ale... Ale coś przyszło mu do głowy. Coś zdecydowanie mało pasującego do określenia „łagodny”, a bardziej do „okrutny”, ale w obecnej chwili naprawdę nie znajdował lepszego pomysłu na uświadomienie hrabiego w jego położeniu.
-Zabiorę cię do rodziców- rzucił w końcu.
Edmund odwrócił się z powrotem do niego i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
-Naprawdę...?
-Tak- potwierdził James- Ale to będzie oznaczało przejście przez miasto... Przez hałas... Dużo większy niż znasz... Musimy udać się do centrum i...- mężczyzna aż jęknął głucho. Przecież Edmund i tak nie rozumiał ani słowa z tego, co mówił.
-Do rodziców?- powtórzył z wyraźnym ożywieniem hrabia.
Mężczyzna jedynie kiwnął głową w odpowiedzi.
Wcale nie był pewien, czy robi dobrze...

-Co to takiego...?- zapytał po raz setny Edmund, obserwując jedno z przejeżdżających aut. Wydawał się dużo pogodniejszy i raźniejszy niż dzisiejszego ranka. James miał jednak wrażenie, że stan ten nie potrwa długo.
-To samochód- pospieszył z wyjaśnieniem- Służy do przemieszczania się z miejsca na miejsce w bardzo szybkim czasie... To taki środek transportu... Pełni taką funkcję jak u was... No nie wiem... Wozy, konie i tak dalej...
-A tutaj są konie?- hrabia Lancaster spojrzał na Jamesa wyraźnie zaintrygowany.
-Tak- zachichotał cicho mężczyzna- Mechaniczne.
-To znaczy?- zdumiał się Edmund, marszcząc brwi- Gdzie one są, Jamie?
-Pod maską... W środku.
-Tam gdzie te okienka...?
-Nie, tam gdzie ta pokrywa, coś w tym rodzaju... Na przedzie... Chyba- dodał z lekkim powątpiewaniem. Nie znał się na tym zbyt dobrze.
-Nie uduszą się?!- hrabia Lancaster spojrzał na niego z jawnym oburzeniem, a James parsknął śmiechem i pokręcił głową.
-Nie, raczej nie... Chodź, Edmund.
-A to co takiego?!- wykrzyknął Edmund, aż zatrzymując się, gdy jeden z autobusów przejechał tuż obok, i spoglądając za nim z przerażeniem. James wyobrażał sobie, że taki kolos musiał wyglądać w oczach Lancastera niczym potwór.
-Autobus- odparł, po czym chwycił go lekko za rękaw i przeciągnął na swoją drugą stronę. Jakoś czuł się bezpieczniej z myślą, że piętnastowieczny hrabia nie spaceruje tuż przy drodze- To coś podobnego do samochodu, tylko to publiczny środek transportu, a to znaczy, że podróżuje nim wiele ludzi i... No, zakończmy lepiej na tym.
-Też ma konie?
-Tak, myślę, że tak...
-A to...?
-Hm... Motor. To taki... Automatyczny koń.
-Och... Wygląda dziwnie.
-Wiem, wiem... Chodź, Edmund.
Reszta drogi minęła im w podobnym tonie.
James modlił się w duchu o to, by Edmund przyjął tą wiadomość możliwie jak najspokojniej. Zupełnie nie wiedział, jak mógłby się zachować. Nie nadawał się do pocieszania ludzi. Ostatnio miał wrażenie, że w ogóle do niczego się nie nadawał, ale czy ktoś mógł się temu dziwić...? On był historykiem. Historykiem, na litość boską! Jego kontakty z ludźmi ograniczały się w większości do niezbędnego minimum. Nie miał przyjaciół, nie miał dziewczyny, nie miał nikogo bliskiego, bo w czasie studiów nie miał na to czasu. Zawsze bardziej interesowały go żywoty dawno zmarłych królów. Skąd, u licha, miał teraz wiedzieć, jak się zajmować żywym człowiekiem...?
No dobrze, żywym jak żywym.
Ale trzeba było przyznać, że Edmund Lancaster, jak na kilkuwiekowego trupa, trzymał się dosyć dobrze.
