Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ 5 ~ [Gabriel]

Na korytarzu zapanował zupełny chaos. Gabriel spojrzał ukradkiem na Kevina, który wydawał się być całą informacją nie mniej zaszokowany niż cała reszta, wymieniająca już ze sobą całkiem głośno przeróżne opinie. Opiekunki informowały jeszcze o czymś, ale tego Gabriel już nie mógł dosłyszeć, wszystko tłumiły głosy stojących obok niego wychowanków.
-Cisza!- June w końcu przedarła się jakoś przez zamęt- Proszę wszystkich o spokój i zachowanie powagi, jak wymaga tego sytuacja! Nie należy wzbudzać niepotrzebnej paniki! Wszyscy mają się udać na swoje piętro, do swoich pokoi i wrócić do łóżek… Żadnych rozmów, żadnych dyskusji ani nocnego przesiadywania… Rano dostaniecie wszystkie potrzebne informacje!
Wychowankowie powoli zaczęli rozchodzić się w stronę pokojów i schodów.
-Rany boskie…- Kevin westchnął cicho, kręcąc głową.
-Czyli w poniedziałek kartkówki nie będzie…- stwierdził Mike, nieco osłupiały- Chyba muszę znaleźć Toma… Gdzie jest Tom?
-Gabriel?- Kevin chwycił go lekko za ramię, przytrzymując przy sobie, gdy lekko zmiotło go na bok- Wszystko w porządku?
-Mhm…
-Kurczę, strasznie mi przykro… Znałeś go dłużej niż ja i pewnie był ci w jakiś sposób bliski… To takie… Niespodziewane…
… Niespodziewane.
Gabriel nie był tego pewien. Tej nocy niczego nie był pewien. Przypomniał sobie ostatnie słowo Głosu. Co miało znaczyć owo „nadchodzę”? Dlaczego usłyszał to ledwie sekundę, chwilę przed tym, jak włączył się alarm? Jego wyobraźnia zdawała się mu płatać coraz brutalniejsze figle. Nie był już pewien niczego. Ani własnego szaleństwa, ani własnej normalności. Zdawał się być zawieszony w połowie, pomiędzy jednym a drugim.
Gdy chciał sobie wmówić normalność, nie potrafił znaleźć logicznego argumentu, który by o tym świadczył.
Gdy uznawał, że jest chory, zdarzało się coś, co zupełnie wytrącało go z równowagi, rozbijało go od środka na drobną miazgę.
I znowu się bał.
Gdy wrócił do pokoju, położył się do łóżka, w pełnym napięcia oczekiwaniu na słowa.
… Których nie usłyszał.

Wszystkie zajęcia grupowe zostały odwołane. Do południa, nie licząc śniadania, mieli pozostać w swoich pokojach, czekając na dalsze polecenia. Kilka minut po dwunastej rozległ się charakterystyczny dźwięk dzwonka, ale tym razem nikt nie miał wątpliwości co do tego co sygnalizuje. Wszyscy wychowankowie zgromadzili się w sali głównej.
Gabriel chciał pozostać z tyłu, jak zawsze, ale Kevin chwycił go za rękę i pociągnął do przodu, właściwie do pierwszego rzędu. Kiedy znaleźli się na miejscu, wcale jej nie puścił. Pierwszy raz mówił bardzo niewiele, jakby nie do końca wiedział, co ma powiedzieć. I jemu samemu też z pewnością było przykro.
W centralnym miejscu sali umieszczone było duże zdjęcie grupowe wychowanków wraz z panem Richardsem – innego zapewne nie mieli – przewiązane czarną wstążką.
Pani Risby i June ubrane były na czarno. Podobnie jak kilkoro innych opiekunów i pani psycholog. W sali pierwszy raz od bardzo dawna panowała idealna, niezmącona prawie cisza. Wiele się zmieniło od nocnego ogłoszenia. Teraz nikt już nie był w stanie głębokiego szoku, ludzie nie dyskutowali, przestali niedowierzać. Każdy pogodził się z tym na swój sposób i zrozumiał. Nie trzeba było poruszać tego wątku po raz kolejny.
