Strony

wtorek, 24 maja 2011

5. Johnny zaczyna rozumieć

Johnny ziewnął przeciągle i ostatni raz przejrzał się w lustrze, by upewnić się, że wszystko jest z nim w porządku albo jeszcze lepiej, a następnie ruszył powoli po schodach, nieco chwiejnym krokiem. Wczoraj znowu zasnął wyjątkowo późno. Najpierw po raz kolejny starał się zmusić do obejrzenia jakiegoś meczu, ale ostatecznie wymiękł i darował sobie po pierwszej połowie. Przełączył na jakiś thriller i chociaż ten skończył się niedługo po północy, Johnny miał jakieś dziwne problemy z zaśnięciem.
W życiu by się do tego nie przyznał, ale pewien rodzaj filmów nie działał na niego szczególnie dobrze…
… Chociażby zważywszy na fakt, że nim się położył, musiał kilkakrotnie sprawdzić czy zamknął wszystkie drzwi i okna, a nawet przeszukać szafę i zajrzeć pod łóżko. A później jego serce przyspieszało wprost do niewiarygodnej prędkości, gdy nagle usłyszał jakieś głośniejsze stuknięcie czy trzask.
A efektem tego wszystkiego było zmęczenie Johnny’ego, które po raz kolejny zaowocowało szerokim ziewnięciem. Chłopak potknął się o ostatni ze schodków i z trudem utrzymał równowagę, chwytając się w ostatniej chwili za poręcz.
-No jeszcze się zabij- poradziła mu Rose, jak zwykle wyjątkowo uroczo, spoglądając na niego z dezaprobatą, po czym wróciła do kuchni, a Johnny powlókł się za nią- Mam nadzieję, że nie jesteś pijany…?
-Zmęczony Rose…- wymamrotał chłopak, wchodząc do pomieszczenia- Tylko zmęczony.
-Twoje szczęście… Jak spotkanie z tamtym chłopcem?
-Hę…?- Johnny jak zwykle o tej porze nie wykazywał się szczególną przytomnością umysłu. Zresztą, zawsze rano zachowywał się tak, jakby ktoś wyłączył mu mózg. Otworzył lodówkę i wyjął z niej jogurt, wypijając od razu połowę.
-No z tym Keithem- wyjaśniła Rose z lekkim zniecierpliwieniem.
-Bardzo dobrze- odpowiedział szatyn, uśmiechając się lekko jakby na wspomnienie wczorajszego dnia. Naprawdę tak uważał. Znowu świetnie rozmawiało mu się z Keithem, mimo tego, że teoretycznie nie mieli zbyt wielu wspólnych tematów ani wystarczająco dużo czasu, by bliżej się poznać. A poza tym, skupili się na matematyce. No dobrze, Keith się skupił, bo Johnny nie miał do tego głowy.
-Nie wiedziałam, że interesuje cię coś tak prozaicznego jak korepetycje…- rzuciła z ironią kobieta, posyłając mu jednocześnie badawcze spojrzenie, jakby nadal średnio wierzyła w jego nagły zapał do nauki- Sądziłam, że masz w głowie tylko głupie zabawy, jak to chłopcy w twoim wieku.
-No cóż…- odkaszlnął cicho Johnny, odrobinę zażenowany. Bo jakby tu łagodnie wyjaśnić, że to, co robił z Keithem było pewną formą zabawy…?- Zbliżają się egzaminy i tak dalej… A ja mam problemy z matmą… Chcę dobrze wypaść, po prostu.
-Brawo, Johnny, jestem z ciebie dumna!- rzuciła Rose z autentycznym zadowoleniem, a chłopak zmieszał się odrobinę. Zawsze było mu głupio, gdy musiał ją okłamywać, nawet w tak pozornie banalnych sprawach jak jakiś tam zakład. Po prostu był pewien, że by się jej to nie spodobało.
-Tak, ja też…- wymamrotał tylko pod nosem, zarzucając torbę na ramię- Ja będę już spadał, Rose.
-Bez śniadania?!- oburzyła się kobieta- Ani się waż! Siadaj, Johnny, dzisiaj nie zdążyłam niczego przygotować wcześniej, ale zaraz zrobię ci jakieś tosty albo jajecznicę…
-Nie mam czasu, Rose- szatyn uśmiechnął się przepraszająco- I tak jeszcze obiecałem Benny’emu, że po niego podjadę, a jestem już trochę spóźniony.
-Benny’emu…?- kobieta zmarszczyła brwi- A on nie ma przypadkiem własnego samochodu?
-Popsuł się. Muszę lecieć, Rose- powtórzył raz jeszcze, po czym uściskał ją serdecznie na pożegnanie- Do zobaczenia.
-Drugie śniadanie!- upomniała go jeszcze kobieta, nim zdążył wyjść i wcisnęła mu w dłonie dwie reklamówki.
… Dwie reklamówki?
Johnny zmarszczył brwi.
Okej, nie zjadł śniadania, ale raczej znając „umiarkowane” porcje, jakimi zazwyczaj raczyła go Rose, nie miał szans na umieranie z głodu.
-Po co…?
-Dla tego chłopca- odpowiedziała kobieta, nim zdążył dokończyć pytanie- Keitha. Wygląda tak drobnie i chudo… Pewnie nie karmią go właściwie w domu.
-Rose, karmią go w domu…- Johnny aż nie mógł powstrzymać się od śmiechu- Możesz być tego pewna. Po prostu ma szybką przemianę materii albo coś w tym stylu. Przecież wygląda dobrze.
-Nie wygaduj głupot, Johnny, wygląda jak chuchro. Która dziewczyna zechce taką drobinę?- Rose aż załamała ręce i westchnęła głęboko- Biedny chłopak, a sprawa takie dobre wrażenie… W każdym razie, daj mu to. Jest taki szczupły, że dodatkowa porcja kanapek z pewnością mu nie zaszkodzi.
Kto wie.
Co poniektóre porcje Rose zdecydowanie były w stanie zabić swoją ilością.
-Przekażę- obiecał Johnny, wciąż uśmiechając się pod nosem z rozbawieniem, po czym wrzucił obie reklamówki do torby i raz jeszcze uściskał kobietę, a następnie wybiegł prędko z mieszkania, usiłując jednocześnie znaleźć kluczyki od samochodu.
… I mając szczerą nadzieję, że dzisiaj Benny będzie miał znacznie lepszy humor niż wczoraj.