Cmentarz w North Side był właściwie niczym więcej jak tylko cmentarzem pamiątkowym. Tyle, że tak naprawdę, nikt już o nim właściwie nie pamiętał. Istniał od bardzo dawna, ale lata jego świetności minęły. Teraz przypominał raczej gruzowisko. Nikt tu nie sprzątał i mało kto tu zaglądał. Stworzył go podobno pewien badacz, który postanowił postawić historycznym postaciom tego miasta coś w rodzaju pomnika, hołdu. Znajdowały się tu zatem groby wszystkich wielkich z okolicy. A raczej jedynie nagrobki, bo James szczerze wątpił, by rzeczywiście znajdowały się tu czyjekolwiek szczątki. Cmentarz sam w sobie nie prezentował się jednak najgorzej. Dopiero gdy zachodziło się w jego dalsze zakątki, gdzie znajdowały się groby... mniej zasłużonych, odczuwało się nieco nieprzyjemną atmosferę.
Tam właśnie znajdował się prowizoryczny nagrobek hrabiego i hrabiny Lancasterów.
A przynajmniej tak się Jamesowi wydawało, chociaż potrzebował kilkunastu minut, żeby odnaleźć go wśród pozostałych gruzów i pomników.
-To cmentarz...- zauważył z niezrozumieniem Edmund.
-Tak, wiem...- James chwycił młodzieńca za rękę, ciągnąc go za sobą i czując pewien opór z jego strony. Bał się, że Edmund może domyślać się wszystkiego i po prostu uciec.
Trzymał go kurczowo przy sobie, rozglądając się jednocześnie po okolicznych nagrobkach i...
Byli.
James aż westchnął w duchu, chociaż wcale nie był pewien, czy było to westchnienie ulgi, czy raczej wprost przeciwnie.
Nagrobek był raczej dosyć niechlujny i mało przejrzysty dla kogoś, kto nie znał historii okolicznych stron. Nie mógłby się on z niego dowiedzieć, kim była leżąca tu para. Znajdował się na nim niewielki, ledwie wyraźny napis:
Marsia i Edwin Lancaster. 
Zmarli w 1428 roku.
I tyle.
Nic więcej.
Nic na temat ich funkcji i nic na temat ich śmierci.
Jedyny grób dawnej hrabiowskiej rodziny spoczywał właśnie tutaj. Obok setek innych, w ogóle z nim nie powiązanych. Niemal anonimowy. Pozostawiony samemu sobie.
-Edmund...- zaczął cicho James, ściskając mocniej dłoń młodzieńca i wskazując mu głową nagrobek.
Potomek Lancasterów wpatrywał się w płytę grobową kompletnie zdezorientowany i niepewny. Jamesowi wydawało się, że zaraz usłyszy z jego strony protest, kolejną próbę zakwestionowania rzeczywistości i przeciwstawienia się prawdzie, ale... Ale Edmund jedynie pokręcił z niedowierzaniem głową i szepnął:
-To mama i tata...?
-Tak.
-To niemożliwe!- krzyknął rozpaczliwie, wyraźnie zagubiony.
-Edmund...- zaczął James, starając się go jakoś uspokoić.
-Wczoraj jeszcze wszystko było z nimi w porządku!
James aż rozchylił oczy ze zdumienia.
-Ale...
-Co im się stało, Jamie?!- młody hrabia wpatrywał się w niego z przerażeniem- To dlatego, że mama wczoraj źle się czuła? To jakaś choroba? Jamie...?
… Wczoraj?

Hrabia Lancaster nie zalał się łzami i nie pogrążył się w rozpaczy, co było okolicznością wysoce sprzyjającą, bo James nie wiedziałby jak się zachować. Wprost przeciwnie. Przyjął fakt śmierci rodziców zaskakująco dobrze i spokojnie. Wydawał się jedynie nieco przybity. Leżał na kanapie przed telewizorem, wpatrując się w ekran mętnym wzrokiem, a James miał wrażenie, że ten nawet nie wie, na co patrzy.
Mężczyzna westchnął głęboko, opierając się o futrynę. Jego dręczyło coś zupełnie innego.
Wczoraj.
Tak powiedział Edmund.
A przecież to nie było żadne przejęzyczenie. Powtórzył to dwukrotnie. Więc dlaczego...?
-Myślisz, że jak się nie tęskni za rodzicami to źle, Jamie...?- odezwał się nagle Edmund, wpatrując w niego pytająco.