-Przeżyliśmy dzisiaj ogromną stratę…- zaczęła pani Risby, lekko zachrypniętym głosem- Śmierć jednego z waszych opiekunów… Śmierć naszego przyjaciela. Ale waszego również, bo trzeba wam wiedzieć, że pan Richards… Bardzo interesował się losem swoich podopiecznych i nikogo nie traktował źle. Był doskonałym nauczycielem i doskonałym wychowawcą…- co jakiś czas robiła krótsze przerwy, jakby potrzebowała wziąć głębszy oddech czy powstrzymać drżenie głosu- Takie zdarzenia bardzo trudno wyjaśnić i trudno o nich rozmawiać. Szczególnie z tak młodymi ludźmi, z których bardzo wielu nie doświadczyło jeszcze śmierci kogoś bliskiego… A pan Richards był wam bliski i wiem to. Świadczy też o tym wasza dzisiejsza postawa… Dojrzała postawa. Taką, jaką zawsze reprezentował i wpajał. To była wyjątkowo niespodziewana śmierć i nie mogliśmy się na nią w żaden sposób przygotować… Ale wiem również, że nie ma sensu zastanawianie się teraz nad przyczynami i pytanie, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. I wiem, że wy również zdajecie sobie z tego sprawę. Pan Richards odszedł, ale pozostawił tutaj cząstkę siebie samego. Pozostawił coś nieśmiertelnego w was. Coś, co nigdy nie zginie, jeśli będziecie potrafili to odpowiednio wykorzystać i przekazać dalej. Nie ma go wśród nas ciałem, ale zawsze będzie w naszych wspomnieniach i zachowajmy go tam, wraz z jego poczuciem humoru, pełnym odpowiedzialności podejściem do swoich uczniów i nieco sceptyczną naturą. Zachowajmy go w naszych sercach. Uczcijmy jego pamięć minutą ciszy.
Kevin ściskał mocno jego dłoń. Gabriel znał Richardsa dłużej, owszem i zawsze darzył go sympatią, ale miał wrażenie, że i tak nie przeżył jego śmierci równie bardzo co blondyn, który znał go przecież niewiele, ledwie kilka dni… A jednak…
Odetchnął cicho, rozglądając się ukradkiem wokoło. Niektórzy wychowankowie mieli zaszklone oczy, inni nie pokazywali po sobie w żaden sposób swoich uczuć, ale patrząc na nich Gabriel i tak miał wrażenie, że ich to ruszyło. Każdego jednego w jakiś sposób.
Dlaczego on nie potrafił tego przeżyć? Dlaczego nie potrafił się głębiej zastanowić nad tą śmiercią? Dlaczego wykreślił Richardsa ze swojego życia tak szybko i bezproblemowo, jakby pozbywał się czegoś zbędnego, niepotrzebnego?
Nie potrafił chyba uszanować ludzkiej śmierci. Oddać jej jakiegoś hołdu. Uznać za coś niezwykłego. Pogrążyć się w smutku i żalu. Nie potrafił zrozumieć.
-Dziękuję wam wszystkim za tak liczne przybycie…- odezwała się pani Risby i zaraz przekazała głos June.
-Przez najbliższy tydzień wszystkich obowiązują stroje uroczyste z powodu żałoby- obwieściła nie mniej konkretnie niż zwykle- Od jutra lekcje odbywać się będą w normalnym trybie i oczekujemy, że każdy z was będzie do nich należycie przygotowany… W razie jakichkolwiek trudności, proszę pamiętać o tym, że drzwi szkolnej psycholog są otwarte.
Psycholożka skłoniła się krótko. Gabriel był pewien, że to już koniec. Że w tym miejscu June powinna poinformować ich, żeby wracali do siebie i tyle, ale tak się nie stało.
-Mamy do przekazania jeszcze jedną informację…- odezwała się ponownie pani Risby- Odejście pana Richardsa… Było dla nas wszystkich przeżyciem niezwykle szokującym. Cudem jednak właściwie znalazł się ktoś kto go zastąpi…- zamyśliła się na dłuższą chwilę i chyba doszła do wniosku, że użyła niewłaściwego słowa. Człowieka nie da się przecież zastąpić innym, czyż nie…?- Ktoś, kto przejmie jego posadę i obowiązki… Nie są to szczególnie sprzyjające okoliczności na tego typu kwestie, ale chciałabym, żebyście powitali nowego opiekuna…
Jakiś mężczyzna wyszedł na środek. Wcześniej Gabriel nie zwrócił na niego większej uwagi, zbyt zaabsorbowany chyba własnymi myślami i tym, co działo się tuż przed nim, żeby spoglądać na dalsze grono opiekunów i pracowników placówki.
Mężczyzna wyglądał bardzo młodo. Miał jasną skórę, szczupłą, urodziwą twarz z prostym nosem, wąskimi ustami i dużymi oczyma o barwie, którą trudno było Gabrielowi od razu określić. Manewrowała między szarością a czernią. I czymś jeszcze. Czymś w rodzaju wyjątkowo jasnego brązu, być może złota… Nie miał pojęcia od czego to zależy. Wszystko wydawało się być po prostu kwestią gry światła. Długie, ciemne włosy mężczyzny, upięte w niedbały kucyk dodawały jego wyglądowi czegoś w rodzaju nonszalancji. A jednak było w nim coś… Innego. Intrygującego. Coś, co nie pozwoliło rudowłosemu oderwać od niego wzroku ani na chwilę, dopóki nie zlustrował go uważnie całego. A i tak zaraz spoglądał na niego po raz kolejny, jakby doszukiwał się istotnego elementu, którego nie zauważył wcześniej.
-Nazywam się Damon Monde- przedstawił się. Jego głos był dźwięczny, melodyjny, ale jednocześnie przesycony czymś niezwykłym. Czymś innym. Wypełniony chłodem, choć zdawał się być pozornie ciepły i przyjazny. Gabriel czuł niemalże, jak wzdłuż kręgosłupa przechodzą mu dreszcze. Naprawdę zwariował…- Obejmowanie tego stanowiska w tak tragicznych okolicznościach z pewnością nie powinno zostać skwitowane, jako realizacja marzenia lub życiowego planu…- Gabriel zerknął krótko na twarz Kevina, wyrażającą absolutne skupienie i poruszenie. Czy naprawdę tylko on słyszał w tym nutkę jakiejś irracjonalnej, niemożliwej wprost i zupełnie niedopasowanej do całej sytuacji ironii?- A jednak muszę powiedzieć, że zawsze chciałem się znaleźć w tym miejscu i czekałem na odpowiedni moment… To strasznie przykre, że musiało nastąpić coś tak brutalnego… Jakże wiele poświęcenia innych przekłada się na nasze cele…- jego wąskie wargi ułożyły się w lekki uśmiech. Gadzi uśmiech niemalże- Jednakże zamierzam dobrze wykorzystać daną mi szansę…
Gabriel zadrżał gwałtownie i odwrócił wzrok, gdy mężczyzna spojrzał wprost na niego. A jednak przez tę krótką chwilę, kiedy napotkał jego spojrzenie… Mógłby przysiąc… Że przez chwilę jego oczy mieniły się złotem, a źrenice były pionowe. A jednak, gdy odważył się na niego podnieść wzrok po raz kolejny, nie dostrzegł już nic takiego.
Jeszcze jeden krok do szaleństwa…
Jeszcze tego mu brakowało…
Drżenia.
Szybszego bicia serca.
Przyspieszonego oddechu.
Coś było nie tak.

Wieczorem większość wychowanków jak zwykle zgromadziła się w świetlicy. Gabriel i Kevin rozłożyli kołdrę pod ścianą, tak jak uprzednim razem i usadowili się na tamtym miejscu. Rudowłosy prawdopodobnie by nie przyszedł, gdyby nie fakt, że Kevin go o to poprosił. Właśnie odkrył, że strasznie trudno jest mu odmawiać. A jednak tym razem to nie jasnowłosy zajmował jego myśli. Tylko nowy opiekun. Gabriel zaczynał się przyłapywać na myślach zupełnie nieodpowiednich… Myślach i fantazjach, o których by siebie nie podejrzewał… Zupełnie niemoralnych.
-Hej- Mike i Tom pojawili się tuż obok właściwie w przeciągu chwili.
-Macie czekoladę?- zapytał z zaintrygowaniem ten pierwszy i zaraz zażądał- Podzielcie się!
-Spadajcie- prychnął cicho Kevin.
-Och, jasne, możemy spadać- stwierdził Tom, wzruszywszy ramionami z pozorną obojętnością- Ale obawiam się, że przypadkowo mógłbym natrafić na którąś z opiekunek, a okradanie kuchni pewnie jej się nie spodoba.
-Daj spokój, Kevin- rzucił cicho Gabriel- Daj im resztę i niech sobie idą.
Blondyn westchnął ciężko, ale ostatecznie podał im tabliczkę. Mike i Tom nie wyglądali jednak na chętnych do ulotnienia się z tego miejsca. Wprost przeciwnie. Obaj opadli na kołdrę, tuż obok nich.
-Hej- Kevin spojrzał na nich nieco poirytowany- Ktoś was tu zapraszał czy jak?
-Co sądzicie o tym nowym?- zapytał zamiast tego Tom, zupełnie ignorując słowa blondyna i bez oporów wgryzając się w tabliczkę czekolady- Bo moim zdaniem to skurwiel. Ma taki wygląd typowego gnoja. Przy nim naprawdę jeszcze zdążymy zatęsknić za Richardsem. Mówię wam, to będzie piła.
-E tam, nic takiego nie powiedział przecież- rzucił Mike, wzruszywszy ramionami- Moim zdaniem może być w porządku…
-No…- potwierdził powoli Kevin, włączając się w rozmowę- Tylko jakiś taki młody…
-Och, no i? Risby przecież też jest młoda.
-No tak, ale… To kobieta jednak. Ten facet jest jakiś… Dziwny.
-A nie mówiłem?- podchwycił natychmiast Tom- Będzie chujem jak diabli, jeszcze zobaczycie. Przy nim Richards w tydzień zyska tu miano świętego…
-A ty jak sądzisz, Gabriel?- zapytał nagle Mike, spoglądając na rudowłosego pytająco.
Chłopak wzruszył ramionami, czując się nieco niepewnie w związku z całą tą rozmową.
-Hm…- mruknął w końcu bez większego przekonania- Nie jest zły chyba… Tylko… Dziwny. Wygląda jak wąż…
Cała trójka zachichotała niepohamowanie. Gabriel też uśmiechnął się nieco blado, zdając sobie sprawę z tego, jak dziwnie musiało to zabrzmieć.
-Ta, jak wąż!
-Wyobrażasz sobie, jak wykonuje językiem takie dzikie tańce?!
-Albo jak pełza po ziemi?!
-Będzie ci syczał do ucha nocami, Gabriel!
-Ej, ej- teraz dopiero Kevin spoważniał, spoglądając na nich karcąco- Dajcie mu już spokój…
-Nieważne- stwierdził rudowłosy, kręcąc głową. W takich warunkach podobne przytyki naprawdę jakoś niespecjalnie mu przeszkadzały. Kilka osób spoglądało na nich niemalże karcąco.
-Jest żałoba- Kevin westchnął cicho- Wypadałoby zachować trochę powagi.
-No…- potwierdził Tom, po czym zaczął- Jak na to zareagowaliście? Bo ja totalnie nie mogłem uwierzyć i…
-Nakarm mnie- Mike spojrzał na niego niemalże błagalnie, układając się na jego kolanach. Tom parsknął cicho i wsunął mu do warg kostkę czekolady.
-… Więc… Jak mówiłem… Totalnie nie mogłem w to uwierzyć- kontynuował, wciąż karmiąc niespiesznie chłopaka- Myślałem, że to jakaś pomyłka i rano nam o tym powiedzą i w ogóle…
-E tam- parsknął cicho Mike- Ja wziąłem to na klatę! Nie przejąłem się tym aż tak bardzo!
-Ta…- Tom spojrzał na niego z autentycznym politowaniem- Pewnie to dlatego zaraz po ogłoszeniu tej informacji położyłeś się ze mną do łóżka, bo nie chciałeś spać sam i ryczałeś…
Mike prychnął obruszony, czerwieniąc się wyraźnie.
-Po prostu… Po prostu myślałem, że możesz mnie potrzebować- wyjaśnił, mocno zażenowany- A poza tym… Wcale nie ryczałem!
-Och nie? Więc dlaczego gdy się odsunąłeś miałem mokrą koszulę, co?
-Bo może sam ryczałeś!
-Jaaasne, tak się tłumacz.
-Tom, idioto! Nie roztrząsajmy tego tutaj, co?
-Phie. Sam jesteś idiotą, Mike.
Kevin parsknął cicho, spoglądając na Gabriela wybitnie znacząco. Rudowłosy też wysilił się na lekki uśmiech. Widok wiecznie nierozłącznych pokłóconych przez taką błahostkę z pewnością mógł być lekko zabawny. Ale jak zwykle ich kłótnie nie trwały długo.
-Och, Tom!- ustąpił po ledwie minucie milczenia Mike- Przepraszam, no!
-Spoko, Mike- odparł ten drugi, stosunkowo jeszcze chłodno, ale już po chwili również skapitulował, chyba pod wpływem spojrzenia przyjaciela.
-Najlepszy kumplu!- wykrzyknął iście dramatycznie Mike, rozkładając szeroko ramiona, a Tom zaraz uściskał go serdecznie.
Kevin zaśmiał się cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-Nie, ja po prostu w nich nie wierzę…
-Ty, blondi, odwal się- mruknął nieco urażony Tom, a Mike skinął głową w niemym poparciu.
-Ile się właściwie znacie?- Gabriel znowu miał ochotę się zaśmiać, słysząc pytanie Kevina. Po raz kolejny ujawniła się ta jego ciekawość… Rudowłosego szczerze to dziwiło. Tutaj raczej każdy interesował się sobą albo swoimi najbliższymi znajomymi. Albo przynajmniej on miał takie wrażenie.
-Czy ja wiem… Ile się znamy, Mike?
-Z jakieś półtora roku- odparł w zamyśleniu chłopak- No, odkąd tu trafiliśmy.
-To znaczy, że nie znaliście się wcześniej?- zapytał blondyn z niedowierzaniem.
-Nie- Tom wzruszył ramionami- Poznaliśmy się tutaj. Trafiliśmy tu tego samego dnia.
-Za co?
-Pobiłem kogoś- Tom uśmiechnął się krótko- Taka… Głupota…
-Jakoś poważnie?- Kevin wpatrywał się w niego badawczo.
-No… Mogło być gorzej w sumie…- zamyślił się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami- Czy ja wiem. Nie jakoś tragicznie czy coś. Kilka siniaków, wybity ząb, nic specjalnie rażącego.
-I za pobicie jakiegoś gostka cię tutaj wsadzili?- blondyn parsknął cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową- Wow. Gdyby mnie mieli wsadzać za coś takiego…
-On nie pobił… Gostka- sprostował Mike, kręcąc głową, a Kevin spojrzał na niego pytająco.
-Pobiłeś dziewczynę?- spojrzał na Toma niemalże z politowaniem.
-No…- burknął cicho tamten- Siostrę.
-I był pijany- dodał Mike, chichocąc cicho.
-Ta, sąd nie wykazał przez to dla mnie specjalnej łaski…- Tom wzruszył jedynie leniwie ramionami. Nie wyglądał raczej na kogoś, kto żałował tego, co zrobił. Może był bardziej całym zdarzeniem poirytowany- Starzy też nie bardzo. Pewnie dlatego przyjeżdżają na zebrania, ale nie chcą się ze mną widzieć.
Gabriel spoglądał na niego uważnie. Więc właściwie… Nie był jedynym, którego rodzice nie odwiedzali. Może rzeczywiście powinien się tym zainteresować wcześniej… Może nie czułby się przynajmniej przez ten pierwszy feralny rok jak ostatnia ofiara. I może nie byłoby mu tak strasznie wstyd za każdym razem, kiedy nadchodził Dzień Otwarty.
-A ty?- Kevin spojrzał pytająco na drugiego chłopaka.
-To samo, co ty- odparł mu na to prosto Mike.
-W sensie…? Siedzisz za kradzież?- spojrzał na chłopaka niemalże z politowaniem.
-Raczej włamanie… Ale nie jestem w tym specem jak ty- parsknął, chwytając ostatnią kostkę czekolady i wpychając ją sobie do ust- Po prostu założyliśmy się z kumplami, to miała być taka śmieszna akcja… Wiesz, nic na poważnie. Miałem się po prostu włamać do garażu sąsiada, zrobić mu jakiś rysunek na ścianie, trochę poprzewracać i tyle. E tam, nic wielkiego w sumie…
-I… Tyle? Nie dostałeś zawiasów?- spoglądał na niego z zaskoczeniem- Albo kuratora nawet?
-No… Raczej nie…- stwierdził nieco spłoszony.
-No raczej, że nie, bo zabił sąsiada- Tom parsknął, kręcąc głową z politowaniem.
-Ej!- obruszył się mocno Mike- Wcale go nie zabiłem! Sam umarł!
-Ta…Stary dziadzia obudził się w środku nocy i zobaczył, co się święci, no i dryndnął po policję… Ale zrobiło się trochę nieprzyjemnie, bo chwilę później dostał zawału i kipnął, a jego złapali- Tom zaśmiał się lekko- A kumple spierdolili…
-No…- podsumował w końcu nieco chmurnie Mike- Coś w ten deseń. Ale moi starzy przyjeżdżają- dodał, zanim Kevin zdążył zadać kolejne pytanie- Tylko na samym początku ojciec się trochę odciął i był strasznie wściekły, a matka zupełnie się załamała… Wiecie, sąsiedzi i te sprawy… Wszyscy na nich najeżdżali… Ten sąsiad był raczej lubiany… Ale teraz jest już okej.
-Czyli…- podsumował powoli Kevin- Trafiliście tutaj razem, tak?
-Tak!- potwierdzili obaj jednocześnie z szerokim uśmiechem- I razem stąd wyjdziemy!

Dzisiaj chyba zdał sobie sprawę z czegoś istotnego. Czegoś do czego prawdopodobnie nie doszedłby w ogóle w innych warunkach. Owszem, Tom i Mike bywali wyjątkowo uciążliwi i irytujący. Szczególnie dla niego. A ich żarty w jego mniemaniu odbiegały daleko od pojęcia „śmieszne”. Ale to nie był chyba jedyny fakt jego swoistej niechęci względem nich. On chyba… Paradoksalnie… Był zazdrosny. Oni bywali razem praktycznie rzecz biorąc wszędzie, zawsze byli weseli i co by się nie działo, mogli na siebie liczyć. Gabriel podświadomie, chociaż chyba nigdy się do tego nie przyznał przed samym sobą, chciał czegoś podobnego. A teraz miał Kevina…
I był szczęśliwy. W jakiś dziwnie pokrętny sposób. Zaczynał się uśmiechać, zaczynał żyć. Coś w nim ruszyło i widział w tym wyraźną zasługę blondyna. Nawet Mike i Tom nie wydawali się tacy irytujący.
Ale gdy nachodził wieczór… Wszystko się zmieniało. Ogarniał go lęk. Bał się jak diabli. Kiedy kładł się do łóżka, czuł ten charakterystyczny niepokój. Czekał tylko na moment w którym usłyszy owe zwyczajowe słowa. Nie chciał uciekać, nie chciał krzyczeć. Nie chciał prowokować opiekunów do rozważań na temat jego przeniesienia.
Chciał…
… Być…
… Normalny.
Nawet, jeśli miałby udawać i nocami dławić się z przerażenia.
Czekał do późna w nieustającym napięciu, ale nie usłyszał i nie poczuł nic dziwnego… Do momentu, w którym coś prześlizgnęło się wzdłuż jego pleców.
Odwrócił się gwałtownie w stronę ściany i…
… I wbił pełne osłupienia spojrzenie w złociste oczy o pionowych źrenicach, błyszczące w ciemności niczym oczy drapieżcy. Oddychał płytko, nie wiedząc, co ma zrobić. Czując się zupełnie zaskoczony, zamurowany niemalże z przeznaczenia.
On…?
-Co pan…- reszta jego słów zniknęła, pochłonięta zupełnie przez pocałunek, który wycisnął na jego wargach ów mężczyzna. Gabriel jęknął zaskoczony, chwytając go za nagie ramiona i próbując od siebie odepchnąć, ale jego opór zelżał ledwie ruchliwy język wdarł się niemalże do jego warg. Coś wypełniało na wskroś jego ciało. Coś, co jeszcze nie było mu znane. Mężczyzna oderwał się od jego warg, a jego usta ułożyły się w szeroki, gadzi zdawać by się mogło, uśmiech. Jego dłonie prześlizgnęły się wzdłuż torsu chłopaka, po czym zwinnie zabrały się za rozpinanie guzików koszuli od piżamy rudowłosego, a ten podniósł się nieznacznie, ułatwiając mu zsunięcie jej ze swoich ramion.
Gabriel oddychał płytko, czując się niemalże jak w amoku. Wszystko zdawało się takie nierealne, inne, niepewne. Wydawało się być zaledwie… Snem.
Język mężczyzny nakreślił na jego policzku wilgotny ślad. Gabriel jęknął cicho, opadając z powrotem na pościel, gdy wargi Węża, jak zaczął go określać, przeniosły się na jego szyję, znacząc ją pocałunkami. Irracjonalnie delikatnymi, tak nie pasującymi do całej sytuacji, sprawiającymi mu niewyobrażalną wprost przyjemność, połączoną z tym nienaturalnym otępieniem całego ciała, jakie odczuwał już od dłuższej chwili. Pocałunki mężczyzny przeniosły się na jego tors, zmieniając się w bardziej niespieszne, prawie leniwe, by zaraz stać się niemalże brutalnymi, kiedy zasysał mocno i gryzł jego sutki, doprowadzając całe jego ciało do drżenia. Gabriel zagryzał wargi prawie do krwi, chcąc się powstrzymać od głośniejszych jęków.
Tak strasznie przerażony, że ktoś mógłby go teraz usłyszeć…
… Tak nieprawdopodobnie zniechęcony perspektywą tego, że ktoś mógłby to przerwać.
Dłoń Węża naparła przez materiał spodni na nabrzmiałą już męskość rudowłosego. Jęknął głośniej niepohamowanie.
To było coś zupełnie innego.
Pragnienie?
Pożądanie?
… Rozkosz?
Język mężczyzny kreślił na podbrzuszu chłopaka wilgotne znaki, a dłonią wciąż masował jego męskość przez materiał piżamy, na tyle jednak powoli, by nie doprowadzić go do spełnienia.
Rozkosz zdawała się przejmować kontrolę nad całym ciałem Gabriela. Eksplodowała milionem odczuć w jego umyśle. Rozbrajała. Doprowadzała do szaleństwa.
… Szaleństwa.

2 komentarze:

  1. Anonimowy7:50 PM

    Fajnie, robi się jeszcze bardziej ciekawie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:34 PM

    Łaaał... trafiłaś w moje gusta :) Chłopaczki z poprawczaka, dziwne głosy, gadzi człowiek - i do tego Wąż! Chciałabym mieć węża <3 i do tego to echo "szaleństwa" tak efektownie zabrzmiało^^ Strasznie się cieszę, że trafiłam na twojego bloga. Dobra, nie smęcę xD doczytuję już dalej.

    Cloode

    OdpowiedzUsuń