Nie, Benny zdecydowanie nie miał dobrego humoru. Niestety. I chociaż Johnny przez całą drogę dwoił się i troił, by ten stan zmienić, nie udało mu się. Dziś było jeszcze gorzej niż przez ostatnie kilka dni, bo jego przyjaciel nie narzekał już nawet i nie streszczał z wielkimi emocjami wszystkiego, co się wydarzyło, jak to zwykle miał w zwyczaju. Milczał po prostu z wyjątkowo markotną miną, a na wszelkie pytania Johnny’ego, który usiłował się dowiedzieć, o co tym razem pokłócił się z Maicy, reagował tylko ponurym: „nie chcę o tym gadać”. To nie był dobry sygnał. Kiedy Benny tak reagował, naprawdę było z nim źle.
Johnny nie naciskał więc więcej w tej kwestii, chociaż po raz kolejny dopadło go wrażenie, że gdyby Maicy zostawiła Benny’ego, ten strasznie by to przeżył i chłopak obawiał się w duchu, czy tak się właśnie nie stanie. Naprawdę nie do końca rozumiał ostatnie zachowania dziewczyny i chociaż Benny miał skłonności do przesady, nie były to sygnały, jakie można było po prostu zignorować. Johnny nawet zastanawiał się nad tym, czy nie powinien porozmawiać na ten temat z Maicy, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że właściwie nie wiedziałby, co powiedzieć. A poza tym, wcale nie był pewien, czy Benny cieszyłby się z tego rodzaju pomocy. Bądź co bądź, Johnny nie odznaczał się jakąś wyjątkową subtelnością.
… Ale co tam.
Jedna wada przy tylu jego zaletach, nie ma najmniejszego znaczenia.
W końcu dotarli pod szkołę, a Johnny zaparkował w zwyczajowym miejscu, a następnie obaj weszli do budynku. Carl już na nich czekał, tuż przy szafce Benny’ego, zresztą tam właśnie spotykali się najczęściej, więc podeszli do niego natychmiast.
-Hej- rzucił chłopak, uśmiechając się w ich stronę pogodnie, ale jego uśmiech zrzedł nieco, gdy tylko dostrzegł minę Benny’ego. Brak subtelności Johnny’ego przy braku subtelności i jakiejkolwiek empatii ze strony Carla, był naprawdę nieporównywalny, więc skoro nawet on dostrzegł, że z Benny’m coś nie gra, musiało być źle.
-Cześć- przywitał się z nim Johnny, a jego przyjaciel jedynie mruknął coś niewyraźnie pod nosem.
W tym właśnie momencie przeszła obok nich grupka dziewcząt, z Maicy na czele. Agatha machnęła Carlowi dłonią na powitanie, zbyt zajęta plotkowaniem z brunetką, a Linda posłała Johnny’emu naprawdę oszałamiający uśmiech. Maicy natomiast zignorowała teatralnie całą trójkę, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem i wówczas Johnny był już pewien, że jej ostatnia kłótnia z Benny’m z pewnością nie należała do zwyczajnych. Najczęściej mimo wszystko godzili się ze sobą w szkole albo przynajmniej udawali, że jest pomiędzy nimi w porządku, bo Maicy strasznie nie lubiła, gdy ktoś plotkował o ich związku za jej plecami i spekulował na jego temat. Skoro teraz nawet to jej nie obchodziło, sytuacja musiała być wyjątkowo napięta.
Benny zerknął na dziewczynę przelotnie, ale ostatecznie w równie teatralnym geście, odwrócił dumnie wzrok w inną stronę, jakby zamierzał zakomunikować jej bezgłośnie, że wcale nie obchodzi go to, że tak go zignorowała. Trochę mu nie wyszło, bo aż poczerwieniał na twarzy ze złości, ale tego Maicy prawdopodobnie już nie widziała.
-Ekhem…- Johnny odkaszlnął nerwowo, a Carl spojrzał na niego odrobinę spanikowanym wzrokiem, jakby nie wiedział do końca, co ma zrobić. Napięcie dosłownie wisiało w powietrzu- Oglądaliście ten wczorajszy mecz…?- zagadnął w końcu ostrożnie. Ten moment był wprost doskonały by wykorzystać jeden z ich tematów uniwersalnych. Chciał po prostu skierować uwagę przyjaciela na coś innego, ale chyba przyniosło to rezultat odwrotny do oczekiwanego.
-Nie, byłem z Agathą.
-Nie, byłem z Maicy.
No świetnie.
Johnny poczuł się niemal samotnie.
Benny zagryzł nerwowo wargę. Udawanie, że cała sytuacja nic go nie obchodzi, wychodziło mu stosunkowo kiepsko, zdecydowanie gorzej niż Maicy.
-Ej, chłopaki…- zaczął w końcu Carl- Nie chcielibyście wyskoczyć gdzieś dzisiaj wieczorem…? Nie chcę mi się czekać do weekendu, a dziś Agatha wychodzi na kolację z rodzicami, więc i tak nie mam co robić. Co wy na to? Macie czas?
-Ja zawsze mam czas- odparł zgodnie z prawdą Johnny, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się przegapić jakiejkolwiek z ich wspólnych imprez czy spotkań. Zresztą, trudno się dziwić. Nie miał w końcu takich problemów jak jego kumple. Benny i Carl mieli swoje kłopoty związkowe, a Eric… Cóż, właściwie Johnny nie był pewien, co tak ostatnio pochłania Erica, ale jakoś wcale mu go nie brakowało.
-A ty, Benny?
-Ja też jestem dziś wolny… Jak widać- dodał pochmurnie, zerkając raz jeszcze w kierunku Maicy i jej koleżanek, które zatrzymały się niedaleko od nich. Dziewczyna Benny’ego śmiała się z czegoś akuratnie i sprawiała wrażenie – niestety bardzo wiarygodne – że w ogóle niczym się nie przejmuje. Benny uśmiechnął się wymuszenie- Zróbmy sobie jakiś typowo męski wieczór, co? Bez gadania o babach, żalenia się i tym podobnych pierdół… Pogadamy o sporcie i tak dalej. Co wy na to?
-Okej. U kogo tym razem?
-U mnie nie…- stwierdził niepewnie Carl, uśmiechając się przepraszająco- Moje rodzeństwo i tak dalej… Naskarżą starym.
-U mnie też nie- dodał Benny- Mam wolną chatę tylko w weekendy.
Carl przeniósł na Johnny’ego niemal błagalne spojrzenie.
-Nie ma sprawy, możecie przyjść do mnie- odpowiedział natychmiast szatyn, nie widząc w tym żadnego problemu. U niego wieczorem nigdy nikogo nie było i dlatego większość ich spotkań odbywała się właśnie tam. Nigdy nie robił żadnych większych imprez ani nie spraszał więcej osób, bo widział już jak kończyły się szkolne, cotygodniowe zabawy u Benny’ego i trochę bał się bałaganu i ewentualnych zniszczeń. Ale dla ich paczki zawsze znalazło się u niego miejsce. Zresztą, właściwie naprawdę nie było więcej możliwości. U Carla był już kilka razy, ale ten rzeczywiście miał spore zamieszanie z liczną rodziną, więc raczej trudno było u niego o chwilę spokoju. U Benny’ego natomiast bywał prawie tak często, jak Benny u niego i znał doskonale jego rodziców, którzy byli naprawdę fajnymi ludźmi, ale jakoś szczerze powątpiewał, żeby spodobało im się picie przez nich alkoholu. Natomiast o dom Erica nawet nikt nie pytał, bo ten zaprosił ich do siebie ledwie raz i Johnny raczej niezbyt miło wspominał tamtą wizytę.
-To super.
-Nie, nie super- zaprotestował Benny, kręcąc głową- Nie będziemy ciągle siedzieć ci na głowie.
-Ale naprawdę, nie ma problemu…- zaczął Johnny, ale jego przyjaciel przerwał mu ponownie:
-Daj spokój, przesiadujemy u ciebie cały czas. Nie ma takiej opcji, żebyśmy znowu się tam ładowali- stwierdził stanowczo i dopiero wówczas szatyn doszedł do wniosku, że nie powinien się spierać, bo Benny’emu zapewne wcale nie chodziło o obronę jego zacisza domowego czy jakiejś niesprawiedliwości- Moim zdaniem, powinniśmy dzisiaj wyjść na miasto, dawno tego nie robiliśmy. Cały czas tylko siedzimy u kogoś w domu i marudzimy. Eric ma rację, to naprawdę robi się nudne. Całe wieki nie byliśmy na jakiejś porządnej imprezie, a one latają na nie cały czas…- dodał pochmurnie.
-W sumie racja…- zgodził się niepewnie Carl- Ale gdzie właściwie mielibyśmy iść?
-Do Silvera- odparł Benny, wzruszywszy ramionami- Przecież wcześniej zawsze tam chodziliśmy. Napijemy się czegoś porządnego i pogadamy, jak za dawnych czasów… Będzie naprawdę spoko.
-Dla mnie bomba- stwierdził Johnny, uśmiechając się lekko- Eric idzie z nami?
-Trzeba będzie z nim pogadać…- mruknął niechętnie Benny- Chociaż ostatnio totalnie nas olewa… Ale może będzie na tyle łaskawy i przyjdzie… Carl, pogadasz z nim?
-Jasne.
-No i super- skwitował Benny, próbując się uśmiechnąć. Wyszło mu raczej marnie, szczególnie, że w tle pobrzmiewał donośny śmiech Maicy- Serio, chłopaki, będzie naprawdę świetnie. Poprawimy sobie humor, oderwiemy się od tego wszystkiego i zapomnimy na chwilę o problemach.
W skrócie?
Wypijemy.
Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem.
Ten rodzaj zapominania lubił właśnie najbardziej.

-Benny, nie przejmuj się tak bardzo- rzucił pocieszająco Johnny, po czym zrzucił z siebie bluzę i natychmiast nałożył białą koszulkę. Tak właśnie zazwyczaj przebierał się na wf, wyjątkowo szybko i bez chwili wahania. Nawet latem, gdy przebierali się na dworze, nie starał się, jak pozostali, paradować półnagi przed dziewczynami, a chował się gdzieś w kącie. Oczywiście należało w tym momencie wspomnieć raz jeszcze, że Johnny siebie uwielbiał. Naprawdę. Całego siebie.
… Tylko miał całkiem widoczne znamię na plecach, które niekoniecznie mu się podobało.
Nie żeby miał jakieś kompleksy.
Bynajmniej.
Po prostu… Po prostu tę część swojego ciała akuratnie niezbyt lubił i nie chciał, by komuś rzuciła się w oczy.
-Łatwo ci mówić…- mruknął grobowo Benny, opadając na ławkę. Przez dłuższą chwilę milczał z iście zdołowaną miną, ale nagle wybuchnął- Rany boskie, nie wiem o co jej chodzi! Obraża się! Ignoruje mnie! Sama zawsze wciskała mi, że trzeba rozmawiać i tak dalej, a teraz ma to zupełnie gdzieś! Zachowuje się tak, jakbym Bóg wie, co jej zrobił i jeszcze obgaduje mnie przed tymi swoimi koleżaneczkami… Pewnie przedstawia mnie jak najgorszego. Nawet Linda i Agatha patrzą na mnie tak dziwnie!
-Po prostu chce ci zrobić na złość…
-Świetnie! Więc mogła wybrać mniej wkurzający sposób, bo naprawdę nie zamierzam znosić dłużej jej fochów!- warknął z poirytowaniem, po czym widząc zapewne cokolwiek wątpiącą minę Johnny’ego, dodał- Serio. Mam tego dość.
-Więc… Co zamierzasz…?- zapytał ostrożnie. Jakoś nie wydawało mu się, żeby Benny był zdolny do podjęcia jakichkolwiek poważnych kroków, nie mówiąc już o ewentualnym zerwaniu, ale jego przyjaciel bywał czasami impulsywny i podejmował decyzje, których później żałował pod wpływem chwili. Johnny stwierdził, że lepiej byłoby wiedzieć, co ten konkretnie chce zrobić, żeby w razie potrzeby zasugerować mu zmianę zdania.
Benny chyba tak naprawdę nie wiedział, co zamierza, bo wciąż z wyjątkowo buntowniczą i niezadowoloną miną, zaczął się przebierać. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział:
-Będę ją ignorował. O, tak właśnie! Po prostu!- aż uśmiechnął się triumfalnie tak, jakby ten pomysł naprawdę był aż tak dobry- I wtedy zobaczymy, czy będzie jej tak miło! Zobaczymy!
Johnny już miał łagodnie zasugerować, że to chyba nie jest najmilszy pomysł, bo nic nigdy Maicy nie irytowało tak bardzo, jak brak uwagi, ale w tym momencie do szatni wszedł Keith i chłopak skoncentrował się na nim. Szczególnie, że ciemnowłosy nie usiadł jak zwykle na ławce w oczekiwaniu na dzwonek, a zaczął się przebierać. Wyjątkowo powoli i mozolnie, z tak cierpiętniczą i nieszczęśliwą miną, jakby za chwilę miała się odbyć jego egzekucja. Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem i w tym momencie Keith zerknął ukradkiem w jego stronę, a mina, jaka zagościła na jego twarzy rozbawiła szatyna jeszcze bardziej.
Odwrócił więc wzrok, przenosząc spojrzenie z powrotem na Benny’ego, który wpatrywał się w niego z mocnym zaniepokojeniem i poirytowaniem jednocześnie.
-Co?- rzucił szatyn, nieco zdezorientowany. Nie sądził, że Benny to zauważy.
-Dobrze wiesz- odparł chłopak, po czym westchnął głęboko, kręcąc z niedowierzaniem głową- Boże, ty naprawdę zrobiłbyś wszystko dla wyzwania… Aż zaczynam żałować, że Eric nie wpadł na coś jeszcze głupszego, to mogłoby być zabawne…
Johnny jedynie uśmiechnął się niepewnie i wzruszył ramionami.
Benny był jego najbardziej zaufanym kolegą i zazwyczaj wiedział o wszystkim, co dzieje się w jego życiu, ale tym razem szatyn nie miał odwagi, żeby opowiedzieć mu o wrażeniach związanych z Keithem. Chyba trochę obawiał się jego reakcji, chociaż z drugiej strony miał niemal pewność, że jego przyjaciel zrozumie. Jakoś nie miał specjalnych oporów przed nawiązywaniem nowych znajomości i może z jego pomocą udałoby się nawet włączyć Keitha do ich paczki.
… Chyba na siłę.
Ale z drugiej strony, Johnny zdawał sobie sprawę z tego, że to zapewne oznaczałoby koniec wyzwania. I jednocześnie to, że Johnny by to wyzwanie przegrał.
A na to zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić.
W końcu całą klasą wyszli na salę gimnastyczną i ustawili się w szeregu. Wf-ista zaczął sprawdzać obecność, zatrzymując się przy nazwiskach co poniektórych i komentując ich poczynania. A zdecydowanie nie dało się ukryć, że chyba głównym obiektem jego dość subtelnych drwin padł Keith.
-Proszę, proszę… Aż odruchowo wstawiłem ci nieprzygotowanie… Mamy dzisiaj jakieś święto…?- rzucił, unosząc pytająco brew, a ciemnowłosy jedynie sapnął cicho, co zapewne nie stanowiło rzeczywistej odpowiedzi, a jakąś oznakę poirytowania. W końcu sprawdzanie listy obecności dobiegło końca i mężczyzna zamknął dziennik, po czym wstał- No dobrze… Co mieliśmy na ostatniej lekcji?
-Koszykówkę- poinformował go Benny.
-Świetnie. Dzisiaj będzie to samo- stwierdził wf-ista, rozglądając się po zebranych. Zazwyczaj nie był szczególnie kreatywny, jeżeli chodziło o wymyślanie im zajęć. Zresztą nawet o rozgrzewce zazwyczaj zapominał, z nielicznymi wyjątkami, ale i wtedy prosił, żeby poprowadził ją któryś z chłopaków- Kto ostatnio wybierał?
-Ja i Eric.
-A kto wygrał?
Benny odetchnął głęboko i wyjątkowo niechętnie wskazał głową w kierunku Erica.
Benny, zupełnie tak jak Johnny, też nie lubił przegrywać.
-Więc w nagrodę Eric wybiera raz jeszcze, a prócz niego może… Johnny…?- zwrócił się do szatyna, a chłopak skinął lekko głową, uśmiechając się szeroko. Możliwość do skopania tyłka Ericowi? Doskonale!- Świetnie. W takim razie zaczynaj.
Johnny niemal w swym pierwszym odruchu chciał wybrać Benny’ego i już otwierał usta, gdy jego spojrzenie ponownie padło w kierunku Keitha, stojącego gdzieś samotnie na końcu szeregu. Ciemnowłosy owo spojrzenie odwzajemnił i przez chwilę po prostu się na siebie patrzyli. Johnny – z autentycznym entuzjazmem, Keith – raczej mocno zdezorientowany. Chyba dopiero po chwili zrozumiał, co chodziło szatynowi po głowie. I wówczas na jego twarz wstąpił wyraz autentycznego przerażenia, a jego usta ułożyły się w bezgłośne: „nawet nie próbuj”, ale było już za późno.
-Keith!- padł pierwszy wybór Johnny’ego i zdawać by się mogło, że nagle w sali wszyscy znieruchomieli. Zapadła zupełna cisza i każdy spoglądał to w kierunku Keitha, to w kierunku Johnny’ego, jakby oczekiwali, że to jakiś żart albo że się przesłyszeli. Nawet wf-ista zmarszczył brwi, jakby coś mu w tym wyborze wybitnie nie pasowało, ale ostatecznie jedynie uśmiechnął się lekko i rzucił:
-No dalej, Keith… Przejdź do drużyny Johnny’ego…
Ciemnowłosy odetchnął głęboko, znowu chyba modląc się o cierpliwość i wyjątkowo powolnym krokiem podszedł do Johnny’ego, stając tuż obok niego.
I jeżeli wychodząc w szatni miał minę przyszłej ofiary egzekucji, to teraz zdecydowanie bardziej przypominał samego egzekutora, mierząc szatyna autentycznie morderczym spojrzeniem. Johnny poczuł się odrobinę zdezorientowany, zresztą nie po raz pierwszy. Liczył raczej na to, że skoro Keith wreszcie zostanie wybrany na samym początku, a nie na końcu, jak to zwykle bywało, będzie się cieszył.
-Co ty wyrabiasz, u diabła…?- syknął ciemnowłosy, ale nie mieli już czasu na rozmowy, bo w tym momencie Eric rzucił:
-Benny.
Johnny aż fuknął z oburzenia, a jego przyjaciel podszedł do Erica, nie spoglądając nawet na szatyna, wyraźnie urażony jego wyborem. Eric tymczasem posłał w kierunku Johnny’ego wyjątkowo złośliwy uśmiech i chłopak już był pewien, że ten zrobił to absolutnie celowo. Przecież Benny wcale nie był jakoś bardzo dobry w kosza, radził sobie dość przeciętnie i w klasie z pewnością byli lepsi od niego. Johnny był pewien, że gdyby Eric wybierał w innych okolicznościach, jego wybór z pewnością padłby na kogoś innego, a teraz chciał mu po prostu zrobić na złość.
-Johnny, wybieraj dalej- popędził go nauczyciel.
Szatyn wciąż wyjątkowo zdenerwowany, wybrał w końcu cały skład swojej drużyny. Trafił do niej Carl i kilku innych chłopaków z klasy, mniej lub bardziej zdolnych. Chociaż tych pierwszych było chyba zdecydowanie więcej. Johnny naprawdę nie znał się na koszykówce i rzadko skupiał uwagę na swoich kolegach z klasy (ba, on był przecież bardziej interesujący!) więc większość jego wyborów opierała się wyłącznie na sympatiach, jak to zwykle bywało. Oczywiście zupełnie odwrotnie niż wybory Erica, który byłby chyba gotów wziąć do drużyny najgorszego wroga, byleby tylko zwyciężyć. Johnny po krótkiej chwili bezpodstawnego entuzjazmu, przestał się cieszyć i łudzić, że naprawdę mogliby z nim wygrać. Keith wciąż wpatrywał się w niego morderczo, ale z racji tego, że stali w otoczeniu całej drużyny, nie odzywał się ani słowem. Krótko mówiąc? Johnny poczuł się po prostu kompletnie zdezorientowany. Nie dość, że jego wybór nie uszczęśliwił Keitha, a wprost przeciwnie, to pewnie jeszcze za chwilę zupełnie wygłupi się w jego oczach. Standardowo.
Oczywiście intuicja Johnny'ego nie rozczarowała i niecałe pół godziny później, cała jego drużyna wróciła do szatni z mało radosnymi minami. W pierwszej połowie meczu udało im się zdobyć ledwie dwa punkty. W drugiej było trochę lepiej – zdobyli sześć. Nie zmieniało to jednak faktu, że polegli z kretesem.
Johnny westchnął cichutko i zaczął się przebierać z wyjątkowo smętną miną. Keith nawet na niego nie patrzył, wciąż wyraźnie rozjuszony. Eric raz po raz uśmiechał się triumfalnie pod nosem. Benny w ogóle się do niego nie odzywał, a gdy skończył się przebierać, wyszedł ostentacyjnie z szatni, pierwszy raz wcale nie czekając na Johnny'ego. Tym ostatnim Johnny martwił się najmniej, bo Benny często miewał różne humory, ale szybko mu przechodziło. Postawa Ericka go irytowała, ale i tak najbardziej zajmowała go sprawa Keitha, tym bardziej, że wciąż nie rozumiał, co takiego zrobił źle. Przecież miał czyste intencje! Chciał dobrze! Przynajmniej tym razem. Johnny sądził, że uda mu się w ten sposób udowodnić, że traktuje Keitha jak przyjaciela, ale najwyraźniej bardzo się pomylił, chociaż nadal nie miał pojęcia dlaczego.
W końcu szatnia opustoszała. Został w niej jedynie Keith i czekający na chwilę rozmowy Johnny. Naprawdę mu na tym zależało.
Ciemnowłosy jednak skończył się pakować, a następnie gwałtownym ruchem zarzucił torbę na ramię i podszedł do Johnny'ego szybkim krokiem, po czym stanął tuż przed nim i warknął gniewnie:
-Co to miało być?!
-C... Co takiego...?- wyjąkał chłopak, jeszcze bardziej zaskoczony.
-Dlaczego w ogóle mnie wybrałeś?!- głos Keitha nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek wdzięcznością czy szczęściem. Wprost przeciwnie. Johnny pierwszy raz widział go równie zdenerwowanego.
-Sądziłem, że się ucieszysz- bąknął w odpowiedzi, kompletnie zdezorientowany.
-Ucieszę?!- brunet aż parsknął z niedowierzaniem- Niby z czego?!
-No bo... No bo...- Johnny z tego wszystkiego aż zapomniał przez chwilę, co chciał powiedzieć i w końcu rzucił nieco niepewnie- No bo ty zawsze stoisz sam, na szarym końcu no i pomyślałem, że...
-To źle pomyślałeś- przerwał mu szorstko Keith, wciąż mocno poirytowany. Nim szatyn zdążył powiedzieć chociażby słowo, dodał prędko- Nie cierpię wf-u.  Szlag mnie trafia, gdy mam biegać w kółko jak idiota albo grać w jakieś idiotyczne gry, o których nie mam bladego pojęcia. I gdy wszyscy się na mnie drą, a ja w ogóle nie wiem o c chodzi. Nie chcę być wybierany jako pierwszy. Nie zabiegam o to. Wolę być ostatni. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, a gdy składy są niepełne, mogę po prostu siedzieć na ławce. Nie czuję się z tego powodu pomijany, więc z łaski swojej daruj sobie, co?
Johnny zagryzł niepewnie wargę. Zrobiło mu się głupio. W ogóle nie wziął pod uwagę takiej możliwości. Zachował się egoistycznie i chociaż miał jak najlepsze intencje, czuł, że znowu się wydurnił. Poczułby się równie źle, gdyby Keith przyczynił się do tego, że miałby pójść do tablicy na matmie. A wf był chyba dla Keitha jak dla Johnny'ego matematyka.
-Przepraszam, Keith- jęknął w końcu nieco żałośnie- Nie pomyślałem o tym, serio. Wydawało mi się, że po prostu nikt nie chce cię wybrać i że może to ci w jakiś sposób pomoże... Sam nie wiem... Przepraszam.
-Dobra...- ciemnowłosy westchnął ciężko, z większym spokojem i jedynie machnął obojętnie dłonią, po czym rzucił krótkie- Zapomnij o tym, co?- a następnie ruszył do wyjścia.
W tym jednak momencie, Johnny chwycił go mocno za torbę, zatrzymując przy sobie z krótkim:
-Poczekaj chwilę.
Keith odwrócił się w jego stronę, odrobinę zdziwiony, a szatyn zaczął grzebać w swoim plecaku i w końcu udało mu się z niego wyłowić torbę z kanapkami, po czym podał ją brunetowi z lekkim uśmiechem.
-Co to...?- zapytał niepewnie chłopak.
-Śniadanie.
-Nie, dzięki- parsknął z politowaniem- Mam swoje.
-To od Rose- wyjaśnił Johnny, widząc, jak na twarz chłopaka wpełza rumieniec, będący chyba wyrazem jakiegoś zakłopotania czy zawstydzenia- Zrobiła porcję też tobie i kazała mi przysiąc, że ci ją dam, więc... Weź. Wiesz przecież jaka jest- parsknął cicho, przewracając oczyma. Już wiedział, że Keith zmiękł.
-Dzięki...- odparł cicho ciemnowłosy, biorąc od niego reklamówkę- To bardzo miło z jej strony...- Keith chyba na chwilę zupełnie zapomniał, co ma zrobić, po po prostu stał w miejscu, z kanapkami w dłoni i dopiero w momencie, gdy zadzwonił dzwonek, mruknął- Chyba powinniśmy już iść.
-Keith...
-Hm...?
-Masz dla mnie dzisiaj czas...?- zapytał ostrożnie Johnny.
Odpowiedź była krótka.
-Czekaj na mnie pod szkołą.
I tak kanapki Rose znowu uratowały sytuację.

-Sam odrabiasz swoje prace domowe...?- Keith już od kilkunastu minut przeglądał jego zeszyt od matematyki, co jakiś czas marszcząc brwi albo krzywiąc się lekko. Siedzieli tutaj prawie od godziny, a Johnny rozwiązywał przygotowane przez chłopaka zadania i musiał przyznać, że widział znaczącą poprawę. Może nie poprawę w jego relacjach z Keithem, a temu przecież miały służyć te wszystkie spotkania, ale przynajmniej zaczynał powoli dostrzegać swoje błędy i kolejne przykłady robił już poprawnie. Naprawdę szło mu znacznie lepiej niż dotąd. Sam nie wiedział, czy naprawdę Keith był takim dobrym korepetytorem, czy on sam tak bardzo starał się przed nim nie zbłaźnić, że bardziej się pilnował i wykazywał się wprost niebywałą, jak na siebie, inteligencją. A może po prostu się zrelaksował? Nie miał pojęcia. Najlepsze jednak było to, że Keith również wyglądał na umiarkowanie zadowolonego, co niemal dodawało Johnny'emu skrzydeł, za każdym razem, gdy na niego spoglądał. A za każdym razem, gdy brunet rzucał krótkie, ale jakże istotne: „dobrze”, szatyn czuł przypływ dumny i zadowolenia z samego siebie, jakby właśnie oklaskiwało go co najmniej pół szkoły po zwyciężonym meczu z Erickiem, a nie jakby wykonał poprawnie jakieś średnio skomplikowane działanie. Co prawda, zadowolenie z samego siebie, było stanem, który towarzyszył Johnny'emu prawie przez cały czas, ale po tak kiepskim dniu, naprawdę cieszyły go tak pozornie błahe sprawy jak dobrze zrobione zadanie. Chyba chciał wypaść w oczach Keitha jak najlepiej.
-Hm...?- szatyn spojrzał na niego z lekkim zdumieniem- Och, tak, sam- przyznał i to bynajmniej bez krztyny kłamstwa, chociaż jeszcze nie wiedział, czy powinien się tym chwalić, czy zaraz zostanie zganiony. W gruncie rzeczy nie miał czasu na odpisywanie zadań domowych w szkole. Miał lepsze rzeczy d roboty, a poza tym naprawdę łudził się, że jeżeli będzie się starał robić zadania samodzielnie, to może wreszcie uda mu się czegoś nauczyć. No i niby się udawało. Ba. Czasem nawet rozumiał to, co robił i wychodziły mu dobre wyniki, ale gdy tylko wchodził na lekcję, to i tak przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Osoba pani Stevenson stresowała nieszczęśnika tak bardzo, że ten zupełnie nie mógł się przy niej skoncentrować na tym, co robił- Dlaczego pytasz?
-Przejrzałem dzisiaj twoje oceny- odparł w zamyśleniu Keith- Za zadania masz tróje, a nawet czwórki... Sądziłem, że po prostu od kogoś odpisujesz, ale gdy ujrzałem tak charakterystyczne błędy doszedłem do wniosku, że raczej nie był to klasowy geniusz i postanowiłem się dopytać...- szatyn parsknął z rozbawieniem, a chłopak pokręcił z niedowierzaniem głową- Nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że za sprawdziany i odpowiedzi masz same jedynki i dwóje... Wiem, że to zadanie domowe, i tak dalej, ale przecież nawet po to, by je zrobić, mając przy sobie wszystkie wzory i odpowiedzi, trzeba trochę pomyśleć i umieć liczyć. A wybacz, twoje występy przy tablicy najczęściej sprawiają, że wątpię nawet w twoje umiejętności dodawania...
-Wiem...- jęknął głucho Johnny, nieco zażenowany- Po prostu... W domu mam na wszystko więcej czasu- wyjaśnił, wzruszywszy ramionami- Czasem mi się nudzi i nie mam nic ciekawego do roboty, więc odrabiam matmę... Wtedy nawet jakoś to rozumiem. Uczę się na pamięć wszystkich wzorów, powtarzam krok po kroku każde zadanie, żeby widzieć, jak powinienem je rozwiązać, ale i tak...- westchnął bezradnie- W szkole jest zawsze inaczej. Gdy stoję przy tablicy, jestem kompletnie zestresowany... Plącze mi się język, a w głowie mam pustkę. Nie pamiętam niczego, chociaż wystarczy, żebym usiadł na miejsce i czasem sam zdaję sobie sprawę z tego, jakie to banalne... Nie potrafię tego wyjaśnić. Wiem, że gadam przy tablicy same głupoty. Gdy Benny mi to powtarza, czasem aż nie mogę uwierzyć, że mogłem powiedzieć coś podobnego.
-Cóż... To wyjaśnia złe oceny z odpowiedzi- stwierdził Keith- Ale co ze sprawdzianami...?
-Jest dokładnie tak samo. Staram się skupić na tym, co czytam, ale kompletnie mi nie wychodzi. W dodatku Stevens zawsze krąży wokół mojej ławki i patrzy na mnie tak dziwnie, że boję się chociażby podnieść wzrok, bo mam wrażenie, że zaraz rzuci jakąś uwagę na temat głupot, które wypisuję... Więc najczęściej nie piszę nic. Za bardzo się wstydzę.
Johnny czekał na jakiś komentarz. Głupio było mu opowiadać o swoich odczuciach związanych z matmą. Czuł się jak kompletny kretyn i miał wrażenie, że Keith myśli o nim dokładnie to samo. Wydawało mu się, że zaraz zmierzy go pełnym politowania spojrzeniem i nazwie go idiotą albo rzuci inną, mało przyjemną, ironiczną uwagę.
Ale brunet milczał.
Johnny wpatrywał się w niego z napięciem jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym odetchnął z ulgą w duchu, dochodząc do wniosku, że Keith chyba nie pomyślał sobie o nim nic szczególnie złego. Dopiero w tym momencie ciemnowłosy mruknął drwiące:
-Kto by się spodziewał, że tak łatwo cię zawstydzić...
Tym jednak szatyn w ogóle się nie przejął. Aż za dobrze wiedział, że nie było to nic uszczypliwego ani szczególnie złośliwego.
-Sprawdzisz...?- zapytał, podsuwając brunetowi kartkę z rozwiązaniami zadań i w tym właśnie momencie, zadzwoniła jego komórka. Wydobył ją z trudem z kieszeni spodni i zerknął na wyświetlacz, chcąc w pierwszym momencie odrzucić połączenie. Benny.- Przepraszam- rzucił jeszcze do Keitha, po czym odebrał- Cześć, Benny.
Ciemnowłosy wbił w niego uważne spojrzenie.
-Cześć- usłyszał głos swojego przyjaciela i z niemałą ulgą odnotował, że brzmiał on dużo pogodniej niż dzisiejszego ranka- To co? Mam nadzieję, że spotkanie aktualne...?
-Jasne- odparł wesoło Johnny. Już dawno nie byli razem w porządnym klubie. Aż nie mógł się doczekać wieczora.
-Super!- ucieszył się Benny- Gadałem z chłopakami i wszystko jest już dograne... Czekaj na nas tak koło osiemnastej, co...?
-Nie ma sprawy.
-Aha, i nie musisz się dziś ograniczać...- zachichotał jego przyjaciel- Dziś dzień trzeźwości Ericka. On weźmie samochód. Nie był specjalnie zadowolony, ale przypomniałem mu, że dziś wypada jego kolej. Zresztą, ma jeszcze trochę zaległości do odrobienia...
-Och... Więc jednak idzie z nami...?- Johnny nie był w stanie ukryć rozczarowania. Zazwyczaj towarzystwo Ericka niespecjalnie go cieszyło, ale dziś, po jego sromotnej porażce, naprawdę wolałby go nie oglądać. Już sobie wyobrażał te złośliwe uwagi i pełne wyższości uśmiechy...
-Tak, Carl z nim pogadał i zobowiązał się, że będzie... Będę już kończył. Ach, Johnny, jeszcze jedno... Pamiętaj. Żadnego gadania o dziewczynach, okej?
-Nie ma sprawy- odparł z rozbawieniem szatyn, rozłączając się. Akurat jemu nie trzeba było o tym przypominać. Schował telefon do kieszeni i spojrzał na Keitha, który wciąż przyglądał mu się badawczo- Przepraszam- rzucił raz jeszcze, uśmiechając się lekko- Benny dzwonił.
-Słyszałem- odparł cicho Keith, po czym dodał znacząco- Twój przyjaciel.
Johnny zamrugał, odrobinę zdumiony.
-N... No tak...- potwierdził, nieco zagubiony.
-No właśnie. Ty masz już przyjaciela... Więc po co ci kolejny...?- dopiero w tym momencie szatyn zrozumiał, że Keith najprawdopodobniej nawiązuje do ich poprzedniej rozmowy.
Zaśmiał się lekko w odpowiedzi, sądząc w pierwszej chwili, że to żart albo zwykła złośliwość, ale mina ciemnowłosego przekonała go o tym, że jest jednak inaczej. Odkaszlnął więc nieco niepewnie, po czym odparł:
-Przecież można mieć wielu przyjaciół.
-Można, ale po co, skoro ma się jednego i on jest w porządku...?- zapytał sucho Keith, wciąż wpatrując się w niego z uwagą. Och, Boże. On chyba naprawdę lubił zachęcać go do wzmożonego myślenia.
-N... No tak...- bąknął Johnny, nieco zdezorientowany. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć- Ale im więcej tym raźniej, nie?
-Liczy się chyba jakość, a nie ilość- brunet po raz kolejny sprowadził go na ziemię.
Johnny milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad jakąś logiczną i w miarę inteligentną odpowiedzią, aż w końcu zaczął ostrożnie:
-Na pewno... Ale przecież... Hm... Nie szuka się przyjaciół na siłę, nie? To znaczy..- no świetnie. A jak wyglądało to, co on sam proponował ostatnio Keithowi...?- Chodzi mi o to, że...- och, możecie wierzyć na słowo! Johnny Bradley już od dawna nie wysilał tak bardzo swoich szarych komórek!- Przyjaciele jakoś sami się znajdują. Albo się kogoś lubi, albo nie. I już. Przyjaciel to nie dziewczyna, można mieć ich kilku i to nie jest żaden problem.
… Co prawda posiadanie kilku dziewczyn też nie bywało dla Johnny'ego szczególnym problemem, ale ten fakt można pominąć.
-Tak, ale po co?- drążył dalej Keith, najwyraźniej nie zamierzając dać temu spokoju.
Szatyn poczuł się trochę zakłopotany. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym aż tak dogłębnie. Chyba nie dało się ukryć, że nie należał do wąskiego grona szkolnych filozofów, prawda?
-S-Sam nie wiem...- wydusił z siebie w końcu- To nie jest łatwe do określenia... Ludzie to nie rzeczy. Nie są jak... No nie wiem... Jak pralka. Mam jedną, więc druga mi niepotrzebna. Ewentualnie mogę ją wymienić na lepszy model. Nie. Przyjaciele są... Są zupełnie niepowtarzalni. Każdego z moich kumpli lubię za coś zupełnie innego.
-Tak?- Keith spojrzał na niego z nieskrywanym zainteresowaniem- Za co?
-Czy ja wiem...- parsknął cicho szatyn, wzruszywszy ramionami- Po prostu za coś innego.
Ta odpowiedź chyba nie spodobało się ciemnowłosemu.
-Dobra- skapitulował z ciężkim westchnieniem, kręcąc głową i powrócił wzrokiem do zadania- Nieważne, zapomnij.
-Benny'ego lubię za to, że jest ze mną odkąd tylko pamiętam- wyrzucił z siebie natychmiast Johnny, niemal automatycznie. Keith spojrzał na niego po raz kolejny, z równą uwagą- On jest moim najlepszym przyjacielem i zawsze tak będzie. Inni też są fajni, ale on zawsze będzie pierwszy... Nie wiem, jak to wyjaśnić- westchnął odrobinę bezradnie- Benny zawsze umie poprawić mi nastój... I chociaż jest skończonym marudą, z nikim innym nie dogaduję się tak dobrze... No i wiem, że zrobiłby dla mnie naprawdę dużo- stwierdził z pełnym przekonaniem. Aż sam nie mógł uwierzyć w to, że opisywanie w ten sposób ludzi, których znał od stu lat, sprawia mu tak ogromny problem. Czy naprawdę nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, dlaczego wybrał sobie taką paczkę znajomych, a nie inną?- Carl też jest fajny. Czasem palnie coś głupiego, ale zazwyczaj jest z nim bardzo śmiesznie. Można z nim pogadać i w ogóle... A Eric... Hm...- o ile wyrażenie zalet poprzedników zajęło mu trochę czasu, w przypadku Erica nie miał już żadnego pomysłu. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym skończył nieco posępnie- Erica właściwie nie lubię.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia Keith.
-Kiedyś go lubiłem- stwierdził cicho- Sam rozumiesz... Bywał trochę złośliwy, ale nawet mi się to podobało. Zawsze dawał sobie ze wszystkimi radę, nawet trochę imponował... Ale wtedy był zupełnie inny. A ostatnimi czasy, coś zaczęło mu odbijać. Za mną chyba nigdy zbytnio nie przepadał, ale dobrze dogadywał się z innymi. Do czasu. Teraz nas olewa. Naśmiewa się z Carla, drwi z Benny'ego... Zachowuje się tak, jakby w ogóle nic go nie obchodziło. Jakbyśmy już w ogóle nie byli w jednej paczce.
Ciemnowłosy zmarszczył brwi.
-Dziwne. To do niego nie pasuje.
-Znasz Erica?- zdumiał się Johnny.
-Niezbyt- odparł brunet, wzruszając ramionami- Wiem tyle, że jest jednym z najlepszych uczniów... No i razem zawsze bierzemy udziały w tych śmiesznych apelach- o tak, teraz Johnny sobie przypominał. Nudne, szkolne imprezy, na którym przemawiał dyrektor i niektórzy nauczyciele, a prowadzili je najczęściej prymusi albo gwiazdy sportu. Rzeczywiście, Eric i Keith występowali ramię w ramię całkiem często- W każdym razie, wydawało mi się, że jest raczej w porządku.
-Nie jest- stwierdził kategorycznie Johnny, po czym westchnął głęboko. Nie potrafił udawać, że cała ta sprawa z Erickiem go nie drażni. Chłopak denerwował go jak cholera. Nie chodziło już nawet o jego nastawienie do niego i o jego wieczne próby poniżenia go w oczach wszystkich wokół. Bardziej irytowało go zachowanie Erica względem Benny'ego i Carla. Mógł zrozumieć cięty język i temperament, ale niektóre odzywki chłopaka były zupełnie niepotrzebne. I wcale nie wyglądało na to, żeby mu się one wymsknęły. Wprost przeciwnie. On celowo wszystkich prowokował i ze wszystkich drwił.
-Skoro tak mówisz- odparł brunet, wciąż nie odrywając od niego uważnego spojrzenia, po czym zapytał nagle- A mnie za co byś właściwie lubił, co?
Johnny zaczerwienił się gwałtownie. Tego pytania zdecydowanie się nie spodziewał.
Okej, Bradley, myśl na litość boską! To idealny moment, by uruchomić swój czar i urok osobisty!
-Eee... Ehm... Nie wiem...- no tak. Tą elokwentną wypowiedzią z pewnością go „zaczarował”. A raczej zaćmił. Swoją głupotą- Nie znam cię jeszcze na tyle dobrze...
-Więc skąd wiesz, że mógłbym być twoim dobrym przyjacielem?
-Nie wiem, ale mógłbyś... Tak czuję po prostu- wzruszył bezradnie ramionami- Jesteś taki... No... Miły... Czasem... No i inteligentny... Pomocny... I w ogóle... Ach, sam już nie wiem!- jęknął w końcu z zażenowaniem, po czym przyznał- Wstydzę się rozmawiać o takich rzeczach...
-No proszę, proszę...- rzucił ciemnowłosy, zupełnie tak, jak uprzednio- Kto by się spodziewał, że tak łatwo cię zawstydzić...
Johnny uśmiechnął się lekko.
-Jak widać nie znasz mnie aż tak dobrze.
-Nie- odparł w zamyśleniu Keith- Jak widać nie.

-... więc ja jej na to: „jeżeli tak bardzo ci to nie pasuje, to może po prostu ze mną zerwiesz?!”, a ona: „Może to zrobię!”- i tak właśnie w wykonaniu Benny'ego wyglądało hasło: „żadnego gadania o dziewczynach”. Nie było w tym jednak nic dziwnego. Chłopak zdążył się już trochę wstawić, a każdy z ich paczki zdawał sobie sprawę z tego, jak działa na niego alkohol. Im więcej wypił, tym więcej mówił i tym bardziej sprawiał wrażenie rozżalonego. Zupełnie tak jak teraz.
Johnny i Carl słuchali go w milczeniu, kiwając głową z udawanym zrozumieniem. Bo właściwie Johnny nie rozumiał. Było mu strasznie szkoda Benny'ego i sytuacji w jakiej się znalazł, ale on nigdy wcześniej nie miał podobnego problemu i właściwie nie wiedział co zrobić ani jak się zachować. Podobnie zresztą jak Carl, który momentami zdawał się być wręcz zdezorientowany, jakby nie do końca nadążał za tym, o czym chłopak mówi. Erica nie było. Obiecał, co prawda, że po nich przyjedzie, ale zadzwonił do Benny'ego i uprzedził, że trochę się spóźni. Dla Johnny'ego nie był to żaden problem. Co prawda musiał dojść do miasta na piechotę, ale jakoś za nim nie tęsknił. Szczególnie w tak niefortunnym dniu.
-Sądzicie, że naprawdę chce ze mną zerwać...?- zapytał Benny, chyba po raz setny tego wieczoru, a oni po raz kolejny pokręcili gwałtownie głowami i zaprotestowali:
-Nie, no co ty...
-Jasne, że nie, nie ma nawet takiej opcji...
-Nie martw się, tak po prostu gada...
-Dziewczyny takie są...
Chyba jednak żaden z nich już w to nie wierzył. Johnny'emu było coraz bardziej przykro. Rzadko kiedy widział swojego najlepszego przyjaciela w takim stanie. Naprawdę nie miał pojęcia, jak to się stało, że ostatnio w ich związku tak strasznie się pogorszyło. No dobra, rozumiałby, gdyby Benny zrobił coś złego. Gdyby ją zdradził albo Bóg wie co jeszcze... Ale oni tak naprawdę nie mieli żadnego powodu do kłótni! A poza tym Maicy naprawdę nigdy nie jawiła mu się jako osoba szukająca wiecznie dziury w całym. A tak to ostatnimi czasy wyglądało.
-Sam już nie wiem...- westchnął Benny z rozgoryczeniem- Cały czas zastanawiam się nad tym, co takiego robię źle... Może ona już po prostu nie chce ze mną być...? No wiecie... Jest ładna, mądra i w ogóle... Mogła sobie znaleźć kogoś dużo lepszego... Co jej po takim skończonym zerze jak ja...
-Przecież to nieprawda- odparł stanowczo Johnny, chociaż sam zastanawiał się nad tym coraz bardziej.
Nie, nie nad tym, czy Benny jest skończonym zerem.
Raczej nad tym, czy Maicy mogła znaleźć sobie kogoś innego. To było możliwe, ale czy zwodziłaby tak Benny'ego? Kolejna rzecz, która zupełnie do niej nie pasowała.
Johnny westchnął głęboko. On chyba nigdy nie zrozumie kobiet.
-Agatha nic nie mówiła...?- Benny zmierzył Carla nieco podejrzliwym spojrzeniem, jakby ten rzeczywiście sprawiał wrażenie kogoś, kto zna wszystkie sekrety swojej dziewczyny.
Chłopak posłał mu nieco zdezorientowane spojrzenie, po czym wzruszył bezradnie ramionami:
-Coś tam mówiła... Przecież już ci opowiadałem... Maicy jest na ciebie trochę zła i w ogóle...
-Ale nie mówiła, że chce ze mną zerwać...?
-Nie... Raczej nie...- uściślił po chwili wahania, a Benny nieco pobladł- Sam już nie wiem, no... Nie gadamy przecież o takich rzeczach...
-Naprawdę nie możesz jej zapytać...?
-Mogę, ale wiesz przecież, że i tak nie powie mi prawdy- stwierdził z pełnym przekonaniem Carl- Solidarność jajników, czy jak tam się to nazywa... Czasem jej się coś wymsknie na temat dziewczyn, ale nie opowiada mi za dużo, bo się boi, że mógłbym wam powtórzyć albo coś w tym guście... W sumie ma rację...
-Ta...- burknął niechętnie Benny- Szkoda, że ty paplasz jej o wszystkim...
-Nieprawda!- zaperzył się Carl, czerwieniąc się lekko.
-Nie, wcale... A pamiętasz, jak nagadałeś jej o mojej rozmowie na temat Maicy...? Wtedy, kiedy pokłóciliśmy się ostatnio...?
-Raz mi się wymsknęło! A poza tym to było strasznie dawno!
-Dawno...? A jak sprzedawałeś jej informację na temat Johnny'ego dla Lindy...? Nic dziwnego, że pojawiała się wszędzie tam gdzie my, skoro dawałeś ciągle cynk Agathcie...
-Prosiła mnie o to! A poza tym, Johnny wcale się o to nie gniewa! Prawda, Johnny?- Carl spojrzał na niego z nieskrywaną nadzieją, a szatyn uśmiechnął się nieco niepewne i rzucił pojednawcze:
-Chłopaki, dajcie spokój...
-W sumie masz rację...- zgodził się z nim Benny z głębokim westchnieniem, dopijając kolejne piwo, po czym niespodziewanie łupnął dłonią w stół. Carl i Johnny spojrzeli na niego z zaskoczeniem- Dosyć tego!- stwierdził stanowczo chłopak- Przyszliśmy tutaj po to, żeby się rozerwać, a i tak cały czas marudzimy i się kłócimy! A one pewnie dobrze się bawią! Obgadują nas i wymyślają od najgorszych, jak zwykle, malując przy tym paznokietki albo oglądając jakiś badziewny serial... A my gdziekolwiek nie pójdziemy, i tak wiecznie robimy to samo. Kiedyś przecież obchodziliśmy się bez dziewczyn i było sto razy lepiej! A teraz wszystko się nagle zmieniło! Spędzamy mniej czasu razem, Eric pewnie przez to nas olewa i...
-Gdzie właściwie jest Eric?- przerwał mu Johnny, raczej nie tyle z zainteresowania, co z chęci przerwania jego monologu. Trochę się obawiał, że w takim stanie Benny mógłby dojść do wniosków, których by później żałował.
-Eric...?- przyjaciel spojrzał na niego nieco nieprzytomnie, po czym zamyślił się chwilę- W sumie już powinien być.
-Napisał o której przyjedzie...?
-Nie, ale siedzimy tu już trochę długo, nie?- mruknął Benny, wydobywając z kieszeni spodni telefon komórkowy- Pewnie się gdzieś zasiedział albo jak zwykle... No świetnie!- warknął z poirytowaniem, wpatrując się w wyświetlacz- Mogłem się tego spodziewać?
-Co jest?- zapytał ze zdziwieniem Johnny.
-Nie przyjdzie!- odparł chłopak, wyraźnie zdenerwowany- Jak zwykle on!
-Ale czemu?
-Bo ja wiem?! Nawet nie wysilił się, żeby cokolwiek wymyślić! Napisał tylko: „nie będzie mnie”. Nie będzie mnie! I tyle! Rozumiecie?!- Benny wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo, wyraźnie oburzony- Świetnie! Znowu będę wracał na piechotę! W takim stanie! Jak matka mnie gdzieś przyuważy i się zorientuje, to będę miał przesrane...
-O rany...- westchnął ciężko Carl, wyraźnie rozczarowany- Trochę głupio wyszło...
-Głupio wyszło?!- warknął ze złością Benny- Też coś! To nie jest przypadek! Pewnie od początku wcale nie chciało mu się przyjeżdżać! Gdyby wypadło mu coś ważnego, mógłby o tym napisać, nawet wymyślić durną wymówkę! Ale nie! „Nie będzie mnie”! Tylko tyle ma nam do powiedzenia! Nie pierwszy raz wykręca taki numer! Słowo daję, powinniśmy z nim wreszcie poważnie pogadać, bo nie zamierzam już dłużej tego tolerować!
Johnny nie odpowiedział. Nie po raz pierwszy Benny mówił podobne rzeczy, ale właściwie nigdy nic z tego nie wychodziło. Eric niespecjalnie się tym wszystkim przejmował. Zachowywał się tak, jakby zupełnie nic go nie obchodziło. Szatyn nie rozumiał, dlaczego w ogóle jeszcze się z nimi zadawał, bo sprawiał wrażenie, jakby wcale mu się to nie podobało. Nie dało się ukryć, że Johnny nie pałał do niego wielką sympatią, szczególnie ostatnimi czasy, ale byłby w stanie tolerować Erica i jego zaczepki, gdyby wszystko wróciło do normy. Ale póki co, nic tego nie zapowiadało.
-Zaczyna się chmurzyć...- odezwał się wreszcie Carl, chcąc chyba przerwać panującą pomiędzy nimi ciszę.
-Ta...- burknął ponuro Benny- Ciekawe co on teraz robi... Pewnie siedzi z tą swoją dziewczyną, której nikt nigdy nie widział i...
Wszyscy troje spojrzeli po sobie znacząco.
-Dosyć!- stwierdził stanowczo chłopak- Dosyć gadania o dziewczynach! Tym razem naprawdę! Johnny, zamów jeszcze jedno, co...?

-Cholera...- mruknął Benny, gdy wyszli już z klubu na zewnątrz. Na dworze ściemniło się wyraźnie i dało się słyszeć charakterystyczne odgłosy zbliżającej się burzy. Zaczęło kropić- Wiedziałem, że tak będzie- wymamrotał grobowo- Akurat gdy Eric nas olał! Oczywiście!
Johnny nie przejął się tym wcale. Nie spodziewał się, co prawda, że Eric ich wystawi, ale wychodząc z domu, przezornie wziął ze sobą parasol. Zawsze tak robił. W końcu wiosenna ulewa mogła go złapać w każdej chwili, a on nie mógł sobie pozwolić na zniszczenie swojej cudownej fryzury. Nie mówiąc już o tym, co by było, gdyby ktoś go przypadkiem zobaczył...
-Ja lecę- stwierdził Carl, zerkając na telefon i uśmiechnął się do nich lekko- Agatha już wróciła i chciałbym się z nią jeszcze spotkać... To do jutra!
-Cześć, Carl- odparli jednocześnie Benny i Johnny, obserwując w milczeniu odchodzącego chłopaka.
-Słuchaj...- odezwał się w końcu Benny, odkaszlnąwszy odrobinę niepewnie. Szatyn posłał mu pytające spojrzenie- Maicy dzwoniła.
-Naprawdę?- zdumiał się chłopak, po czym uśmiechnął się pogodnie- To świetnie!
-Nie jestem pewien...- jego przyjaciel sprawiał wrażenie mocno niepewnego i zdenerwowanego- Bo... Nie odebrałem- przyznał w końcu.
-Dlaczego?!
-Nie wiem, głupio mi!- jęknął głucho chłopak. Najwyraźniej alkoholowe otępienie ustąpiło na chwilę, a on zaczął zastanawiać się nad tym, co zrobił- Zadzwoniła pierwszy raz, a potem drugi... Stwierdziłem, że to bez sensu, jeżeli odbiorę... No wiesz...- przewrócił oczyma- Zero gadania o dziewczynach i te sprawy... Nie chciałem wyjść na pantoflarza! A poza tym uznałem, że jeżeli nie odbiorę, to pokażę jej, że nie może ze mną robić wszystkiego, co tylko chce i że mam swoje życie... No i ona dzwoniła i dzwoniła... Chyba z piętnaście razy! W końcu zrobiło mi się głupio i stwierdziłem, że może powinienem oddzwonić... Ale teraz ona nie odbiera- Benny westchnął ciężko, przecierając skronie- Czuję, że znowu to spieprzyłem.
-Na pewno nie...- odparł ostrożnie Johnny, ale w jego głosie trudno było doszukiwać się pewności- Po prostu... Pewnie jest zajęta... Albo coś... Powinieneś do niej pojechać.
-W takim stanie?- jęknął głucho chłopak.
-Lepiej w takim niż wcale.
-W sumie racja...- Benny westchnął głęboko, po czym uśmiechnął się odrobinę niepewnie i wzruszył ramionami- Mniejsza z tym. Nie będę się nad tym wszystkim zastanawiał, bo nic dobrego z tego nie wychodzi. Masz rację, po prostu do niej pójdę- stwierdził, zasłaniając głowę kurtką- Cześć, Johnny!- rzucił jeszcze, ruszając biegiem wzdłuż ulicy.
-Do zobaczenia jutro!- odkrzyknął chłopak, rozkładając parasolkę i wychodząc spod dachu budynku.
Szedł niespiesznym krokiem przed siebie, zastanawiając się właściwie nad wszystkim. Nad sytuacją Benny'ego, nad tym, co będzie robił w domu, jak się jutro ubierze i czy jego fryzura jest na pewno bezpieczna i równie absolutnie doskonała co zawsze... Ale przede wszystkim rozmyślał nad swoją rozmową z Keithem. W ogóle myślał o Keithcie. Bardzo często, z czego zdał sobie właśnie sprawę. Nie wiedział, czy to normalne... Wykonywał wyzwania i już. Nie zastanawiał się nad tym, nie miał po co. Rzadko kiedy coś sprawiało mu większe problemy i skłaniało do nadmiernego myślenia. Zazwyczaj wystarczyło tylko działać, uaktywnić jakieś zwyczajowe metody, zrobić to, co zawsze w takich sytuacjach... Ale do Keitha nic nie pasowało. Nie miał żadnego określonego planu działania, żadnego schematu, do którego mógłby się dopasować, niczego... A chłopak nawet w najmniejszym stopniu nie wyrażał zainteresowania jego osobą. Johnny z jednej strony coraz bardziej wątpił w to, by udało mu się zrealizować swoje plany co do Keitha, z drugiej strony – strasznie go do niego ciągnęło.
Można by powiedzieć, że pierwszy raz od bardzo dawna, stanął przed prawdziwym wyzwaniem. Chociaż wcale nie był pewien, czy tym razem okaże się zwycięzcą, czy wielkim przegranym... Niezależnie od tego, co zrobi.
W końcu wszedł na teren osiedla. W międzyczasie zdążyło już rozpadać się na dobre. Zwolnił jeszcze kroku, wyciągając telefon i odczytując wiadomość od Benny'ego.
Cześć. Zaraz u niej będę... Naprawdę sądzisz, że to dobry pomysł? Może powinienem z nią pogadać jutro w szkole?”
Nim jednak zdążył cokolwiek odpisać, poczuł, jak wpada na kogoś z impetem.
-Przepraszam- rzucił prędko, widząc przed sobą drobnego chłopaka, który aż zachwiał się pod siłą tego uderzania. I pewnie gdyby nie jego krótkie, nieco posępne: „nie ma za co”, w życiu nie poznałby, kto to tak naprawdę był- Keith!- wykrzyknął, zupełnie zaskoczony, wpatrując się w niego z uwagą. Nic dziwnego, że go nie poznał. Ciemnowłosy miał na sobie jakąś czarną bluzę z kapturem zarzuconym na głowę, całkowicie przemoczoną. Strasznie trudno było od razu zobaczyć jego twarz, w mętnym świetle ulicznych latarni.
-O, to ty...- mruknął cicho chłopak, nie sprawiając jednak wrażenia równie zdziwionego, po czym najwyraźniej chciał go wyminąć, ale Johnny zatrzymał go przy sobie, skrywając jednocześnie pod parasolem.
-Cześć- rzucił, uśmiechając się pogodnie- Co ty właściwie robisz na takim deszczu?
-Wracam z zakupów... Jak widać...- dodał nieco kąśliwie, unosząc jedną z trzymanych przez niego reklamówek, których Johnny nawet wcześniej nie zauważył.
-O... No tak- chłopak nie stracił fasonu i uśmiechnął się raz jeszcze, po czym zagadnął go ponownie- Ty chyba naprawdę mieszkasz w pobliżu... Sądziłem, że ściemniasz, żeby się ode mnie uwolnić...- zaśmiał się lekko, po czym dodał- Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem...
-Raczej nie jesteś częstym gościem w okolicznych supermarketach.
-Nie... Raczej nie- przyznał chłopak, a ciemnowłosy parsknął cicho i stwierdził:
-No więc wszystko jasne...
Stali przy sobie przez chwilę, w zupełnej ciszy. Pogoda zdecydowanie nie sprzyjała tego rodzaju spotkaniom.
-Może do mnie wejdziesz...?- zaproponował wreszcie Johnny, chcąc wykorzystać okazję- Jesteś przemoczony, mógłbyś się wysuszyć, przebrać albo coś...
-Trochę się spieszę- odparł jedynie Keith, a szatyn uśmiechnął się w odpowiedzi, nie chcąc okazać po sobie swoistej porażki i rzucił pogodnie:
-Masz- wciskając jednocześnie brunetowi parasolkę w dłoń.
-C... Co?- wydukał Keith, wyraźnie osłupiały- Co ty wyrabiasz?!
-Weź- odpowiedział Johnny, schylając się nieco, by również zmieścić się pod parasolem, trzymanym teraz przez wyraźnie niższego chłopaka- Mi nie jest już potrzebny, a ty cały przemokłeś i...
-Mieszkam niedaleko za rogiem!
-A ja dwa kroki stąd- odparł z rozbawieniem chłopak, wskazując głową na budynek obok.
Keith zawahał się wyraźnie.
-Nie- stwierdził w końcu stanowczo- Nie ma mowy. Zabieraj to, Johnny...
Szatyn spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Rany...
-Co?- mruknął ciemnowłosy, nieco zdezorientowany.
-Użyłeś mojego imienia!- zachichotał Johnny. Nawet nie spodziewał się, że zwróci na to aż tak dużą uwagę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że Keith nigdy się tak do niego nie zwracał- Pierwszy raz!
-Za to ty mojego stanowczo nadużywasz- odciął się chłopak.
-Wybacz, Keith...
-Znowu to robisz...
Johnny zaśmiał się serdecznie. Po chwili na twarzy Keitha również wykwitł nieco rozbawiony uśmiech. Obaj milczeli jeszcze przez chwilę, jakby trochę tym wszystkim skrępowany, po czym wreszcie szatyn odezwał się:
-Weź parasol. Oddasz mi jutro- uśmiechnął się przekonująco- Inaczej cię stąd nie puszczę.
-Daj spokój...- parsknął jedynie ciemnowłosy, przewracając oczyma w wyrazie politowania, ale już nie oponował.
Johnny przez ten czas zupełnie zapomniał o tym, jak strasznie zrobiło się zimno. Zapomniał o deszczu i zapomniał o coraz wyraźniejszych odgłosach nadchodzącej burzy. Najchętniej postałby tam z Keithem jeszcze przez kilkanaście minut, chociaż obaj milczeli, jakby żaden z nich nie wiedział, co ma powiedzieć. Ale ta cisza wcale nie była specjalnie uciążliwa.
Dźwięk komórki Keitha sprawił, że obaj podskoczyli, jakby żadne z nich zupełnie się tego nie spodziewało. Ciemnowłosy nawet nie odebrał, a jedynie rzucił ciche, zwyczajowe:
-Muszę już iść.
-Okej- odparł Johnny, wzruszywszy ramionami i uśmiechnął się raz jeszcze- Do zobaczenia jutro, Keith.
-Do zobaczenia- ciemnowłosy uniósł kąciki ust w czymś, co rzeczywiście mogło przypominać uśmiech, po czym odwrócił się i ruszył przed siebie, z parasolką Johnny'ego w dłoni. Ledwie kilka kroków dalej, odwrócił się jeszcze, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale tego szatyn już nie dostrzegł.
Johnny niemalże natychmiast rzucił się biegiem do klatki schodowej i wszedł do środka, skrywając się  przed deszczem. Odetchnął głęboko, opierając się o ścianę.
Co za dzień, rany, co za dzień...
W tym momencie usłyszał sygnał nadchodzącego sms-a i wyjął telefon, po czym z lekkim zdumieniem otworzył wiadomość od Keitha.
Dziękuję”.
Johnny poczuł, jak w jego podbrzuszu rozlewa się jakieś dziwne ciepło.
Uśmiechnął się do siebie mimowolnie.
Pierwszy raz poczuł, że zrobił to, co zrobić należało.

15 komentarzy:

  1. Anonimowy7:11 PM

    Ohh..jak ja już bym chciała żeby między chłopakami do czegoś doszło.
    Licze, że szybko pojawi się 6 rozdział ;DD

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy9:54 PM

    Miła niespodzianka i przerywnik w nauce Historii Prasy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:19 PM

    Jeeeeeeeej!! Ale mi się podoba! Ale faktycznie...do czegoś mogłoby już dojść ;]Więc czekam niecierpliwie na nowy odcinek i pozdrawiam serdecznie :* xoxo

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ ja się stęskniłam za tym opowiadaniem. Chciałabym, żebyś miała na niego wenę częściej.

    Johnny powoli wpada we własne sidła. Zaczyna dużo czasu poświęcać na myśli o Keith'ie (nie wiem jak to poprawnie odmienić) lubi być z nim...
    Nadal myślę, jaką sytuację w domu może mieć Keith. Może Rose nie pomyliła się, że chłopak nie ma co jeść, bo taki chudy. Poza tym ciągle ktoś go wzywa do powrotu, dzwoniąc do niego.
    Eric też jest dziwny. Mimo, że w tym rozdziale go nie było to też i o nim myślę. A może ta tajemnicza dziewczyna Erica to tak naprawdę chłopak. Chociaż pewnie on nie jest gejem. Jak to się mówi: pożyjemy, zobaczymy.
    Cudny, wyczekiwany rozdział. Chcę więcej.
    Fajnie by było jakby następny był Theodore. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Mówiąc szczerze, ja też tego nie umiem odmieniać, także się nie przejmuj :). No też bym chciała opublikować wreszcie Theodore'a, ale to jest opowiadanie, które mnie zawsze strasznie wyczerpuje :P. Ale jestem na dobrej drodze, także całkiem możliwe, że się wyrobię :D.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy9:43 PM

    Moje ulubione opowiadanie jak na razie ;) Nastrój przypomina mi Every me(Johnny to taki drugi Brandon) i Drag Queen. Nutka tajemniczości sprawia, że nie mogę się doczekać, co będzie dalej. Szkoda tylko, że tak rzadko jest dodawane, ale „lepiej to niż nic”.

    Btw, dobrze, że się przeniosłaś na blogspota. Tutaj jest wszystko dużo bardziej przejrzyste i nie ma reklam jak na Onecie.

    xyz

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:45 PM

    A i jeszcze coś. Tekst czytałoby się lepiej, gdybyś go wyjustowała:)

    xyz

    OdpowiedzUsuń
  8. Przez cały rozdział szczerzyłam się jak głupia- nie wiem do końca z czego. Nawet moja mama zapytała się czy coś mi się stało (faktycznie mogłam wyglądać na lekko zachwianą umysłowo). Rozdział strasznie mi się podobał. Mimo, że zapomniałam o tym opowiadaniu to coś czuje, że teraz nie będę mogła o nim zapomnieć. Czekam na kolejne rozdziały (stęskniłam się również za Księciem) i życzę duuuuuuuuuuuużo weny :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy10:17 PM

    Ah, jak się naczekałam. Ale jest. Im dalej, tym lepiej. Czekam na dalszy ciąg. D.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj tak są opowiadania, których pisanie wyczerpuje, ale ja wierzę, że dasz radę napisać rozdział Theodore. Jak nie teraz to na przyszły tydzień.
    Weny i czasu życzę. :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy12:35 AM

    To jeden z najlepszych poprawiaczy humoru jakie znam. ;)
    Dziękuję!
    j.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy3:45 PM

    Eric to chyba g... e nie ważne o pozatym fajne opowiadanie i chyba wiem co dalej będzie hi hi hi ...

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy10:22 AM

    I pomyśleć, że jeszcze niedawno twierdziłam, iż wszystkie opowiadania tutaj [prócz "Drag Queen"] są beznadziejne... a teraz przekonałam się zarówno do "Wyzwania", jak i "You Found Me". Zresztą, "Księcia" też lubię... no i "Edmunda".
    Kurczę, uwielbiam wszystko, co piszesz. ;D
    Zgadzam się z resztą, że między chłopakami powinno do czegoś dojść, ale wiem, że masz w swojej główce jakiś pomysł i będziesz go realizowała niezależnie od tego, co napiszemy w komentarzach i... pewnie prędzej czy później, wszyscy i tak będziemy zachwyceni.
    Keith... uwielbiam go. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale czasem naprawdę przypomina mi Blaise'a z "Every Me". A pana "mam to gdzieś" wielbiłam ponad wszystko, więc to chyba dobrze. ;]
    No nic, mam nadzieję, że następny rozdział "Wyzwania" pojawi się jeszcze przed końcem wakacji, ha ha. Bo już teraz nie mogę doczekać się kontynuacji.
    Życzę dużej ilości weny... i standardowo pozdrawiam. ;>

    OdpowiedzUsuń
  14. Och, co za ulga ;P. A następny rozdział już jest.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nadrabianie rozdziałów made on xD
    Rany, może na święta się wyrobię =='
    Ehem... Dobra.
    Johnny (Bravo) zaczyna rozróżniać nie tylko blędy popełniane w obliczeniach, ale także swoje uczucia. Być może już zaczyna zdawać sobie z tego sprawę, ale jakby godzi się z tym i jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli. Nie umiem tego wyjaśnić, ale klimat tego jest inny, niż dotychczas czytałam... niż było. W ogóle to opowiadanie jest najbardziej inne od reszty tych, które masz.
    Bardzo przyjemny rozdział. Hahaha, Johnny - Zwykły Bohater xD I podejrzewam, że w tym momencie nie miałby nic przeciwko na tego "zwykłego" ;)

    OdpowiedzUsuń