-Nie- odparł cicho James, kręcąc głową- Chyba nie.
W końcu Edmund miał naprawdę dużo czasu, by się od nich odzwyczaić.
-A ty tęsknisz za swoją mamą...?- dopytywał dalej młodzieniec.
-Moja mama żyje... Mieszka tylko w innym mieście, ale to nic takiego... Widujemy się czasem, a poza tym zawsze mogę do niej zadzwonić.
-Do mojej też możesz zadzwonić, Jamie?- zapytał młody hrabia, wpatrując się w niego z naiwną nadzieją, a James zagryzł nerwowo wargę i odparł ledwie słyszalnie:
-Przepraszam. Nie mogę.
Edmund jedynie skinął głową i podniósł się do pozycji siedzącej, opierając brodę o kolano.
-Edmund...
-Hm...
-Kiedy cię znalazłem?- zapytał James, wpatrując się w niego z uwagą.
Młody hrabia przeniósł na niego pełne niezrozumienia spojrzenie.
-Jak to kiedy?- mruknął zdziwiony- Dzisiaj.
-Nie, nie... Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy- wyjaśnił James- O to pytam.
-Dzisiaj- powtórzył Lancaster, marszcząc brwi- O co ci chodzi, Jamie?
-Hm... A... A ten kot?- mężczyzna przypomniał sobie o czym opowiadał mu młodzieniec- Jaki był, gdy go znalazłeś?
-Nieduży, Jamie.
-Młody?
-Mhm...- Edmund ponownie odwrócił wzrok w kierunku ekranu.
-Więc kiedy się zestarzał...?- James wpatrywał się w niego badawczo.
-Dzisiaj.
-Dzisiaj?- powtórzył z niedowierzaniem- Zestarzał się w jeden dzień?
Hrabia Lancaster poruszył się nieco niespokojnie.
-Tak- odparł jednak, jak gdyby nie widział w owym fakcie nic specjalnie dziwnego.
-Mieliście ogród, prawda?
-Mhm...
-I kwiaty?
-Mhm...
-Pamiętasz, kiedy kwitły...?
-Dzisiaj.
-Więc czemu teraz ich nie ma...?
-Bo zwiędły- odparł z lekkim poirytowaniem Edmund, wzruszywszy ramionami- Na zimę. A później zakwitły znowu i raz jeszcze, ale w końcu pojawiły się takie inne, brzydkie rośliny i róże już nie rosną... Nic ładnego już nie rośnie.
-Kiedy zwiędły?
-Dzisiaj.
-Edmund... Zakwitły i zwiędły jednego dnia?- drążył dalej mężczyzna- Pory roku zmieniły się jednego dnia?
Edmund Lancaster nachmurzył się wyraźnie, po czym prychnął donośnie i warknął:
-Idź sobie, Jamie!
-Ale...
-Nie rozmawiam z tobą!- stwierdził kategorycznie Edmund, wstając i dumnym krokiem przechodząc do sypialni.
James westchnął ciężko.
Po raz kolejny uświadomił sobie, że jego próby przyzwyczajenia młodego Lancastera do współczesnego świata spełzają na niczym...
James wiedział, że powinien wrócić do zamku i przyjrzeć się wszystkiemu. Tak na wszelki wypadek. Raz jeszcze i bardzo dokładnie. W końcu będzie musiał zacząć pisanie swojej pracy, prawda...? Boże, przez to zamieszanie niemal całkowicie o tym zapomniał... Ale teraz to wydawało się tak mało istotne, tak nieważne... Bardziej interesował go Edmund. Jego zagubienie. Jego bardzo nietypowe poczucie czasu. A przede wszystkim... Zastanawiała go nadal sprawa śmierci jego rodziców. I sprawa życia Edmunda.
Nie chodziło o spełnienie zawodowe ani ciekawość.
To było coś więcej.
Chodziło o to, by znaleźć mordercę.
Owszem, na pewno już nie żył i jego odszukanie niczego nie zmieni, ale James czuł się po prostu zobowiązany wobec Edmunda.
Rozłożył koc na kanapie i położył się na niej z książką w dłoni.
Wyglądało na to, że dzisiejszą noc spędzi tutaj.
-Jamie!
… Albo i nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz